Wianki

Konkursy, pojedynki i plebiscyty organizowane przez i dla Artefaktowiczów. Każdy użytkownik może zorganizować event literacki (więcej informacji: tutaj).
Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339

Wianki

Post#1 » 23 cze 2013, o 15:24

[center]Ponieważ lato już nas zabija upałem, co powiecie na chwilę ochłody przy wodzie? Do rozpalania ognisk nie namawiamy, ale tradycja wianków jest w tym roku niesamowicie popularna, więc z małym opóźnieniem namawiamy do jej kultywowania. Czas: do następnej niedzieli, czyli 30.06.13, tematyka: dowolna interpretacja motywu wianków i lata, długość i forma zależna od Was. Nie musi to być też wyłącznie jeden utwór, czym więcej, tym lepiej!
Życzymy weny i powodzenia![/center]

Teksty eventowe prosimy wklejać tutaj. :D
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

longinus67
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 13

WIANKI!

Post#2 » 24 cze 2013, o 03:16

Krótkie opowiadanko z podtytułem do ''Wianków" - "Dniomrok"

Od wielu dni słońce nie zaszczyciło swą obecnością ani skrawka ziemi na zachód od Wisły. Pojęcie „ołowiane chmury” już dawno się zdewaluowało, a pogodowi „przepowiadacze” stacji telewizyjnych prześcigali się w słowotwórczych popisach. Na dobrą sprawę nic poza tym, co wymyślili tym razem, nie odróżniało prognozy od poprzednich. Tych kilka cementowych warstw nad głowami przepuszczało tylko tyle światła, aby móc z całą pewnością orzec o dniu lub nocy. Taki klimat nie pozostawał bez wpływu na wszystkie istoty żywe, którym nie dane było oderwać się od ziemi. Trudno przy tym mówić o niesprzyjającej sytuacji biometeorologicznej. Ona była z każdą kolejną godziną tragiczniejsza.
Było środowe popołudnie. Dużo bardziej puste popołudnie niż to miało w zwyczaju być w środy o tej właśnie porze – nie tak tłoczne jak piątkowe czy sobotnie i nie tak puste jak poniedziałkowe, ale takie średnie… środowe. W kącie niewielkiej salki kawiarnianej poznańskiej kawiarni na Wrocławskiej, wypełnionej w nieistotnej części, siedział mężczyzna w wieku słusznie białych włosów, popijający z malutkiej filiżanki gęstą smołę z niewielkim dodatkiem równie gęstego i słodkiego mleka. Poza mlekiem całość rekwizytów przynosił sam każąc sobie podawać kawę uprzednio sprawioną na wrzątek. Powtarzał ten rytuał od wielu lat, a kolejni właściciele knajpki tolerowali starszego pana traktując go jako stały element własnych rytuałów.
Nikt, kto znał tę postać z widzenia bądź opowieści, nie mógł przysiąc, że widział… bądź słyszał, aby ten kiedykolwiek wyrzucił z siebie coś więcej niż monosylaby niezbędne do zakomunikowania swoich potrzeb otoczeniu. Brano go dzięki temu za mruka i niezbyt kontaktową personę. Nie znalazł się też nikt, komu zależałoby, aby tą teorię zweryfikować, co siłą rzeczy wzmacniało pierwotne odczucie bezkontaktowej mrukowatości. W tych dniach jednak działo się ze starszym panem coś niezwykłego. Podczas kiedy wszyscy gnuśnieli, poddawali się depresyjnym „uniesieniom” i na przemian popadali w niekontrolowane napady agresji, a kroniki kryminalne zajmowały coraz szersze szpalty na łamach dzienników, on sprężystym krokiem wpadał do kawiarni, prostował dotąd przygarbioną sylwetkę i z czymś, co przy odrobinie dobrej woli można nazwać uśmiechem, witał się z obecnymi w kawiarnianym przybytku. Wzbudzał tym szczere, aczkolwiek chwilowe zaciekawienie. Ot, jeszcze jedna starcza fanaberia.
Każdy kolejny dzień… a raczej każdy kolejny depresyjny „dniomrok” powodował, że napotykani w kawiarni ludzie mieli coraz mniejszą ochotę na podpatrywanie przemian starego kawosza, a on sam z każdą chwilą wyglądał kontaktu z cywilizacją. Nie było to łatwe dla żadnej ze stron, bo po prawdzie nikt nie wiedział jak się do tego zabrać… gdy nadeszło to właśnie środowe popołudnie, dużo bardziej puste niż to miało w zwyczaju…
Wiatr niosący drobiny deszczu zacinającego w okna i drzwi kawiarni, wpadł do środka za sprawą młodej damy z walizką na kółkach, która właśnie w charakterystyczny dla siebie złośliwy sposób zablokowała się w futrynie… walizka rzecz jasna, a nie dama, która była raczej drobnej postury. Mimo, że środowe popołudnie było puste bardziej niż zwykle, to aura bijąca rekordy nieprzyzwoitości zagnała te puste resztki z ulicy zapełniając każdą wolną, poznańską, kawiarnianą przestrzeń.
Kobieta uporawszy się z walizą na progu zamknęła za sobą drzwi i rozejrzała po kawiarnianej przestrzeni kilku stolików. Wzbudziła zainteresowanie gości uroczą nieporadnością w walce z martwą naturą, co zapewniło jej kilka momentów ciszy tuż po trzaśnięciu drzwi. Spotkała się z kilkunastoma parami oczu wlepionymi w jej przemoknięte oblicze wzbudzając kilka rodzajów odczuć, z których najwredniejsze nie wykraczały poza „ale gielejza” albo „gdzie się pcha z tymi klunkrami”. Upatrzyła sobie wolne miejsce przy jednym z zajętych stolików, ale okupująca sąsiednie krzesło paniusia w towarzystwie innej paniusi najwyraźniej nie miała ochoty na towarzystwo i ostentacyjnie przeniosła wierzchnie okrycie z własnego oparcia na siedzisko wolnego siedzenia. „Rozpędzona” już dziewczyna, wlokąc za sobą walizę na kółkach, potrącając po drodze każdą nogę, bez rozróżnienia ludzką, czy drewnianą, musiała wyhamować z zażenowaniem odczytując wredny sygnał paniusi. Bezradnie rozejrzała się po sali wzruszając ramionami.
W przeciwległym kącie kawiarni, od narożnikowego stolika wstał starszy mężczyzna szurając jazgotliwie odsuwanym krzesłem, czym skupił uwagę wszystkich. Też młodej dziewczyny z wielką walizką na kółkach. Zaprosił ją gestem dłoni wskazując jedyne wolne krzesło przy swoim stoliku. Zawahała się przez moment wypełniając pauzę sympatycznym uśmiechem, który pozwolił jej ocenić sytuację i przyjąć zaproszenie nieznajomego. Alternatywą było mokre zimno na zewnątrz z kilkoma litrami wody za kołnierzem cienkiego płaszczyka, więc… alternatywy nie było. Przecisnęła się z powrotem rozjeżdżając ponownie te same nogi, kiedy dotarła do narożnego stolika w kącie sali.
- Pani pozwoli, że pomogę.
Starszy pan zapinając guzik mocno znoszonej marynarki zrobił dwa kroki w stronę młodej damy, chwycił walizkę i odstawił w kąt. Nie zdążyła zaprotestować, kiedy stanął za nią i chwytając kołnierz płaszcza pomógł go zdjąć. Strzepnął energicznie nadmiar wody wzbudziwszy pomruk niezadowolenia nieco zroszonych nią mruków przy sąsiednim stoliku. Zauważył też, że wywołane zainteresowanie kawiarnianych biesiadników jest wciąż aktywne ponad miarę przyzwoitości towarzyskiej.
- Czy Państwu również mogę w czymś pomóc?
Było to najdłuższe z wypowiedzianych przez starszego pana zdań… przynajmniej w tym lokalu. Wywołało pewnego rodzaju konsternację, stąd zwłoka w przyswojeniu przez obecnych treści i sensu zapytania. Kiedy jednak już dotarło, każdy zajął się sobą i swoimi towarzyszami, a do kawiarni powrócił szmer przechodzący stopniowo w gwar.
Młoda dama, nieco skonsternowana zamieszaniem wokół jej osoby, dla usprawiedliwienia chwilowej bezradności, trawiła czas na bezskutecznych próbach ułożenia przemoczonych, kręconych włosów sięgających równie przemoczonych ramion.
- Pani pozwoli, że się przedstawię – ujął jej prawą dłoń i lekko, ale pewnie uścisnął. – Alfred Zamilski.
- A…
- Wiem. Anna… - uprzedził dziewczynę pozostawiając ją z wyrazem niedowierzania na twarzy.
Chciała podzielić się swoim zaskoczeniem, ale zrozumiała, że wiedza pana Alfreda pochodzi nie z czarodziejskiego cylindra, a z zawieszki na walizce, która jest praktycznym wynalazkiem dla każdego, kto nie ma fobii na punkcie utajniania własnych danych.
A to stary lowelas – pomyślała. Zaraz wyskoczy z boską zdolnością odczytania reszty danych z koloru moich oczu.
Usiedli tuż po wymianie uprzejmości, co mrukowatej większości kawiarnianej gawiedzi nie przypadło do gustu, a przez pozostałą mniejszość nie zostało zrozumiane jako dobry obyczaj, a dziwaczność rodem z innego świata.
Pan Alfred gładząc się po siwej, elegancko przystrzyżonej, krótkiej brodzie, przyglądał się Annie z przenikliwością zimnych, szaroniebieskich oczu. Sprawiał, że onieśmielona mocnym wejściem młoda kobieta, jeszcze bardziej zawstydziła się pąsowiejąc na policzkach. Odporna jak się jej wydawało na męskie zaloty różnej maści rówieśników, spłoniła się niczym nastoletnia dzierlatka z pensji przed spojrzeniem pana w wieku jej świętej pamięci dziadka.
Przeglądając dwukartkowe menu ukradkiem rzucała spojrzenia niby przypadkiem, a w istocie z zainteresowaniem, dla którego nie potrafiła znaleźć usprawiedliwienia. Lektura kilku rodzajów kaw, herbat i słodkości zajęła jej wiele więcej czasu niż potrzebowałaby, żeby nauczyć się tej listy na pamięć. Czytanie bez zrozumienia nie było jej pasją, ale nie potrafiła skupić się na pojedynczym wersie czując na sobie niesłabnące spojrzenie starszego pana. Poczuła się nieswojo.
Podskoczyła przestraszona głosem, który pojawił się tuż obok. Kelner, który nie mógł się doczekać zamówienia pochylił się dyskretnie nad jej głową.
- Czym mogę pani służyć? Polecam wyśmienity sernik na ciepło z herbatą, albo…
Pan Alfred chrząknął dość głośno zwracając uwagę kelnera, a kiedy ten przeniósł na niego wzrok, został zgromiony spojrzeniem zgoła innym, niż to wwiercające się z zaciekawieniem w Annę.
- Przepraszam. Oczywiście służę świeżym wypiekiem…
- Poproszę czarną kawę bez cukru… - próbowała złożyć zamówienie Anna.
- Jeśli pani pozwoli – Alfred przerwał pannie. – Przynieś chłopcze dla pani moją kawę i to ciastko, które mi przyniosłeś – zwrócił się dość obcesowo do kelnera, który natychmiast bez słowa się oddalił.
- Chciał pani wcisnąć stary sernik, który dla niepoznaki podgrzewają w mikrofalówce i polewają czekoladą, żeby zabić smak.
- Dziękuję. To bardzo miłe z pana strony.
Była nieco zawstydzona swoją niezaradnością tym bardziej, że nie przywykła do wyręczania w tak prostych czynnościach jak zamówienie z karty dań. Nie przywykła by być niańczoną, a życiowa samodzielność była jej powodem do dumy. Tu i teraz jednak nie zakwitł w niej bunt, jakim zwykła reagować w takich sytuacjach. Była daleko od siebie, tej którą znała.
Milczeli dyskretnie się obserwując.
Niezręczną sytuację dwojga obcych sobie ludzi siedzących metr od siebie przerwał kelner serwując zamówienie. Postawił przed kobietą malutką filiżankę z chińskiej porcelany z odrobiną gęstej, czarnej jak smoła i niebywale aromatycznej kawy oraz talerzyk z dorodną drożdżówką z kruszonką i lukrem – poznańską „szneką z glancem”.
- Widzę, że jest pani głodna. Proszę się nie krępować.
Pan Alfred wskazał na ciastko i porozumiewawczo mrugnął zachęcając do spałaszowania przysmaku. Anny nie trzeba było pospieszać. Nie skończył gdy zatopiła zęby w lukrze.
- Pani tu nie jest po raz pierwszy – wbrew pozorom nie miało to być i nie było pytanie.
- Ależ tak… - śpieszyła z wyjaśnieniem oblizując usta z resztek ciastka. - …pierwszy raz. Jeszcze nigdy…
- Pani mnie nie zrozumiała, Anno – przerwał jej z miną zwiastującą powagę z akcentem sympatii. – Pani już tu kiedyś była. Dawno temu.
Młoda, dwudziestoczteroletnia kobieta w pierwszym momencie była przekonana o zaistniałym nieporozumieniu… być może językowej omyłce, ale próba ponownego przekonania pana Alfreda o swoim pionierskim podboju Poznania na jotę nie zmieniła wyrazu jego twarzy. Ogorzałej, niegdyś z pewnością przystojnej, teraz pooranej starczymi bruzdami twarzy z…
…dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że te szaroniebieskie oczy nie pasują do twarzy starego człowieka. Były młode i błyszczące. Na stole, tuż obok pustej już filiżanki po kawie leżała gazeta, ale nigdzie nie zauważyła okularów. To dlatego nie potrafiła określić wieku Alfreda.
Odrobinę oszołomiona stanem niezrozumienia i niejasności sytuacji postanowiła wycofać się do ostatniego punktu dialogu, który pozostawał bez wątpienia jasny i zacząć od początku.
- Pan pytał mnie czy…
- Nic się pani nie wydawało – znów jej przerwał głosem spokojnym i ciepłym.
Zdawał się być oazą spokoju i stoickim mistrzem. W innym przypadku dawno podziękowałaby za towarzystwo i ewakuowała się w inny kąt, ale energia, moc, siła… coś nieuchwytnego i trudnego do zdefiniowania nie pozwalało jej zlekceważyć, z całą pewnością szmyrgniętego starszego jegomościa.
- Pani była tu wiele lat temu – kontynuował.
Zmieniła taktykę.
- Tak? A kiedy, jeśli można wiedzieć? – zalotnie podjęła temat.
- Niech pomyślę – zastanowił się. – Minęło już naprawdę sporo czasu…
Zachichotała wyraźnie rozbawiona taką formą dyskusji, która nie mogła donikąd prowadzić.
- To był 1938… nie, 1939 rok. Środa, tyle że 28 czerwca, a nie 26 jak dziś…
- Tylko, że ja panie Alfredzie urodziłam się w 1989 roku, więc siłą rzeczy…
- …w ostatnią środę czerwca, prawda?
- 28 czerwca… rzeczywiście to była środa… skąd pan wie? – zaśmiała się jak dziecko, któremu magik sprezentował królika z kapelusza.
Rozbawienie minęło znacznie szybciej niż się pojawiło. Stoickie opanowanie Alfreda już tylko w nieistotnym stopniu powstrzymywało ją przed paniczną ucieczką z wrzaskiem środkiem Starego Miasta. Zachodziła w głowę o co w tym wszystkim biega, ale nie znalazła tam niczego, co poza galopadą niedorzeczności mogłoby wytłumaczyć to, co przed chwilą usłyszała.
- Acha. Już wiem. Ktoś chce mnie wrobić i jestem w ukrytej kamerze – to była jedyna rozsądna rzecz, jaka przyszła jej do głowy, ale zaraz pożałowała tego wyskoku.
- W czym ukrytym?...
Pan Alfred nie wyglądał na człowieka, który nadawałby się do tej roli.
Poderwała się z krzesła, które upadło z hukiem uderzając o podłogę. W kawiarni znów zapanowała cisza, a główną aktorką ponownie była Anna.
- Zaraz wracam – odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem wyszła do toalety zostawiając pana Alfreda samego przy stoliku z przewróconym krzesłem, stojącą nieopodal walizką na kółkach i drewnianym wieszaku, na którym sechł jej płaszcz.
W toalecie zamknęła za sobą drzwi na zasuwkę i kilkakrotnie sprawdziła jej sprawność szarpiąc za klamkę. Oparła się o ścianę, schowała twarz w dłoniach i starała się uporządkować myśli zmącone niewiarygodnościami tego staruszka. Kiedy tylko dochodziła do konstruktywnych wniosków opierających się głównie na zaburzeniach intelektu, albo jakiejś psychicznej chorobie, tylekroć teorie te rozbijały się o niesprawdzalne i nieweryfikowalne przeczucie, że w istocie musi być coś na rzeczy. Choćby data jej urodzin… przecież nie poznał jej z walizkowej zawieszki, bo tam jej nie ma…
Odliczyła od dwudziestu w dół. Nabrała głęboko powietrza w płuca i powoli je wypuściła. Dla kurażu klepnęła się w policzki i z silnym postanowieniem stawienia czoła problemowi otworzyła drzwi na salę.
Zapach, który dotarł do jej podświadomości nie był na tyle silny, aby przebić się przez wiodące kłęby myśli, ale odnotowała nieco przesiąknięty stęchlizną aromat, jaki kojarzyła z domem swoich dziadków. Nie było to nic szczególnie nieprzyjemnego, ale charakterystycznego dla domów zamieszkałych przez starsze osoby i ich rupiecie pamiętające jeszcze parę pokoleń wstecz. Na sali intensywność aromatów była bardziej gęsta, a to za sprawą obłoków sinego, tytoniowego dymu nędznego pochodzenia. Pod stopami Anny zaskrzypiała deska podłogi, choć mogłaby przysiąc, że idąc do toalety, szła po terakocie.
Jej zmysły zaczynały wariować. Oburzenie wywołane zadymieniem lokalu, wbrew obowiązującym przepisom mówiącym o zakazie palenia w miejscach publicznych, ustąpiło odrętwieniu na widok wyglądu kawiarnianej sali oraz kilku mężczyzn zajmujących stoliki we własnym towarzystwie. Nic nie wyglądało tak jak przed kilkoma minutami. Ani ściany, ani podłogi, stoły, krzesła, lampy, bar ze stojącym za nim barmanem nalewającym piwo do wielkich nieprzeźroczystych z upływu lat kufli, witryna z pękniętą z góry na dół szybą, i… ludzie… z innej epoki ubrani w stroje z międzywojnia…
Właśnie – pomyślała - może kręcą tu jakiś film, tylko że… tylko że nie było mnie kilka minut… to nierealne.
Zaczęła się trząść. Ogarnął ją chłód, a strach sparaliżował na progu kawiarni. Nic nie rozumiem – powtarzała sobie półgłosem. Zamknęła oczy i objęła się rękoma krzyżując je na piersiach. Drżała…
Wzdrygnęła się, kiedy na ramieniu poczuła ciepłą, męską rękę. Otworzyła oczy. Pan Alfred stał przy niej i przyglądał się uśmiechając i marszcząc kurze łapki w kącikach oczu. Strach minął, obrazy zniknęły, zapachy parzonej kawy wróciły na miejsce, meble i ludzie znów bezczelnie gapili się na powodującą zamieszanie Annę i towarzyszącego jej starszego pana. Była im za to wdzięczna, bo nigdy nie przypuszczała, że przywita ich mrukowatość z radością, choć nigdzie się przecież nie wybierała.
Alfred odprowadził niepewnie stąpającą Annę na miejsce przy ich stoliku. Zainteresowanie otoczenia ponownie osłabło.
- Proszę się napić – podał jej szklankę z wodą, która już na nią czekała. – Przyznam, że się trochę o panią zacząłem niepokoić.
- Niepotrzebnie – odparła niezgodnie z prawdą łapiąc oddech po kilku głębokich i łapczywych łykach wody. – Całkiem niepotrzebnie.
Nie miała zamiaru opowiadać Alfredowi, bądź co bądź obcemu facetowi, co takiego ją spotkało, bo mógłby to być młyn na wodę staruszka i jego niestworzonych opowieści. Musi sobie sama z tym poradzić i jakoś wytłumaczyć.
- Nie było pani blisko godzinę.
Spojrzała na zegarek. W istocie minęło tyle czasu. Jak to możliwe? – zastanawiała się. Minęło przecież nie więcej jak dziesięć… no góra piętnaście minut.
- Proszę wybaczyć, że musiał pan tak długo czekać…
- Jest pani roztrzęsiona.
- Nie. To nic. To chwilowe. Już mi lepiej – skłamała, bo w żadnym razie tak nie było.
Alfred dał jej czas na pozbieranie myśli i powrót do rzeczywistości. Przyglądał się Annie, jej trzęsącym się dłoniom, które starają się doprowadzić do ust szklankę z wodą i nie uronić kropli, jej oczom panicznie szukającym pomocy, albo tylko chwilowego oparcia dla wytchnienia przed goniącym obłędem.
Próbowała zmusić się do spojrzenia na starszego pana, ale niczym odwrócony magnes odpychał ją wodząc wokół, po stole, ścianach i oknach. Walcz, albo uciekaj – powtarzała sobie jak mantrę tak długo, aż słowa straciły sens i stały się tylko zbitką nic nieznaczących dźwięków. Uzmysłowiła sobie, że jest bezwolna. Nie ma wpływu na swoje ciało, a umysł jest bezbronny i słaby.
- Jesteś mi potrzebna Aniu – tembr głosu Alfreda był hipnotyzująco ciepły, głęboki.
Chciała się odezwać, ale nie potrafiła. W jednej chwili zadałaby tysiąc pytań i zasypała nimi Alfreda, ale nie mogła zmusić języka do posłuszeństwa.
- Chcę ci coś pokazać.
Wstał od stołu, zdjął z wieszaka płaszcz Anny i założył jej na ramiona.

Szła przez miasto prowadzona głosem swojego przewodnika. Krople deszczu spływały po włosach przyklejając je do policzków. Nie czuła nic, co mogłoby zostać jednoznacznie nazwane. Strach, ale bez przerażenia, niedowierzanie, ale nie bez wiary, bezwolność, ale bez musu, otępienie, ale przecież trzeźwo uzmysłowione. Jedno nie podlegało wątpliwości – nie była sobą.
Nie wiedziała o czym mówił Alfred, gdy mijali kolejne ulice Starego Miasta, ale mówił nieprzerwanie. Dotarli do mostu, z którego widok na Ostrów Tumski i katedrę, a w kierunku, z którego przyszli na Stare Miasto i wieżę ratusza.
Zatrzymał się na moście i spojrzał na płynącą pod nogami Wartę. Nurt był leniwy. Tu i ówdzie dno płytkiej rzeki odbijało się w promieniach słońca. Na łagodnych, trawiastych brzegach siadywały zakochane pary, a pomiędzy nimi ganiały dzieciaki. Mali chłopcy w dziwnych słomkowych kapelusikach z małymi rondami, albo czapkach „maciejówkach”, w krótkich spodniach na szelkach i przydużych skórzanych butach. Dziewczęta z włosami upiętymi w warkocze z kokardami, w kolorowych falbaniastych sukienkach i błyszczących lakierkach.
Dotarło do niej, że wszystko, co widzi jest irracjonalne. Po deszczu i chmurach nie było śladu. Ulice były suche, a prażące słońce nie wyszło przed chwilą. Z ronda kapelusza Alfreda spadały ostatnie krople wody, a jego twarz…?
…gdyby mogła krzyczeć…
…gdyby miała moc pojmowania...
…gdyby tylko potrafiła się obudzić…
…o niczym bardziej nie marzyła, jak o tym, żeby za chwilę otworzyć oczy, zobaczyć własną poduszkę i roześmiać się w głos…
To nie był starszy pan, którego poznała godzinę temu w kawiarni. Ten przystojny, młody, może dwudziestoletni mężczyzna, o gładkiej, dokładnie ogolonej twarzy, jasnoblond włosach i równo przyciętych wąsikach, w starannie dopasowanym garniturze, z letnim płaszczem przewieszonym przez ramię i wzrokiem utkwionym w oddali, to… ktoś, kto wyglądał jak syn albo wnuk Alfreda. Wątpliwości prysły gdy zobaczyła jego oczy. Te same oczy.
- Spójrz tam w dół – wskazał palcem prawy brzeg rzeki, a Anna podążyła za nim. – Tam przy brzegu, tuż obok tego dużego głazu bawi się mała dziewczynka. Widzisz ją?
- Tak – przemówiła zaskoczona. – Dwa warkoczyki z czerwonymi kokardami.
- Tak jak ty ma na imię Ania. A raczej to ty masz na imię tak ja ona. Jest sporo od ciebie starsza – młody Alfred mówił swoim „starym” głosem o rzeczach nieprawdopodobnych w sposób nie budzący wątpliwości, ani podejrzenia o fałsz. - Lubi tu przychodzić. Właśnie plecie wianki z kwiatów mlecza i koniczyny. Sam ją nauczyłem.
- Jak to? Pan?
- W końcu jestem jej starszym bratem – odparł z poczuciem dumy i smutku jednocześnie.
Spojrzał na zegarek.
- Nie mamy wiele czasu Anno. Może tobie się uda.
- Nie rozumiem. Co ma mi się udać? – nie oczekiwała żadnej próby.
- Mnie nie było tu wtedy, więc nie ma mnie też teraz. Logiki nie da się oszukać…
Chciała wykrzyczeć, że kto jak kto, ale on nie powinien wypowiadać się na temat logiki, ani nic logiką uzasadniać, lecz znów była bezbronnie niema.
- …Nie było mnie tu, a powinienem być. Powinienem być przy niej. Bawić się z nią. Pilnować jej – głos Alfreda drżał, ale nie tracił mocy. – Ona ma dopiero siedem lat. We wrześniu ma iść do szkoły, ale… - zamarł, jakby słowa, które miał wypowiedzieć miały eksplodować w gardle - …ale utonie.
Anna doskoczyła do barierki mostu, żeby jeszcze raz spojrzeć w dół. Mała dziewczynka skończyła pleść dwa wianki i właśnie rozglądała się za dogodnym miejscem, którym mogłaby zejść do wody.
- Rusz się! Nie stój tak! – wydarła się Anna do Alfreda.
Stał nieruchomo przyglądając się temu, co działo się na brzegu. Zbielałe kostki zaciśniętych pięści, to jedyna oznaka emocji toczących walkę gdzieś w bezsilnej duszy.
- Mnie tu nie ma… Mnie tu nie ma... Mnie tu nie ma… - powtarzał niemal bezgłośnie poruszając ledwie ustami.
Anna rzuciła się biegiem do zejścia z mostu. Potrącała ludzi idących w przeciwnym kierunku. Po drodze zrzuciła z siebie płaszcz, który jeszcze dobrze nie wysechł. Przeskakiwała przez leżących na trawie plażowiczów wzbudzając szmer niezadowolenia i oburzenia swoim zachowaniem – nie po raz pierwszy dzisiaj. Była już blisko dużego głazu, koło którego bawiła się mała Ania, ale nie potrafiła jej dostrzec. Spojrzała w górę. Na moście nikogo nie było…

W rogu kawiarnianej sali poznańskiej kawiarni na Wrocławskiej siedział starszy pan popijając smolistą, aromatyczną kawę. Z portfela wyjął zgięty na cztery wycinek ze starej, przedwojennej gazety - „…Młoda kobieta obchodząca tego dnia swoje dwudzieste czwarte urodziny utonęła w nurtach Warty wraz z siedmioletnią dziewczynką, którą starała się uratować... Nikt z gapiów nie pospieszył na ratunek… Ciał jak dotąd nie odnaleziono…”.
Za oknem panował nieznośny skwar, który od kilku godzin zamienił ulice w parowe sauny, a ludziom pozwolił odetchnąć od ołowianych chmur i przygnębiającego nastroju. Było środowe popołudnie. Dużo bardziej puste popołudnie niż to miało w zwyczaju być w środy o tej właśnie porze – nie tak tłoczne jak piątkowe czy sobotnie i nie tak puste jak poniedziałkowe, ale takie średnie, upalne… środowe.

Walizka na kółkach dołączyła do innych walizek na strychu starego domu.

damakarro
Zdobywca Artefaktu 2012
Posty: 530

WIANKI!

Post#3 » 24 cze 2013, o 14:45

Piosenka o wianuszku


Wianusku , wianecku
z chabrów upleciony,
psy ognisku, w tańcu,
na głowę włozony.

Z rumianku białego,
jako ma kosula,
i zółciutkim ockiem,
jak ten miodek z ula.

I z kłosów zielonych,
psed dojzeniem ściętych,
slicnych nicym warkoc,
na obządek wziętych.

Płyń ze, płyń wianecku,
hej, po bystrej wodzie,
niech cię chłopiec złowi,
obycajom w zgodzie.

Płyń ze, płyń wianusku,
posukaj mi męza,
urody mi nie brak
i mam pracę w rękach.

Niechaj bedzie ładny,
zdolny mnie miłować,
swoim dobrym sercem,
scęścia nie załować.

A gdy cię pochwyci,
psekaz mu me wiano,
zem jest dobrą panną,
w cnocie zachowaną.

Naj, naj, naj, naj, naj,
naj, naj, naj naj, na,
zem jest dobra panną,
w cnocie zachowaną.
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339

WIANKI!

Post#4 » 29 cze 2013, o 20:33

To, co jest

Na planecie, na której wylądowali, trawa lśniła znajomym odcieniem czerwieni. Drobne kwiatki o odurzająco słodkim zapachu rosły upstrzone po wzgórzu, to tu, to tam. River zbiegła w dół zbocza ze śmiechem, schylając się po nie, aż jej ramiona były pełne różnokolorowych roślin.
- Nie wiedziałem, że umiesz splatać wianki – mruknął, pozwalając jej na wsunięcie misternie splecionej obręczy na swoją głowę w chwilę później. Próbował być cicho, gdy pracowała, jednak nigdy nie wychodziło mu to zbyt dobrze i nie był pewien, czy nie zirytował jej gadaniem bez sensu.
- Sądzisz, że brakuje mi subtelności, kochanie? Nie odpowiadaj, pogrążysz się jedynie bardziej – odpowiedziała. Nie wyglądała na złą, jednak jego River niezbyt często pokazywała mu cokolwiek poza zadziornym uśmiechem. – Poza tym, zapewne nie umiałabym tego robić dobrze, gdyby Rory nie był tak dobrym nauczycielem.
- Rory i wianki? – zdziwił się natychmiast, chociaż ukłucie bólu, jakie poczuł na myśl o jego Pondach, wciąż jeszcze było zbyt wielkie. – Rory Rzymianin?
- Ha, a jak myślisz, skąd wywodzi się ta tradycja? – River potrząsnęła głową i pochyliła się, by strzepać pozostałe źdźbła długich traw z koca, na którym siedzieli. – Amy nigdy nie miała do tego cierpliwości, ale ojciec zawsze lubił precyzyjne zajęcia. Pozwalały mu zapomnieć, tak myślę.
Doktor umilkł, nie wiedząc, co powiedzieć. To była jego wina, że Rory do końca swojego życia cierpiał z powodu dwóch linii czasowych ściśniętych wewnątrz umysłu. Jego czas, gdy pilnował Pandorici nie mógł być łatwy. Setki lat spędzonych samotnie… Doktor mógł wyobrazić to sobie aż za dobrze. To właśnie czekało na niego w przyszłości.
Instynktownie przesunął się bliżej River, obejmując ją w pasie i oddychając z ulgą, gdy wtuliła się w niego jeszcze bardziej, wyraźnie zadowolona. Jej loki drażniły go w nos i w chwilę później kichnął głośno, wywołując salwę śmiechu.
- Następnym razem.
- Co takiego? – zapytała go nieco nieprzytomnie, prawie zasypiając już w jego ramionach.
- Następnym razem zabiorę cię do Darillium.
Melody Pond uśmiechnęła się przez sen, nie słysząc go w ogóle. Być może dzięki temu mógł okłamać samego siebie, że ten moment nie nadejdzie nigdy.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1811

WIANKI!

Post#5 » 30 cze 2013, o 21:14

Świat

Po raz ostatni szarpnęła rękoma, chcąc uwolnić spętane liną dłonie. Ze zrezygnowaniem oparła głowę o drewniany pal i przymknęła oczy, wyobrażając sobie łąkę wczesnym latem, zapach powietrza przesyconego pobliskim lasem, delikatny wiatr pieszczący jej rudoblond włosy i przejrzyste niebo. Wtedy zawsze biegała boso po trawie, śmiejąc się i krzycząc, by na końcu paść zmęczona w ramiona świeżej zieleni i obserwować błękit nad sobą.
Nawet teraz czuła na skroni ciężar wianka ze stokrotek.
W gardle utkwiła gula, a z ledwo rozchylonych ust wyrwał się szloch. Teraz spoglądała męczeńskim wzrokiem na otaczających ją ludzi. Nie byli wyrozumiali, nie współczuli, także nie chcieli uratować. Zamiast tego widziała w nich każdą wadę, jaką starali się przed innymi skryć. Dojrzała w nich przede wszystkim nienawiść popychaną ślepotą na osądy innych i brak wiedzy. Nie tolerowało się odmienności.
Może to ich powinno być żal, a nie jej? To oni pozwalali się sterować sprytniejszym i mądrzejszym, nie ona, która kochała ponad życie naturę i spokój!
Dziewczyna szukała rodziców; tych, którzy próbowali ją bronić, lecz gdy tylko okazało się, że mogą stracić wszystko, odwrócili się także od niej. Ich zdrada bolała ją najmocniej ze wszystkich. Miała ochotę krzyczeć, zawodzić z rozpaczy i uciec stąd jak najdalej, nie godząc się na taki los. Nie czuła się winna – nic nigdy nikomu nie zrobiła, nawet nie życzyła źle, gdy próbowano ją skrzywdzić. Nie można przecież karać za urodzenie się, prawda?
Czuła, jak serce przebija niewidzialna strzała – ponownie się jej wyrzekli, unikając spojrzenia.
Ksiądz odmawiał nad nią modlitwę. Głośno oznajmiał barytonem jej grzeszne występki i kontakty z czarcimi bestiami. Nie miał o niczym pojęcia, a napiętnował z pasją i żarem wiary jątrzącym się w głębi jasnych oczu, wylewającym się z wąskich ust i podkreślanym wymowną gestykulacją. Jego przesłanie było proste – dziewczyna zasługiwała tylko na wieczne potępienie i okrutną śmierć.
Gdy zadał jej pytanie, czy chce coś wyznać przed wykonaniem egzekucji, niechętnie i tylko dla zachowania pozorów, ona jedynie wpiła w niego wzrok, zaciskając usta, i zdecydowanie pokręciła głową. Ostatni raz przetoczyła spojrzeniem po zebranej całej wsi i oparła głowę o pal, ponownie wkraczając do świata spokoju i ulgi. Zignorowała krzyki i wyzwiska. Próbowała odsunąć twarz, gdy przybliżono do niej pochodnię niczym złowróżbną obietnicę bólu, jaki już tuż, tuż na nią czekał. Czuła przerażenie niepodobne do niczego innego, lecz dalej skupiała się na obrazie łąki, tłumiony przez swąd i gorąco.
Pochodnia uderzyła o stos, zajmując chrust, a następnie drewno.
Języki płomieni lizały jej stopy, zaś w wyobraźni szła po rozżarzonych węglach, próbując dosięgnąć zbawiennej zieleni, która nagle uciekła od niej, odrzucając niczym niechciane dziecię. Próbowała podbiec i dopaść choć skrawka, lecz tylko upadła na rozgrzaną do wściekłej pomarańczy ziemi, parząc dłonie, kolana i częściowo brzuch. Jednak próbowała dalej i dalej, aż w końcu zabrakło sił do przestąpienia chociażby kroku.
Gdy ogień objął jej sylwetkę, krzyczała, ile w sił w płucach, lecz nie błagała o litość. Z zamkniętymi oczyma obserwowała, jak cały świat płonie i zanika. Dym gryzł gardło, a ciało pękało. Krew natychmiast wyparowywała, potwornie sycząc i mieszając się z innymi zapachami.
Dlaczego? Dlaczego to mnie spotkało? Dlaczego mój świat tak nagle runął?, zadawała sobie wciąż to samo pytanie, stojąc na pogorzelisku, przerażona czernią i czerwienią, jaka ją otaczała ze wszystkich stron. Czuła się tak, jakby tkwiła w samym sercu wulkanu podczas erupcji. Załamywała ręce, zawodziła, klęczała, lecz nic już jej nie pomogło. Wianek niczym korona cierniowa płonęła na skroni, a ona była w stanie już tylko czekać na nieuchronny koniec, znosząc kolejne tortury dla duszy.


Sczerniałego ciała nigdy nie zdjęto, pozwalając, by czas skruszył tę skorupę i ostatecznie rozsypał prochy na placu. By nasycić go choć cząstką pozostałości po świętym ogniu, który strawił źródło grzechu, samego nasienia Diabła i ludzkiego odbicia Piekła. Kmiotkowie zapamiętają to sobie, będą opowiadać, a przede wszystkim – kochać i czcić niczym jedyne wybawienie od upadku w czeluści pełne ognia, dymu i przelewającej się w załomach skalnych lawy.
Po prostu robię za zły charakter.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4905

WIANKI!

Post#6 » 4 lip 2013, o 12:44

Będę komentować na raty, (postaram się) lepiej i porządniej, niż komentowałam eventy do tej pory, bo na pewno teksty na to zasługują. A najchętniej - w osobnych postach, jak to "typowe" komentarze, więc nie obrażę się, jak inni wkroczą do akcji komentowania, bo przecież pisanie przeze mnie postu pod postem nie wchodzi w grę. Komentujcie! :D

To, co jest
Ach, Gallifrey.
Nie wiem, czy ten tekst zostanie doceniony przez osoby, które nie znają Doctora Who, ale mi wyjątkowo przypadł do gustu. Podobał mi się klimat, w którym umiejętnie wymieszałaś sielskość, smutek, a pod koniec dramat z ciepłem ich relacji - coś, co dla mnie jest bardzo charakterystyczne dla tego serialu.
Jednak co najbardziej podziwiam, to wczucie w postać River - nie jest najłatwiejszą bohaterką do oddania, nawet (a może zwłaszcza) jeżeli chodzi o jej styl wypowiedzi. Pod tym względem idealnie.
Ciężko napisać mi coś konkretnego, urok tego typu tekstów polega głównie na tym, jak odnoszą się do oryginału. Kto zna kanon, sam będzie wiedział, a co innym o tekście powie, jak zacznę ochać i achać nad postaciami i dialogami? Postaram się więc napisać o innej warstwie tekstu, a że jest krótki, też nie jest łatwo.
Uwielbiam twój styl i konstrukcję narracji nawet w takich okruszkach literackich, bo dajesz poznać swój warsztat, choć tutaj brakuje mi treści - to materiał na dłuższy tekst, tak mi się wydaje. Nie mniej podobało mi się. Nie powinnaś rezygnować z pisania po polsku.

Jedynie:
Doktor umilkł, nie wiedząc, co powiedzieć.

Mało klimatyczne zdanie, tak proste, że aż nie jak napisane przez ciebie.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

damakarro
Zdobywca Artefaktu 2012
Posty: 530

WIANKI!

Post#7 » 15 lip 2013, o 18:57

To może ja zacznę od końca :D
I też stopniowo.

Kostuchna

wyobrażając sobie łąkę wczesnym latem, zapach powietrza przesyconego pobliskim lasem, delikatny wiatr pieszczący jej rudoblond włosy i przejrzyste niebo. Wtedy zawsze biegała boso po trawie, śmiejąc się i krzycząc, by na końcu paść zmęczona w ramiona świeżej zieleni i obserwować błękit nad sobą.
Nawet teraz czuła na skroni ciężar wianka ze stokrotek.


Dziewczyno, jak tu cię nie kochać za ten jeden prosty obrazek a jakże porywający wyobraźnię. Za każdym razem jak czytam te zaledwie trzy zdania, czuję, dosłownie czuję i widzę to wszystko co tu napisałaś.
Pewnie ktoś pomyśli, że to przesadzony zachwyt, ale nie dla kogoś takiego jak ja, kto kocha trawę, zapach lasu, łąkę i wszystkie jej kwiaty. I ten wianek na głowie. Ech...

I pewnie tak jak bohaterka tego smutnego eventu, gdybym oczywiście żyła w takich czasach, stanęłabym na podium by spłonąć na stosie.
Bardzo spodobało mi się to w jaki sposób ukazałaś ludzką głupotę i ślepotę. I niestety prawdziwą jak na średniowieczne czasy.
Wspaniale też ,,pomieszałaś,, oddalający się obraz łąki z żywym cierpieniem bohaterki. Jedno zastąpiło drugie. Wiesz wyobraziłam sobie nawet jak by taka scenka wyglądała w jakimś filmie. Obraz łąki, lizanej przez płomienie, śmiech i krzyk radości przechodzący w krzyk cierpienia. I to spalone ciało wiszące jako przestroga. To by było naprawdę coś. :)

Gratuluję Kostuchno pomysłu i jego realizacji. :)
Świetne!
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1811

WIANKI!

Post#8 » 16 lip 2013, o 15:34

A ja hurtowo skomentuję.

longinus67 - moja pierwsza reakcja po przeczytaniu tekstu było powtarzanie w myślach: "O kur! O kur!", co jest zdecydowanie pozytywnym wyznacznikiem. :lol:
Nie wiem, co mam myśleć o tym starszym panu - psychopata czy rzeczywiście skrzywdzony przez los braciszek? Pomimo tego, że Alfred wyraźnie wydaje się przejmować losem małej dziewczynki, to jestem za pierwszą opcją, czytając po raz kolejny ostatnie zdanie.
Początek był ciężkawy, momentami miałam wrażenie, że trudne słownictwo pomimo podniesienia dojrzałości tekstu, wydaje się być tam wsadzony na siłę, a niektóre zdania były zbyt dokonkretyzowane, a przez to zbyt sztywne. Normalnie zacytowałabym fragmenty, aczkolwiek a tej chwili dysponuję niewygodną klawiaturą, która z każdą chwilą coraz bardziej mnie irytuje, więc może jak chcesz, longinus67, to najwyżej w ciągu paru najbliższych dni jeszcze raz przysiądę i wytłuszczę niektóre zdania.
W moim odczuciu za dużo powtarzasz pewne szczegóły jak chociażby to, że wszyscy w kawiarni gapili się na Anne i starca. W pewnym momencie zaczyna to nużyć i nie służy to nakreśleniu klimatu, który, biorąc pod uwagę fabułę, ma potencjał na zupełne odrealnienie tej sytuacji, a równocześnie przytłoczenie kontrastowością rzeczywistości.
Błędy - interpunkcja momentami leży, przede wszystkim przypadek, kiedy w zdaniu pojawia się czasownik w formie bezosobowej.
Końcówka - cały czas zastanawiałam się gdzie ten motyw wianków i lata, aż w końcu je otrzymałam. Końcówka mocna i cieszy mnie to, że żadne z tej dwójki się nie uratowało. Zdecydowanie na plus. Co postrzegałabym za wadę? Nie do końca ująłeś motyw przeskakiwania czasowego w kawiarni w sposób, które by mnie samą usatysfakcjonował i wbił w krzesło. Klimat - warto byłoby go lepiej nakreślić. :)


damakarro - Jeżeli się mylę, to mnie popraw - stylizowane na konkretny dialekt? Ślązaczka? Ech... Mam za mało wiedzy, by to od razu stwierdzić, więc pozostaje mi strzelanie. :D
Treściowo podoba mi się. Wygląda jak modlitwa, która z początku wydała mi się wypowiadana przez małą dziewczynkę, które bawiąc się przy rzeczce, puszcza jeden wianek, zaś w wyobraźni szybko ewoluowała do rangi dorosłej kobiety, stąd nagle zrobił mi się przeskok czasowy, zmieniając wyobrażenia.
Na samym początku masz za dużo spacji i tekst nieco się rozjechał.

Lir - Gdybym znała uniwersum, zapewne byłabym w stanie napisać więcej niż tylko, że podoba mi się, że wszystko zgrabnie wygląda i niczego nie ma za wiele, ani za mało. Bohaterowie wyglądają na autentycznych i pewnie jak zawsze wierni kanonowi.
I myślę tak samo jak Cam - to materiał na coś dłuższego.

Gratuluję Kostuchno pomysłu i jego realizacji. :)
Świetne!

Dziękuję za słowa uznania. Bardzo mnie cieszy to, że klimat miniaturki najwyraźniej się udał, nie pozostając płaskim i bezemocjonalnym. :)
Po prostu robię za zły charakter.

damakarro
Zdobywca Artefaktu 2012
Posty: 530

WIANKI!

Post#9 » 17 lip 2013, o 08:04

Kostucha pisze:damakarro - Jeżeli się mylę, to mnie popraw - stylizowane na konkretny dialekt? Ślązaczka? Ech... Mam za mało wiedzy, by to od razu stwierdzić, więc pozostaje mi strzelanie. :D


Szczerze? Nie stylizowałam wiersza na żadną konkretną gwarę.
Po przeczytaniu tematu o wiankach, na drugi dzień siedząc w pracy wpadła mi do głowy jakaś prosta melodia i pod nią zaczęłam układać słowa. Słowa zasłyszane w filmach, gdzie chłopi mówili właśnie takim językiem. I tak powstała właśnie ta piosenka. :)

Wygląda jak modlitwa, która z początku wydała mi się wypowiadana przez małą dziewczynkę, które bawiąc się przy rzeczce, puszcza jeden wianek


To jest już mój drugi wiersz, który wprowadza czytelnika, że tak powiem w lekki błąd. Tą zmyłką jest właśnie wrażenie, że bohaterem wiersza jest mała dziewczynka. I powiem szczerze, że nie wiem jak mam teraz na to patrzeć. Czy jest to hmm...jakimś mało znaczącym faktem, czy wartym do zastanowienia się elementem, który należałoby na przyszłość bardziej dopracować tak, aby więcej tego wrażenia nie budować. Sama nie wiem.

Na samym początku masz za dużo spacji i tekst nieco się rozjechał.


Chodzi ci o to, że jest podzielony na strofy?

Lira
Drobne kwiatki o odurzająco słodkim zapachu rosły upstrzone po wzgórzu, to tu, to tam. River zbiegła w dół zbocza ze śmiechem, schylając się po nie, aż jej ramiona były pełne różnokolorowych roślin.


Kolejna cuuudowna łąka. :D

Tak sobie pomyślałam dziewczyny, że gdybyśmy zostały jakimś okrutnym zrządzeniem losu zesłane na jakąś szaro burą planetę, osadzoną gdzieś w naszej galaktyce nic tak by mi nie sprawiało większej radości jak słuchanie waszych opowieści o łąkach pełnych kwiatów, radości życia i tym podobnych ciepłych klimatach.
I Twoja miniaturka taka właśnie jest Lir. Kolorowa, ciepła, klimatyczna. I bardzo mi się podoba.
Niestety tylko tyle mogę powiedzieć, bo nie znam serialu Dr Who.
Mam nadzieję, że mi to wybaczysz. :)

Aha, i tak jak dziewczyny twierdzę, że ten temat nadaje się na coś dłuższego. Bo jakby nie było poczułam lekki niedosyt. ;)
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1811

WIANKI!

Post#10 » 17 lip 2013, o 12:42

Wygląda jak modlitwa, która z początku wydała mi się wypowiadana przez małą dziewczynkę, które bawiąc się przy rzeczce, puszcza jeden wianek

To jest już mój drugi wiersz, który wprowadza czytelnika, że tak powiem w lekki błąd. Tą zmyłką jest właśnie wrażenie, że bohaterem wiersza jest mała dziewczynka. I powiem szczerze, że nie wiem jak mam teraz na to patrzeć. Czy jest to hmm...jakimś mało znaczącym faktem, czy wartym do zastanowienia się elementem, który należałoby na przyszłość bardziej dopracować tak, aby więcej tego wrażenia nie budować. Sama nie wiem.

Dlatego właśnie napisałam wcześniej, że szybko musiałam moje pierwsze wrażenie zatrzeć osobą dorosłą, a to, że w mojej wyobraźni czas miał ekspresowe tempo, to już inna sprawa. :lol:
Gdy bierze się ten aspekt pod uwagę przy kolejnym przeczytaniu utworu, to raczej nie powinno być już z tym problemu. (I nie zapominajmy o tym, że nie znam się na tym gatunku, więc... to tylko moje widzimisię. :D )

Na samym początku masz za dużo spacji i tekst nieco się rozjechał.

Chodzi ci o to, że jest podzielony na strofy?

Nie, że masz spację przed przecinkiem i dwie po w tym fragmencie:
Wianusku , wianecku

Ale może to też wina edytora na forum, bo mi także zdarzyło się, że tekst z Worda nieco rozjechał się w kilku miejscach, dodając spacje tu i ówdzie. :P
Po prostu robię za zły charakter.

Wróć do „Konkursy, plebiscyty i pojedynki”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość