Pióro w dłoń

Konkursy, pojedynki i plebiscyty organizowane przez i dla Artefaktowiczów. Każdy użytkownik może zorganizować event literacki (więcej informacji: tutaj).
Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5025

Pióro w dłoń

Post#1 » 18 lut 2011, o 12:14

Inspiracje:
seria I: http://www.youtube.com/watch?v=SXpnI52cLEc

seria II: “Anyone can be passionate, but it takes real lovers to be silly.” Rose Franken
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5025

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria I i II

Post#2 » 18 lut 2011, o 12:15

Na serię I:

[center]Szepty śmierci[/center]
Widział pogardliwe uśmiechy.
Gdy odczytywano wyrok, stał niewzruszony. Nie czuł strachu. Dopiero chropowaty węzła, który przyszpilił go do pala, sprawił, że pożałował. Wszystkiego, czego nie powinien zrobić.
Dym wzbił się w powietrze.
Krzyknął pierwszy raz, gdy płomienie smagnęły jego stóp niczym rozgrzany bicz. Swąd palonego ciała rozwiał się po placu. Szarpnął się, ale węzeł nie puścił. Łzy poleciały po policzkach. Czuł przerażenie.
Wtedy pożałował magii.
Ogień piął się w górę. Gorąc palił płuca, topił ciało. Krzyczał i krzyczał, tylko to mogąc zrobił. Aż sięgnął jego głowy.
Gdy wreszcie lniana lina puściła, był martwy.
Część magii spłonęła się razem z nim.

i na II:

[center]Mniejsze zło[/center]
Byłeś tylko marionetką. Pełną nienawiści i niewypowiedzianego strachu, które kryłeś pod maską chłodu i wyniosłości.
Miałeś w sobie coś, czego nie mieli inni, coś wyjątkowego. Czar, lekkość, powab, arystokratyczne rysy, zapach drogich perfum, zawsze fantastyczne szaty. Niespotykany blond włosów i chłodny błękit oczu. Niewymuszony urok, którym potrafiłbyś zaczarować wszystkich, gdybyś tylko chciał. Ale odpychałeś nas. Innych, tych podobnych tobie, wszystkich. Może to cię zgubiło? Ta wyjątkowość?
Nigdy nie wiedziałem, czemu mnie tak nienawidziłeś. Dlaczego, że byłem inny? Dlaczego, że potrafiłem powiedzieć ci: „Nie”? Dlatego, że gardziłem tym, jak traktowałeś słabszych? Nie wiem, nigdy mi nie powiedziałeś.
Czasem zastanawiałem się, czy aż tak nienawidziłeś swoich słabości, że przenosiło się to na każdego, kto także je nosił. Bo dobrze wiesz, że sam wcale nie byłeś silny. Nie byłem też ja. Ale czemu zasłoną była pogarda? Otaczałeś nią wszystkich. Tych, których kochałeś, których nie znosiłeś, wszystkich. Także tych, którzy byliby dla ciebie oparciem, gdybyś tylko im pozwolił. Bo wiem, że byłbyś wspaniałym przyjacielem. Może nie tylko. Potrafiłbyś pokochać kogoś tak mocno, jak sam zasługiwałeś, by ktoś pokochał ciebie. Może mnie, może ja ciebie. Może. Minęły lata, pozostały tylko wspomnienia i wyobraźnia.
Teraz jestem pewien jedynie tego, że zasługiwałeś na wszystko, co najlepsze. Nie wiem, czemu to odrzuciłeś. Czemu wciąż odrzucasz, mimo lat i innych czasów. Pokuta? Za co? Za to, co się stało?
Nikt nigdy cię nie obwiniał. Nic nie było twoją winą. Byłeś tylko małą marionetką wplątaną w wielki świat zemsty i zniszczenia, który pochłonął twoich bliskich, a w końcu ciebie. Tak naprawdę nie miało znaczenia, kim byłeś i jaki byłeś. Przyszedłby ktoś inny na to miejsce. Zrobiłby to samo. Zdanie zostałoby wypełnione bez względu na wszystko.
Wiesz, świat miał wyglądać inaczej. Ale już nie zmieni się nic, nawet ty.
Tak naprawdę zawsze byłeś sam, Draco. Skazałeś się na samotność wśród jedwabiów, służby i złej sławy nazwiska Malfoyów. Przylgnęła do ciebie, bo na to pozwoliłeś.
I już taki pozostaniesz.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria I i II

Post#3 » 18 lut 2011, o 12:36

Na serię I:

[center]W sekrecie i w cieniu[/center]

Klęczała nad zabitym bandytą, kurczowo zaciskając palce na rękojeści noża. Starta skóra zdawała się palić wnętrze dłoni, jakby chciała się z nią stopić już na stałe. Vivianne spoglądała w zamglone oczy martwego człowieka, na krew wraz z deszczem powoli płynącą po ostrzu, wsłuchiwała się w jednostajny, spokojny szum niesłabnącej ulewy. Chłodne krople spływały po jej karku i twarzy, niczym delikatna pieszczota lodowatych palców. Czuła się…
Dobrze. Tak dobrze. Nareszcie. Takdobrzedobrzedobrze…
Wolna. Spełniona. Kompletna. Prawdziwa.
Dobrze. Tak dobrze…
Nie opierała się, gdy odciągnęli ją od zwłok i zaczęli prowadzić do domu. Postanowiła, że pozwoli im wierzyć, iż jest zszokowana i przerażona tym, co zrobiła, pozwoli się uspokajać i gładzić po głowie, równocześnie mogąc w spokoju delektować się nowym, cudownym uczuciem. Nie protestowała, gdy wyjęli jej nóż z dłoni. To nieistotne. Znajdzie drugi, lepszy. Taki, który będzie idealnie pasował do jej dłoni, stworzony tylko dla niej, tylko w jednym celu.
- Biedactwo. – Matka drżącymi dłońmi gładziła jej twarz. Vivianne spuściła wzrok, starając się, by kobieta nie dostrzegła euforii kryjącej się w jej oczach. – Byłaś taka dzielna. Moja wrażliwa, niewinna córeczka. Zobaczysz, zapomnisz, wszystko będzie dobrze.
Vivianne uniosła gwałtownie głowę, wiedząc, że tym razem jej spojrzenie z pewnością odzwierciedlało odczucia. Wcale nie chciała zapomnieć! Nie mogła! Nie, nie, nie miała zamiaru wracać do lęku przed własnymi myślami, do zaprzeczania sobie samej na każdym kroku, nie teraz, kiedy nareszcie zaczęła rozumieć! Ale matka już krzątała się po swojej skromnej pracowni, przetrząsając szafki w poszukiwaniu eliksiru, który pozbawi córkę wspomnień z całej nocy.
Myśl, myśl! Mogłaby wstać i wybiec, mogłaby powstrzymać matkę, wyrwać jej buteleczkę z dłoni, próbować przekonywać, że to nie takie straszne, ale wtedy ona od razu zrozumiałaby, co się stało. Vivianne nieraz dało się pochwycić jej nerwowe spojrzenia, niemal zawsze, kiedy w wiosce lub gdzieś w pobliżu zdarzyło się coś mniej lub bardziej makabrycznego. Jakby nadal obawiała się, że ojciec jednak miał rację odchodząc, nie mylił się mówiąc, że powinni byli ją utopić, bo dziecko urodzone przy kapliczce Sheogoratha jest skazane na szaleństwo, stanie się potworem. Nie chciał mieszkać pod jednym z dachem z taką córką, więc matka kazała mu się wynosić, ale Vivianne wiedziała, iż w głębi duszy wciąż zadawała sobie pytanie, czy postąpiła właściwie. Do tej pory jednak nie miała powodu, by wątpić i tak powinno zostać. Przynajmniej do czasu.
Drzwi otworzyły się bez ostrzeżenia. Kobieta podskoczyła przestraszona, zaś Viv wykorzystała ten moment, by udać panikę i wytrącić jej z dłoni buteleczkę z eliksirem. Fiolka roztrzaskała się w drobny mak, zaś zielonkawy płyn błyskawicznie wsiąknął w szczeliny między deskami. Uwarzenie drugiego potrwa parę dni, a wtedy i tak już nie będzie miał wpływu na wspomnienia z tej nocy.
- Proszę wybaczyć – Cesarski Strażnik ukłonił się lekko. – Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku. – Zmierzył Vivianne wzrokiem. – Dobrze się czujesz? Nic ci nie zrobił?
Pokręciła głową, obejmując dłońmi ramiona.
- Nie – szepnęła, powstrzymując uśmiech cisnący się na wargi. Nie zdążył, chciała dodać, ale była świadoma badawczego spojrzenia matki.
- Do czego to doszło, żeby dziewczyna sama musiała bronić się przed bandytami – kobieta fuknęła oburzona, opiekuńczym gestem kładąc dłoń na głowie córki.
- Postaramy się zwiększyć patrole w tej okolicy, proszę pani – odparł grzecznie, zdejmując hełm. - Pamiętasz, co się dokładnie stało? – zwrócił się z powrotem do Vivianne.
- Niezbyt – znów pokręciła nerwowo głową. – To stało się tak szybko. – Powoli, powoli. Zbliżał się do niej powoli, nerwowo oblizując wargi. – Tak bardzo się bałam. – Uśmiechnęła się zachęcająco, ściskając mocno nóż. Tak długo się powstrzymywała. Ale teraz mogła. Musiała. Mogła, mogła, mogła… - Rzucił się na mnie, prawie zapomniałam, że w ogóle mam broń. – Poczekała, aż podejdzie wystarczająco blisko, schowa swój sztylet i zajmie ręce czym innym. – To była chwila. – Rozkoszna chwila. Napawała się zdziwieniem w jego oczach, cierpieniem, niezrozumieniem i przerażeniem. Instynktownie przekręciła nóż, a z jego gardła wyrwał się bolesny charkot. – Zupełnie nad tym nie panowałam. – Jego strach. Jej kontrola. Uczucie spełnienia tak intensywne, że ugięły się pod nią kolana i osunęła się na ziemię razem ze swoją ofiarą. – Chcę o tym jak najszybciej zapomnieć. – Chce więcej. Więcej i więcej. Już nie pozwoli się zatrzymać. Żadne słowa ani nerwowe spojrzenia nie będą na tyle przekonujące. Ojciec miał rację. Och, tak bardzo miał rację, że będzie mu musiała za to podziękować.
- Rozumiem – powiedział po chwili, mierząc ją uważnym wzrokiem. Wyczuwała jego wątpliwości. Ludzie w wiosce zapewne zdążyli mu naopowiadać różnych głupot. O cichej Vivianne, dziwnej Vivianne, która urodziła się skazana na szaleństwo. Nie szkodzi. Nic nie szkodzi. Niech myśli, co chce, nie może niczego udowodnić.
- To wszystko? – spytała ostro matka. – Jeśli tak, moja córka powinna udać się na spoczynek.
- Tak, oczywiście. – Ukłonił się sztywno. - Dobrej nocy – dodał, tym razem delikatnie zamykając za sobą drzwi.
Przez chwilę chacie panowała cisza zakłócana jedynie kroplami deszczu uderzającymi w szyby i ogniem trzaskającym w kominku.
- Było dokładnie tak, jak powiedziałaś? – spytała w końcu matka, zaciskając wargi, najwyraźniej starając się powstrzymać drżenie głosu.
- Oczywiście – odparła Vivianne, spoglądając na nią ze zdziwieniem. – O co chodzi, mamo?
- Nie, o nic, córeczko, o nic – zaprzeczyła natychmiast. – Bałam się tylko… - zawahała się. – Bałam się o ciebie. Że zdążył cię skrzywdzić – dodała szybko. Zbyt szybko. Vivianne miała ochotę parsknąć śmiechem, słysząc tak oczywiste kłamstwo.
- Wybacz, mamo, pójdę się położyć – powiedziała cicho, znów unikając jej wzroku. - Czuję się… taka zmęczona.
- Chcesz jakiś eliksir? Po takich przeżyciach możesz mieć trudności z zaśnięciem.
- Tak, poproszę. –Posłusznie kiwnęła głową. Jeszcze jakiś czas będzie zachowywać pozory. Póki nie znajdzie sposobu, by na zawsze opuścić to miejsce.
Musiała wszystko dokładnie przemyśleć. Nie mogła zostać w wiosce, udawać, że nic się nie zmieniło. Jednak nie miała też zamiaru odchodzić bez grosza przy duszy, po to, by zostać przydrożnym bandytą, nie, nie tak powinno to wyglądać. Tu przecież nie chodziło o czajenie się w krzakach, napadanie i ograbianie podróżnych. Nie, nie, była ponad to. Matka często powtarzała, że córka ma duszę artystki, a Vivianne musiała przyznać jej rację. Wiedziała, iż jest zdolna ze swoich pragnień uczynić sztukę. W końcu zawsze miała bujną wyobraźnię, choć do tej pory czuła się winna za każdym razem, kiedy przyłapywała się na fantazjowaniu o tym, co zrobiłaby, gdyby… gdyby tylko miała okazję. Ale teraz wszystko zdawało się wreszcie układać, czuła się… właściwie. Potrzebowała jednak jeszcze czegoś więcej. Potrzebowała celu. Znaczenia. I czuła, że gdzieś jest ktoś, kto jest jej w stanie go zapewnić, przynajmniej na jakiś czas, póki nie nauczy się wszystkiego co potrzebne, by pójść własną drogą.
Czekała już tak długo, może poczekać jeszcze trochę. Aż urodzi się na nowo, w sekrecie i w cieniu.


Na serię II:

[center]Wszystkie troski duże i… większe[/center]

Harry Potter dość szybko przekonał się, iż posiadanie dzieci, poza, oczywiście, wszechogarniającym szczęściem, wiąże się głównie z niekończącymi się zmartwieniami. Jako że sam nie zaznał nigdy miłości rodzicielskiej, a wszyscy ludzie, którzy stali mu się bliscy w trakcie okresu dorastania troszczyli się o niego raczej pośrednio, mając bardziej na uwadze Harry’ego-Wybrańca niż Harry’ego-Harry’ego, umknęło mu, iż można się martwić o rzeczy błahe. Czy dobrze się odżywia, czy koledzy go lubią, czy ma dobre oceny, czy przypadkiem się nie przeziębił, nie jest smutny, nie wpadł w złe towarzystwo albo czy zakochał się w odpowiedniej osobie. Dopiero ojcostwo otworzyło przed Harrym świat, przy którym walka z Voldemortem wydawała się banalnym epizodem zakończonym przyjemnie wręcz oczywistym rozwiązaniem.
Harry niepokoił się o wszystkie swoje dzieci, nawet jeśli bywały to czasem (no dobrze, głównie) troski wygenerowane przez jego nadopiekuńczą wyobraźnię. Ostatnio jednak niechlubne pierwsze miejsce wśród obiektów zmartwień zajmował Albus Severus. Odkąd stało się jasne (przynajmniej dla niego… i prawdopodobnie dla całej reszty otoczenia, oprócz samego Ala), dokąd zmierza jego przyjaźń ze Scorpiusem, Harry znalazł się w stanie właściwie permanentnego zmartwienia. Nie chodziło o to, że jego syn najwyraźniej wolał mężczyzn. Ani o to, że z tych wszystkich mężczyzn wybrał akurat tego noszącego nazwisko Malfoy. Nie, Harry lubił i cenił Scorpiusa, często zastanawiając się, jakim cudem ktoś taki może mieć takie same geny jak Draco. Wiedział też, że przyjaźń taka, jak ich, nie zdarza się często i przypuszczał, iż miłość kiełkująca na takim podłożu będzie równie silna. Nie mógł mieć jednak pewności, czy będą w stanie stawić czoła wszystkim konsekwencjom, jakie niósł ze sobą ten związek. W skrócie – bał się, że to wszystko skończy się wielkim nieszczęściem. Zaś absolutnie największą troską Harry’ego Pottera było to, że któreś z jego dzieci mogłoby być nieszczęśliwe.
Co gorsza, największe problemy wynikały oczywiście z faktu, iż Harry Potter od ponad dwudziestu lat pozostawał, mniej lub bardziej, osobą publiczną. Jakkolwiek tego nienawidził, zwłaszcza gdy wpływało to na jego życie rodzinne, wciąż nie potrafił zapobiec zainteresowaniu mediów nim oraz jego najbliższymi. Rozwód z Ginny przez całe tygodnie królował na pierwszych stronach różnych szmatławych gazet, z Prorokiem Codziennym na czele. Próbowano go łączyć z wcześniejszym rozstaniem Hermiony i Rona, wymyślając najbardziej absurdalne, ubliżające im wszystkim scenariusze. Dlatego kiedy Harry pomyślał, że jego syn będzie musiał przechodzić przez coś podobnego, lodowaty strach ściskał mu klatkę piersiową. Absolutnie nie pomagało, iż Scorpius był jedynym dziedzicem znów niemałej fortuny Malfoyów, a obaj zajmowali miejsca w pierwszej dziesiątce w tych wszystkich durnych rankingach na najbardziej pożądanych kawalerów magicznego świata. Ani to, że Hogwart nigdy nie dało się nazwać specjalnie dyskretnym miejscem.
Kiedy pierwsze plotki wypłynęły ze szkoły do wielkiego świata, Harry miał ochotę mordować. Nie rozumiał, kogo obchodziło, czy „Syn Złotego Chłopca woli chłopców?” (kto w ogóle wymyślał tak żałosne tytuły?!) albo jakim prawem ktokolwiek wdawał się w spekulacje „czy Scorpius Malfoy stał się kolejną ofiarą miłosnych eksperymentów młodego Pottera?”. Miał za to szczerą ochotę odpowiedzieć im dosyć dosadnie „co o tym wszystkim sądzą ich ojcowie”. Żaden z dziennikarzy oczywiście nie chciał słuchać o tym, jak bardzo ich ojcowie nie mają nic przeciwko (wprawdzie Malfoy strasznie marudził na początku, ale po pierwsze, zbyt kochał Scorpiusa, żeby odmawiać mu prawa do szukania własnego szczęścia, po drugie… zwyczajnie nie byłby sobą, gdyby cokolwiek przyjął do wiadomości bez wcześniejszego ponarzekania na to, głośno i wyraźnie), preferując własne, zdecydowanie bardziej „ekscytujące” scenariusze, biorące pod uwagę wydziedziczenia i matki wyklinające własnych synów (zaś Draco musiał powstrzymywać Astorię przed wyprawą do redakcji Proroka i rzuceniem Cruciatusa na naczelnego).
Dlatego, kiedy chłopcy wrócili z Hogwartu, Harry z niepokoju niemal wychodził ze skóry. Po aferze z rozwodami, Al zaczął obsesyjnie wręcz bronić swojej prywatności, z całego serca nienawidząc wszystkich dziennikarzy. Nie chciał, by powtórne zainteresowanie mediów przestraszyło go i zmusiło do odsunięcia się od Scorpiusa, zatruło ten szczęśliwy spokój, jaki ostatnio udało mu się nareszcie osiągnąć. Miał ochotę zamknąć ich obu pod jakimś magicznym kloszem i zapewne dosłownie spróbowałby to zrobić, gdyby nie zobaczył, jak Scorpius uspokajającym gestem kładzie dłoń na ramieniu Ala za każdym razem, gdy zaczepia ich jakiś dziennikarz. Jak delikatnie odsuwa go za siebie, starając się krótko i zwięźle odpowiadać na wszystkie te idiotyczne pytania, co chwila spogląda na Albusa pytająco, na co tamten jedynie uśmiecha się lekko, od czasu do czasu nawet dopowiadając coś od siebie.
Harry po raz pierwszy odetchnął z ulgą, zaś parę dni później Scorpius odwiedził dom Potterów z naręczem szmatławych gazet i psotnym uśmiechem na ustach. Tego samego wieczoru, razem z Alem i Lily odczytywali najgłupsze, najbardziej absurdalne fragmenty, po czym robili papierowe samolociki i wyrzucali je w powietrze, tylko po to, by zaraz spalić je w różnokolorowym ogniu, ścigając się, które pierwsze trafi i zaśmiewając się przy tym do rozpuku.
Aż w końcu Lily odciągnęła ojca, z pełną powagą stwierdzając, iż pora zakochanym dać trochę czasu dla siebie. Harry rzucił ostatnie spojrzenie w stronę chłopców, którzy już wydawali się zapomnieć o wszystkim poza sobą nawzajem. Zobaczył, jak Scorpius wyciąga rękę w stronę Ala, uśmiechając się ciepło, jak zamyka jego dłoń w swojej i przyciąga bliżej, zaś cały świat nagle wydal się tylko niczym więcej niż urokliwym tłem dla nich obojga. Harry odwrócił wzrok jeszcze zanim ich usta się spotkały, nie chcąc być świadkiem chwili tak intymnej, tak wyraźnie przeznaczonej tylko dla nich dwóch, bezpiecznej od jakichkolwiek ciekawskich oczu czających się gdzieś w cieniu.
- Wiesz, tato. Czuję, że wszystko będzie dobrze – stwierdziła Lily, gdy zmierzali w stronę domu.
Harry uśmiechnął się.
- Ja też… - odparł z zadowoleniem.
- Bo wiesz tato… - Po chwili znów odezwała się niepewnie, zaś Harry’ego nagle ogarnęły złe przeczucia. – W szkole jest taki chłopak…
Harry ostatkiem siły woli powstrzymał się przed jęknięciem cierpiętniczo, zamiast tego starając się możliwie jak najspokojniej wysłuchać córki i nie budzić w sobie odruchowej niechęci dla tego… Timothy’ego…
Cóż, życie rodzica składało się ze zmartwień, ale chwile, kiedy widział swoje dzieci szczęśliwe, rekompensowały każdą troskę. Tak. Dla takich chwil, warto było zostać ojcem.
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1338

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria I i II

Post#4 » 18 lut 2011, o 15:01

I:
[center]Cena[/center]

Zamknęła oczy, ignorując napływające do nich łzy.

Powierzchnia wody zamknęła się nad jej głową kilka minut wcześniej i tam, gdzie jeszcze przed chwilą widoczna była poświata słońca, teraz mogła dostrzec już tylko nieprzeniknioną ciemność. Tkwiła w bezruchu. Chociaż jej umysł krzyczał w panice, nie mogła zrobić nic.

Nie umieć pływać, taka była cena. Na zawsze wystrzegać się morza jak nieprzyjaciela, chociaż to je właśnie kochała najbardziej na świecie. I w końcu zginąć w jego otchłani: ciemnej i zimnej, nieprzyjaznej i pustej.

Ciśnienie wody powoli wypychało z jej płuc ostatnie resztki powietrza. Szaleńczy bieg myśli zwalniał.
Śmierć przychodziła powoli, jak sen.

II:

[center]Uciekanie[/center]

- Daliby już sobie spokój – warknęła rudowłosa nawigatorka. – Mam już dość tej bieganiny! Nie mogę się nawet skupić na tyle, żeby narysować chociaż jedną mapę, a przez ten ciągły pościg nie miałam wcześniej na nic czasu…
- Są zakochani, to wręcz zmusza ich do robienia głupstw.
- Czyli uciekania? Nigdy nie myślałam, że tak się okazuje miłość, Sanji-kun, a już najmniej spodziewałam się takiego stwierdzenia po tobie.
Kucharz uśmiechnął się do niej szeroko, wytarł starannie ręce i zatrzasnął okno, odcinając ich od przynajmniej części hałasu dochodzącego z pokładu.
- Nie sądzę, żeby mieli łatwo z tego zrezygnować, Nami-san.
- Ale Ace-kun… Myślałam, że przynajmniej on będzie na tyle rozsądny, żeby wykonać pierwszy ruch. Jest przecież zawsze taki pewny siebie. Dobrze pamiętam, że nie miał oporów przed podrywaniem mnie jeszcze w Arabaście…
Blondyn zaśmiał się w odpowiedzi.
- Nie mogę powiedzieć, że mu się dziwię, Nami-san naprawdę jest klejnotem wśród kobiet!
Spojrzała na niego potępiająco, bawiąc się bezmyślnie rąbkiem obrusu.
- Niech po prostu zrobi to samo!
- Nie tym razem – mruknął Sanji pod nosem, zajmując się układaniem sztućców i starając nie patrzeć w jej stronę. – Za bardzo mu zależy.
Nie wiedział nawet kiedy w tej rozmowie zaczął mówić o sobie.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5025

PIÓRO W DŁOŃ - seria III

Post#5 » 18 lut 2011, o 22:04

inspiracja:[center]Alice Cooper - Poison
http://www.youtube.com/watch?v=Qq4j1LtCdww
[/center]

Termin: jutro (18 II), godziny wieczorne.
Uczestnicy: Giwi, Lailerosse, Lira, Oeone.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5025

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria III

Post#6 » 18 lut 2011, o 22:06

O 22 uświadomiłam sobie, że termin już jutro, a mnie nie będzie :lol: Wątpliwego smacznego.


[center]Zimna królowa[/center]
Bywała słodka. Jej usta smakowały miodem, włosy pachniały bzem. Skóra biała jak mleko, włosy ciemne jak kora świerku, dźwięczny śmiech, kolorowe wachlarze. Uśmiechała się, grała, kusiła.
Bywała gorzka. Oczy ciskały promienie, policzki różowiały, pierś drżała skrępowana gorsetem. Wściekła zaciskała dłonie w pięści i milczała.
Słodko-gorzka, niewinna i groźna, trucizna i antidotum jednocześnie. Ciągnąca za sobą duszną woń i chłodne spojrzenia. Zimna królowa płonącej duszy.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1338

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria III

Post#7 » 18 lut 2011, o 22:21

To ja też wrzucę, skoro mam. On, przesadzasz, mi się podoba! <3


[center]Czerwień.[/center]

Miała na ustach karminową pomadkę, rude włosy spięła w wysokim kucyku tak, by ich końcówki zaledwie musiały nagie ramiona. Bordowa sukienka, gładka i prosta, przylegała ściśle w talii, ale rozszerzała się ku dołowi tuż pod linią bioder. Sięgająca ziemi tkanina szeleściła cicho i połyskiwała cynobrem w sztucznym świetle wiszących na ścianach lamp. Wysokie szpilki obite wpadającym w amarant aksamitem skrzyżowała w kostkach, pozwalając odrobinę poluzować się skomplikowanej plątaninie pasków. Na szkarłatne, sięgające do przedramienia rękawiczki nasunęła pojedynczy pierścionek z oczkiem zrobionym z kamei. Poza tym nie miała na sobie żadnej biżuterii. Piła wino, delikatnie obejmując kryształowy kieliszek. Ciężkie krople spływały po jej ustach jak prawdziwe rubiny.
Patrzył na nią z zachwytem, niemalże graniczącym z czcią.

Było w niej coś takiego, co przyciągało wzrok, fascynowało. Nie potrafił stwierdzić czy były to mocno zarysowane rysy twarzy, jaskrawy kolor włosów, czy oczy, obramowane henną, podobne kształtem do migdałów. Nie mógł nawet z czystym sumieniem powiedzieć, że była ładna. Wszystko w niej było zbyt krzykliwe i jasne, tak jakby chciała zwracać na siebie uwagę.

Pragnął zatopić się w tej czerwieni, utonąć w niej, pochłonąć ją.
Pragnął jej i dostał, chociaż musiał wziąć siłą.
Gdy potem dotknął jej ust, rozbitych, nieruchomych i martwych, smakowały jak trucizna.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1811

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria III

Post#8 » 19 lut 2011, o 20:38

Ok, tytuł jest powalająco nieoryginalny. 8-)


Trucizna

Leżę niespokojnie na łóżku i czekam. Co chwilę zerkam w okno mojego pokoju, aby zaraz potem niespokojnie sprawdzić godzinę. Na dworze królowała noc, a na wyświetlaczu wciąż w miejscu godzin tkwiła cyferka jeden.
Poprawiam po raz tysięczny włosy, krótkie, ciemne i puszyste. W głowie tłucze się tylko jedno pytanie: „Kiedy znów go zobaczę?”. Przygładzam raptownie satynowy szlafroczek do półudzia i wzdrygam się, gdy słyszę tak charakterystyczny dźwięk. Zrywam się na równe nogi i w ciągu sekundy już stoję przy oknie i je otwieram.
On zawsze tak wchodził do mojego pokoju. Nigdy przez drzwi. Według niego nie było w tym żadnej frajdy, wolał skradać się jak złodziejaszek i potem uciekać niezauważonym.
Ale mnie to nie odpowiadało. Jak każda kobieta chciałam mieć go na własność bez poczucia niestabilności i wykorzystania.
A on był tak nieuchwytny pomimo dzielenia wspólnego łóżka. Łączyły nas tylko trzy rzeczy: seks, alkohol i muzyka. To ostanie nas do siebie złączyło i nierozerwalnie ze sobą pchało do przodu, ku większemu szaleństwu.
Teraz obserwuję, jak rozgląda się i szuka naszej ulubionej wódki.
- Nie martw się, zadbałam o to, kochanie – wyrywa mi się z przekąsem. W odpowiedzi posyła mi jedno z tych swoich spojrzeń, które zmiękczyło mnie przy naszym pierwszym spotkaniu.
Zawsze wiedział, jak skutecznie zamknąć mi usta.
- To co zawsze? – dopytuję się nieco milszym głosem, a on z zadowoleniem nastawia odpowiednią muzykę w gramofonie. Nie pytam się, będzie to, co zawsze.
Choć tak wiele razy przeżywałam takie noce jak ta, dalej moje serce niespokojnie biło, gdy przyglądałam się jego długim blond włosom, ustylizowanych na tak popularnego „pudla”, niebieskim oczom, które nigdy nie były przejrzyste, a zawsze czaił się w nich diablik, zgrabnie wykrojonym ustom i tym silnym, szorstkim dłoniom. Uwielbiałam ich dotyk, stwarzały iluzję bezpieczeństwa.
Ze śmiechem obserwuję, jak zaczyna naśladować Alice’a Coopera; jego głos dalej brzmi, jakby miał trudności z oddychaniem. Jednak jak zawsze działa to na mnie. Pozwalałam mu dotykać się coraz niżej, poczynając od piersi, przez satynowy szlafroczek. Drżę, gdy dochodzi do ud, a on szepcze zawsze te same słowa: „You’re poison, running through my veins”.
I znowu przestaje obchodzić mnie reszta świata i dzień jutrzejszy. Najważniejszy staje się odgłos zgrzytającego łóżka, który utrzymuje mnie na skraju świadomości. Piję i całuję. Piję i jestem całowana.
To nie ja jestem jego trucizną, on nią jest. On tylko powtarza słowa piosenki, wierząc, że tak jest. Przychodzi do mnie nocami przez okno, śpiewa tę samą piosenkę i szepcze tak znane mi zdanie. To on sprawia, że umieram i równocześnie pragnę więcej, wiedząc, że w ostatecznym rozrachunku przedłuży moją agonię.
Bo mnie zostawi. Znajdzie mocniejszą używkę. Takim właśnie jest człowiekiem.
Po prostu robię za zły charakter.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5025

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria III

Post#9 » 19 lut 2011, o 22:39

Czyli zostały jeszcze Giwi i Lai. Jesteście tam? :D
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria III

Post#10 » 19 lut 2011, o 22:43

Ja poddaję. Niestety. Prompt super, ale ja niezbyt :(
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Wróć do „Konkursy, plebiscyty i pojedynki”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość