Pióro w dłoń

Konkursy, pojedynki i plebiscyty organizowane przez i dla Artefaktowiczów. Każdy użytkownik może zorganizować event literacki (więcej informacji: tutaj).
Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria IV

Post#21 » 22 lut 2011, o 16:08

Jak radośnie, to radośnie. Fandom, to tym razem Merlin. Gdyby pokusić się na umieszczenie tego gdzieś w czasie, to pewnie gdzieś między pierwszą, a drugą serią.

[center]In vino laetitia[/center]

Uther wiedział, że sprowadzenie wina z kontynentu będzie dobrym pomysłem. Wprawdzie każdy pomysł króla z założenia musiał być dobry, lecz ten uznał za wyjątkowo wręcz trafiony. Jak żadne inne, południowe trunki smakowały bowiem słońcem, latem i radością, wprawiając pijących w wyśmienity nastrój. Po opróżnieniu kolejnego kielicha, Uther doszedł do wniosku, iż tak dobre wino zasługuje nawet na specjalną nazwę, najlepiej nadaną mocą królewskiego dekretu. Na przykład… Szczęśliwe Wino, o! Bo Szczęśliwe Wino to szczęśliwi poddani.
Król potoczył podejrzliwym wzrokiem po Sali, z zamiarem wtrącenia do lochu każdego, kto wykazywałby jakiekolwiek oznaki niezadowolenia, lecz z ukontentowaniem dostrzegł, iż wszyscy ucztujący najwyraźniej podzielają jego doskonały humor. Lordowie rozmawiali między sobą, uśmiechając się uprzejmie, nad wyraz dobrze udając, że na co dzień absolutnie nie zajmują się głównie knuciem przeciwko sobie nawzajem. Rycerze przekrzykiwali się radośnie, przechwalając się wygranymi turniejami i podbojami najróżniejszego rodzaju, a wraz ze stopniem upojenia znacznie wzrastał poziom ich ogólnej wesołości.
Uther westchnął… Młodzi. Powinien przewidzieć, że Szczęśliwe Wino jeszcze poprawi ich i tak zazwyczaj dobry nastrój. Dziś jednak czuł się wyjątkowo łaskawie, więc postanowił im wybaczyć niewłaściwe zachowanie. Zwłaszcza, że najwyraźniej szalenie bawiło ono Morganę, a Uther lubił, kiedy jego córka była szczęśliwa i uśmiechnięta. Nawet, jeśli nie wiedziała, że jest jego córką.
Spojrzał ponad ramię Morgany i dostrzegł, iż ta jej jak-jej-tam służąca też wygląda na zadowoloną. Zastanowił się chwilę, marszcząc brwi. Dziewczyna zawsze wydawała się kompetentna, więc wątpił, by ukradkiem podpijała wino swojej pani. Czyli była radosna i bez Szczęśliwego Wina. Niezwykłe…
Uther omiótł wzrokiem resztę stołu. O! No, proszę! Nawet jego stary przyjaciel Gajusz był… A, nie. Jego stary przyjaciel Gajusz spoglądał na niego podejrzliwie, unosząc Brew. Uther odwrócił się więc powoli, udając, że tak naprawdę wcale go nie zauważył.
Popatrzył w końcu na swojego syna, który akurat kiwnął na służącego, by ten napełnił mu puchar. Artur nie pochwycił spojrzenia ojca, pewnie dlatego, że całkowicie zajęło go wpatrywanie się zahipnotyzowanym wzrokiem w szyję tego jego Merlina i nerwowe ściskanie nóżki pucharu, jakby rozpaczliwie musiał zająć czymś dłonie. Uther przewrócił oczyma. Naprawdę. Kiedy rozdawali subtelność, jego syn najwyraźniej stał w kolejce po blond włosy.
Mimo to, Uther był zadowolony z takiego obrotu spraw, choć zapewnie nie przyznałby tego bez wcześniejszego wlania w siebie odpowiedniej ilości południowego trunku. Jednak jego syn ostatnio wyraźnie dojrzał i zmądrzał. Ale przede wszystkim, wydawał się naprawdę szczęśliwy. Cały czas. Bez pomocy Szczęśliwego Wina.
Król westchnął i pociągnął z pucharu solidny łyk. Też był kiedyś taki szczęśliwy ze swoją Igraine…
No, cóż. Przynajmniej nie narobi bękartów.
Artur, nie Igraine, oczywiście.
Uther zastanowił się chwilkę i spojrzał na Morganę.
Nie, nie bękartów. Dzieci z niecałkiem prawego łoża. O, tak lepiej. Trochę.
Więc żadnego zagrożenia niechcianymi dziećmi.
Znowu spojrzał na Morganę, która tym razem uśmiechnęła się do niego ciepło.
Hmm…
W każdym bądź razie, chodziło o dzieci. A raczej ich brak. Bo dzieci zbyt wcześnie mogły wszystko komplikować. Nawet jeśli potem wyrastały na kobiety, z których ojciec mógł być tylko dumny. Nawet, jeśli o tym nie wiedziały.
Uther potrząsnął głową i znów pociągnął z pucharu, starając się odnaleźć zagubiony wątek.
Ach tak. Artur i jego służący. Jego służący-czarodziej.
Służodziej.
HA!
Uśmiechnął się do swojego syna, który teraz spoglądał na niego nieco podejrzliwie. Po chwili zastanowienia, uśmiechnął się też do Merlina, zaś ten w odpowiedzi niemal upuścił dzban pełen wina. Szczęśliwego Wina. O, nie! Uther spojrzał więc na niego jeszcze raz, tym razem groźniej, a chłopak jakby się uspokoił.
Dziwny przypadek. Hmh… Ale wszyscy czarodzieje są dziwni. Byli. No dobrze, są. Widać pod tym względem, Merlin nie jest wyjątkiem.
Uther westchnął ciężko. Dość szybko zorientował się, że smarkacz jest czarodziejem. W końcu, kiedy był jeszcze dzieckiem, pełno się ich pałętało dookoła, więc można powiedzieć, iż praktycznie się wśród nich wychowywał. Wiedział, jak ich rozpoznawać, a w dodatku młody Merlin naprawdę nie radził sobie specjalnie dobrze z ukrywaniem swojego sekretu. Szczególnie, kiedy musiał kłamać sam, a nie robił tego za niego Gajusz. Uther długo zastanawiał się, co Merlin właściwie chce osiągnąć, lecz ostatecznie zgodził się ze swoim synem, który wciąż powtarza, że jego sługa najwyraźniej cierpi na lekką chorobę umysłową (choć nie uszło jego uwadze, iż ostatnio Artur mówił to niemal… czule). Liczyło się, że chłopak najwyraźniej za życiowy cel obrał sobie chronienie Artura, a przy okazji całej reszty rodziny królewskiej przed tą bandą magicznych psychopatów i innych bestii. Uther zaś udawał, że niczego nie zauważa, choć powoli zaczynało go to irytować. Bo naprawdę… Gajusz jest dobrym medykiem, kiedyś może był całkiem zdolnym magiem, ale przecież nie cudotwórcą! Chociaż teraz, dzięki wyczynom Merlina, pewnie już wszyscy go za takiego mają. Uther miał nadzieję, że ludzie przychodzą dniami i nocami do jego gabinetu, prosząc, by kładł ręce na ich nowonarodzone dzieci i robił tym podobne bzdury. Ha! Dobrze mu tak! Za to, że najwyraźniej stary przyjaciel miał króla za idiotę. Zresztą, Morgana pewnie też uważała go za idiotę. Nie mówiąc już o Arturze i jego służącym-czarodzieju. Służącym-czarodzieju-ochroniarzu. Służo… Nieważne. Pewnie już cały Camelot miał go za idiotę. Ta myśl tak go zasmuciła, że postanowił ją wyartykułować.
- Dlaszego wszyssy mają mnie za idiotę? – westchnął, popijając z kielicha.
- Ojcze? Dobrze się czujesz? – Artur patrzył na niego zaniepokojony, równocześnie próbując zwrócić na siebie uwagę kogoś siedzącego po drugiej stronie stołu.
I rzeczywiście. Po chwili u jego boku pojawił się Gajusz.
- Panie, myślę, że powinieneś…
- Sicho! Oszuśsie… - Uther uniósł ostrzegawczo palec. Nadal gniewał się na Gajusza, więc postanowił go zignorować. Ostentacyjnie odwrócił się i napotkał niespokojne spojrzenie błękitnych oczu swojego syna. Tych pięknych, błękitnych oczu. Takie same oczy miała Igraine… Piękne i błękitne. Uther przekrzywił głowę i spojrzał na Merlina. On w zasadze też miał ładne oczy, nawet jeśli nie tak błękitne.
Rozległ się trzask. Uther obserwował, jak kawałki, na szczęście jednak pustego już, dzbana rozsypują się po podłodze. Artur patrzył na ojca zszokowanym wzrokiem.
Hm. Chyba powiedział to na głos.
Oj…
Miał ochotę zachichotać, ale powstrzymał się, gdyż to niegodne króla.
- Ojcze, myślę, że naprawdę powinieneś już odpocząć… - powiedział powoli Artur.
Uther nie rozumiał. Odpocząć? Kiedy tak dobrze się bawił przy Szczęśliwym Winie? Przecież właśnie teraz odpoczywał! Westchnął. Nie pierwszy raz ze smutkiem musiał przyznać, że jego syn nigdy nie był zbyt spostrzegawczy.
Zastanowił się nad tym na chwilę, próbując sięgnąć po puchar. Lecz myśl, która nagle go nawiedziła sprawiła, iż zastygł w pół ruchu.
A co, jeśli jego syn nie wiedział, że jego służąco-kochanek jest czarodziejem? W końcu Merlin mógł mu nie powiedzieć, a sam nigdy by się nie domyślił! Jeśli tak, Artur musiał się poznać prawdę. Uther powinien mu to jakoś subtelnie zasugerować.
- Czasami… - zaczął konspiracyjnym szeptem, pochylając się w stronę syna. Skonfundowany Artur zmarszczył brwi, ale ostatecznie przysunął się bliżej. – Różne przedmioty latają. Albo wybuchają świece. Albo dzieją się inne dziwne rzeczy. Oczywiście, magia jest zła! Ja nie mówię, że nie jest! – zastrzegł. – Ale czarodziejki… i czarodzieje, oczywiście – dodał po chwili wahania - są świetni w łóżku! Potrafią robić takie rzeczy! A szczególnie, kiedy dadzą się ponieść emocjom… To cała ta moc…! Niezapomniane przeżycia! To tylko tak, żebyś wiedział…
Artur zamrugał i w jednej chwili pokrył się rumieńcem, po czym wstał gwałtownie, chwytając Uthera za łokieć. No dobrze, może nie wyszło zbyt subtelnie. Ale liczy się efekt! Król spojrzał szybko na Merlina, który zdawał się blednąć i czerwienieć na przemian. Ha!
- No dobrze, myślę, ojcze, że pora kończyć na dzisiaj – oznajmił Artur, odchrząkując i wyraźnie starając się na niego nie patrzeć. Uther tym razem nie mógł się powstrzymać i zachichotał. Cóż, nawet jeśli jego subtelna sugestia nie była całkiem potrzebna, to teraz przynajmniej naprawdę świetnie się bawił. – I nie zamawiamy więcej tego wina! – dodał gniewnie książę, zaś Uther natychmiast przestał się śmiać.
Wyprostował się, wyrywając łokieć z uścisku syna i rzucając mu swoje najbardziej, miał nadzieję, królewskie spojrzenie. O, nie! Póki żył, miał zamiar pilnować, by odpowiedni zapas Szczęśliwego Wina zawsze znajdował się w zamkowych piwnicach. Królewskim Dekretem, jeśli będzie trzeba!
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1338

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria IV

Post#22 » 22 lut 2011, o 17:56

Odpadam tym razem, może potem nadrobię, ale jestem wykończona i nic nie wymyślę już teraz. ^^'
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1811

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria IV

Post#23 » 22 lut 2011, o 20:43

Ok, myślałam, że już się nie wyrobię. ;)
Tekst trochę dziwny, więcej w nim dialogu niż opisów.



Poszukiwacz szczęścia

- Szczęście… Szczęście – powtarzam bezsensownie te same słowo, kołysząc się na krześle obrotowym i zagryzając końcówkę długopisu. – Dałeś mi, szefie, ciężki orzech do zgryzienia. – Myślę dalej, irytując się panującą wokół ciszą. Minęło zaledwie parę minut, a czuję się jakbym intensywnie pracował przez co najmniej godzinę. Nie potrafię niczego wymyśleć, kompletna pustka w głowie.
Po raz kolejny próbuję się skupić. Zaczynam bazgrać w notatniku wstępny szkic, ale zaraz potem zirytowany wyrywam kartkę i rzucam ją zmiętą obok całej reszty moich niedoszłych gniotów.
Zirytowany rzucam długopisem, który z wkurzającym odgłosem przemierza szeroką drogę przez cały blat, aby spaść na stertę książek. Wstaję i zaczynam chodzić po całym pokoju. Nagle zaczęła rozpierać mnie energia, a właściwie to złość na mojego redaktora w końcu wzięła nade mną górę i musiałem jakoś ją rozładować.
Miałem ochotę mu przyłożyć, nakrzyczeć, coś rozwalić, ale jestem człowiekiem rozsądnym i w miarę opanowanym, więc zadowoliłem się samym gderaniem.
- Co to ma, do cholery, być?! Czego on ode mnie oczekuje? Że nagle z czołowego pesymisty stanę się radosną i beztroską istotką? – Ciemno zrobiło mi się przed oczami, gdy przypomniałem sobie ostatnią rozmowę z szefem sprzed dwóch tygodni.


- Napisz coś z mniejszym cynizmem – mówi, spoglądając na mnie zza okularów. – Ciągle tylko śmierć, zniszczenie, beznadzieja, okrucieństwo. Mógłbyś zrobić jakąś odskocznię, dobrze by ci to zrobiło.
- A może gazecie? – pytam z kpiną.
- To także. – Mężczyzna spokojnie składa ręce na blacie biurka i dodaje niskim, ostrzegającym tonem: - Dobrze wiesz, w jakiej jesteś sytuacji. Czytelnicy mają dość twoich ciągłych wywodów na ponure tematy.
- Dlaczego więc nie wylejecie mnie? – jawnie prowokuję, patrząc prosto w oczy rozmówcy. Szef odwraca wzrok.
- Bardzo cię wszyscy cenimy, ale musisz zważać na dobro gazety. Ono jest najważniejsze.
- Rozumiem, że nie mam nic do powiedzenia.
- Właśnie. – Szef kiwa głową. – Albo przestaniesz pisać o makabreskach, albo pożegnaj się z posadą i szukaj pracy gdzie indziej.
Zrezygnowany, opuszczam ramiona, ale i tak posyłam mu spode łba wściekłe spojrzenia.
- To nie będzie łatwe.
- Nie.
- Od czego mam zacząć? – pytam niemal warcząc.
Szef spokojnie wychodzi zza biurka i podchodzi do mnie. Poufale kładzie mi rękę na ramieniu i odprowadza do drzwi.
- Myślę, że na sam początek dla takiego pesymisty jak ty najlepszym rozwiązaniem będzie zabawienie się. Pójdź gdziekolwiek i popatrz na ludzi.
- Nie muszę nigdzie iść, bez tego wiem, jacy wszyscy są szarzy i beznadziejni.
- Zmień nastawienie. Zdefiniuj pojęcie szczęścia, a potem pomyśl o swojej pracy. Wiesz, czego oczekuję.
- Co?! Co to w ogóle ma znaczyć?! Jaja szef sobie ze mnie robi?! – Nie wytrzymuję i odwracam się, widzę już tylko zamknięte drzwi do gabinetu.


Łapię raptownie płaszcz i zarzucam go na siebie. W złości szarpię się z guzikami i sprzączką w pasie. Prawie wychodzę w kapciach, ale w porę przypominam sobie o nich.
- Zdefiniuj pojęcie szczęścia – przedrzeźnia szefa, sznurując martensy. – Ja mu, kurwa, napiszę taki tekst, że ze zdumienia wytrzeszczy gały i spadnie z tego swojego pieprzonego fotelu! Jeszcze zobaczysz, sukinsynie jeden!
Wychodzę, trzaskając drzwiami. Szybko zbiegam po schodkach na sam dół. Wkrótce dmucha mi w twarz zimny, porywisty wiatr, znak nadchodzącej zimy. Z krzywą miną brnę dalej, mijając ludzi.
- Idę, kurwa, szukać tego szczęścia!
Po prostu robię za zły charakter.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria IV

Post#24 » 23 lut 2011, o 10:36

Czy ja wiem, czy dziwny i czy to źle, że są same opisy, czasem tak trzeba, a tutaj to nie przeszkadza :D Co liczyłabym na minus, to to, że tekst jakby się urywa - albo po prostu nie ma dość mocnego zakończenia, by było widoczne, że tak ma być.
Ale grunt to coś wymyślić na niekoniecznie łatwy temat, nie? :)

A pijany Uther "It's SORCERY!" Pendragon to perełka sama w sobie, w dodatku rozbroiły mnie nazwa "Szczęśliwe wino", "służodziej" i sugestie, że Merlin pewnie jest dobry w łóżku :lol:
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1811

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria IV

Post#25 » 23 lut 2011, o 15:41

Co liczyłabym na minus, to to, że tekst jakby się urywa - albo po prostu nie ma dość mocnego zakończenia, by było widoczne, że tak ma być.
Ale grunt to coś wymyślić na niekoniecznie łatwy temat, nie? :)


Myślę, że chodzi tu o koniec. w moim założeniu miało się tak skończyć. ;)


Lailerosse - Ale mi się podobało! Wprawdzie nie oglądałam serialu, ale chyba wkrótce zabiorę się za niego ]:->
i podpisuje sie pod tym, co napisała Oeone o służodzieju i Szczęśliwym Winie.
Po prostu robię za zły charakter.

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria IV

Post#26 » 23 lut 2011, o 18:16

Dzięki, dzięki :D Nawet Uther czasem zasługuje na to, żeby się zabawić, te wszystkie egzekucje na pewnym poziomie zawsze są dołujące, nie? :twisted:

Onek -> biedny Arnold. Znaczy, może nawet niekoniecznie biedny, może posmakuje choć odrobiny wolności zanim wpadnie pod jakiś samochód albo zagryzą go psy albo... Hmm... Biedny Arnold.
Ale fakt faktem, miałam kiedyś świnkę morską i momentami naprawdę było mi jej żal, ze spędza całe życie za kratami i pewnie nawet świeży ogórek jej tego nie rekompensował. A do czego dążę w mojej absolutnie nieskładnej odpowiedzi, to po prostu to, że podobał mi się ten tekst :D

Kostucha -> Podchodząc do tego prompta czułam się podobnie jak Twój bohater... Tylko ja poszłam łatwiejszą drogą i wyszłam z założenia, że alkohol też czasem może pomóc rozwiązać problemy xD Co do zakończenia, mam podobne odczucia jak Oeone, że czegoś tu zabrakło, ale poza tym spoko :D
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

PIÓRO W DŁOŃ - seria V

Post#27 » 23 lut 2011, o 21:07

Inspiracja:
[center]Obrazek[/center]

Uczestnicy: Giwi, Lailerosse, Lira, Kostucha, Oeone
Termin do piątku 25 II
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria V

Post#28 » 25 lut 2011, o 15:10

Uch, nie wyszło to tak, jakbym chciała. I chyba nigdy nie wyjdzie. Trudno jest pisać o postaci historycznej, przynajmniej mnie. I, wiem, fascynują mnie czasem absolutnie dziwni ludzie xD

[center]To zabawne...[/center]

- To zabawne…
Wiedział, że umiera, wreszcie przyszła na niego pora. Po tylu latach balansowania na krawędzi, pchaniu się w ramiona Śmierci tylko po to, by znów uciec od niej na chwilę, zasłużył sobie na tę pewność. I choć całe życie nie stanęło mu teraz przed oczami, wiedział, iż w zasadzie mógł je zamknąć w tych dwóch słowach.
To zabawne.
Jeśli ktoś lubił specyficzne, nieco chore poczucie humoru.
Bo to naprawdę na swój sposób śmieszne, jak wszystko układało się nie tak, jak miało się układać. Wyatt czasem kręcił głową nad jego cynizmem, ale czy da się nie być cynikiem, jeśli od samego początku życie kopie cię w twarz, a ty postanawiasz odpowiedzieć mu tym samym?
Zawsze robił więc wszystko, czego nie powinien. Pił, choć nie powinien, palił, choć nie powinien, grał, choć nie powinien. Był z kobietą, z którą być nie powinien. Bo powinien… co? Położyć się i umrzeć?
To tak cholernie, cholernie zabawne. A przecież chodziło właśnie o to, by nie umierać w ten sposób. Nie bał się śmierci, a jakimś cudem wciąż jej umykał. Kilka razy go postrzelili, parę razy mieli go powiesić, myślał, że uda mu się w końcu zapić, ale nie… Zupełnie, jakby gruźlica położyła na nim swoje łapska i pilnowała, żeby nic innego wcześniej go nie załatwiło.
Tak, wiedział, jak absurdalnie to brzmi, lecz nie widział innego wytłumaczenia. Umierał w łóżku, bez butów. Nie jak rewolwerowiec, który budził postrach. Ostatecznie z powrotem było mu bliżej do dentysty i czyż to nie jest naprawdę, naprawdę zabawne? Choroba odebrała mu możliwość wykonywania zawodu, uczyniła z niego człowieka, którego lękano się, podziwiano, nienawidzono, a potem na powrót pokazała mu jego miejsce.
Wyatt pewnie nie podzielałby jego rozbawienia, czasem nawet dla niego tego typu poczucie humoru bywało zbyt ciężkie. Ale musiałby mu przyznać rację, choć ze smutkiem i z niechęcią, jak zawsze w takich sprawach. Z drugiej strony, przynajmniej by się nad nim nie litował. Nie, Wyatt nie patrzył na niego z litością. Czasem z żalem, bo jako jedyny jakimś cudem potrafił dostrzec w nim człowieka, jakim był, zanim suchoty zaczęły kierować jego życiem.
Właściwie nie żałował, że przyjaciela nie ma teraz przy nim. Wyatt nigdy nie lubił bezsilności, nie znosił bezczynnego czekania. Szlag by go trafiał i nawet nie miałby się na kim wyżyć ani zemścić. A tak przynajmniej dowie się, kiedy będzie już po wszystkim. Potem może spotkają się w piekle, bo biorąc pod uwagę, ilu ludzi zabili, nieważne z jakiego powodu, powinni mieć tam już zarezerwowany stolik w miejscowym saloonie.
Miał nadzieję, że Wyatt umrze ze starości. Wtedy przynajmniej Doc nie będzie musiał się wstydzić, że sam wchodzi boso między diabły.

[center]* * *[/center]

"I found him a loyal friend and good company. He was a dentist whom necessity had made a gambler; a gentleman whom disease had made a vagabond; a philosopher whom life had made a caustic wit; a long, lean blonde fellow nearly dead with consumption and at the same time the most skillful gambler and nerviest, speediest, deadliest man with a six-gun I ever knew."
– Wyatt Earp speaking of Doc Holliday
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1338

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria V

Post#29 » 25 lut 2011, o 16:50

Naprawdę, naprawdę nie miałam już innego pomysłu, a nie chciałam drugi raz poddać walkowerem. Więc nie jestem zachwycona, ale cóż, bywa! Płomykowe, ech!

[center]Głupi[/center]
Głupi, głupi kapelusz.

Kowbojski, wymięty, jaskrawopomarańczowy, obciachowy do granic możliwości. Niedbale nasunięty na czoło, rzucający cień na piegowate policzki, wręcz naśmiewający się z niej samym swoim istnieniem. Prawie jak właściciel.

Głupi, głupi uśmiech.

Szeroki, szczery, pełen samozadowolenia, zawsze przyklejony do jego twarzy. Ten uśmiech, którym witał ją za każdym razem powracając do domu. Kształt ust jego pocałunków.

Głupia, głupia bransoletka.

Założona tuż pod paskiem kompasu, trochę podniszczona, czerwono-biała, zrobiona z plecionki. Leciutko osmalona, porozciągana i wytarta od nieustannego użycia. Ciągle tkwiąca na jego nadgarstku.

Głupi, głupi chłopak.

Zbyt pewny siebie, irytujący i egoistyczny. Zawsze pakujący się w kłopoty.

Kochany.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Re: PIÓRO W DŁOŃ - seria V

Post#30 » 25 lut 2011, o 17:47

[center]Ostatnia szansa[/center]
Piach zgrzytał mu pod butami, gdy szeroko stanął na nogach. Jedna ręka sięgnęła ku kaburze, druga wisiała luźno wzdłuż boku, a mimo to czuł wciąż nasilające się drżenie. Z każdą chwilą zbliżało się południe, słońce było coraz wyżej i coraz bliżej czyjejś śmierci.
Dopiero gdy rozległo się ostatnie trzaśnięcie okiennicami, zrozumiał, że dwunasta już wkrótce. Ulice miasteczka wyludniły się, byłyby zupełnie puste, gdyby nie on, stojący na środku głównej ulicy. Nie wiedział, czy to z nerwów, czy z upału, pot spływał mu po twarzy i plecach. Na pewno był za młody na śmierć. Był tego pewien bardziej niż czegokolwiek innego, ale wiedział też, że sypianiem z nie tą kobietą, co trzeba, sam sobie zawinił. Cofnąłby czas, o tak. Nawet słodka Nancy nie była tego warta.
Mimo to wciąż czekał, choć w jednej chwili mógłby dosiąść konia i odjechać daleko stąd. Być może przeszłość nie ścigałaby go w mieście mile stąd, gdzie nosiłby inne nazwisko i pisałby swoje życie na czystej kartce, ale nie mógł stchórzyć. Chociażby dlatego, że było na to za późno.
— No, Blakey, jednak się stawiłeś. — Usłyszał szyderczy głos za swoimi plecami. Zobaczył, jak stary Crimson uśmiecha się drwiąco. Momentalnie poczuł dreszcz. Jak długo stał? Kiedy się do niego podkradł? Dlaczego tego nie zauważył?
Odwrócił się, wyciągając colta odziedziczonego po ojcu z kabury. Zimny chłód metalu orzeźwił go, ale moment później Blakey dostrzegł, że mały pistolet, kiedyś legenda w małym Sorrow Town, teraz zacinający się, jest niczym w porównaniu do winchestera Crimsona. Zamarł.
— Czas umierać, młody.
Pierwsza kula minęła go o parę centymetrów i wbiła się w drewnianą fasadę saloonu. Wtedy dopiero Blakey zareagował, naciskając spust colta. Winchester odwdzięczył się tym samym, tym razem pocisk świsnął mu koło ucha. Uskoczył, niemal potykając się o coraz miększe nogi. Dopiero wtedy ogarnęła nim panika. Zaczął strzelać na oślep, co chwile słysząc, jak metalowy mechanizm zgrzyta coraz głośniej. Nie trafiał, mimo to Crimson cofnął się nieco. Wtedy spust się zaciął. Nacisnął nerwowo język, który ani drgnął.
Stary wykorzystał sekundę zawahania. Gdy uniósł przeładowaną strzelbę, w Blakeyu cała nadzieja umarła. Mimo to rozpaczliwie szarpnął coltem, który w końcu wystrzelił.
Rozległy się strzały.
Ta jedna kula i było po wszystkim.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Wróć do „Konkursy, plebiscyty i pojedynki”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości