Śmierć i zniszczenie

Konkursy, pojedynki i plebiscyty organizowane przez i dla Artefaktowiczów. Każdy użytkownik może zorganizować event literacki (więcej informacji: tutaj).
Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4828

Śmierć i zniszczenie

Post#1 » 6 years temu (2 lis 2011, o 13:43)

Termin: piątek 4 XI, godzina 20.
Uczestnicy zgłoszeni: Oeone, Giwi, Lira, Kostucha, Neno.

Osoby, które również chcą uczestniczyć w evencie, a nie zgłosiły się w temacie informacyjnym (link wyżej) - prosimy o wrzucenie tekstów pod tym postem ;)
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Giwi

Re: ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE

Post#2 » 6 years temu (2 lis 2011, o 19:44)

Czyli Marta przypomina sobie, do czego służy klawiatura i jak się w ogóle pisze.

Zaczęło się całkowicie niewinnie. No, może nie całkiem.
Tony, jak to Tony, wszedł do salonu The Avengers Mansion – albo do „Pokoju Wspólnego” jak żartował Clint – trzymając w jednej dłoni butelkę wody niegazowanej z Fuji a w drugiej nowe repulsory do zbroi. Właśnie mijało czterdzieści osiem godzin odkąd jego głowa ostatni raz poczuła pod sobą poduszkę, co oczywiście wypomniał mu Steve, gdy wyciągał wodę z lodówki.
A potem momentalnie padł na ziemię, uchylając się przez lecącym w jego stronę wazonem.
Zazwyczaj w Avengers Mansion nic nie latało. Zazwyczaj. Uważali by nie denerwować Bruca (nikt nie chciał słyszeć „Hulk miażdżyć!” po nocach), który, okazało się, i tak miał zatrważające pokłady cierpliwości. Do trajkoczące Jan można się było przyzwyczaić.
Ale latające wazony, łał, to było coś nowego!
Butelka potoczyła się po kafelkach, a Tony przyłożył brodę do zimnej powierzchni posadzki. Po chili podniósł głowę w oczekiwaniu, że zaraz znowu coś nad nią przeleci, ale jednak tak się nie stało. Klnąc pod nosem – ej, w końcu to był jego dom! – podniósł się.
- Co tutaj się do diabła dzieje? – wymruczał pod nosem, dotykając reaktora. Dopiero teraz dotarło do niego, że echo z salonu niosło ze sobą krzyki.
I, co było dziwniejsze, były to krzyki Clinta i …
- …Natasha? – Tony podniósł brew. Clint uchylał się właśnie przed kolejną wazą, lecącą w jego stronę. Czarna Wdowa z rozwianym włosem i błyskiem w oku, wykrzykiwała jakieś rosyjskie słowa… no, nie jakieś, Tony na tyle dobrze znał rosyjski, że mógł odróżnić poszczególne przekleństwa, w stronę Bogu winnego Bartona.
- Co się tutaj do licha dzieje? – Steve pojawił się nagle obok Tony’ego, spocony, w mokrym podkoszulku.
- To ona zaczęła! – Clint zrobił kolejny, całkiem widowiskowy unik, wskazując palcem na Natashę. Steve położył obie dłonie na biodrze, przymknął na moment oczy i wziął głęboki wdech.
- Ojej, tatuś się zdenerwował – doszło do uszu Tony’ego. Zerknął w górę. Spider-man siedział na kryształowym żyrandolu, obserwując całą sytuację… z bezpiecznej odległości. Stark mógł się założyć, że uśmiechał się pod maską i w głębi ducha kibicował Clintowi.
- Clint! – krzyknął Steve głosem Kapitana Ameryki: nieznoszącym sprzeciwu ani powtórzenia. – Natasha!
Czarna Wdowa zamarła z kolejną wazą (dynastia Ming, bardzo cenna, ale kto by się tym przejmował?, pomyślał Tony) w dłoni i odwróciła się w stronę Rogersa. Ten tylko zmrużył powieki. Czasami Tony zastanawiał się, co kapitan Steve Rogers ma w sobie, że wszyscy go słuchają, bez słowa sprzeciwu. Nikt nie podważał jego autorytetu, wszyscy wykonywali jego rozkazy. No, może poza samym Starkiem. I Hulkiem, kiedy ten wpadał w prawdziwy szał. W takich momentach, gdy Steve patrzył intensywnie błękitnymi oczyma na Czarną Wdowę i Hawkeye’a, Iron Man rozumiał doskonale. Coś mowie ciała Kapitana Ameryki mówiło: przestań, spójrz na mnie i posłuchaj mnie, bo jak nie, to porachuję ci wszystkie kości.
Taaa…. Tony mógł sobie to wyobrazić.
- To ona zaczęła – próbował tłumaczyć Clint, ale zaraz został uciszony przez jeden gest. Rogerst podniósł dłoń, przeszywając Bartona spojrzeniem zdolnym niszczyć miasta niczym bomba atomowa zniszczyła Hiroszimę. Ale Steve z pewnością nie polubiłby takie porównania.
- Nie obchodzi mnie, kto zaczął. O co poszło? – Steve chciał dodać „tym razem”, ale w porę się powstrzymał. Clint Barton i Natasha Romanoff zawsze tworzyli zgraną grupę i praktycznie się nie kłócili, więc zaistniał sytuacja była czymś nowym.
- On – Natasha wskazała palcem na Hawkeye’a – podważył moje umiejętności szpiegowskie.
- I…?
- W bardzo obraźliwy sposób, chciałabym dodać.
- Rozumiem. Cllint?
- Ona mnie sprowokowała!
- Jak?
- Yyy… - wzrok Bartona skakał od Steve’a do Natashy.
- Rozumiem.
- Co dokładnie powiedziałeś? – wtrącił się Stark. – Bo wiesz, nie rzadko można zobaczyć tak wkurwioną Czarną Wdowę, a to może w przyszłości być przyd…
- Tony! – warknął Steve.
- Powiedziałem, że jej umiejętności kamuflażu są przestarzałe i trochę stęchłe.
- Wiesz, udało mi się zinfiltrować Stark Tower…
- A: miałaś łut szczęścia, b: nie zapominajmy, że byłem wtedy umierającym człowiekiem, dobrze? Poza tym, koniec końców przejrzałem twój kamuflaż, więc nie możesz być taka dob…
- Tony!
- No dobrze, dobrze, już się zamykam.
Natasha zamilkła nagle. Powoli odłożyła wazon na szklany stół i spojrzała na Starka jakby był kolejnym celem do zlikwidowania.
- A czemu się po prostu nie przekonacie, kto jest lepszy w przebieranki? – Janet stanęła obok Steve’a z miską pełną popcornu.
Steve ponownie zamknął oczy.
- Jan nie wydaje mi się…
- Jan, czy kiedykolwiek ktoś ci mówił, że jesteś genialna?
- Och, parokrotnie Tony, ale bardzo mi miło, gdy tak mnie komplementujesz. Tylko uważaj, bo Hank zrobi się zazdrosny.
- O czym wy mówicie?
- Za miesiąc jest Halloween Clint. Wyzywam ciebie i Natashę na pojedynek na przebrania!
- No, no, no, w końcu zobaczymy Tony’ego w czymś, co nie byłoby marynarką czy zbroją – Spieder-Man zsunął się z sufitu i z gracją wylądował na ziemi.
- Przyjmuję wyzwanie! – odpowiedział Clint.
- I ja również. Tylko wiesz, Stark, zbroja Iron Mana nie liczy się jako kostium na Halloween.
- Natasho, Natasho, czy myślisz że ja, Tony Stark, milioner, geniusz, playboy i filantropista, poszedł bym w zbroi na imprezę Halloweenową? – Tony podniósł prawą brew, uśmiechając się nieznacznie. Fakt, owy pomysł przeszedł mu przez głowę, ale stwierdził, że nie popełni tego samego błędu, jak na swoich urodzinach – Naprawdę, sądziłem, że stać cię na więcej. Więc! – Stark ożywił się nagle, a w jego oczach zabłysły wręcz niebezpieczne ogniki. – 31 października zobaczymy, kto jest prawdziwym mistrzem kamuflażu! Niech wygra najlepszy!
- Och nie – mruknął Steve, kręcąc głową.
- Co to jest Hallołin moim śmiertelni przyjaciele? – zapytał z kanapy przez nikogo nie zauważony Thor.

***

Nikt nie spodziewał się, że Tony weźmie wyzwanie poważnie. No, przynajmniej nie TAK poważnie. Bowiem trzydziestego pierwszego października Tony Stark pod pretekstem charytatywnej aukcji zrobił największą imprezę Halloweenową, jaką Nowy Jork kiedykolwiek widział. Swym zaangażowaniem pobił nawet Heidi Klum, bowiem każdy kelner i kelnerka mieli na sobie stroje postaci historycznych (szyty na miarę, jak lubił zaznaczać Tony), i zazwyczaj można było ich rozpoznać dzięki świecącym się, sztucznym reaktorom łukowym, jakie każdy z nich miał na piersiach. Jan, która jako jedyna wiedziała, za co się przebierze Stark przed samą imprezą, była pod wrażeniem: po dużej, udekorowanej pajęczynami, dyniami i świecami sali, przechadzali się Aleksandrowie Wielcy, Cezarowie, Boduiki oraz wielu, wielu innych.
- Naprawdę Tony – przyznała Jan popijać wolno swojego drinka. – Postarałeś się.
Tony z przylizanymi włosami i w kostiumie Kapitana Marvela ukłonił się, robiąc okręgi dłonią.
- Ależ dziękuję ci, piękna niewiasto gdyż…
- Nie. Błagam, nie rób tak – położyła mu dłoń na ramieniu i spojrzała prosto w oczy. – Naprawdę się postarałeś. Poza tym, skąd wziąłeś pomysł na kostium?
Tony w odpowiedzi wzruszył ramionami. Tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia.
- Pepper mi doradzała – skłamał, upijając łyk whisky ze swojej szklanicy. – Widziałaś Thora?
- Żeby tylko! Jane chodzi z nim pod rękę i uśmiecha się jak głupia!
- A za co przebrał się nasz drogi bóg piorunów? Za, niespodzianka!, boga piorunów?
- Nie! Za Hi-Mena! – Tony zakrztusił się whisky. Nagle ktoś mocno go klepnął w plecy.
- Wszystko w porządku Tony? – usłyszał głos Steve’a za sobą. Obejrzał się, by zobaczyć Kapitana Amerykę w swoim mundurze. Stark pokusiłby się o stwierdzenie, że mundur wojskowy to jedna z bardzo niewielu rzeczy która sprawia, że Steve Rogers jest jeszcze bardziej przystojny niż zazwyczaj.
- Tak, nic mu nie będzie. Steve chciałabym powiedzieć że wyglądasz wspa…
- Rogers, to impreza Halloweenowa a ty ubrałeś swój mundur. Poważnie?
Steve, odrobinę speszony, podrapał się w tył głowy.
- Nie mogłem wymyślić nic lepszego. Poza tym, nigdy zbytnio nie lubiłem tego typu…eee… spotkań. – dokończył.
- Rogers, Rogers, Rogers. Trzeba było przyjść z tym do mnie!
Steve tylko westchnął głośno.
- Przy okazji Tony – Steve był chyba jednym z nielicznych, którzy mówili do niego „Tony” z taką nutką, że Starkowi przechodziły ciarki po plecach. – Bardzo podoba mi się twój kostium. Oglądałem kiedyś Kapitana Marvela, jak byłem… - chciał powiedzieć „normalny” ale to nie brzmiało dobrze. Co mógł powiedzieć? „Oglądałem Kapitana Marvela gdy była wojna a mnie nie przydzielili do wojska, bo byłem za chudy i zbyt chorobliwy”? - …kiedy leciał w telewizji. Chyba ci kiedyś o tym wspominałem…?
- Nie wiem Kapitanie, na ten pomysł wpadła Pepper – raczej, dodał w myślach Tony. – A teraz jeśli wybaczycie idę wygrać swój zakład. Znaczy idę znaleźć Natashę i Clinta.
Co okazało się nie być wcale aż takie trudne.
Clint jak to Clint chciał zrobić chyba dobre wrażenie.
- Dobrze ci w zielonym, Burton – Tony klepnął Robin Hooda w plecy, przechodząc obok niego i zabierając od kelnera kolejną lampkę szampana. Clint odwrócił się tylko, uchylił swoją opaskę z dziurami na oczy i uśmiechnął się na widok kostiumu Tony’ego, ale nie pokusił się o komentarz.
Z Natashą były pewne trudności. Tony wiedział, ze Czarna Wdowa postara się i włoży taką kreację, że nie pozna jej nikt. Przyglądał się dokładnie wszystkim kelnerom – dwóm nawet zajrzał pod maski, a jednej kelnerce pod spódnicę, tak dla zasady – gdy nagle jego wzrok przykuła pewna Królowa Śniegu sącząca swojego drinka zaraz obok Pepper, która jadła właśnie drugą oliwkę ze swojego martini. Tony uśmiechnął się do siebie i lawirując między gośćmi podszedł do obu kobiet.
- Pepper – kiwnął głową swojej asystentce, byłej dziewczynie i jednocześnie CEO Stark Industries. – Natasha – jego uśmiech poszerzył się tylko, gdy zobaczył zniesmaczoną minę Natashy. – Mam nadzieje, że obie bawicie się doskonale.
- Bawiłyśmy się, dopóki ty nie przyszedłeś – rzuciła cierpko Natasha.
- Bardzo… gustowny strój, panie Stark – dodała Pepper wskazując palcem na jego kostium Kapitana Marvela.
- Dziękuję za komplement i za pomysł.
- Pomysł? – Pepper zmarszczyła w konsternacji brwi. Tony machnął tylko dłonią.
- Nie ważne, moje drogie panie, nie ważne. Mam nadzieje, że będzie się dalej świetnie bawiły i nie pójdziecie na żadną z konkurencyjnych imprez. Do zobaczenia! – odwracając się, dopił duszkiem szampana, odstawił pusty kieliszek na blat pobliskiego barku i ruszył przed siebie.
Kołatało mu się po głowie tylko jedno pytanie: skąd on właściwie wpadł na pomysł tego kostiumu?


Trzy godziny i parę mocniejszych drinków później, gdy widział już Thora jako Hi-Mena, który zabawiał „przyjaciół śmiertelników” machając mieczem (i przy okazji ścinając głowę rzeźbie z lodu) duża i ciepła dłoń złapała go za ramię.
- Tony? – zapytał Steve. Stark zauważył, że trzyma w dłoniach szklankę, z pewnością nie pełną wódki, a górny guzik jego koszuli jest zapraszająco rozpięty.
- Hmm? – Tony jednym haustem dopił szkocką i podrapał się po ogolonym policzku. Dziwnie było nie mieć zarostu, ale czego się nie robi, by dobrze wyglądać w kostiumie?
- Sądzę… że musimy porozmawiać.
W głowie Tony’ego Starka zapaliła się ostrzegawcza lampka. „Musimy porozmawiać” zawsze brzmiało niepokojąco i sprawiało, że byłemu sprzedawcy śmierci, który obecnie sprywatyzował pokój, przebiegały ciarki po plecach.
„Musimy porozmawiać” nigdy nie wróżyło niczego dobrego.
- Ta?
- Wolałbym… gdzieś, gdzie jest ciszej. I bardziej prywatnie. – Steve spojrzał Tony’emu prosto w oczy i Stark wiedział, że owe „musimy porozmawiać” oznaczało naprawdę duże kłopoty. Jego wzrok prześlizgnął się po otaczających go osobach, ale nikt nie zdawał się zauważać, że Tony Stark potrzebuje pomocy.
Tony kiwnął głową i po odstawieniu pustego kieliszka poszedł za Stevem, który był bardzo łatwy do wyśledzenia w tłumie. Gdy Steve wpisał kod, przyłożył kciuk do czytnika i nadstawił oko do skanu, obaj mężczyźni weszli do dźwiękoszczelnej sali treningowej.
Przez moment panowała cisza. Tony rozglądał się po pomieszczeniu, jakby je widział pierwszy raz w życiu, a Rogers uparcie milczał.
Tony usłyszał, że blondyn głośno wciąga powietrze.
- Tony… chodzi o to, że…
- Jeśli mowa o to, że w tamtym tygodniu poszły wszystkie twoje ulubione serki, to z pretensjami nie do mnie, ja ich nawet nie dotykałem
- Co…? – Steve wpatrywał się intensywnie w Tony’ego i ten naprawdę zrozumiał, że nie o serki chodziło. – Nie, to nie to, o czym chciałem z tobą porozmawiać.
- O czy, w takim razie? Bo z tego, co sobie przypominam, ostatnimi czasy nie zrobiłem nic, dzięki czemu musiałbym słyszeć reprymendę od Kapitana Ameryki.
- Nie Tony, nie o to chodzi. Muszę wiedzieć po prostu na czym stoję.
-Yyy… Stoisz na podłodze?
- Nie. Chodzi o to, co jest… tutaj. Między nami.
- Okeeej… widzę, że jest jedna rzecz, której nie rozumiem. Nie ma żanych „nas” Steve. Chyba, że chodzi ci o Avengersów.
- Nie, Tony! – Steve użył tego głosu nie znoszącego sprzeciwu, którego używał tak często na spotkaniach grupy. – Chodzi mi o to, że ty wiecznie ze mną flirtujesz, i nawet nie tylko ja to widzę, nawet Fury to zauważył do cholery! Chcę wiedzieć, na czym stoję.
- Ależeco?
Steve przymknął na moment oczy i zacisnął szczęki.
- Flirtujesz ze mną Tony. Spider-man mówi na nas „tata” i „mama”, Natasha i Clint uważają, że kłócimy się jak stare małżeństwo, a ty… ty to wszystko podsycasz.
-…Hę?
- No, na przykład, zawsze, na każdym spotkaniu grupy siedzisz obok mnie i dotykasz mnie ramieniem, albo w jakiś sposób się o mnie… cóż, nazwijmy to, ocierasz. Albo siadasz naprzeciw i dotykasz mojej nogi, nono stop. Albo…- Steve schował twarz w dłoniach by się uspokoić. – Albo praktycznie wszystko zmieniasz na lata czterdzieste…
- …co jest nieprawdą, Steve, przecież…
- …zmieniłeś wszystkie dzwonki na piosenki z lat czterdziestych. I nie mówię tylko o swoim dzwonku w telefonie. Dzwonek do drzwi odgrywał przez dwa tygodnie „In to the Mood” Glenna Millera, albo ten tydzień w którym przez cały czas dało się słyszeć Franka Sinatrę. Albo kiedy przez dwa tygodnie z kawałkiem ubierałeś się w garnitury z lat czterdziestych. Na moją pierwszą… rocznicę wyjścia z lodu – Steve przybliżył się do Tony’ego o krok – zorganizowałeś fajerwerki piękniejsze i jaśniejsze niż na czwartego lipca. Albo wtedy, gdy zabrałeś cała drużynę do Francji, bo powiedziałem ci, że byłem tam podczas wojny i jestem ciekaw jak wygląda w dwudziestym pierwszy wieku. Albo Tony, ten strój. Kilka dni temu mówiłem ci, że Kapitan Marvel to jeden z mich ulubionych seriali z lat czterdziestych.Tony - Steve dodał po dłuższej chwili ciszy. – Ja muszę wiedzieć na czym stoję. Nie chciałbym zniszczyć naszej przyjaźni przez coś tak trywialnego jak…jak…łóżko, seks, czy cokolwiek innego. Tony.
Och Boże, pomyślał Tony Stark. Ja chyba naprawdę lecę na Kapitana Amerykę.
Przez moment, który zadawał się wiecznością, oboje stali naprzeciw siebie. Steve w swoim idealnym mundurze i Tony w idiotycznym przebraniu Kapitana Marvela.
- A co być chciał, żeby z tego wyszło? – zapytał odrobinę głupkowato Tony. Widział jak Steve wstrzymuje oddech po tych słowach, co trochę przeraziło Starka.
Ale Steve Rogers przeszedł dystans ich dzielący w mniej niż minutę, złapał Tony’ego za kostium i pocałował. Stark czuł jak ciepłe dłonie Rogersa dotykając jego policzku i karku, jak jego ciepłe usta zamykają jego.
I to hmmm… było bardzo, ale to bardzo przyjemne.
- Tony – blondyn przerwał na moment, odrywając się od Tony’ego, na co ten zareagował z cichym westchnieniem pełnym dezaprobaty – musisz mi obiecać, że cokolwiek się teraz stanie, nie przestaniemy być przyjaciółmi.
- Masz to jak w banku, Kapitanie. – mruknął Tony i tym razem to on przyciągał Steve bliżej. W pomieszczeniu było słychać tylko ich przyśpieszone oddechy i ciche pojękiwania.
- Cóż. – Tony powiedział, gdy się już od siebie oderwali, łapiąc oddechy. – Teraz chyba powinienem zadać drugie, ważne pytanie. Kolacja?
- Tylko nie w jakieś drogiej restauracji, błagam, nienawidzę takich.
Tony z uśmiechem przewrócił oczami.
- Nie ma sprawy, Steve. Nie ma sprawy.

Mań
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1216

Re: ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE

Post#3 » 6 years temu (4 lis 2011, o 16:31)

Tekst na szybko, nieco pokręcony, może być trudny w odbiorze xd.

Nietoperze cisnęły mną o ziemię, jakbym był niczym innym, jak tylko workiem pełnym dyniowych pestek. Zewsząd dobiegały szydercze śmiechy. Pewnie bawił ich widok śmiertelnika na kolanach przed Pękatym. Powoli dochodziło do mnie, co uczyniłem. Zadrżałem, ale nie z zimna, lecz ze strachu przed Jego Pękatowatością.
— Czi wjes coć zlbił? — Pękaty żuł właśnie rękę jednego ze swoich. — Odmówłeś dnia dzićom cukirów. Przs cbie muśłem pożrć mojgo oica. Wcae ni jezt tki słodki...
Głos Pękatego, mimo że zniekształcony, nadal budził lęk, a wystające z zębatej paszczy cudze palce sprawiły, że zacząłem się modlić.
— Terz troche żałję, że zjdłem oica. Ale w złości... robi ię róże, głpie rzeczy.
— O tak, z pewnością! — zawołałem. — I ja byłem zły, dlatego nic nie dałem wysłannikom Jego Pękatowatości.
Zebrani zaczęli gorączkowo mówić między sobą. Kościotrupy stojące tuż przy wejściu do sali tronowej głośno klekotały, para zombie wydawała z siebie jęki zbliżone do tych, które towarzyszą człowiekowi w agonii, wampiry syczały, wilkołaki skomlały, duchy cicho wyły, a czarownice z czarnymi kotami na rękach szeptały podekscytowane. Nikt nie rozumiał, jak można było odmówić Pękatym Dzieciom słodkości. Dawno nie mieli tutaj przestępcy.
— Ty błeś zły? Dlczego? — spytał zaintrygowany władca.
— Moja córka nie chce być Pękatym Dzieckiem — wyznałem i poczułem, jak zbiera mi się na płacz.
Na sali wszyscy gwałtownie wciągnęli powietrze. Nawet Pękaty zaniemówił, a z paszczy wypadło mu kilka obgryzionych palców.
— Jak to nie chce?! — wydarł się po chwili władca i raptownie podniósł z Pajęczego Tronu. — Co to ma znaczyć? Co z ciebie za ojciec?!
— Powiedziała, że ma inne plany na przyszłość, że świat nie kręci się tylko wokół karmienia Waszej Pękatowatości — odparłem, nie komentując zarzutów co do mojego kiepskiego ojcostwa. — To chyba jasne, że bardzo się zdenerwowałem i nie interesowała mnie danina dla Waszej Pękatowatości...
Niespecjalnie przejąłem się tym, że szkodzę nie tylko córce, ale też sobie. Co prawda początkowo najważniejsze było dla mnie życie, ale w ogólnym rozrachunku śmierć powoli stawała się lepszym rozwiązaniem. Beznadziejne dzieci, którymi zachciało się zdobywać wiedzę, rozkręcić własny biznes i zbijać fortunę oraz żona, kulinarne i łóżkowe beztalencie, czyniły mój żywot bezsensownym. Zazdrościłem innym, których pociechy i małżonki oddawały się typowym dla tego świata czynnościom.
Nie oszukujmy się, z natury jestem egoistą. Matka nie zrodziła mnie w okropnych męczarniach po to, abym założył rodzinę, wychował dzieci i wiódł żywot przeciętnego obywatela Ciemności. Z pewnością nie chciała, żebym przeszedł przez to samo piekło co ona.
Z początku podobało mi się to: dom, zdrowa córka i syn, znośna żona, niezła praca. Potem: dom stał się wysypiskiem śmieci, córka i syn, mimo że zdrowi na ciele, zdaniem specjalistów powinni znaleźć się w zakładzie dla obłąkanych, żona nagle straciła wszystkie cenne umiejętności, w pracy nie wiadomo dlaczego uwzięto się na mnie. W końcu doszło do rozmowy, przez którą pogoniłem Pękate Dzieci, narażając się tym samym królowi.
— Jak to chcesz wyjechać za granicę? — spytałem córki.
— Zarobię trochę pieniędzy i stać mnie będzie na rozkręcenie własnego biznesu.
— Biz-ne-su? — wysylabizowałem zaszokowany. Kto w Ciemności myślał o „biznesie”? Tylko ona.
— Tak, tatku. Przecież nie zostanę Pękatym Dzieckiem — sarknęła. — O, dwudziesta — powiedziała, patrząc na zegar — zaraz zjawią się...
I zaczęło się. Wysłannicy Jego Pękatowatości zaalarmowali władze, słysząc kłótnię. W końcu otworzyłem im drzwi, myśląc, że już wystarczająco ochłonąłem. Myliłem się. Gniew wzmógł się jeszcze bardziej. Próbowałem się pohamować, ale wspomnienie jej słów i wyrazy twarzy Pękatych Dzieci sprawiły, że eksplodowałem złością. Córka nie stanęła w mojej obronie, nietoperze prędko opanowały sytuację – unieruchomiły mnie i zabrały do siedziby Pękatego.
— To nie usprawliwa twej zachowń — podsumował władca, zbliżając się do końca konsumpcji ojcowskiej dłoni.
— Błagam o wybaczenie. Zawsze otwierałem drzwi i dawałem daninę na czas, Wasza Pękatowatość. Doskonale wiem, jak cenisz sobie punktualność, królu.
Do moich uszu dobiegały pojedyncze szmery. Kościotrup zaklekotał coś na temat kary, czarownica zaśmiała się złowieszczo, wilkołak szczeknął, ale tak cicho, że nie wyłapałem sensu ów krótkiego ujadania.
— Owszem, cenię, ale ty niespecjalnie. — Pękaty podniósł na mnie pomarańczowy, ubrudzony ojcowską krwią palec. — Poniesiesz karę, która nauczy cię szanować cudzy czas.
— Ale...
— Twa latorośl również zostanie odpowiednio ukarana.
— To wszystko wina...
— Nie pogarszaj swojej sytuacji.
— Wasza Pękatowatość! — pisnąłem, przeczuwając najgorsze.
— DYNIOWE PRACE! — zagrzmiał władca, a wszyscy zgromadzeni zamilkli. Jedna z czarownic zemdlała, a stojący obok strażnik-nietoperz zaczął ją cucić, podstawiając pod nos śmierdziosole trzeźwiące. Wiedźma natychmiastowo odzyskała świadomość, a po chwili spłonęła rumieńcem, wstydząc się wywołanego zamieszania.
Każdy wiedział – ja również – że odpowiem za swój czyn, jednakże nikt nie spodziewał się dyniowych prac. Pierwszą i jedyną osobą, którą ukarano w ten sposób była Dynia von Oranż. Oczywiście, cały urok wyroku polegał na tym, że nie było takiej możliwości, żeby przeżyć.
— Aczkolwiek kara zostanie skrócona o połowę – nie dopuściłeś się zdrady, lecz zaniedbania obowiązków względem rodziny i ogółu Ciemności. Dlatego — Pękaty zrobił dramatyczną pauzę — wykonasz sześć prac albo zginiesz!
Chęć życia stanęła na równi z pragnieniem śmierci. Pośrodku znajdowałem się ja – niedobry ojciec, beznadziejny mąż, nędzny obywatel albo niedoceniony ojciec, wyrozumiały mąż, porządny obywatel. W tej chwili było mi wszystko jedno.
— Twoim zadaniem jest zabicie Gargantuicznego Chrześcijanina, potem masz wyplewić rozwiązłość z obszarów zwanych Obmierzłymi Dyniami, następnie zabijesz wyznawców... wyznawców...
Zanim Pękaty zdecydował, kogo mam zamordować, minęło parę chwil. Wspomniał też o oczyszczeniu stajni trupich koni, zdobyciu złotej pestki Wielkiej Dyni oraz o sprowadzeniu do Ciemności śmiertelnika z Jasności. Nie łudziłem się co do wykonania ani jednej pracy.
— Podejmujesz się czy od razu rezygnujesz?
Pomyślałem, że to córka powinna stać tu na moim miejscu, ale szybko się otrząsnąłem. Co mi tam, najwyżej zginę.
— Podejmuję się dyniowych prac.
— Doskonale, doskonale...
Był 31 października, dzień mojej śmierci. To znaczy, tak pomyślałem, kiedy nietoperze, cały czas stojące za moimi plecami, podniosły mnie z klęczek. Poczułem zaciskające się na ramionach ostre, czarne szpony i ich gorący oddech na karku. Wzdrygnąłem się, a po chwili straciłem grunt pod nogami, słysząc łopot skrzydeł gacków. Wznosiłem się coraz wyżej. Towarzyszyli mi dwaj strażnicy-nietoperze i szalony chichot dobiegający z dołu. Wiedziałem, dokąd zmierzamy – Gargantuiczny Chrześcijanin czekał.
— Stój! Stój! STÓJ, MÓWIĘ! — wrzasnął ktoś z dołu tak głośno, jakby chciał mocą swojego głosu ściągnąć mnie i wartowników na ziemię. Jeden z nietoperzy przestraszył się i puścił moje ramię, a drugi starał się mnie utrzymać. Nie wyszło mu.
Lecąc głową w dół, wyobrażałem sobie niesamowity ból, jaki towarzyszy rąbnięciu w posadzkę. Kiedy nadszedł moment, w którym miałem roztrzaskać się o ziemię, nic nie poczułem. Obudziłem się tylko z piskiem godnym kobiety w opresji i otarłem pot z czoła.


[center]*[/center]
Otworzyłem drzwi. Na widok dyń, kościotrupów, czarownic, nietoperzy, wilkołaków, wampirów, zombie, pająków i reszty potworów jęknąłem. Momentalnie przypomniałem sobie o dzisiejszym koszmarze, który właśnie urzeczywistnił się w całej okazałości.
— Cukierek albo psikus! — wydarli się wszyscy naraz przebierańcy, a po chwili przed nosem miałem setki koszyków, których wnętrza domagały się łakoci.
— Krzysiek, co tak stoisz? Daj w końcu tym dzieciom coś słodkiego!
Drgnąłem. Elu, chyba żartujesz? — pomyślałem i w duchu zaśmiałem się złowieszczo.
— Wynocha mi stąd, szatańskie pomioty! Ja wam dam cukierka, ja wam dam! Pomyślałby kto! Biednego człowieka chcą obrabować! — krzyczałem. — A ty tu czego? — spytałem małego chłopca przebranego za dynię. — Poszedł mi stąd, ale już! Cholera jasna! Ogłuchłeś? Uszy mam ci przeczyścić, ty pękata bestio?!

Giwi

Re: ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE

Post#4 » 6 years temu (4 lis 2011, o 17:45)

Mań to było... dziwne. Specyficzne. Ale fajne! :D

Mań
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1216

Re: ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE

Post#5 » 6 years temu (4 lis 2011, o 18:18)

Giw, a ja czytając twój, nieźle się uśmiałam ;D świetny jest, świetny ;D

Giwi

Re: ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE

Post#6 » 6 years temu (4 lis 2011, o 18:48)

niewtąmańkę. pisze:Giw, a ja czytając twój, nieźle się uśmiałam ;D świetny jest, świetny ;D

*kłania się dworsko*

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339

Re: ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE

Post#7 » 6 years temu (4 lis 2011, o 18:58)

Przypadek z mrocznego lasu.

Laina Reed nie należała do osób strachliwych, nie, nawet wręcz przeciwnie, jeżeli ktoś brałby pod uwagę jej własne zdanie. Niestety, biorąc pod uwagę okoliczności, w których aktualnie się znaleźli, nawet ona musiała przyznać, że zaczynała się czuć odrobinę niepewnie. Jeżeli nie był to strach, to z całą pewnością przynajmniej lekki niepokój. Zresztą nie wyglądała jeszcze tak źle, przynajmniej nie w porównaniu do towarzysza swojej podróży. Dav trząsł się już bowiem otwarcie, spoglądając co chwilę przez ramię i wzdrygając się, gdy tylko usłyszał jakikolwiek szelest albo trzask.
Las dookoła nich wyglądał wyjątkowo nieprzyjaźnie. Ciemne korzenie drzew, do których najprawdopodobniej nigdy nie docierało słońce wiły się pod ich stopami jak węże, powodując, że potykali się co kilka kroków i Laina musiała już przynajmniej kilka razy przystawać, żeby obejrzeć jakieś wyjątkowo paskudne otarcie, którego nabawił się Dav.
Chłopak nie należał do zbyt dzielnych i chyba zaczynał powoli żałować, że zdecydował wybrać się z nią w głąb lądu, kiedy mógł pozostać bezpiecznie w swojej kajucie na malutkim statku zacumowanym w pełnym ludzi mieście. Ktoś w końcu musiał pilnować ich Syrenki, to był obowiązek pirata, żeby chronić swoją łódź... Tęsknił teraz za odgłosami miasta, przypominając sobie wygodę znajdujących się koło portu karczm, a zwłaszcza ciepło wydzielane przez uwieszone na jego szyi kobiety, które zręcznie pozbawiały go kolejnych monet. Być może następnego ranka byłby całkowicie spłukany, ale przynajmniej szczęśliwy. Nawet otwarte morze było lepsze od tych przeklętych ciemności!
Teraz niestety znajdował się w otchłani rozpaczy, w środku pustkowia, gęstym lesie, gdzie nie mógł dostrzec nawet nieba, a jego jedynym ratunkiem była orientacja w terenie Lainy, która po prostu nie mogła być w tym aż tak dobra. Marudził więc na wydechu cały czas, aż w końcu poddał się, zbyt zmęczony nawet na narzekanie i wlókł się za nią krok w krok, nie rozglądając się już na boki. Kwestionował w tym czasie wszystko to, co popchnęło go do podążenia za tą dziwaczną dziewczyną, na jej wielką misję odnalezienia nieuchwytnego pirata, za którym goniła już od kilku dobrych miesięcy, jeżeli tylko jego wiedza była wiarygodna.
Jak było tak naprawdę nie wiedział, bo Laina mogła wypłynąć na morze o wiele wcześniej, kilka lat nawet. Od czasu, gdy go spotkała minęły dwa miesiące, nie wiedział więc zbyt wiele o tym, co robiła wcześniej. Wizja samotnego podróżowania po tym przeklętym morzu sprawiła tylko, że wzdrygnął się ponownie, otrząsnął lekko i z westchnieniem postanowił do końca tej podróży nie myśleć na żaden temat dotyczący bezpośrednio dziewczyny. Miał na to chwilowo stanowczo zbyt wiele własnych zmartwień. Takich jak na przykład to, że było mu zimno, głód zaczynał dawać się we znaki, a ten las po prostu nie miał końca.
I tak właściwie to on wcale nie chciał sprawdzać, czy pogłoski, które udało im się podsłuchać w poprzednim mieście były prawdziwe i w środku tej dziczy naprawdę istniała jakaś osada, w której widziano Portgasa D. Ace. W sumie wątpił w to teraz całym sercem, wierząc tylko w to, że ktoś z Millen najwyraźniej ich nie polubił i chciał się koniecznie pozbyć niewygodnych ludzi. Najlepiej wysyłając ich w podróż, z której nie było powrotu. Ta myśl sprawiła, że znów pogrążył się w żalu i Laina westchnęła z ulgą, słysząc, że w końcu uciszył się całkowicie.
Lekarka wciąż co chwilę spoglądała na tkwiący tymczasowo na jej nadgarstku kompas, chociaż mrok wcale nie pomagał jej w dokładnym określeniu kierunku. Od dobrych kilkudziesięciu minut prowadziła ich już całkowicie na wyczucie, mając nadzieję, że nie zabłądzą za bardzo w efekcie. Żadne z nich nie było zdolne do wspięcia się na jedno z otaczających ich drzew: ona był na to zbyt słaba fizycznie, a Dav zbyt tchórzliwy. Niezależnie od tego, które z nich by spróbowało, najprawdopodobniej zakończyłoby się to tragicznie, dlatego ta opcja zdecydowanie odpadała i pozostawało im tylko brnięcie naprzód. O ile, oczywiście, rzeczywiście w tym jednym kierunku zmierzali, a nie błądzili, zataczając coraz większe koła, co też było możliwe.
Coś zaszeleściło tuż przed nimi.
W tym lesie nic nie miało prawa szeleścić, była co do tego przekonana. Na tej konkretnej wyspie wciąż jeszcze panowało lato, liście nie powinny spadać z drzew o takiej porze, a na ziemi nie znajdowało się praktycznie nic poza kilkoma ułamanymi przez wiatr gałązkami. W ciągu ich kilkugodzinnej wędrówki nie napotkali nikogo, dlaczego więc mieli natknąć się na kogoś właśnie teraz?
Odetchnęła głęboko, usiłując pomyśleć logicznie. Wsłuchała się bardziej, usiłując wyłowić nawet najdrobniejsze dźwięki. Po chwili odgłos powtórzył się, tym razem głośniejszy, więc dziewczyna przystanęła, mrużąc oczy w ciemności, żeby lepiej widzieć. Machnęła ręką w stronę Dava, powstrzymując go przed wyprzedzeniem jej i blondyn posłuchał, zaciskając palce na zatkniętym za pas rewolwerze. Kiedy w końcu coś przed nimi trzasnęło i na tle ciemności pojawiła się plama czerni, Laina wydała z siebie zduszony krzyk, a Dav niemalże nacisnął spust i strzelił na ślepo ze strachu.
Jeden rzut oka pozwolił jej stwierdzić, że stojący przed nimi stwór nie był żywy. Być może kiedyś był człowiekiem, ale teraz cała jego skóra stała się opuchnięta i ciemna, Laina nie widziała jej zbyt wyraźnie, ale podejrzewała, że zdobiły ją rozległe sińce, rozlewające się po całej twarzy. Wyglądał obrzydliwie i jedynie lata pracowania nad nieustannym zszywaniem ludzi powstrzymały uczucie wstrętu, które wywoływał. Dav był zbyt przerażony, żeby zareagować, trzymał rewolwer przed sobą, niczym tarczę i dziewczyna podejrzewała, że w tym momencie nawet nie rejestrował tego, co robi.
Topielec tymczasem spojrzał na nich uważnie, przyglądając im się dokładnie i w końcu zawył ze strachu.
Ku ich zdziwieniu najwyraźniej on też nie chciał umierać.

[center]***[/center]

Nie było żadnych wątpliwości. Laina pokręciła głową ze zdumieniem, kiedy stwór po raz kolejny nie zareagował we właściwy sposób na jej badanie, potwierdzając, że tak, nie pomyliła się wcześniej i naprawdę był już martwy. Nie było to zbyt miłe odkrycie, zwłaszcza, że on najwyraźniej wcale tego nie zauważył i gorączkowo temu faktowi zaprzeczał. Laina zacisnęła usta, zastanowiła się przez chwilę i doszła do jedynego wniosku, jaki mogła wysnuć w tej sytuacji - biedak po prostu nawet nie wiedział, że umarł. Nie zauważył może? Na tym niebezpiecznym morzu wszystko było w końcu możliwe, większość rzeczy należało po prostu przyjmować takimi, jakimi były, najlepiej nawet o nic nie pytać.
Życie tutaj zaskakiwało ją każdego dnia, więc nie była nawet specjalnie zaskoczona, ale wizja uświadamiania Remowi, że stał się już częścią tego bardziej nieożywionego krajobrazu nie była zbyt przyjemna. Smutną dolą lekarza było informowanie rodzin o śmierci bliskich, ale informowanie samego zainteresowanego - zwłaszcza po fakcie - w jakiś sposób wydawało się nieprawidłowe i zbyt dziwne nawet jak na jej standardy pracy.
Z drugiej strony to nie stanowiło znowu aż tak dużego problemu, przynajmniej nie dla niej, a Dav bardzo Rema polubił, kiedy już minął pierwszy szok spowodowany wiedzą, że chociaż jego rozmówca oddycha w miarę regularnie, to żywotny jest niespecjalnie. Po pierwotnym nieporozumieniu chodzący trup okazał się prawdziwym dżentelmenem, zaprosił ich nawet do swojego domu na filiżankę herbaty i pozwolił Lainie stukać w swoje kolana, świecić po oczach i generalnie zamęczyć prawie na drugą śmierć. Wbić sobie widelca w rękę zasadniczo nie pozwolił, ale dla dobra nauki dziewczyna i tak to zrobiła, powodując, że spojrzał na nią ze zdziwieniem, a Dav zemdlał, tłukąc przy okazji część niewątpliwie drogocennej porcelany.
Teraz, kiedy chłopak gorączkowo przepraszał, usiłując daremnie poskładać pęknięty talerzyk bez użycia kleju, Laina przyglądała się swojemu niezwykłemu pacjentowi z ciekawością. W jego ruchach nie było nic nadzwyczajnego, żadnego opóźnienia reakcji nie była w stanie zauważyć, ale też jeżeli było wyjątkowo niewielkie, to nie było to dziwne. Aby uzyskać pewność musiałaby przeprowadzić specjalistyczne badanie, a na to Rem zapewne już się nie zgodzi. Nie mogła powiedzieć, że była z tego powodu zawiedziona, ciekawiło ją jedynie w jaki sposób ktoś, kto miał wyraźne oznaki utonięcia kilka tygodni wcześniej mógł wciąż chodzić, rozmawiać i pochłaniać aż tak wielkie ilości herbatników, na miłość boską!
Pierwszym odruchem było spytanie o diabelski owoc, ale Rem zaprzeczył, że kiedykolwiek zetknął się z czymś takim, a fakt, że zanim zdołali go powstrzymać na dowód zanurkował w małym jeziorku nie udowadniał niczego, ale też nie podważał prawdziwości jego słów. Jeżeli jednak udało mu się w jakiś sposób osiągnąć nieśmiertelność, to Laina nie mogła nie przyznać, że była zainteresowana jej źródłem.
Wiedziała, że była strasznie samolubna, ale to było coś, czego nie mogła zmienić. Jej cel, choć wciąż odległy, był dla niej w końcu najważniejszy. Nabazgrała jednak tylko kilka słów w swoim notatniku na ten temat, wystarczająco dużo danych, żeby zapamiętać sprawę i przemyśleć ją później, ale nie była dostatecznie zaintrygowana, żeby dociekać dalej. Raczej skłaniała się ku poczekaniu i, być może, spróbowaniu dowiedzenia się prawdy przy innej okazji. Teraz miała ważniejsze sprawy, taką jak na przykład sprawdzenie, czy Ace rzeczywiście zawitał w te okolice.
Minęło kilka godzin, zanim w końcu zdołali się zebrać i postanowili opuścić gościnny dom przypadkowo spotkanego topielca. Dav strasznie nie chciał wracać, ale Laina zmusiła go, po części prośbami, a po części obietnicą, że wkrótce zaczną wracać do domu.
Do domu. Strasznie szybko zaczęli myśleć w ten sposób o ich wspólnej łódce, chociaż przecież spędzili na niej tak mało czasu. Teraz to sformułowanie brzmiało już całkowicie naturalnie i Dav pokiwał tylko głową na zgodę, zanim wyruszyli, znowu zagłębiając się w ciemności lasu.

[center]***[/center]

Na miejsce dotarli późno w nocy, zaledwie godzina dzieliła ich już od świtu, bezsprzecznie byli więc wykończeni. Dav słaniał się na nogach, a ona, wymęczona całkowicie przez jakiekolwiek aktywności fizyczne, stała się jeszcze bardziej blada, a więc w efekcie niemal przezroczysta. Nie umiała określić co takiego nie pasowało jej w zachowaniu Rema, ale przez całą drogę usilnie nad tym myślała. Być może była po prostu przewrażliwiona, ale coś wydawało się być nie tak. Dopiero widząc ruiny osady, do której zmierzali zdała sobie sprawę co takiego.
Pewnym było, że Portgas D. Ace nie bywał w tej mieścinie w ostatnim czasie, ba, niewielu ludzi zapewne znalazło się tutaj w ciągu lat. Budynki były zarośnięte niemal całkowicie mchem i różnego rodzaju pnączami, które powoli zagarniały kolejne fragmenty murów. Pokruszone i popękane, nie stanowiły w tym klimacie niemalże żadnej ochrony, zwłaszcza, że większość z nich pozbawiona była dachów, a pora deszczowa była tutaj wyjątkowo obfita.
Strumień, który zakręcał dookoła miasteczka i z wesołym pluskiem wpadał pomiędzy drzewa wydawał się być dziwnie czerwonawy i Lainie od razu w makabryczny sposób skojarzył się z krwią. Kiedy podeszła bliżej, ciągnąc niechętnego Dava za rękę, ten zrobił się w odpowiedzi zielonkawy na twarzy i wyglądał, jakby miał za chwilę zemdleć. Czym bliżej wody się znajdowali, tym trudniej było jej skupić własne myśli. Coś, co powinna była odgadnąć dopominało się teraz uwagi, ale nie mogła jej teraz poświęcić, skupiona tylko na obserwowaniu. Przykucnęła więc zaraz przy brzegu, przyglądając się bliżej temu dziwacznemu zjawisku.
- Zmywajmy się stąd - powiedziała w końcu, zatrzymując dłoń kilka centymetrów nad szemrzącą powierzchnią wody, wystarczająco blisko, żeby czuć bijące od niej nienaturalne ciepło. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że to naprawdę była rzeka pełna krwi. - Cokolwiek to jest, to nie powinniśmy się do tego zbliżać, to niebezpieczne.
- Ten jeden raz się z tobą zgadzam - wymamrotał Dav przez rękaw, którym panicznie zakrywał usta. - Możemy iść już?
- Tak szybko? - Nagły głos zza jej pleców sprawił, że Laina zamarła, niezdolna nawet do odwrócenia się i sprawdzenia kto taki stał za nią. Nie musiała tego jednak robić, to było tak oczywiste, że aż prychnęła, przyglądając się uważniej rubinowej wodzie. - Nie chcecie dowiedzieć się więcej?
Pan topielec, jakżeby inaczej.
- Nie dziękuję. - Laina wstała, sięgając do swojej torby i wyszarpując z niej notatnik, na widok którego Dav, nawet pomimo ich wyjątkowo nieciekawej sytuacji uśmiechnął się lekko. - Wiem już wszystko, czego chciałam wiedzieć.
- Gdzie się w takim razie podziała ta dociekliwa lekarka, która jest słynna na całym Grand Line z tego, że zajmuje się tymi, których inni skazali już na śmierć?
- Istnieje pewna znacząca różnica. - Spojrzała na niego chłodno, bezwiednie przerzucając kartki. - Problem jest w tym, że ty już jesteś martwy i nic ci nie pomoże.
- Skąd możesz to wiedzieć?!
- Te pogłoski o Ace'ie miały być pułapką na mnie, prawda? Więc wiesz, że szukam właśnie jego, chwilowo nie podejmę się żadnej innej beznadziejnej pracy. Za dużo zachodu.
- Więc może powinienem...
- Wepchnąć mnie do tej wody? – Dav nagle wydawał się zaalarmowany, ale Laina uśmiechnęła się lekko, patrząc na Rema ze współczuciem. - To nie woda sprawiła, że przeżyłeś, ona cię tylko zabiła.
Rem zacisnął pięści, odwracając wzrok.
- A mam! – Zabębniła opuszkami palców w okładkę, krzywiąc się lekko. - Kilka lat temu Rząd otworzył tutaj laboratorium, prawda? Ale coś poszło źle... - Znalazła odpowiedni paragraf w swoim notesie i westchnęła cicho. - To mój błąd, że nie skojarzyłam tego od razu, powinnam wiedzieć lepiej. Straciliśmy tylko czas.
Dav spojrzał na nią z rozczarowaniem.
- Więc Portgas…
- Nigdy go tutaj nie było, zapewne miał tylko sprawić, żebym się zainteresowała. Wracamy, Dav. Nie znajdziemy go tutaj – mruknęła ponuro.
- Nie pozwolę wam wrócić!
- Pozwolisz…
Nie zdążyła skończyć, zanim nie chwycił jej za rękę, wykręcając ją do tyłu. Jęknęła z bólu, ale nie wyrywała się, jedynie wzdrygnęła lekko z obrzydzenia.
- Puść ją – warknął Dav, celując ponad jej ramieniem, zaskakująco jak na sytuację opanowany.
- Nie ma mowy – zaczął topielec, ale Laina przerwała mu, kopiąc go jak tylko mogła najmocniej.
- Strzelaj! – krzyknęła, gdy tylko udało jej się wyrwać i, ku jej zdziwieniu, Dav posłuchał.
Dla Rema kula nie mogła być w żadnym wypadku śmiertelna. Tym, co okazało się zgubne był sam odrzut, który posłał go prosto w czerwoną otchłań rzeki, powodując, że zniknął pod jej powierzchnią w ciągu ułamka sekundy.
I nigdy więcej już się nie pojawił.
Laina odetchnęła głośno, oglądając z uwagą swoje ramię, które na całe szczęście nie wyglądało na uszkodzone. Dav tymczasem uśmiechnął się i wyglądał na generalnie zadowolonego z siebie.
- Mimo wszystko, to było bardzo ciekawe doświadczenie – oświadczył, wyraźnie oczekując z jej strony jakiejś aprobaty, ona jednak prychnęła tylko, poprawiając kołnierz swojego płaszcza.
-Tak, jasne, powiedz mi to, kiedy nie będziesz zielony.
- Hej, uratowałem ci życie, pamiętasz? Znowu!
- Przypadek.
- To już piąty raz, pamiętaj!
- Trzeci, liczysz Hekkę dwa razy.
- Bo to było dwa razy – oburzył się. – Chociaż nie, nieważne. Zmieniam zdanie, to nie było ciekawe, raczej obrzydliwe – mruknął, przyglądając się jej dłoniom, które pokryte były śluzowatą mazią. – Będę miał koszmary.
Spojrzała na niego z zaskoczeniem, by po chwili parsknąć śmiechem.
- Wyglądasz tragicznie – obwieściła, chichocząc pod nosem.
Zignorował ją, usiłując zachować resztki honoru.
- Gdzie płyniemy dalej?
Laina zerknęła w do notatnika, żeby się upewnić, chociaż była pewna, że doskonale zna odpowiedź na to pytanie.
- Alubarna.
Przygryzła wargę, skreśliła następną pozycję i, zatrzaskując notes z rozmachem, wrzuciła z powrotem do torby. Nie mogła powstrzymać rozczarowania.
Kolejny trop zaprowadził ich donikąd.
- Ha! Tym razem przynajmniej będzie ciepło! – Dav wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, wyobrażając sobie najwyraźniej kolejny cel, który był przed nimi.
- Nie ciesz się tak, to oznacza łażenie przez pustynię! – ostrzegła go, ale ona też zachichotała radośnie, uderzając go lekko w ramię.
Być może następnym razem będą mieli więcej szczęścia.
O ile, oczywiście, uda im się wydostać z tego przeklętego lasu.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4828

Re: ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE

Post#8 » 6 years temu (4 lis 2011, o 19:07)

Noc z nie-horroru.

Podłoga skrzypiała w każdym miejscu, w którym tylko postawiła krok.
Stary dom nie był po prostu stary - był złowrogi. Tumany kurzu tutaj pachniały inaczej, nie tyle stęchlizną, co czymś straszniejszym. Śmiercią. Ten zapach sparaliżował ją, gdy tylko przekroczyła próg. Potem było tylko gorzej.
Nie wiedziała, co, do cholery, skłoniło ją, by odczytać smsa od Piotrka, z którym przecież tak straszliwie się pokłóciła, że nie chciała go znać - chyba ze wzajemnością. Nie jej wina, że jest obsesyjnie zazdrosna, a Piotrek tak przystojny i popularny... Zupełnie nie jej wina, była tego święcie przekonana. Co prawda przekonanie, że go nienawidzi i nie chce go znać (mimo że tak naprawdę nic takiego nie zrobił, ale Karina nigdy nie oceniała zdarzeń w kategoriach: "Nic się nie stało"), nagle zniknęło, gdy przeczytała krótkie: "Pomocx jest em w strym domu przyjdz sama".
Nie zastanawiała się długo. "Stary dom" mógł oznaczać jeden jedyny w całym mieście. Bolesława Śmiałego, ta przeklęta, kręta uliczka oplatająca cmentarz z trzech stron. Gdzieś tam, teoretycznie daleko od samego cmentarza, ale naprzeciwko bramy głównej, stał stary dom. Miał swoją historię. Mówiono nie tylko o tym, że na terenie posiadłości kiedyś był cmentarz, ale przed dziesiątkami laty rozkopali groby, by dać miejsce domkom jednorodzinnym, a także… Och, nie, nie chciała o tym myśleć. Morderstwa tasakami zawsze sprawiały, że panicznie się bała, nawet jeżeli były tylko wymyślonymi historyjkami. Bo jeżeli akurat nie były?
Nie, ten dom musiał kryć jakąś tajemnicę. Niby murowany, zwykły, czerwony budyneczek, odrapany, mający namalowanego małego duszka przy tabliczce z numerem – wcześniej uważała, że to głupi kawał. Bo kto normalny maluje duszka na tabliczce z numerem domu? Teraz zastanowiła się ponownie. A co jeśli to był znak, by tam nie wchodzić…?
Zatrzymała się, niepewnie badając panele przed sobą. Nie potrafiła tego pojąć. Mimo że dom nie był drewniany, skrzypiał straszliwie, prawie jak te wiktoriańskie rezydencje z horrorów. Trzeszczał, jak gdyby miał się zaraz zawalić, uczynić jej ciało mokrą plamą krwi na wiekowych panelach, rozpaść się w pył przy byle podmuchu wiatru. A tej nocy nawet burza nie była zwyczajna - pioruny lizały niebo, trzęsły chmurami, a echo grzmotów niosło się po pustym wnętrzu jak odgłos kroków w krypcie.
Wszystko wyglądało jak wyjęte z horroru. Karina wyjątkowo ich nienawidziła, zwłaszcza tego, że potrafiły odebrać jej sen na wiele nocy.
Przeszła przez hol. Okna były zabite deskami, jasne światło księżyca wlewało się między szczelinki, mimo to ciemność była tak gęsta, że nic nie widziała. Co prawda nie chciała widzieć. Coś zachrzęściło jej pod nogami. Szybko podziękowała Bogu, że nie może dostrzec, cóż to, bo od razu pomyślała o ludzkim szkielecie, a tak przynajmniej nie mogła się upewnić.
Wzięła się w garść.
— Piotrek? Piotrek, jesteś tu?
Podeszła do schodów, które szerokimi stopniami pięły się na wysokie piętro. Zasłoniła nos, czując ten obrzydliwy zapach stęchlizny, powoli wyszła na górę.
— Piotrek, nie rób sobie jaj!
Zero odpowiedzi. Zaczynała się coraz bardziej bać. A jeżeli już go nie zobaczy? Jak mogłaby żyć z myślą, że rzuciła go, bo Mariolka do niego zadzwoniła, a on odebrał?
O Boże, ale ja jestem głupia! Jak mogłam być tak zawistna!
— Piotrek, gdzie jesteś?! Nie wygłupiaj się! Martwię się o ciebie, idioto!
(Karina rzadko kiedy była skłonna do krytycyzmu wobec swojej osoby. To był milowy krok w stronę normalności.)
W pokoju przed nią coś zadudniło. Niepewnie podeszła do drzwi. Nad progiem jaśniał mały paseczek światła, widziała, jak ruszają się cienie. Zajrzała przez dziurkę od klucza, ale nie dostrzegła nic. Pociągnęła za klamkę.
Pokój był pusty. Za oknem tańczyły gałęzie wierzby, zasłaniające całe wnętrze. Pusty.
— Piotrek?! Nie wygłupiaj się, proszę! Martwię się, kocham cię, idioto, gdzie jesteś?!
Odwróciła się, poczuwszy nagły podmuch wiatru na szyi. Za nią jednak nikt nie stał.
Po chwili usłyszała pobrzękiwanie. Włosy na rękach stanęły dęba, te na nogach także, czuła dreszcze, gęsią skórkę. Na końcu korytarza znajdowały się kolejne drzwi. Potem zaległa cisza tak namacalna, że aż dudniła w uszach. Grzmoty na zewnątrz ustały.
Zanim jednak zdążyła zrobić choć krok, poczuła lekkie dotknięcie na ramieniu. Podskoczyła jak oparzona.
— Narwana jak zawsze.
Piotrek zaświecił jej w twarz latarką. Momentalnie opuścił ją strach, oślepiona smugą światła instynktownie wyciągnęła rękę, by trafić go w bark.
— Ty debilu, przestraszyłeś mnie na śmierć!
— Chyba nie, skoro jeszcze żyjesz — odpowiedział jej ze śmiechem, złapał za rękę, przyciągnął do siebie. Zdążył cmoknąć ją w czoło, zanim wściekle się od niego odsunęła.
— Czego ty ode mnie chcesz?!
— W sumie niczego. Byłem ciekawy, co zrobisz. Kochasz mnie, tak?
Zarumieniła się. Ta scena jak z horroru zrobiła się tak absurdalna, że chciała krzyczeć ze złości. Piotrek złapał ją za szalik i znów przyciągnął do siebie. Tym razem już nie wyrwała się.
— I co z tego?!
— Ostatnio mówiłaś co innego.
— Byłam zła!
— Zawsze jesteś. I zamknij usta, muchy ci wlecą, pełno tu ich, widziałem zdechłego kota.
Nie pamiętała chwili, gdy dała się wyprowadzić z budynku. Na małym placyku przed kamieniczką było zadziwiająco spokojnie. Niebo powoli się wypogadzało, sierp księżyca wisiał nad całym miastem. Było całkiem ładnie. Mimo to nie wiedziała, czy się zachwycać gwiazdami, czy płakać, wściekać się, uciec czy rzucić się w piotrkowe ramiona. Czuła się obdarta z uczuć. Ona, Karina, pierwszy raz nie wiedziała, co myśleć. Zazwyczaj od razu narzucała sobie opinię, często nie znając nawet pełni sytuacji, a teraz... W sumie prawie jak wyzwolona. Spojrzała na Piotrka.
— Czemu mi to zrobiłeś?
— Chciałem cię sprawdzić.
— Jesteś chory — powiedziała mu z wyrzutem. — Zaciągnąłeś mnie do nawiedzonego domu, myślałam, że coś ci się stało...
— Nawiedzonego? — Parsknął śmiechem. O Boże, jak on ładnie się śmieje, pomyślała Karina. I chyba znowu jest mój. — Dzieciaki namalowały duszka, daj spokój. A tasakowa historia to taka sama bzdura.
Zrobiła duże oczy. Piotrek tylko chichotał, widząc jej wyraz twarzy.
— Jesteś chory — wyszeptała, pozwalając się objąć. Skapitulowała i wcale tego nie żałowała.
— Ale i tak mnie kochasz.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Neno
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 262

Re: ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE

Post#9 » 6 years temu (4 lis 2011, o 19:23)

Brian przyciągnął do siebie Weylina, który co chwila próbował wybiec do przodu.
- Mówiłem abyś trzymał się mnie! - skarcił go. – Jak będziesz się tak wiercił to w ogóle nie pozwolą nam iść.
Przez chwilę miał wrażenie, że jego młodszy brat zaraz kopnie go w nogę i pobiegnie dalej, naburmuszony jak to miał w zwyczaju. Malec jednak spojrzał na niego ze złością, ale już więcej się nie wyrywał. Może dotarło do niego, że wtedy prawdopodobnie zgubi się w lesie? Na myśl o tym Brian jeszcze mocniej uścisnął dłoń braciszka. Dziwiło go, że Weylin wciąż jeszcze nie dygotał ze strachu, jakby ta ciemność będąca naokoło nich nie przerażała go wcale. Brian miał raczej odmienne zdanie, w mroku nawet jego własny wzrok płatał mu figle. Wiele razy zdawało mu się że czyjeś chude ręce próbowały go dosięgnąć, gdy tak naprawdę były to tylko nagie gałęzie drzew. Słuch za to miał aż nazbyt wyczulony.
Każdy odgłos, nawet cichy trzask łamiącej się gałęzi pod czyimiś stopami, ściskał mu gardło. Z całych sił jednak udawał, że ma wszystko pod kontrolą. Był przecież sam z bratem wśród tłumu dorosłych. Jego koledzy zapewne spokojnie spali w swoich łóżkach, zadowoleni ze swojej niewiedzy, a on wraz z Weylinem kroczyli przez las gdzieś w środku gromady mieszczan.
Księżyc swoją bladością przebijał się przez gęste gałęzie, tworząc niewielkie wstęgi światła. Brian miał wrażenie, że widzi małe światełka, latające między drzewami. Nie zbliżały się do nich, ale z niewiadomego powodu chłopak czuł, że każde z nich spoglądało w jego stronę, śmiejąc się z cicha. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi, może inni ich nie widzieli? Tym bardziej nie chciał więc zwracać uwagi na ten drobny szczegół.
- Brian, Brian! – dotarł do niego cichy głos młodszego brata – Chodźmy stąd!
- Czemu?
- Tamte panie tak mówią – oznajmił Weylin, wskazując palcem w stronę światełek.
Zszokowany chłopak szybko opuścił rękę malca, widząc jak jeden z dorosłych spogląda na nich z zainteresowaniem. Coś mu podpowiadało, że lepiej było nie zwracać na siebie uwagi. Gdy mężczyzna zajął się znowu rozmową z kimś innym, Brian westchnął głęboko.
- Nie możemy – odparł, nachylając się do Weylina. – Nie pozwolą nam.
Ich wędrówka wydawała się nie mieć końca. Chłopak obawiał się, że jego brat nie zdoła dotrwać do końca, a on będzie musiał go potem nosić. Dodatkowo miał wrażenie, że las robił się gęstszy, a co gorsza światełka, które były jeszcze chwilę temu nieliczne i dalekie, teraz latały blisko w znacznych grupkach. Choć nadal nie słyszał nic poza chichotami, to ich niewidzialny wzrok coraz bardziej go rozpraszał. Weylin za to od pewnego momentu zdawał się być przestraszony. Swoimi małymi dłońmi trzymał się kurczowo jego reki, co powoli stawało się dla Briana uciążliwe. Zaskoczony był jednak, że jego mały braciszek wciąż nie opadł z sił. Miał przecież zaledwie siedem lat i już dawno powinien zasypiać, nawet w marszu. Było jednak odwrotnie: on sam stawał się śpiący i tylko małe, wgniatające się w jego dłoń palce brata utrzymywały go przytomnego.
W końcu jednak dotarli na miejsce - niewielki kamienny most wybudowany nad rwącą rzeką. Wszyscy dorośli rozpoczęli głośną rozmowę dla rozluźnienia atmosfery, która utworzyła się podczas całej drogi. Trwało to przez kilka minut, zanim Starosta nie uznał za stosowne przerwać wszystkim swoim donośnym i znaczącym chrząknięciem.
- Przejdźmy, moi drodzy, do naszego głównego powodu, jaki nas tutaj przyprowadził – oznajmił, gdy ostatnie głosy umilkły.
Wszyscy zebrali się jak najbliżej rzeki, aby dostrzec stojącego na moście Starostę. Brian i Weylin z własnej woli i ciekawości zdołali przedostać się pomiędzy dorosłych, zatrzymując się dopiero nad samą rzeką.
Blady blask księżyca oraz świetliki otaczające starca dawały mu wygląd jeszcze bardziej starego niż był w rzeczywistości. Brian miał wrażenie, że mógł ujrzeć dokładnie całą czaszkę, chowającą się pod bladą skórą mężczyzny. W jednej jednak chwili wszystkie światełka wzleciały wyżej i, pozostając na jednej wysokości, zaczęły zataczać kręgi.
Na most wprowadzono kolejne trzy osoby. Jedną z nich był znany Brianowi kowal – pan Dunham. Wyposażony w swój ulubiony młot, którym zawsze straszył jego i kolegów, że podkuje im nogi i nie będą mogli już kraść jabłek z sadu, bo będą za ciężcy na wspinanie po drzewach, oraz linę, zaczął od przybijania do mostu dużego haka. Kolejny był ich ksiądz, Kent, który zawsze znajdywał czas, aby poopowiadać im różne ciekawe historie z życia Jezusa. Teraz trzymał on swoją księgę i mamrotał coś pod nosem w niezrozumiałym dla nikogo języku. Ostatnią osobą była ich matka. Z podniesioną głową, ubrana w białą suknię, nawet nie zwróciła na nich uwagi. Ponurą ciszę, która zapadła na jej widok przerwał dopiero starosta.
- Czy przyznajesz się, Brietto, do wyznawania innego boga niż nasz?! – zapytał doniosłym jak zazwyczaj głosem Kent. Kobieta nic nie odpowiedziała, jednak Brianowi zdawało się, że na jej ustach widnieje uśmiech.
Widać było, że ta odpowiedź nie usatysfakcjonowała Starosty, więc westchnął równie doniośle: tak, by każdy mógł to usłyszeć.
- Widzę więc dziecko, że to Bóg zaszył twoje usta, aby nie wydobyło się z nich kłamstwo! - Zrobił tu niewielką pauzę słysząc kilka pomruków. – Potwierdzasz tym samym fakt, że jesteś wiedźmą!
W tym właśnie momencie Dunham skinął do staruszka, żeby wykonał swoje zadanie. Ksiądz Kent również dał do zrozumienia, tworząc w powietrzu niechlujny znak krzyża, że to już koniec. Szybko więc zawinięto pętlę na szyi Brietcie i tyłem wrzucono ją do rzeki. Brian zdążył zaledwie chwilę przed tym zasłonić wzrok Weylinowi, obracając go w swoją stronę, i trzymał tak długo, aż znajdującą się pod wodą ich matkę wciągnięto na górę.
Dreszcze przeszły po karku chłopakowi, gdy zobaczył jak kobieta, już nieruchoma, została wyciągana z wody przy pomocy dodatkowej grupki mężczyzn. Choć chciał z całych sił aby jego braciszek tego nie zauważył, musiał po którejś z prób wreszcie odpuścić. Był już wtedy gotowy na cichy płacz ze strony malca, lecz Weylin kolejny raz go zadziwił. Stał, trzymając za jego dłoń w milczeniu, tak jak podczas całej drogi. Nawet nie zaszlochał.
- Starosto, co teraz zrobimy? - Usłyszeli słaby głos Dunhama.
- Wrzuci się ją do bagna, tu niedaleko – odparł starzec. – Niech ją zjedzą robaki i wrony.
Istotnie, zaledwie rząd drzew dzielił rzekę od niewielkiego pasa rozmokłej ziemi, nad którym latały stada świetlików. Chłopcom pozwolono przyglądać się, jak ich matka powoli zostaje wchłonięta przez mokradło, a gdy już całkowicie zniknęła - nikt nie zainteresował się ich losem.
- Niech zostaną jeśli chcą – rzekł Starosta. – Jeśli zechcą wrócić z nami, niechaj wiedzą, że czeka ich podobny los.
Weylin jednak pozostał na miejscu, jakby uziemiony, nie pozwalając Brianowi nigdzie się ruszyć. Tkwił tak, aż cały hałas jaki robili mieszkańcy ucichł bezpowrotnie, a wokół zaległa nienaturalna cisza. Przez ten czas chmary ogników nadleciały nad bagno. Jak zamiast wron, to one miały za zadanie skonsumować ich matkę i, gdy tylko leciały tuż nad wodą, dało się zauważyć na niej niewielkie pierścienie.
W jednej chwili spod powierzchni wyłoniła się postać i ślamazarnie dopłynęła do brzegu.
- Przeklęte, roznoszące wszy gamonie! – oznajmiła Brietta, starając się wytrzeć błoto z twarzy. – A niech ich piekło pochłonie!
Dopiero wtedy Weylin zerwał się jak na zawołanie i podbiegł do matki, nie zważając na pokrywający ją brud. Brian tymczasem pomógł jej w pozbyciu się szlamu.
- Zabiję, zamorduję! A przecież tyle mi zawdzięczali – powtórzyła po raz kolejny kobieta, po czym wstała i ruszyła w tę samą stronę, w którą poszli mieszczanie. – Chodźcie chłopcy, przecież nie tak się płaci za moją dobroć.
[center]Nulla è Reale, Tutto è Lecito.[/center]
[center]Obrazek[/center]

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339

Re: ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE

Post#10 » 6 years temu (4 lis 2011, o 23:25)

Giwi - bardzo mi przykro, że nie znam części... większości postaci, bo pewnie dużo na tym straciłam. Dobry ff, ale przeszkadzało mi niedoszlifowanie. Sporo literówek, błędów stylistycznych i innych usterek, które by trzeba było wyrównać, bo psuły odbiór.Czasem zły zapis dialogów. Mam też ale co do nierozwiązanej akcji, nie zamknęłaś tego tekstu, wygląda bardziej jak połówka, czegoś w nim brakuje. Tak, jakbyś planowała coś naprawdę fajnego, a potem przeszła po prostu do romansu, a szkoda.

Mań - nie wiem, nie rozumiem, naprawdę, ale to było boskie. I naprawdę wpisałaś się w klimat. I to było BOSKIE.

Onek - głupiałam na tym Piotrku i głupiałam, bo to takie całkowite odbicie mojego Piotrka, więc nie uśmiechnąć się nie mogłam. Podobało mi się jako taki króciutki tekst, ot, niezobowiązujący. Bardzo mi się podoba, że potrafisz tak pisać i biję za to brawa. XD

Neno - powiem szczerze, że przy pierwszym przeczytaniu w ogóle nie spodziewałam się takiego rozwoju akcji, więc to masz u mnie zdecydowanie na plus. Podobało mi się.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Wróć do „Konkursy, plebiscyty i pojedynki”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości