Ze śmiercią ci do twarzy

Konkursy, pojedynki i plebiscyty organizowane przez i dla Artefaktowiczów. Każdy użytkownik może zorganizować event literacki (więcej informacji: tutaj).
Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1811

Ze śmiercią ci do twarzy

Post#1 » 7 lip 2012, o 14:57

Dzisiaj mija termin naszego pierwszego z dwóch eventów. Już wiadomo, że będzie mały poślizg, jeśli chodzi o teksty, ale mam nadzieję, że nikomu nie bęzie to przeszkadzać.
Każdy wkleja swój tekst w tym temacie, a na koniec można czekać tylko na opinie. :)
Po prostu robię za zły charakter.

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

ZE ŚMIERCIĄ CI DO TWARZY

Post#2 » 8 lip 2012, o 12:39

[center]Czerwień. Biel. Czerwień[/center]


On the second day, he came with a single red rose
He said: "Give me your loss and your sorrow"
I nodded my head, as I lay on the bed
"If I show you the roses, will you follow?"

("Where The Wild Roses Grow")

Lord Jonatahn Cutwell dokładnymi, metodycznymi ruchami obmywał ręce w leniwie płynącej rzece. Patrząc w ciemną toń żałował trochę, że zapadł już wieczór. Zwykle lubił obserwować, jak woda mieszając się z krwią przyjmuje barwę ciemnej czerwieni, a purpurowe plamy ospale zmieniają kształty, niesione w dół nurtu. Cóż, widocznie nawet jemu zdarzało się po prostu stracić poczucie czasu.
Gdy uznał, że jego dłonie są już wystarczająco czyste, wyprostował się i przechylając lekko głowę, spojrzał na leżące przy samym brzegu, zanurzone w płytkiej wodzie ciało. Ciemne włosy dziewczyny zdawały się tworzyć mroczną aureolę wokół jej drobnej głowy (pamiętał, jak jeszcze niedawno w promieniach zachodzącego słońca wyglądały, jakby sypały się z nich złote i brązowe iskry). Biała sukienka (najlepsza, jaką miała. To było takie… urocze, jak bardzo pragnęła mu się podobać), falowała nieznacznie, poddając się słabemu nurtowi. Błękitne, niewinne oczy zastygły w niemym zdziwieniu, matowo wpatrując się w gęsty baldachim liści.
Jonathan kucnął nad nią i uśmiechając się ciepło, musnął palcami blady policzek.
Słodka, mała Elisa. Tak śliczna i niewinna, pełna miłości do całego świata. Lordowi Cutwellowi krwawiło serce na samą myśl, iż ten właśnie świat prędzej, czy później zniszczy promienną czystość panny Day, a czas zmieni jej idealną twarzyczkę w oblicze zgorzkniałej staruchy. Nie, już od momentu, gdy ujrzał ją po raz pierwszy, zrozumiał, iż nie może do tego dopuścić.
Elisa do życia potrzebowała miłości, a przecież nikt nie kochał uwiędłych róż.
Jonathan złożył ostatni pocałunek na miękkich, lekko rozchylonych wargach, które już zaczynały smakować chłodem śmierci oraz rzeczną wodą, po czym wyprostował się i ruszył ścieżką w stronę miejsca, gdzie zostawił konia.
Nie uszedł jednak nawet kilku kroków, gdy zza pleców usłyszał gwałtowny kaszel, a potem odgłos, jaki może wydawać tylko ktoś, kto próbuje łapczywie chwytać powietrze. Odwrócił się błyskawicznie, z niedowierzaniem spoglądając na Elisę (żywą, żywą! To przecież niemożliwe. Była martwa. Martwamartwamartwa. Bezpieczna!), oddychającą spazmatycznie i drżącymi dłońmi obejmującą szczupłe, w wieczornym świetle wręcz chorobliwie blade ramiona.
Otrząsając się z momentalnego szoku, dopadł do niej w paru szybkich, pewnych krokach, po czym chwycił głowę dziewczyny, uważnie oglądając ranę, którą wcześniej zadał jej ostrym kamieniem. Jęknęła cicho. Rana wciąż tam była, lecz… Nie, nie, będzie musiał sprawdzić w domu. Będzie…
Ujął jej twarz w swoje dłonie, próbując pochwycić rozbiegane, przerażone spojrzenie Elisy.
- Idealna – szepnął, gdy w końcu udało jej się skupić wzrok na jego twarzy. Wciąż jednak był nieco zamglony, jakby nie do końca miała świadomość tego, co się dookoła dzieje. – Perfekcyjna – dodał, całując ją delikatnie, z niemym zachwytem spostrzegając, że do jej warg wraca ciepło. – Och, Eliso. Ty i ja, jesteśmy dla siebie stworzeni. Widzisz to, prawda? – potrząsnął nią, lecz znów nie zareagowała.- Nie szkodzi, nie szkodzi. Ja wiem, na wszystko potrzeba czasu. Zobaczysz, zrozumiesz. Ja nauczę cię widzieć i rozumieć.
- Pan jest potworem – szepnęła w końcu, a po chwili jej usta zaczęły drgać. – Ja… ja jestem potworem - wydusiła.
- Wszyscy ludzie są potworami, Eliso – odparł miękko, głaszcząc ją uspokajająco po policzku. – Ale ty, ty jesteś cudem. I tego, właśnie tego pragnę cię nauczyć…

[center]* * *[/center]

Dom przyprawiał go o dreszcze.
Nicolas nie należał do ludzi przesądnych. Nie pociągały go też te wszystkie modne ostatnio okultystyczne bzdury, lecz gdyby ktoś mu powiedział, iż w posiadłości Cutwellów straszy, byłby skłonny uwierzyć.
Ale nie, w tym przypadku nie mogło chodzić nawet o to. Rozległy dwór, mimo iż liczył sobie parę wieków, nie wydawał się kryć żadnej mrocznej tajemnicy; matki w okolicy nie straszyły dzieci historiami o szalonych dziedzicach, nie opowiadano przy kominku o dawnych zbrodniach popełnionych z namiętności. Jedyny skandal, z jakim go wiązano, był jeszcze całkiem świeży i dotyczył niespodziewanego małżeństwa lorda Cutwella z kobietą znacznie poniżej jego stanu.
Czyli miłość, nie śmierć. A jednak…
Może to przez służbę. Wydawali się zahukani, jeśli nie przerażeni. Wielkookie dziewczęta przemykające pod ścianami, unikające jego wzroku, dygające nerwowo przez lordem Cutwellem, starające się nawet nie spoglądać niepotrzebnie na lady Cutwell, mimo iż ta wydawała się najłagodniejszą istotą pod słońcem. I Kylie… Kylie, która pokazała mu pokój, a potem chwyciła go za przedramię, wbijając paznokcie w rękaw surduta i szepcząc nerwowo „Niech pan niczego nie dotyka, niczego nie je, niczego nie pije. Niech pan stąd wyjedzie. Musi pan wyjechać, jak najszybciej. Pani… Ona nie jest…”. Nie zdążyła dokończyć, przywołana do porządku ostrym głosem ochmistrzyni, która nagle stanęła w progu, a surowość i dyscyplina zdawały się otaczać ją niczym nimb. Patrząc wstecz, Nicolas nie wierzył, by znalazła się tam przypadkiem.
Kylie zaś… Już więcej jej nie zobaczył. Gdy zebrał się na odwagę i zwrócił się do ochmistrzyni z pytaniem, czy dziewczyna wpadła przez niego w kłopoty, ta unosząc wysoko podbródek oznajmiła, iż za niesubordynację Kylie została odesłana do pracy w kuchni. W jej głosie czaił się niesmak, graniczący z pogardą. Ona także przyprawiała Nicolasa o dreszcze.
A może to przez lorda Cutwella, który na pierwszy rzut oka wydawał się jowialnym, dobrze zbudowanym dżentelmenem, o włosach i skórze muśniętych letnim słońcem, ze swobodą ignorującym wszelakie przyjęte normy i konwenanse. A jednak, jego pozornie szczery, radosny uśmiech nigdy nie sięgał oczu, zaś ich chłodna stal zdawała się przeszywać Nicolasa na wylot, mierząc, kalkulując, jakby czegoś szukał.
I chyba znalazł, pomyślał mimowolnie Nicolas, przypominając sobie ten jeden, jedyny raz, kiedy uśmiech lorda Jonathana wydawał się prawdziwy. Kiedy zmroził go aż do kości.
Jedyną osobą, której towarzystwo nie przytłaczało go w żaden sposób była lady Elisa Cutwell, efemerycznie piękna i anielsko dobra. Często spacerowali razem po ogrodach; lady Elisa opowiadała mu o słodkich trywializmach wiejskiego życia, zaś on odwdzięczał się barwnymi opisami miejskiej egzystencji. Traktowała go, jakby naprawdę był kimś interesującym, a jeśli czasem wydawało mu się, iż spogląda na niego ze smutną rezygnacją, zrzucał to na panującą w tym domu na co dzień atmosferę.
Nicolas potarł dłońmi zmęczoną twarz, starając się nie zasnąć siedząc na ławce otoczonej barwnymi kwiatami, wsłuchując się w kojący szum drzew i jednostajne brzęczenie pszczół.
Bo może to dlatego, że każdego ranka budził się wycieńczony i obolały, przekonany, iż o czymś śnił, lecz za nic nie mógł sobie przypomnieć, o czym. Niejasno kojarzył tylko, że jego sny były czerwone i lepkie i wzbudzały w nim pragnienia, których nie potrafił nazwać.

[center]* * *[/center]

Lord Cutwell wyjechał w interesach do miasta, co zmusiło Nicolasa do zjedzenia śniadania sam na sam z lady Elisą oraz kilkoma służącymi, którzy starali się udawać niewidzialnych. W normalnych okolicznościach cieszyłby się na taką ewentualność, lecz tego dnia czuł się w obecności pani Cutwell dziwnie nieswojo.
Wyglądała na chorą. Wydawała się jeszcze bledsza niż zwykle, zaś szyję obwiązała szeroką, kremową apaszką, nieodpowiednią na zapowiadający się upalny dzień. Była też wyjątkowo cicha i jakby przygaszona. Na przywitanie jedynie skinęła głową, nie odzywając się ani słowem, po czym wróciła do niechętnego skubania ciepłej bułki.
- Przeziębiła się pani? – wydukał w końcu, po dłuższej chwili niezręcznego milczenia, które sprawiało, iż każde brzdęknięcie widelca o talerz brzmiało niczym grom z jasnego nieba. Pani Cutwell podniosła wzrok znad porcelanowej zastawy, spoglądając na niego ze zmarszczonymi brwiami, jakby niepewna, czy w ogóle coś mówił.
- Proszę? – spytała lekko zachrypniętym głosem, przechylając głowę. Apaszka na jej szyi zsunęła się nieco, a Nicolas nie był w stanie powtórzyć pytania, bo słowa uwięzły mu w gardle. Nad fałdą cienkiego, kremowego materiału dostrzegł bowiem ciemną, podłużną smugę, ostrym kontrastem odcinającą się od jej mlecznej skóry.
- Panie Nicolasie? – Pochyliła się nieznacznie w jego stronę, a apaszka zsunęła się jeszcze niżej. Nicolas nie mógł oderwać wzroku od widocznych teraz wyraźnie ciemnych zarysów palców, okalających całą szyję lady Elisy. Jego dłonie drgnęły mimowolnie, pchane nagłym pragnieniem, by dotknąć tych śladów, sprawdzić, czy wiotka, delikatna szyja pani Cutwell zmieści się w ich uścisku.
Potrząsnął nerwowo głową, jak gdyby to mogło pomóc mu wyzbyć się tych myśli, lecz wzrok Nicolasa uporczywie wędrował od sińców na skórze pani Cutwell, do jego własnych rąk nerwowo ściskających sztućce.
Jedna, wystarczy jedna.
Drugą mógłby przytrzymać nadgarstki, rozciągnąć jej szczupłe ciało, przyszpilić je do podłoża. (Blade i drobne na tle szkarłatnego materiału. Jakże niesamowicie kruche w jego rękach. Skóra tak miękka, że leżący pod nimi atłas wydaje się szorstki w porównaniu. Tworzy tak piękny, piękny kontrast. Aż ma ochotę się roześmiać, gdy to jemu zapiera dech w piersiach). Czuć, jak wije się pod jego ciężarem, bezskutecznie próbując się wyrwać i chwycić powietrze. (Czerwone wargi rozchylające się spazmatycznie w bezsilnych próbach złapania oddechu. Czerwień na bieli na czerwieni, czerwieńbielczerwieńbielczerwień. Musi to zapamiętać, następnym razem, następnym razem…) Jak wygina kręgosłup i wierzga nogami, wbijając pięty w jego plecy aż do utraty sił, do ostatnich konwulsyjnych ruchów, dopóki oczy nie nabiegną krwią i nie wywrócą się tak, że widać będzie tylko białka (I nie zobaczy już tego smutnie zrezygnowanego błękitnego spojrzenia, tak dziwnie rozumiejącego, a przecież nie powinno. Powinno, powinno…)
Nicolas zerwał się z krzesła, upuszczając sztućce na podłogę i omal nie pociągając za sobą całej reszty zastawy.
- Panie Nicolasie, wszystko w porządku? – lady Cutwell wstała powoli od stołu, wyciągając dłoń w jego stronę. Dopiero wtedy zauważył, że nadgarstki także ma owinięte kawałkami tkaniny.
- Nie. Ja. Muszę… Muszę odetchnąć. Przepraszam – wyrzucił z siebie, po czym niemal wybiegł z jadalni, nie patrząc w oczy lady Elisy.
Bał się, że zobaczy w nich zrozumienie.

[center]* * *[/center]

Powinien był wyjechać. Natychmiast. Spakować się i odejść bez słowa, nie czekając na powrót lorda Cutwella, ale ostatecznie nie mógł się do tego zmusić i nie rozumiał, nie rozumiał, dlaczego!
Miał wrażenie, że popada w obłęd. W tej wizji (fantazji, śnie, wspomnieniu), zabił panią Cutwell, własnoręcznie ją udusił, ale przecież żyła, żyła! i głosem pełnym szczerej troski wypytywała o jego samopoczucie. Starał się panować nad sobą, kiedy wymawiał się porannym bólem głowy, a potem ostatecznie dał się namówić na spacer, w trakcie którego lady Elisa jak gdyby nigdy nic, szczebiotała o tym, jak bardzo nie może się doczekać przeprowadzki nad morze, wciąż tak samo pełna ciepła i młodzieńczego entuzjazmu.
Przypomniał sobie słowa Kylie, żałując, że ochmistrzyni nie pozwoliła jej dokończyć. Powinien był posłuchać, powinien był wyjechać, kiedy jeszcze… Kiedy jeszcze mógł. Kiedy nie spędzał kolejnych dni w posiadłości Cutwellów mając wrażenie, jakby żył zawieszony gdzieś w miejscu pomiędzy jawą a czystym szaleństwem.
Za każdym razem, gdy kładł się spać, ogarniające go podekscytowanie długo i dokładnie tłumaczył sobie strachem.

[center]* * *[/center]

Czerwień. Biel. Czerwień.
Czerwień. Czerwień. Czerwień.
Jej ciało było niczym płótno, nieskalane bliznami ani znamionami, rozciągnięte na szkarłatnym atłasie. Ręce i nogi na próżno naprężały przytrzymujące je więzy. Usta bezskutecznie próbowały się zamknąć wokół kremowego materiału, którym postanowił ją uciszyć.
Oczy tym razem nie spoglądały na niego w swym niemym smutku-zrozumieniu-przerażeniu-akceptacji. Zadbał o to na samym początku, z galanterią zasłaniając je kolejną apaszką. Przez chwilę myślał, czy nie pozbyć się ich na dobre, ale coś…
…ktoś?…
…go powstrzymało. Początkowo wracał myślami do krwawych łez na miękkich policzkach, lecz znów coś…
…ktoś…
…odwracało jego uwagę. Ostatecznie zadowolił się pierwszym cięciem wzdłuż lewej kości policzkowej. Odrzuciła głowę w tłumionym krzyku, co sprawiło, iż krew popłynęła pod przysłaniający oczy materiał, a następnie ciężkimi kroplami stoczyła się po jej skroni. Po tym nie wracał już myślami do krwawych łez. Ta jedna zupełnie mu wystarczyła.
Czerwień. Biel. Czerwień.
Odkrył, że nie lubi symetrii.
Drażniły go dwa równe nacięcia na obojczykach, które wykonał na samym początku, ale nie wiedział, co z tym zrobić. Na chwilę zatrzymał się nad nimi, sfrustrowany i zdezorientowany.
…ktoś śmieje się za jego plecami… Zostaw…
Przesunął dłonią po dwóch denerwujących go ranach, tworząc jednolitą smugę od ramienia do mlecznobiałej piersi o drobnym, różowym sutku. Czerwień i biel i prawie-czerwień, tak. Tak wyglądało… lepiej.
Niełatwo rzeźbić w ciele co chwila wstrząsanym spazmatycznym szlochem lub zdławionym krzykiem. Cięcia wychodziły nierówne, raz płytkie, raz głębokie, a po wewnętrznej stronie prawego uda ostrze niemal zjechało mu w stronę tętnicy. Odskoczył wtedy w panice. Nie chciał, by się wykrwawiła, jeszcze nie teraz. Najpierw te bezpieczne miejsca, dopiero później…
…tak, później…
Aż nadszedł moment, kiedy nie wiedział, co dalej. Zagubił się. Odstąpił na bok, by z innej perspektywy spojrzeć na swoje dzieło. Czerwień-biel-czerwień przeszła w czerwieńczerwieńczerwień. Położył dłoń na jej piersi i ścisnął sprawiając, że świeża krew wypłynęła z płytkiej, lecz niezasklepionej jeszcze rany. Przytrzymał ciało, znów usiłujące się wyrwać i opuszkami palców zebrał gęste krople, które potem rozsmarował na jej wargach.
Teraz. Teraz była gotowa.
Pozostało jeszcze tylko zdjąć opaskę z jej oczu. Chciał sprawdzić, czy wciąż będzie się w nich czaiła ta smutna rezygnacja, czy tego także się po nim spodziewała. Tym razem jednak błękitne spojrzenie, które napotkał, było zbyt zamglone bólem, by wyrażało cokolwiek. Nie odwracając wzroku, jedną ręką podtrzymał jej podbródek, zaś drugą, szybkim, sprawnym ruchem podciął gardło.
Wydała odgłos, jakby próbowała westchnąć, lecz tylko zakrztusiła się krwią. Kiwnął głową z zadowoleniem, jednak zanim wydała ostatnie tchnienie, zdążyła jeszcze spojrzeć na niego półprzytomnie, a kącik jej ust uniósł się lekko w drżącym uśmiechu.

Nicholasa obudził jego własny krzyk.

[center]* * *[/center]

Lady Elisa nie przyszła na śniadanie, a Nicolas nie przełknął ani kęsa, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w ostrze noża.
Tępe. Zbyt tępe, by…
Powolnymi ruchami rozwarł palce, pozwalając, by sztućce opadły z brzękiem na obrus.
Biel…
Wstał sztywno od stołu, kiwając głową służącemu, który uporczywie unikał jego spojrzenia, po czym z wystudiowanym spokojem opuścił jadalnię.
Wychodząc do ogrodu, prawie zderzył się z lady Cutwell. Nie wystarczało mu odwagi, by popatrzeć wprost na nią, lecz gdy nie zareagowała na jego niezgrabne przeprosiny i mimo to nie ruszyła się z miejsca, zaryzykował i uniósł głowę. Omiótł wzrokiem skromną, białą sukienkę zakrywającą ją niemal od stóp do głów, aż zatrzymał się na szerokim szaliku, którym szczelnie owinęła szyję.
A kiedy w końcu zaryzykował spojrzeniem w twarz lady Elisy, zobaczył, jak kącik jej różanych ust unosi się lekko w…

Nie pamiętał, co stało się potem.
Pamiętał za to sny. Duszne, lepkie, białe i czerwone. Sprawiające, iż pragnął czegoś, czego nie dało się opisać słowami.

[center]* * *[/center]

Obudziło go uczucie nierównomiernego kołysania. Dłuższą chwilę trwało, zanim odzyskał przytomność umysłu na tyle, by zorientować się, iż znalazł się w jadącym powozie. Stłamsił w sobie odruch, by otworzyć drzwiczki i wyskoczyć w biegu, zamiast tego wychylając się przez okienko, aby móc rozejrzeć się po okolicy. Rozpoznał drogę, którą jechał do posiadłości Cutwellów (kiedy to było? Zdawało się, jakby minęły całe wieki…) jednak sam budynek już dawno zniknął za horyzontem, zostawiając po sobie jedynie na wpół realne wspomnienie.
Nicolas usiadł na miejscu, wzdychając ciężko. Podniósł dłoń, by przeczesać zmierzwione włosy, lecz zatrzymał się wpół ruchu, gdy jego wzrok padł na leżącą obok pojedynczą, czerwoną różę przewiązaną białą wstążką. Delikatnie, mając na uwadze kolce, wziął ją w dwa palce, po czym ostrożnie uniósł do twarzy. Pachniała ciężko i słodko, pragnieniem i tajemnicą. Położył ją na kolanach, uśmiechając się niemal z ulgą.
Kiedy tylko dotarł do miasta, wyskoczył z powozu, ściskając w dłoni łodyżkę kwiatu. Wdychając jego odurzający aromat przechadzał się nonszalancko wśród przelewającego się ulicami tłumu, leniwie przyglądając się morzu szarych twarzy. Nie spieszył się. Wiedział, że musi uzbroić się w cierpliwość. Pragnął kogoś... specjalnego, w hołdzie dla dwojga ludzi, dzięki którym narodził się na nowo.
Nie miał pojęcia, jak długo tak krążył. Nie czuł zmęczenia, nie zdążył się znudzić, a nawet, jeśli, wszystko straciło znaczenie, gdy w końcu ją zobaczył. Także go obserwowała, starając się robić to ukradkiem, a w efekcie natychmiast zwracając na siebie jego uwagę. Wodziła za Nicolasem dużymi, jasnymi oczyma, osadzonymi w drobnej, niezdrowo wręcz bladej twarzy. Kiedy tylko ich spojrzenia się spotkały, spłoniła się i spuściła wzrok.
Nie przyspieszając kroku, wciąż jakby od niechcenia, podszedł bliżej, po czym skłonił się z galanterią, darując jej różę. Cofnęła się nieco, wyraźnie spłoszona, lecz ostatecznie, po chwili wahania, zdecydowała się przyjąć kwiat. Chwyciła delikatnie łodyżkę w papierowo białe dłonie i dygnęła niewprawnie, znów na niego nie patrząc.
Postanowił sam, póki co, zakończyć ten pierwszy, nieśmiały taniec. Uśmiechnął się ujmująco, dotknął palcem kapelusza, a następnie najzwyczajniej ruszył przed siebie. Nie zaproponował jej ramienia, nie poprosił, by mu towarzyszyła. Nie musiał. Kiedy zerknął za siebie, zobaczył, jak zastygła w pół ruchu, przyciskając kwiat do piersi i spoglądając na nim ze zmarszczonymi brwiami, jakby wciąż nie mogła zdecydować, czy powinna zrobić kolejny krok.
Uśmiechnął się lekko, pewien, że prędzej, czy później, podąży za nim.
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Waldemar Kubas
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 301

ZE ŚMIERCIĄ CI DO TWARZY

Post#3 » 11 lip 2012, o 07:40

(fragment opowiadania)


Duch nowych czasów - z mocą nieusuwalnego rytu - odcisnął się na obyczajowości i formach naszego społecznego trwania i bytowania. Jednocześnie powróciliśmy do niektórych dawno zapomnianych i od dziesiątków już lat nie praktykowanych zwyczajów i obrządków, które jednak cieszyły się niegdyś swoją zasłużoną sławą, zwłaszcza w mniejszych miastach, miasteczkach, jak też powszechnie kultywowane były w godnych szacunku rustykalnych społecznościach. Szczupłość miejsca w naszej kronice nie pozwala pisać o wielu rzeczach. Najczęściej to, o czym piszemy, jest zaledwie bladym napomknieniem. Tak samo krótko i zwięźle odnotowujemy tutaj doniosły obrzęd związany ze śmiercią, obrzęd mianowicie pogrzebu. Nasi dzisiejsi – co bardziej wykształceni obywatele – znają i pamiętają tamtą dwudziestowieczną awersję, czy mówiąc wprost niechęć oficjalnej, świeckiej kultury, przejawiającej się w zupełnym zepchnięciu tego wszystkiego - co dotyczy umierania, śmierci i wiążącego się z tym pochówka - do sfery wstydliwej, marginalnej, nieomal nieistniejącej. Owszem, tamten dwudziestowieczny człowiek lubił się pławić we krwi i śmierci, można by rzec, na ekranie swojego telewizora. Tu był niedościgły. Cała tamta pożal się Boże masowa kultura produkowała przemoc i gwałt, lubowała się w zabijaniu i epatowała śmiercią. Wszystko to z niskich pobudek, dla taniej rozrywki, a zarazem olbrzymich korzyści czerpanych z przemysłu filmowego i ogólnie show biznesu. Na tym tle prawdziwa powaga i majestat śmierci były dla niej czymś obcym i niezrozumiałym. Ideałem tamtego zbałamuconego człowieka – który przyjął pewną manierę i obnosił się z nią bezwstydnie – było pozostawać stale młodym, korzystać z życia bez żadnych ograniczeń i żyć wiecznie już tu na ziemi. Ten cokolwiek wygórowany cel i szczytne ambicje człowiek dwudziestowieczny próbował realizować wszystkimi możliwymi środkami, nierzadko uciekając się do praktyk z gruntu naiwnych, niekiedy zabobonnych, często mało sympatycznych i moralnie dwuznacznych (wspomnijmy tylko o eksperymentach z inżynierii genetycznej). Postawmy kropkę nad „i”. Starzenie się i umieranie, czy w ogólności śmierć, były dla tamtego człowieka, naszego brata w jestestwie i grzechu, pomysłem diabelskim, prawdziwą przeszkodą i absolutnie chybioną przypadłością żądnego uciech ciała, które to zło prędzej czy później i tak się przezwycięży, póki co należy wygnać ze świadomości i najlepiej świata całego. Owszem, i my dzisiaj, spadkobiercy ducha wcześniejszych pokoleń, nie jesteśmy głusi na zew życia i rozliczne jego uroki. Zmysłowe piękno świata jest tak samo kuszące dla nas, jest czymś pożądanym i absolutnie nie do wzgardzenia. Paradoksalnie jednak potrafimy wyznaczać sobie inne, transcendentne cele, i z uroków życia i ziemskich pokarmów w razie potrzeby dumnie rezygnować. Nie uciekamy od tego, co konieczne, nie udajemy, że w istocie tego nie ma, że śmierć nie istnieje i można ją zignorować. Owszem, począwszy od 1listopada 2030 roku wprowadziliśmy w naszym mieście zwyczaj publicznych pogrzebów. Naturalnie w metropolii, jaką jest nasze dwu-i-półmilionowe miasto, nie sposób byłoby każdego nieboszczyka uczcić honorami publicznego pogrzebu, w czasie którego w kondukcie podążają dziesiątki tysięcy obywateli. Honoru tego dostępują jedynie nieliczni. Ba, zaledwie kropla w morzu wobec tych, którzy codziennie odchodzą. Nie rzecz zresztą w honorze samej osoby zmarłej. Choć i to szanujemy i mamy na względzie. Idzie jednak przede wszystkim o moralny pożytek tych, którzy są przy życiu i w ostatniej drodze żegnają drogiego im brata i współobywatela, oraz o naukę płynącą dla nich z owego eschatologicznego spotkania i wraz egzystencjalnej przygody. Zaś nauka ta jest w zupełności bezcenna, zwłaszcza jak myślimy o ludziach młodych, o naszej szlachetnej i drogiej, dorodnej młodzieży, nie wykluczając tych całkiem już małych pociech, tworzących czy też składających się en bloc na żywe i niepowtarzalne piękno naszego prastarego grodu.

Publiczne pogrzeby organizujemy raz lub dwa razy w miesiącu. W miesiące nieparzyste raz, w parzyste dwa razy. Pogrzebu takiego dostępuje zmarły obywatel, któremu (dzięki zrządzeniu Opatrzności) udaje się spełnić obowiązujące na tę okoliczność procedury, przed paru laty ustalone, spisane i przyjęte w odpowiednim akcie przez Radę Miasta. Chyba że potencjalny kandydat w swym ostatnim słowie, wypowiedzianym ustnie bądź zapisanym w testamencie, wyrazi dezaprobatę dla publicznego pochówku. Rzeczony akt Rady Miasta jest w pełni dostępny dla obywateli, a duch i litera owego prawa są absolutnie demokratyczne. Akt można zresztą znaleźć na stronach internetu lub też w witrynie interglobu. Można również przeczytać w stosownych broszurkach wydawanych raz w miesiącu przez Radę Miasta. Demokratyczny duch i litera aktu sprawiają, iż uroczysty publiczny pogrzeb może mieć każdy bez wyjątku, tak opływający w dostatkach obywatel, jak i całkiem ubogi, stojący na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Wobec Boga wszyscy jesteśmy równi. Obojętne czy to będzie prawnik, uczony, artysta lub lekarz, wojskowy albo nauczyciel, czy też zwyczajnie ekspedientka, kominiarz bądź też listonosz lub roznosiciel rachunków za światło (ogólnie: energię elektryczną). Każdy może mieć pogrzeb z udziałem najwyższych dostojników miasta oraz przede wszystkim hierarchów naszego miejscowego Kościoła, byle tylko zmarł w stosownej chwili i spełnił parę łatwych warunków, omówionych w rzeczonym dokumencie, a koniecznym jedynie po to, by z ogromnej liczby nieboszczyków metropolii, przypadających na każdy dzień, raz lub dwa razy w miesiącu dało się wybrać po jednym szczęśliwcu, by się tak wyrazić. Nad prawidłowym i sprawiedliwym doborem nieboszczyka, mającego niebawem dostąpić uroczystego publicznego pogrzebu, czuwa Kolegium Mężów Zaufania doskonale znających wszystkie subtelności prawa.

A później już sprawa, by się tak wyrazić, zupełnie prosta. Po uroczystej Mszy żałobnej w archikatedrze św. Jana Chrzciciela, kondukt żałobników wraz z trumną wolno rusza w stronę Rynku. Nie może tu być żadnych większych niespodzianek. Jak się rzekło, nawiązujemy do dawniejszej tradycji i tak ceremonia pogrzebu, jak i cała jego oprawa nie aspiruje do jakichś nowinek w tym względzie. Owszem, jest z gruntu zachowawcza. Kondukt prowadzi starszy diakon ubrany w żałobne fioletowe szaty. To odwieczny standard. W swych dłoniach dzierży wysoko mosiężny krucyfiks z wizerunkiem Zbawiciela. Dzięki olśniewającemu talentowi jednego z naszych najświetniejszych artystów, ciało umęczonego na krzyżu Chrystusa i niesionego teraz ponad głowami tłumów doskonale skupia w sobie całe cierpienie widzialnego świata. Tuż za prowadzącym diakonem postępuje dwunastu ministrantów z dzwoneczkami, którymi podzwaniają głośno i miarowo w chwilach przewidzianej ciszy. Za ministrantami w pewnym odstępie stąpa majestatycznie nasz umiłowany i czcigodny kardynał metropolita oraz równie czcigodni arcybiskupi, biskupi, jak i księża celebransi, każdy postępując w orszaku wedle swoich tytułów i urzędu. Mała przerwa – i wyłaniają się poczty sztandarowe w swej wielości i bogactwie. Za nimi w stosownym odstępie kroczy nasz szacowny burmistrz, ojcowie miasta z nadprefektem i prefektem oświaty publicznej i wychowania, oraz wyżsi urzędnicy poszczególnych resortów. Większa przerwa i oto bohater dzisiejszego dnia i podniosłej uroczystości. On jeden (pomijając stangreta siedzącego na koźle i trzymającego lejce) nie stąpa o własnych siłach, jest za to powożony ze wszystkimi honorami. Skromnie spoczywa w dębowej, zdumiewająco pięknej trumnie i cały jest milczeniem. Jego opromieniona blaskiem chwały trumna, z naddanym na wieku dużym prostym krzyżem, podług tradycji naszych przodków przemieszcza się na czarnym karawanie ze złoconymi okuciami. Karawan zaprzężony jest w czwórkę karych koni. Powozi stangret w czarnym fraku, białej koszuli i wysokim czarnym cylindrze. Uprząż czystej krwi wierzchowców również błyska złoceniami. Wszystko zdaje się wskazywać na niejaki przepych. W istocie jest jedynie wyrazem naszych upodobań do pewnej niezbędnej solidności. Bezpośrednio za karawanem postępuje w milczeniu najbliższa rodzina zmarłego, sąsiedzi, przyjaciele, koledzy z pracy i znajomi, wreszcie chór katedralny, a dalej już wszyscy inni żałobnicy, których liczba jest nieprzebrana, skutkiem czego kondukt żałobny rozciąga się na wiele ulic, uliczek i placów. Gorące modlitwy przewodniczącego kardynała, arcybiskupów oraz koncelebrujących księży biskupów (tak w języku ojczystym, jak i po łacinie) przeplatane są na tej ostatniej drodze naszego przyjaciela żałobnymi pieśniami chóru. Żałobne pienia rozchodzą się daleko i już to żywą nutą rodzą się w piersi kroczącej w powadze rzeszy, już to odbijają od niej swym dźwięcznym echem.

W momencie gdy czoło konduktu żałobnego znajdzie się w Rynku, dołącza doń doborowa orkiestra dęta, którą tworzą najlepsi muzycy z naszych czterech filharmonii. Kondukt obchodzi wokoło Rynek, a w tym czasie orkiestra gra marsza żałobnego któregoś ze znakomitych kompozytorów muzyki poważnej, dawnej lub współczesnej. Z kompozytorów dawniejszych niejednokrotnie rozbrzmiewają dźwięki bodaj najpiękniejszego tego typu utworu, jaki kiedykolwiek napisano, myślimy tu o marszu żałobnym z piątej symfonii Gustawa Mahlera.

Odpowiednie służby techniczne dbają już o to, by całą uroczystość od początku do końca odtwarzać symultanicznie na telebimach rozmieszczonych wzdłuż całej trasy, troszcząc się w równym stopniu o obraz, jak i o sam dźwięk całego przekazu.

Z Rynku kondukt żałobny udaje się już prosto na Cmentarz Komunalny. Tam, przy otwartej mogile, w okolicznościowych przemówieniach wygłaszane są pożegnalne słowa, krótko opisujące drogę przez życie zmarłego współziomka, i nad jego trumną odbywają się już ostatnie modlitwy, którym towarzyszą przejmująco piękne śpiewy żałobliwe, w większości zaczerpnięte z tradycji gregoriańskiej, po części zaś starocerkiewno-słowiańskiej i monastycznej. Nieprzerwanie wznosząc modły kardynał metropolita skrapia trumnę święconą wodą i okadza mirrą, po czym na sznurach - jak każe tradycja - opuszcza się ją do grobu. Słychać szloch, łkanie i rozdzierający płacz osób najbliższych drogiemu zmarłemu. Rozpaczają i miotają się w swym bólu, jakby chcieli zatrzymać go tu przy sobie, jeszcze choć przez chwilę. Ale grabarze nie oglądając się na nic czynią swoją powinność. Ubrani w przepisowe czarne uniformy, wartko i sprawnie zasypują grób, wedle starej tradycji posługując się łopatami. Na świeżo usypanej mogile nieutuleni w żalu krewni i bliscy zmarłego drżącymi dłońmi kładą strojne wieńce z szarfami i proste wiązanki pięknych świeżych kwiatów, owe kruche symbole serdecznej i czułej miłości, i czyniąc znak krzyża żegnają się ze zmarłym już po raz ostatni. Jednak wciąż nie mogą odejść. Bezradni w swoim cierpieniu, długo stoją milcząc, jakby ciągle nie dowierzali temu, co widzą i co się właśnie stało. Cóż poradzić na to? Z oczami napuchłymi i mokrymi od łez, od świeżo usypanej mogiły odchodzą w końcu i oni sami. Wszyscy inni już dawno opuścili to smutne miejsce. Najpierw umiłowany kardynał metropolita, czcigodne duchowieństwo i władze miasta, a następnie cała reszta godnych szacunku, współczujących obywateli.

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339

ZE ŚMIERCIĄ CI DO TWARZY

Post#4 » 12 lip 2012, o 21:08

FF, na dodatek znowu ginzura. Z góry ostrzegam, może być odrobinę niezrozumiałe. :D

10 grudnia



Pokój położony w samym środku tradycyjnej japońskiej rezydencji pogrążony pozostawał w niemalże całkowitej ciemności. Oddzielony od światła późnego popołudnia kilkoma rzędami zasuniętych przepierzeń, był też cichy, dlatego szukając samotności Katsura schronił się właśnie tam. Nienaturalny spokój pozwolił mu w końcu zagłuszyć rozkrzyczane myśli, wpędzając go w stan otępienia, gdzie nie potrafił już odróżnić jawy od koszmaru.
Ukrywanie się w cierpieniu było łatwe. Ból powoli wnikał w każdą cząsteczkę ciała, przenosił się wraz z krwią do każdej komórki, aż w końcu system nerwowy zaczynał zawodzić. Nie czuł dotyku, zapachu, smaku, wzrok przesłoniła mgła. Wszystko było oddalone, nieistniejące, nieważne. Szok trwał długo, bo tak było łatwiej. Nie trzeba szukać rozwiązania, ani godzić się z rzeczywistością. Pozostało tylko poczucie pustki, prawie tak jak gdyby zapadł w zbyt głęboki sen.
Wcześniej do telewizora przywabiły go krzyki: zaskoczenia, zgrozy, strachu. W pierwszej chwili, gdy się dowiedział, nie umiał nawet złapać oddechu. Sekundę później on sam padł na kolana, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Nie myślał o strzałach, ani o rozrastającej się na ziemi kałuży krwi. Nie pamiętał krzyków, ani migającej plamy srebra, którą dostrzegł wśród tłumu. Gdy go dotknął, ekran był chłodny, ktoś niemal natychmiast wyłączył głos, wyciszając dobiegające z głośników wycie, albo po prostu to on przestał słyszeć, ponad brzęczącym w uszach szumem pytań.
Katsura-san, jakie rozkazy?
Katsura-san, co możemy teraz zrobić?
...Katsura-san, czy on naprawdę nie żyje?

Nie wiedział. Drżącym głosem zarządził ukrycie się, przeczekanie. Niedługo burza minie i wszystko wróci do normy – powiedział, chociaż tak naprawdę nie potrafił w to uwierzyć. Wraz z tym jednym udanym zamachem, jedyne szanse, jakie mieli na zwycięstwo obróciły się w nicość.
Śmierć nie była obca dla żadnego z nich. Był czas, gdy musieli godzić się z jej przyjściem codziennie, uznając, że każdy dzień może być ich ostatnim. Tej jednej, zwłaszcza teraz, nie spodziewał się nikt.

***

Wszyscy podwładni Katsury, którzy wciąż zajmowali dużą część tego terenu, chwilowo pełniącego funkcję ich kwatery głównej, usuwali się z drogi Gintokiego bez słowa, pozwalając na otwieranie kolejnych barier, jednej za drugą. Być może byli już wystarczająco przyzwyczajeni do jego obecności, albo nie mieli nawet odwagi go zatrzymać – nie miało to żadnego znaczenia, Gintoki nie zwracał uwagi na malunki na delikatnym papierze, cudowne kwiaty i niesamowite wzory nie mogły w tej chwili obchodzić go mniej.
Wchodząc do środka, nie zasunął za sobą delikatnej ścianki z papieru dokładnie, przez wąską szparę pomiędzy drewnianymi framugami wpłynęła odrobina światła, kilka promieni, które zaigrały na jego srebrnych włosach, otaczając je nienaturalną poświatą. Z tej perspektywy, przyzwyczajone do ciemności oczy Katsury nie potrafiły dostrzec wyrazu jego twarzy, jednak sam widok napiętych jak struna ramion, uniesionej w charakterystyczny sposób głowy i zapach przylegającej do skóry krwi wystarczył, by zaalarmować go natychmiast.
Zaniepokojony, zerwał się gwałtownie, tylko po to, by w chwilę później uderzyć plecami o podłogę.
- Gintoki – spróbował wyrwać ręce z lewej dłoni swojego przyjaciela, która przygwoździła je do twardych tatami. – Jesteś ranny?
- Nie.
Jego palce wpijały się w drewno tatami, spróbował się wyrwać, jednak nadaremnie. Jakakolwiek wola walki jaką mógł posiadać zniknęła jak zdmuchnięty płomień świecy, gdy Gintoki pochylił się nad nim odrobinę bardziej, łapiąc w pocałunku jego usta.
Wtedy Katsura przestał myśleć.
Nawet, gdy Gintoki wypuścił w końcu jego ręce, terrorysta nie wykonał żadnego ruchu, by się uwolnić, objął go tylko, przyciągając do siebie jeszcze bardziej.
To nie był ich pierwszy pocałunek, nie po latach przyjaźni, przeradzającej się z każdym dniem w coś więcej, nie po ponownym odnalezieniu się po wojnie. Wiedział jednak, czuł z każdym odkrytym centymetrem skóry i przyspieszonym oddechem, był pewien, że tym razem to go zniszczy, jeżeli czegoś nie zrobi, a wtedy pociągnie Gintokiego w dół razem ze sobą. Nie dbał o siebie, zbyt wiele razy poświęcił wszystko dla innych, żeby teraz zacząć się przejmować własną skórą, ale na to nie mógł pozwolić. Dlatego odsunął się, odpychając błądzące po jego ciele ręce z całej siły.
Gdy Gintoki odsunął się od niego, poczuł się tak, jak gdyby nagle stracił całe wypełniające jego płuca powietrze.
Pierwszym, co zobaczył w czerwonych oczach było zaskoczenie. Potem, po chwili konsternacji, panikę. Wbrew sobie, Katsura poczuł się jak zdrajca, ale nie mógł sobie teraz pozwolić ani na spoglądanie w bok, ani na słabość. Był w końcu potrzebny.
- Nie jestem Tatsumą, Gintoki – powiedział więc zamiast tego, usiłując sprawić, by jego głos nie brzmiał tak słabo i krucho, jak mu się wydawało.
- Tak – srebrnowłosy odpowiedział z wahaniem, rozpaczliwie zaciskając palce na długich prostych pasmach włosów. – Tak, wiem.
Dopiero wtedy zauważył, że Katsura płakał jeszcze chwilę wcześniej, ślady łez na jego policzkach, roztarte pośpiesznie rękawem yukaty, wciąż były mokre. Teraz, na wpół rozebrany, z rozczochranymi włosami i opuchniętymi od pocałunków ustami wyglądał tak nieszczęśliwie, że Gintoki mógł jedynie zaśmiać się do siebie ponuro, odsuwając się od niego jeszcze dalej i chowając twarz w dłoniach. Jak mógł być tak głupi? Jak mógł przyjść właśnie tutaj, teraz, jak mógł żądać czegokolwiek, gdy... Zanim jednak zdołał odsłonić twarz i – być może – przeprosić, uciec, lub znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie, szczupłe ramiona oplotły go w pasie na tyle mocno, by nie mógł się z nich wyrwać.
- Nawet o tym nie myśl, Gintoki – Katsura wyszeptał, opierając głowę na jego ramieniu. Włosy opadały mu na twarz, zasłaniając ją całkowicie, ale jego głos był mocny, nie zadrżał nawet odrobinę. – Nie możesz zostawić mnie samego.
Gintoki w końcu odetchnął głębiej, a napięcie nagle opuściło jego ciało, gdy przyciągnął pozbawionego rozsądku terrorystę jeszcze bliżej. Zapach truskawkowej odżywki do włosów sprawił, że zachciało mu się kichać, ale powstrzymał się samą siłą woli, bo w jakiś dziwny, pokręcony sposób, nawet po tylu latach Katsura wciąż pachniał domem.
- On nie żyje, Zura. Sakamoto nie żyje.
- Tak. Tak, wiem. Ale teraz już nic nie możemy na to poradzić.

***

Krew spływała po ostrzu jego katany powoli, ciężkie krople wisiały na samej krawędzi przez sekundę, zanim z kolejnym ruchem spadały na ziemię, tworząc powoli małe kałuże pod jego stopami, prawie takie, jak te, które widział na materiale filmowym. Trzymająca broń ręka drżała lekko, uścisk na rękojeści słabł i wzmacniał się na przemian. Długa czerwona smuga znaczyła jego policzek, ciągnąc się od ucha, a kończąc zaledwie milimetr nad kącikiem ust. Gdy przesunął po wargach językiem, mógł poczuć znajomy smak, metalicznie słodki i odurzający. Był wściekły, po raz pierwszy od kilku lat dał się ponieść temu uczuciu, pozwalając resztkom rozsądku na całkowite zniknięcie.
Adrenalina krążyła w jego żyłach, jeszcze bardziej przyspieszając i tak nienaturalne tętno. Ciemne plamki przed oczami rozprzestrzeniały się coraz bardziej, a kolory wyostrzały i rozmywały. Dawno stracił nad sobą kontrolę i nie próbował już nawet tego ukryć.
Sasaki Isaburo wydał z siebie mimowolny jęk bólu, gdy kopnięciem obrócił go na plecy, wciąż mierząc prosto w odsłoniętą tętnicę szyjną, która pulsowała w przyspieszonym tempie. Dowódca Mimawarigumi był przerażony, ale wciąż nie dawał tego po sobie poznać, utrzymując kamienną twarz, całkowicie pozbawioną emocji. Być może liczył na to, że Takasugi nie zdecyduje się go zabić, narażając się na straty, albo nie doceniał furii, którą wzbudził w przywódcy najbardziej radykalnego odłamu rebeliantów.
- Nie wykonałeś mojego rozkazu – wysyczał tymczasem jego dowódca. – Zadziałałeś bez polecenia.
- Działałem w ramach osiągnięcia naszego celu.
- Ach tak?
- Sakamoto Tatsuma musiał być wyeliminowany, żeby pozwolić mi na większe wpływy u Bakufu…
- Sakamoto Tatsuma był naszym sprzymierzeńcem!
- Nie. – Sasaki nawet pomimo swojej dramatycznie pogarszającej się sytuacji zdołał wydusić z siebie te słowa, chociaż strach powoli paraliżował jego gardło, a wypływająca z jego licznych ran krew zdecydowanie nie pomagała mu zebrać myśli. – On nie był naszym sprzymierzeńcem, tylko twoim. I, przede wszystkim, był zdrajcą.
- Zamknij się.
- Czyżbyś już zapomniał, Takasugi-dono, że to właśnie on jako pierwszy cię opuścił? Owszem, jego wsparcie było nieocenione, jednak takim jak on nie można ufać. Zdradziłby cię przy pierwszej okazji, tak jak zostawił was wtedy, gdy potrzebowaliście tego najbardziej.
- Zamknij się do cholery! – wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Kamui.
- Tak?
- Nie chcę nigdy więcej widzieć tego człowieka – Takasugi odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia z szelestem powiewającej za nim yukaty. – Jeżeli tylko nasze źródła mówią prawdę, to powinien być silny. Możesz z nim zrobić co zechcesz.
Błękitne oczy Yato rozszerzyły się lekko i zabłysły radością.
- Jak sobie życzysz – oświadczył z uśmiechem, chociaż Takasugi zniknął już dawno w głębi korytarza.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

damakarro
Zdobywca Artefaktu 2012
Posty: 530

ZE ŚMIERCIĄ CI DO TWARZY

Post#5 » 15 lip 2012, o 12:55

Kostucha pisze:Każdy wkleja swój tekst w tym temacie, a na koniec można czekać tylko na opinie. :)


Czy ja tez mogę wyrazic swoją opinię? Jako czytelnik?
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

ZE ŚMIERCIĄ CI DO TWARZY

Post#6 » 15 lip 2012, o 13:41

A pewnie, każdy może :)
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

damakarro
Zdobywca Artefaktu 2012
Posty: 530

ZE ŚMIERCIĄ CI DO TWARZY

Post#7 » 15 lip 2012, o 16:37

Lailerosse pisze:A pewnie, każdy może :)


A dziękuję.
Jako, że Twoje opowiadanie jest pierwsze, pozostałych jeszcze i tak nie czytałam, podzielę się z Tobą moimi refleksjami. Oczywiście najlepiej jak tylko potrafię.

Te siedem części, wspaniale napisanych, jest dla mnie jak siedem migawek wyrwanych z całego obrazu. Jakby filmu. W ten sposób, nie do końca odsłaniając wszystkich faktów, zmusiłaś mnie do dopowiedzenia sobie reszty. I to już jest dużym plusem dla Twojego opowiadania. :)

W tych siedmiu migawkach wspaniale rozpisałeś drogę Nicolasa od zwykłego mężczyzny do stania się mordercą. Po tym jak lord Cutwell odkrył kim jest Elisa, jeszcze dziewczyna, a potem jego żona, pozwolili mu obydwoje by nocami poznawał smak i zapach morderstwa. Żeby mógł spojrzeć śmierci prosto w oczy, chociaż ta nigdy tak naprawdę nie nadchodziła.

- Wszyscy ludzie są potworami, Eliso


Nicolas jest tego jasnym dowodem. Sami go takim stworzyli.

Pragnął kogoś... specjalnego, w hołdzie dla dwojga ludzi, dzięki którym narodził się na nowo.


Masz bardzo ładne opisy śmierci. Osób w niej uczestniczących, ich zachowań, odczuć, reakcji.

Uwagi językowe.

tworząc jednolitą smugę od ramienia do mlecznobiałej piersi o drobnym, różowym sutku.


A może lepiej by brzmiało:
tworząc jednolitą smugę od ramienia do mlecznobiałej piersi zwieńczonej drobnym różowym sutkiem .

Stłamsił w sobie odruch, by otworzyć drzwiczki i wyskoczyć w biegu, zamiast tego wychylając się przez okienko, aby móc rozejrzeć się po okolicy.


Stłamsił w sobie odruch, by otworzyć drzwiczki i wyskoczyć w biegu. Zamiast tego wychylił się przez okienko, aby móc rozejrzeć się po okolicy.

Wspaniały obraz. Gratuluję.
I dziękuję.

:))

Lira...

To jest moje pierwsze przeczytane opowiadanie...eee...z japońskimi bohaterami.
I nie żałuję, że je przeczytałam.
Wspaniale posługujesz się wyrazami oznaczającymi dane przedmioty jakimi są otoczeni Twoi bohaterowie. Jedyną znana mi z tych rzeczy jest katana. Obrazek w jaki ją wpisałaś, sprawił, że zobaczyłam w swojej wyobraźni tę ściekającą z ostrza krew i tworzącą się pod nią kałużę.
Równie dobrze potrafisz oddać uczucia, emocje i reakcje swoich bohaterów. Czytając je dało się je wyczuć.

:))

Uwagi językowe.

Wchodząc do środka, nie zasunął za sobą delikatnej ścianki z papieru dokładnie, przez wąską szparę pomiędzy drewnianymi framugami wpłynęła odrobina światła, kilka promieni, które zaigrały na jego srebrnych włosach, otaczając je nienaturalną poświatą.


Wydaje mi się, że pomiędzy słowami dokładnie i przez lepszym łącznikiem byłby spójnik ,,i,,.

Wchodząc do środka, nie zasunął za sobą delikatnej ścianki z papieru dokładnie i przez wąską szparę pomiędzy drewnianymi framugami wpłynęła odrobina światła, kilka promieni, które zaigrały na jego srebrnych włosach, otaczając je nienaturalną poświatą.

Lira, chętnie sięgnę po jeszcze inne Twoje opowiadania.

:))

Waldemar Kubas...
Wybacz, że dopiero na końcu komentuję Twoje opowiadanie, ale zastosowałam zasadę ,,panie mają pierwszeństwo,, :))

Nie lubię czytać zbyt długich opisów. Ale po raz pierwszy z dużą uwagą i zainteresowaniem przeczytałam ten fragment opowiadania. Z uwagą, bo tak naprawdę uczestnicząc już w niejednym pogrzebie, nigdy tak naprawdę nie przywiązywałam uwagi na to kto, gdzie i dlaczego akurat tam ma swoje miejsce, albo dlaczego akurat w tym momencie dzieją się takie rzeczy. Twój rytuał pochówku jest niezwykle bardziej bogatszy w uczestników, w swoje zasady i ma swój wyszukany charakter. I to właśnie wzbudziło moje zainteresowanie.

Każdy może mieć pogrzeb z udziałem najwyższych dostojników miasta oraz przede wszystkim hierarchów naszego miejscowego Kościoła, byle tylko zmarł w stosownej chwili i spełnił parę łatwych warunków,


Myślałam, że dowiem się czegoś o tej stosownej chwili na przykładzie jakiegoś nieboszczyka i o warunkach, które musiał spełnić.
Jeżeli gdzieś masz odpowiedź, to chciałabym ją kiedyś poznać.

Nie mam żadnych uwag językowych.
Ale...Twój opis przypomniał mi człowieka z którym nie mam zbyt miłych wspomnień.
Było, minęło.
:))

Takie jeszcze ogólne podsumowanie.
Wszystkie trzy eventy, jak wy to nazywacie, czytało mi się przyjemnie. Widać, że temat śmierci nie jest wam obcy i z łatwością potraficie pokazać ją na swój sposób.
Wspaniały i ciekawy sposób. Gdybym jednak miała wybrać najlepsze z tych trzech wybrałabym opowiadanie Czerwień. Biel. Czerwień Lailerosse.

:))

Wyczerpujące komentarze na pewno cieszą, ale następnym razem proszę o użycie opcji edycji posta. Wrzucanie trzech postów pod sobą w tak krótkich odstępach czasu jest niezgodne z regulaminem - Lai
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

damakarro
Zdobywca Artefaktu 2012
Posty: 530

ZE ŚMIERCIĄ CI DO TWARZY

Post#8 » 15 lip 2012, o 23:32

Prosze o wybaczenie.
Nie doczytałam regulaminu.

:roll:

Obiecuje go przestrzegać. I zapoznać się z nim. :))
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

ZE ŚMIERCIĄ CI DO TWARZY

Post#9 » 17 lip 2012, o 12:36

To teraz ja :D

Waldemarze, przedstawiłeś dość ciekawe uniwersum, które wprawdzie wybiega czasowo w przyszłość, zwyczajami cofa się do czasów średniowiecza (oraz, chyba, o ile się nie mylę, bo pamięć już nie ta, czasów sarmackich), gdzie wyjątkowo celebrowano publiczne pogrzeby. Wprawdzie to, co opisałeś, przypomina pogrzeby sławnych osób odbywające się obecnie, lecz światopogląd, jaki stoi za Twoimi uroczystościami, towarzyszący im pogląd na śmierć, bardziej właśnie pasuje mi do tych czasów wcześniejszych, kiedy celebrowano nawet nie tyle odchodzącą osobę, co sam majestat śmierci. Ciekawe spojrzenie na temat, tekst ma taki bardziej reportażowy charakter, interesująco się czytało.

Lira! Fakt, nie do końca zrozumiałam, o co właściwie chodziło, ale i tak mi się podobało (magia Twoich tekstów :D). Zawsze potrafisz opisami tak cudnie zbudować otoczenie, że jest niemal odczuwalne dla czytelnika - i to wszystko, dźwięki, dotyk, odczucia. Twoje teksty zawsze mnie "wciągają", nawet, jeśli nie mam pojęcia, o co w nich chodzi xD

Ech, szkoda, że nas tak mało ostatecznie, ale cieszę się, że przynajmniej z Wami mogłam poevencić ;)
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Mań
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1216

ZE ŚMIERCIĄ CI DO TWARZY

Post#10 » 19 lip 2012, o 10:35

Ostrzegam, mam problem ze skleceniem porządnego komentarza, więc raczej będzie krótko.

Lai, spisałaś się. Choć spodziewałam się po tematyce eventu większej bezpośredności, mniejszego zawoalowania, to nie wyobrażam sobie twojego tekstu bez tajemnicy. Zbudowałaś niesamowity nastrój grozy + sam początek intryguje, a koniec jest magiczny. Co prawda zostawiłaś czytelnikom sporo miejsca na domysły, w głowie mam mnóstwo znaków zapytania, ale i tak jestem zadowolona. Ładnie przedstawiłaś głównego bohatera, zmiany jakie w nim zachodziły, wpływ atmosfery panującej w domu Cutwellów na jego samopoczucie. Bomba. Do tego kreacje Cutwellów, choć zdawkowo opisani, to myślę, że więcej informacji mogłoby coś popsuć. Jonathan właśnie został psycholem numer jeden. No, i piękny język, zdania w nawiasach sprawiały, że miałam ciarki! Brakowało mi jedynie powodu, dla którego w ogóle Nicholas się u nich znalazł, a tak jestem zachwycona! C:

Waldemarze, twój tekst również mi się podobał. Już wcześniej zwróciłam uwagę na oryginalne wykorzystywanie przez ciebie różnych form i tu jest podobnie - język typowo reportażowy, ale niezwykle płynny i barwny, odnoszę wrażenie, że to takie nieśmiałe sf ze względu na czas i ciekawe spostrzeżenia na temat śmierci i związanych z nią ceremonii. Spodziewałam się czegoś bardziej krwawego, ale i tak to co zaserwowałeś jest warte przeczytania. Wciąga od początku i, choć nie ma tu wartkiej akcji, nie nudzi.

Lir, zawsze moja rekacja na ffy twojego autorstwa jest taka sama, szeroki banan na ryju. Podobnie jak Lai, często mam problem z ogarnięciem czegokolwiek, ale tak to już jest, kiedy nie zna się kanonu i podstawowych bohaterów xd. Mimo to umiesz czarować, bo jak zwykle operujesz słowem w mistrzowski sposób i to już wystarczy, żeby mnie kupić. Jeju, nie dość, że ładnie opisałaś krwawiącego Sasakiego, to do tego dałaś Gintokiego i Katsurę! *.* jestem głupia, ale polubiłam ten paring.

Hm, wybaczcie, jeśli komentarze są drętwe, ale jakoś nie mam głowy do komentowania :C

Wróć do „Konkursy, plebiscyty i pojedynki”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość