Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Konkursy, pojedynki na pióra, nasze wewnętrzne plebiscyty na najlepszego komentującego oraz najlepsze teksty literackie oraz inne wyzwania literackie organizowane przez i dla Artefaktowiczów. Każdy chętny może zorganizować własny event literacki.
Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5783
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#1 » 1 lip 2019, o 19:26

Zapraszam do czytania i komentowania prac użytkowników forum nadesłanych na event Noc Świętojańska! Zachęcam również do prób odgadywania autorów poszczególnych wierszy. Ich personalia ogłoszę za tydzień, 8 lipca.


Sięgnijmy wszyscy po słowiańską magię. Magię miłości zawartą w obrzędach i rytuałach naszych przodków. Rytuałach związanych z porami roku, porami księżyca. To były dawne, prasłowiańskie zegary i kalendarze.
Noc, która ledwie się zaczyna, a już się kończy, a panny pospiesznie oddają wianki. Nie tylko metaforycznie.
Jedyne ograniczenie, to formy w miarę krótkie, jak ta Noc.


Wymogi:
Forma konkursowa: tekst prozatorski do 18 tysięcy znaków ze spacjami o tematyce związanej z Nocą Świętojańską - a więc wiosną, latem, przesileniem, wiarą słowiańską, obyczajami i wszystkim, co danej osobie się z tym świętem kojarzy
Gatunek: dowolny
Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany!

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywizJak wstawić wcięcia akapitowe

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.

Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5783
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#2 » 1 lip 2019, o 19:26

Roksana
autor: Habibi


Szli w stronę rzeki. Sara spoczywała przytulona do Ester w nosidełku, które Mateusz zrobił z płótna. Zbocze łagodnie opadało ku zachodowi, przechodząc w pokrytą kwiatami łąkę. Nieco dalej, poprzedzona wąskim pasmem piasku, widniała wstęga rzeki, usiana pokrytymi zielenią wysepkami i wychodzącymi w jej nurt piaszczystymi łachami. Nisko świecące słońce zabarwiało wodę złociście. Na tle jego lśnień widać było ciemne sylwetki dwóch rybaków w łodzi. W jednym miejscu przy zakolu rzeki utworzyła się szeroka piaszczysta plaża. Widniało na niej kilka stosów drewna, wokół których kręcili się młodzieńcy. Bliżej wody siedziały dziewczęta, skupione po kilka, zajęte rozczesywaniem włosów, splataniem warkoczy, robieniem wianków z kwiatów, których całe pęki leżały obok. Słychać było głosy, śmiechy, niektóre panny podśpiewywały.
Podeszli bliżej dziewcząt. Jedna z nich właśnie wstawała. Była smukła i urodziwa, o włosach przypominających łan dojrzałego zboża.
– To Hanka – szepnął Mateusz. – Potrafi opowiadać ciekawe historie.
– Posłuchajcie opowieści, którą przyniósł kiedyś pewien kupiec – zaczęła dziewczyna, kręcąc w palcach koniec warkocza. – W wiosce u stóp wielkiej góry mieszkała piękna dziewczyna o imieniu Sobótka. Miała wielkie czarne oczy, a na ramiona spływały jej brązowe włosy. Wraz z rodzicami i braćmi pracowała w polu, ale też często można ją było spotkać na polowaniu na dzikiego zwierza. Miała wspaniały wzrok i pewną rękę, a jej strzały trafiały bezbłędnie z dużej odległości.
Pewnego razu powrócił z wojny najstarszy brat, Ziemowit. Wraz z nim przybył inny młodzieniec, pochodzący z innych stron. Miał na imię Sieciech. Był sierotą, jego wioska została spalona przez wroga, a wszyscy jej mieszkańcy zabici. Mężczyzna był z niego urodziwy, silny i pracowity. Znał się dobrze na ciesielce, dlatego starszyzna zdecydowała, że może pozostać we wsi na stałe. Wkrótce zaczął budować dom na skraju lasu. Znał piękne pieśni z dalekich stron – często jego tęskny głos dolatywał do chaty Sobótki, a ona wzdychała.
Sobótka i Sieciech zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Ale kryli się z tym. O ich miłowaniu nie wiedział nikt oprócz Ziemowita, któremu siostra się zwierzyła. Aż przyszedł dzień, gdy Sieciech skończył budowę chaty. Było to o tej porze roku co teraz. Przyszedł do rodziców Sobótki, powiedział, że kocha ją od dawna i że prosi, aby mu ją oddali za żonę. Rodzice się zgodzili. Słysząc to, dziewczyna popłakała się ze szczęścia. Zaślubiny miały się odbyć następnego dnia.
Ale nie dane im było cieszyć się szczęściem. W nocy na wioskę napadł wróg. W świetle płonących chałup toczyła się walka na śmierć i życie. Sobótka u boku ukochanego słała strzałę za strzałą. Wtem!… W samo serce wbiła się nieprzyjacielska strzała. Dziewczyna osunęła się na ziemię, Sieciech upadł na kolana, wziął w dłonie jej głowę, lecz zdołał tylko usłyszeć: „Miłuję cię…”. Zamknęły się oczy ukochanej. Sieciech ze strasznym krzykiem porwał się z ziemi i chwyciwszy topór, siekł wroga. Później, gdy atak odparto, usiadł pod drzewem i długo tulił bezwładne ciało.
Od tej pory nikt już nie słyszał śpiewu Sieciecha. Ponoć widywali go często, gdy w nocy siadał na brzegu rzeki i wpatrywał się w wodę. Potem, gdy przynieśli wici na wojnę, poszedł razem z innymi. Nigdy już nie wrócił.
Hanka usiadła na piasku. Zapadła cisza. Dziewczyny siedziały z pochylonymi głowami. Niejedna ukradkiem ocierała łzy.
– Piękna opowieść, chociaż bardzo smutna – odezwał się Mateusz. Dziewczęta podniosły wzrok. – Przyszliśmy z Ester przyjrzeć się wam trochę. Możemy przysiąść? Przynieśliśmy też ziela. – Położył na piasku lniany worek, rozwiązał i wysypał pęki kwiatów i ziół.
– Oczywiście, Mateuszu. – Panna o złocistych włosach powstała z piasku. W modrych oczach lśniły jeszcze łzy. – Bardzo nam będzie miło.
– Co u ciebie słychać, Roksano?
– Ech, mam nadzieję, że wróżba wyjdzie pomyślna. Tak się boję, bo jeśli nie, to rodzice sami gotowi mi wybrać męża. – Westchnęła. – Może będę miała troszeczkę szczęścia? Ojej! Mały dzidziuś! Dziewczynka?
Ester kiwnęła głową.
– Jak ma na imię?
– Sara.
Dziewczęta podniosły się i otoczyły ich wianuszkiem.
– Ale słodko śpi.
– Patrzcie, jakie ma kręcone włoski. Będzie piękna.
– Jak się obudzi, będziemy się mogły pobawić?
– Oczywiście – odrzekła z uśmiechem. Ostrożnie położyła dziecko na piasku. – Niech jeszcze troszkę pośpi.
Słońce zniżało się coraz bardziej. Powietrze było spokojne, jedynie od wody niekiedy dolatywało lekkie muśnięcie powietrza. Mateusz stał nieruchomo tuż nad wodą i wpatrywał się w dal. Ester podeszła do Roksany. Dziewczyna była zajęta splataniem gałązek i kwiatów w wianek, w którego środku umieściła świeczkę.
– Mogłabyś mnie nauczyć, jak się splata wianuszek?
– Czemu nie? Chcesz na głowę czy wróżebny?
– Nie wiem. Objaśnij mi.
– Wianek na głowę jest po to, żeby dziewczyna pięknie wyglądała. Ale najważniejszy jest wróżebny. Popatrz, właśnie kończę swój. Bardzo ważne są zioła miłosne: lubczyk, rumianek, mięta, mirt, tymianek. Koniecznie też bylica, bo ona jest dobra na wszystko. Można też dodać mak, chaber, paproć, rutę. Trzeba to wszystko poprzeplatać, tak jak widzisz. W środek musisz wpleść świeczkę. Jeśli nie masz, to ci dam, bo wzięłam dwie zapasowe. A teraz rzecz najważniejsza: musisz myśleć o tym, dlaczego puszczasz wianek na wodę. Gdy dziewczyna nie ma chłopaka, to wiąże białe wstążki. Kto wyłowi wianek, ten jest jej przeznaczony. Ja miłuję Bartka i tylko jego pragnę. Nie chcę innego. Powiedziałam mu w sekrecie, w jaki sposób przewiążę wstążki. A jak jest u ciebie?
– U mnie? No cóż, sama nie wiem. Mam Sarę i ona jest całym moim światem. Nie wiem, co mi jest pisane, kto mi jest przeznaczony.
Roksana zamyśliła się. Wreszcie powiedziała:
– W taki razie powinnaś zawierzyć Kupale. Zawiąż czerwoną wstążkę. Gdy ktoś wyłowi wianek, to będzie wybraniec losu. A jeśli popłynie dalej i nikt go nie znajdzie, to wtedy będzie znaczyło, że za rok musisz spróbować znowu. Ale wtedy smutki odpłyną z wiankiem i będzie ci lżej.
– Hmm, spróbuję. Ale nie mam czerwonej wstążki.
– Spytam dziewcząt. Na pewno któraś będzie miała.
Ester rozwinęła pęczki ziół, które przynieśli. Zaczęła wić wianek.
Zajęta pracą, nie od razu zauważyła Mateusza, który przykucnął obok.
– Widzę, że robisz wianek. Wiesz chociaż, co w niego wpleść?
– Roksana mi objaśniła.
Wyciągnął coś z przytroczonej do pasa torby.
– Może ci się przydadzą?
Położył jej na dłoni kilka czerwonych wstążek i trzy świeczki. Spojrzała mu w twarz. Uśmiechnęła się.
– Wszystko wiesz.
Zaśmiał się.
– Nie wszystko. Ale wianki umiem wić.
Od wsi dobiegł narastający gwar. Spojrzała w tamtą stronę. Opromieniona pomarańczowym blaskiem słońca, zbliżała się gromada ludzi, na czele których szedł chłopak o jasnej czuprynie. W obu rękach trzymał przytwierdzoną na dwóch grubych kijach płonącą obręcz. Podszedł do jednego ze stosów, położył na nim obręcz. Inni dorzucili drew i już wkrótce okolony smugą siwego dymu jasny płomień wznosił się w spokojne niebo. Wśród ognisk pojawiły się tańczące dziewczęta, a wesołe okrzyki i pieśni rozlegały się wokół. Chłopcy skakali przez ogień. Cała plaża zdawała się budzić do nowego życia. Wysoko na niebie delikatne pasma chmur różowiały i czerwieniały.
Sara obudziła się. Ester wzięła ją na ręce. Oczy dziecka otworzyły się szeroko.
– Widzisz, maleńka, jak jest cudnie? Pójdziemy zobaczyć z bliska?
Ogniska sypały iskrami. Nad plażą niosły się śpiewy, śmiechy, okrzyki. Panny i chłopcy, przepasawszy się bylicą, skakali przez ogień. Ester wraz z Sarą bawiły się wspaniale, a mała dziewczynka została uznana za księżniczkę nocy. Po pewnym czasie przycichło. Ognie płonęły spokojnie. Słychać było trzeszczenie polan, przyciszone rozmowy, niekiedy tęskną piosenkę. Dobiegało rechotanie żab. Po plaży snuły się postacie, pojedynczo i parami, inni niknęli w ciemnościach nocy. Ester zostawiła śpiącą córeczkę pod opieką Mateusza i poszła nad wodę. Odeszła poza zasięg świateł. Powiodła oczami po okolicy. W północnej stronie nieba było jeszcze widać jasność. Ponad wzgórzami żeglował sierp księżyca. Uśmiechnęła się do siebie, bo przypomniał jej kołyskę Sary.
Niedaleko była piaszczysta łacha, porośnięta trzcinami i wikliną. Usłyszała dobiegające stamtąd głosy, szepty, jakiś śmiech. Potem zapadła cisza, w której słychać było kumkanie żab i granie świerszczy. Blisko brzegu wyskoczyła ryba, przez moment błysnęła w powietrzu, opadając wzbudziła kręgi małych fal. Wtedy poczuła coś nowego – wołanie, tęsknotę, prośbę. „Gdzie jesteś?... Kocham cię… Przyjdź…”. Po chwili ucichło. Patrzyła na wodę. Drobna fala dobiegała do brzegu. Jeszcze raz przeżywała wrażenie, te słowa, które poczuła wewnątrz… Otrząsnęła się. Spojrzała w niebo. Błysnęła spadająca gwiazda. Jaki ten świat jest dziwny…
Gdy powróciła do ogniska, Sara już nie spała. Patrzyła w ogień szeroko otwartymi oczami, a Mateusz kołysał ją delikatnie. Obok siedziała Roksana, kreśląc w zamyśleniu jakieś linie na piasku. Ester uklękła, a Mateusz podał jej dziecko.
– Taka czarodziejska noc, że nawet nie chcesz spać, serduszko – szepnęła. Popatrzyła na siedzącą pannę. – O czym myślisz, Roksano?
Dziewczyna westchnęła, a Ester poczuła dreszcz z tyłu głowy. Wyciągnęła rękę i położyła dłoń na ramieniu Roksany.
– Nie martw się.
Dziewczyna uniosła głowę. W jej oczach błyszczały łzy. Potrząsnęła głową.
– To nic. Tylko się zamyśliłam.
Mateusz spojrzał na gwiazdy. Wyciągnął z worka pochodnię, zapalił.
– Wkrótce północ. Chodźmy nad rzekę.
Brzeg ożywił się postaciami dziewcząt. Jedne nuciły piosenki, drugie chodziły zamyślone, jeszcze inne szeptały pomiędzy sobą. Na wodzie zakołysały się wianki z zapalonymi świeczkami.
– Spójrz, kochanie, jak płyną stateczki. Każdy z nich to serduszko, które szuka kogoś bliskiego. Nasz stateczek też zaraz popłynie.
Dwa stateczki, jeden z niebieskimi, drugi z czerwonymi wstążkami, kołysały się przez chwilę na drobnych falach, potem ruszyły wzdłuż brzegu ku przeznaczeniu. Ester i Roksana odprowadzały wzrokiem płomyczki ich latarenek. Potem poszły plażą wzdłuż brzegu. W blasku ognisk widać było postacie dziewcząt i chłopców. Od wody dobiegło pluskanie i czyjś śmiech. Wkrótce wyłoniły się dwie postacie. Chłopak gonił dziewczynę, a ona rozchlapywała wodę.
– Bartek!
Dziewczyna wybiegła z wody, a on stanął. Przez chwilę panowało milczenie.
– Puściłam swój wianek – powiedziała cicho Roksana.
– Wianek? Ach, wianek. Tak. Pójdę, poszukam.
Oddalił się szybko. Dziewczyna milczała. Od ogniska dobiegały głosy.
– Ciekawe, kto znalazł kwiat paproci.
– Niejednemu udało się go zerwać.
– A ty swój zostawiłaś?
Rozległy się śmiechy.
Ester podeszła do przyjaciółki. Wzięła ją za rękę.
– Chodźmy.
Światła ognisk zostały za nimi. Mijały ich jakieś postacie. Przystanęły na zakolu rzeki. W szuwarach błyskało światełko. Roksana weszła w wodę. Po chwili wróciła, trzymając w ręku wianek. Zdmuchnęła świeczkę.
– Twój popłynął. To chyba dobra wróżba. A ja…
Ester położyła jej rękę na ramieniu.
– Chodźmy do Mateusza.
Powróciły na plażę. Niektóre z ognisk dopalały się. Przy jednym z nich przykucnął Bartek, grzebiąc kijem w ogniu. Obok niego siedziała dziewczyna, z którą ją wcześniej widzieli. Roksana rzuciła wianek na rozżarzone węgle. Otoczył go dym. Roksana odeszła w stronę brzegu. Stanęła, patrząc na wodę. Ester ruszyła w jej stronę.
– Pozwól jej przez chwilę być samej – powiedział Mateusz.
Westchnęła. Gładziła główkę córeczki, która znowu spała. Usiedli przy ognisku. Kątem oka widziała jeszcze sylwetkę Roksany idącej wzdłuż brzegu. Wchłaniała ciepło ogniska. Płomieni było niewiele, żar promieniował łagodnie. Wpatrzyła się czerwono-pomarańczowe węgielki, z których co jakiś czas błyskał jaśniejszy płomień. Kołysała dziecko w ramionach, czuła, że ją też coś kołysze…
Nagle skóra w tyle głowy i na karku ścierpła, a serce uderzyło gwałtownie. Co się dzieje? „Mamusiu… Wybacz… Wybaczcie wszyscy… Nie mogę sama… Ach, gdybyś wiedział… Zaraz się skończy… Tylko trochę zimno… Znikąd pomocy! Ach!!!”
Zerwała się z piasku, pociągnęła za rękę Mateusza, powstał szybko, nie rozumiejąc. Twarz miała wykrzywioną cierpieniem, po policzkach spłynęły łzy, zawołała:
– Roksana!
– Gdzie? Co?
– Tam! – Przycisnęła mocno dziecko, mała obudziła się, zapłakała. – Chodźmy, szybko! Na Boga, jak boli! Nie!
Mateusz skoczył za nią. Złapał ją za rękę, pobiegli. Czuła wołanie i ból. Prędzej, prędzej! Piaszczysta łacha. Szuwary. Podmyty brzeg. Stanęła, wskazała ręką, krzyknęła:
– Tam! Tam ona jest! Szybko, Mat.
Skoczył w wodę, rzucił się za ścianę roślinności. Rzeka wzburzyła się pod uderzeniami rąk i nóg. Potem zrobiło się cicho. Stała zatrwożona. Nagle usłyszała plusk, bicie ramion o wodę. Na przybrzeżnej płyciźnie pojawił się Mat, ciągnąc ciało. Położyła zawiniątko z dzieckiem na trawie, skoczyła, pomogła mu wyciągnąć dziewczynę na brzeg. Chwycił bezwładne ciało, odwrócił, zgiął. Z ust Roksany wypłynęła woda. Odwrócił ją na wznak, chwycił za ręce, kilkakrotnie zginając i prostując, przycisnął swoje usta do tych nieruchomych, potem jeszcze raz i jeszcze. Trwało to długo. Nagle dziewczyna zakaszlała. Chwycił ją w ramiona, wciąż kaszlała. Wreszcie uspokoiła się, oddychając głęboko. Ester przypomniała sobie o dziecku, chwyciła zawiniątko, przytuliła. Mateusz spojrzał wokół.
– Rozejdźcie się już! Szybko! – krzyknął do zgromadzonych wokół ludzi. – Idźcie!
Kołysał w ramionach dziewczynę, mówiąc:
– Cicho, dziecino, już nic. Jesteśmy z tobą. Dobrze, dobrze…
Nie odzywała się, tylko łzy spływały po mokrej twarzy. Ester poczuła ulgę i ogromne zmęczenie.
– Tak wiele lat minęło, gdy straciłem Justynę – mówił cicho Mateusz, gdy już grzali się w cieple ogniska. Patrzył gdzieś w dal. – A przecież dźwigam to wszystko. Nie martw się. Masz dużo czasu przed sobą i ludzi, których spotkasz na swej drodze.
Roksana siedziała cicho. Ester spała obok na piasku, tuląc do siebie dziecko.
– Popatrz – powiedział, wskazując niebo. Spojrzała w ślad za wyciągniętą ręką. Nad horyzontem jaśniała jasna smuga. – Idzie nowy dzień. Zapomnij o tym, co było. Bo to będzie twój dzień. I dzień Sary, i Ester, i mój. Bardzo nam jesteś potrzebna. Będziesz przy nas?
– Tak – szepnęła.
Wysoko na niebie poczerwieniały delikatne pasma chmur. Od wschodu przyszło lekkie tchnienie powietrza. W nadrzecznych zaroślach budziły się ptaki. Rzeka płynęła spokojnie…
Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany!

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywizJak wstawić wcięcia akapitowe

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.

Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5783
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#3 » 1 lip 2019, o 19:27

A gdyby tak...
autor: Alijar


Tramwaj wjechał w mroczniejący park. Zanim włączyło się automatycznie oświetlenie wagonu i przemienił szyby w ciemnawe lustra, spojrzenie Aliny uchwyciło mimochodem… co? Wrażenie, zbyt krótkie by zakotwiczyć się w pamięci, pozostawiło po sobie jakiś niepokój. Niepokój, ale nie lęk. Tam było, działo się coś, czego i tak nie potrafiłaby ani nazwać ani zrozumieć. Coś, co oszołamiało, wabiło, obiecywało.
A gdyby tak…
Stała — zdumiona, bo stało się to tak nagle — w pachnącym i szeleszczącym miejskim lesie. Patrzyła za odjeżdżającym tramwajem. Gdy doszczętnie wchłonęły go zarośla, gdy ucichło pobrzękiwanie szyn i przewodów, odetchnęła z ulgą. Odjechała Proza Życia, nie zauważyła ucieczki Aliny, nie zauważyła wciśniętej pod ławkę torebki, ciężkiej swą przyziemną zawartością.
Alina szła, nie trzymając się drogi, bez celu, choć jednak — wiedziała — dokądś. Prowadziło ją światło księżyca, zapach jaśminu, ciemność obsypana latarenkami świetlików. Odrzucała każdą myśl, ledwo zaczynała się pojawiać w umyśle. Uwalniała się od balastu cywilizacji, nie nazywała swych doznań. Zrzuciła obuwie, bose stopy z rozkoszą zanurzały się w trawie, to suchej jeszcze po gorącym dniu, to wilgotnej od oparów w pobliżu strumienia. Czuła całą sobą, chłonęła noc, woń, subtelną obecność Natury. Jakieś delikatne pnącza omotywały pieszczotą jej nagie ciało, szła osypana pyłkami ziół, sama już zielona i pachnąca.
Aż odnalazła — nie szukając — Kwiat Paproci i spłonęła w jego ogniu, szczęśliwa, w tę Noc Kupały.
Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany!

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywizJak wstawić wcięcia akapitowe

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.

Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5783
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#4 » 2 lip 2019, o 12:45

Raz w roku na trzęsawiskach
autor: Alchemik

Czekanie na Jagę, oczekiwanie na Jagusię. Czerwiec w czerwiec.
Przyznaję się. Jakieś trzy lata temu zajrzałem na portal randkowy dla statecznych, starszych panów.
Oferty pań były dużo mniej stateczne i wymagające opłaty.
Aż taki zdesperowany nie byłem.
A jednak. Odpowiedziałem na post Jagny...

Do tej pory nie mam pojęcia jak to się stało.
Ale spotkaliśmy się. I to chyba nie raz.
Amnezja jakaś? Zawsze przy przesileniu.
Czerwiec w czerwiec.

- Powiesz mi prawdę? Gdzie jestem?
- W domu. Moim domu, ale może stać się również twoim, jeżeli zechcesz. Internet dociera także tutaj. To część rzeczywistości dostępna poetom.

Siedzieliśmy na tarasie pięknego bungalowu ocienionego tysiącletnim borem. Nad wartkim nurtem piękne dziewczyny w białych giezłach śpiewały i puszczały na wodę wianki.
- Przypomnij sobie, to ja, Jagna. Poznałeś już wcześniej i moje towarzyszki, rusałki strumieni leśnych. Kochaliśmy się nieraz pośród paproci obsypujących nas swoim kwieciem.
- Paprocie nie kwitną. To rośliny zarodnikowe - wymamrotałem.
- Może tak jest w twoim świecie. Ale nie dotarłbyś tutaj, gdyby twój świat nie był po części moim.

Czerwiec w czerwiec.
Ale nie tym razem. Domyślam się drogi, choć jest tylko odciskiem snów. Znajdę sposób, żeby dotrzeć tam samodzielnie. Przed czasem. Przed nocą Kupały. Muszę tylko stworzyć odpowiednie wersy.

Bór. Pokręcone konary. Pochyła chatka wrośnięta w cypel z martwymi olchami trzęsawiska.
Wyszła mi naprzeciw. Z pajęczyną we włosach, przygarbiona, porośnięta brodawkami, a może grzybami, przeżuwająca korzonki w bezzębnych ustach.
Baba Jaga – uświadomiłem sobie.

- Przyszedłeś za wcześnie. - Głos miała zaskakująco melodyjny. - Wy ludzie jesteście tacy ciekawscy. No i co? I jak ci się widzę? Dalej chcesz się ze mną kochać?
Zamierzałem tylko zawrócić i uciec stamtąd, ale nieoczekiwanie dla samego siebie spytałem.
- To kiedy zakwitają te kwiaty paproci? I tak! Chcę się kochać z tobą. Chciałbym tu zamieszkać, choć wiem, że to niemożliwe. Wybrałaś mnie, bo wiesz, że wciąż marzę.
Niech będzie choćby i czerwiec w czerwiec, Jagusiu.

Rusałki kiwały do mnie zachęcająco, zadzierając bezwstydnie, ponad nurt, białe koszule, podczas brodzenia w czystym strumieniu.
Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany!

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywizJak wstawić wcięcia akapitowe

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.

Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5783
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#5 » 3 lip 2019, o 07:32

Światło pod wodą
autor: Camenne


Świty nad Czarną Tonią bywały czarujące.
Pierwsza była łuna, która delikatnie rozjaśniła niebo ciepłymi odcieniami fioletu. Brzask musnął oszronioną ziemię uroczyska światłem, a chmury na horyzoncie zaróżowiły się, pojawiły się kolorowe smugi i świetlisty okrąg. Nagrzane powietrze zaczynało rozganiać mróz i wznosić mgłę. Gdy zaświergoliły ptaki, srebrzysta warstwa zalała dolinkę.
Jednego z pierwszych dni wiosny słońce wstało intensywną czerwienią.
Woda w jeziorze zafalowała. W oleistej toni zatańczyły promienie, przesunęły się ślisko po mule. Liznęły jej twarz.
Instynktownie spojrzała w górę, szarpnęła się. Długie nitki wodorostu puściły nadgarstki, zdołała wyplątać się z gąszczu, który przez zimę zdążył opleść ciało, odbiła się od dna. Woda była przyjemnie gęsta, gdy płynąc do powierzchni czuła każdą drobinkę mułu, która muskała jej ciało. Już wyobrażała sobie słodki zapach puszczającego przymrozku, wilgotnej ziemi i ciepło, leniwe słońce na niebie, długie dnie nad jeziorem. Wiosenne poranki, przesilenie, odmierzanie czasu do jesieni, zimy i snu.
Potem poczuła metaliczny posmak w ustach. Otworzyła oczy i wynurzyła się, a ostry zapach zakłuł ją w nozdrza.
Wypalone drzewa kręgiem otaczały taflę jeziora. Czarny popiół, zwęglone konary, przewrócony wóz. Nieco dalej gniło ciało leżące tuż przy brzegu, otoczone przez gawrony, które zaraz się spłoszyły. Poziome źrenicy rusałki zwęziły się. Nogi zaczęły ciążyć w grząskim mule, upadła twarzą w wodę, a, gdy podniosła się na łokciach, cała już drżała. Załkała, choć było to tak ludzkie.
Ludzie, pomyślała, a wściekłość wyparła strach.
Wokół były pogorzeliska. Szczupła dłoń pociągnięta zielonkawą skórą wystawała z nadpalonego tataraku. To była Iolunel. Parę kroków dalej Serlairne leżała pod zwalonym dębem… Dębem, który w noc przesilenia był miejscem celebracji ludzi z wioski, pod którym kobiety tańczyły w świetle księżyca, a mężczyźni podglądali je spod baldachimu liści. Teraz był grobowcem. Załkała. Gdyby nie przebudziła się ze snu ostatnia, być może również leżałaby w spalonej trawie. Patrzyła w mętne, oliwkowe oczy na trójkątnej twarzy Iolunel, gdy coś runęło w dali.
Odwróciła się pospiesznie, ale nieprzywykłe do ruchu ciało zawiodło i zaraz upadła w płytką wodę przy brzegu jeziora. Ten chlust podniósł się echem po wypalonym lesie, a po nim odezwał się zniekształcony przez trzaski ognia głos. Dopiero po chwili rozpoznała ludzkie słowa:
— Tam ktoś jest! Łapcie!
Zanim zdołała się podnieść, usłyszała zbliżające się kroki. Odepchnęła się dłońmi w toń jeziora, wpełzła między tartak. Iolunel patrzyła na nią smutnymi oczami, gdy skryła się w gęstej trawie i czekała.
Kroki ucichły.
— Ktoś tu był, przysięgam.
— Pewno, że był. — Nimfa usłyszała urwany śmiech. — Nasi tu byli, zobacz, wszystko wypalili. A tam leży truchło. To chyba jaka boginka?
— Jeżeli leży tu jedna — stwierdził ktoś rezolutnie — to musiało być ich więcej.
Saione zadrżała. Usłyszała kroki zbliżające się w jej stronę, serce momentalnie podeszło do gardła.
— I było. Tam leży kolejna.
— Może nie wybili wszystkich.
Było ich kilkunastu, rozpoznała to po urwanych oddechach. Sparaliżował ją strach, a jednocześnie chciała rozrywać gardła, rzucić się na najbliższego człowieka, zginąć, najpierw zabijając jego. Jednak to chłodny dotyk gnijącego ciała siostry w jakiś sposób ją uspakajał, więc czekała.
Mężczyzna był już blisko, gdy odezwał się inny głos:
— Wracamy, Jontek. Mamy wracać na nabożeństwo. Będzie chrzest. Wrócimy rano.
— Mieliśmy wytłuc wszystkie stwory — sprzeciwił się pierwszy. — Przysięgam na nieboszczkę matkę, że słyszałem coś. Brat Tarsycjusz nie będzie rad, jak jakieś przeżyją.
— Brat — mężczyzna wypluł te słowa — nie dowie się, jak mu nie powiecie. A nie powiecie, bo po co szukać zwady. Dajcie spokój dawnym bogom i boginkom. Szukajcie innowierców, a nie gołych bab.
Ktoś prychnął.
— A bo ci bogowie istnieją! Bóg piorunów, bóg słońca, bóg może bolącej od słoty rzyci, dajcie spokój — żachnął się któryś.
— Nie drwij z bogów, nawet jak ich nie ma. Nigdy.
Rusałka, słysząc to, zadrżała.
Rozległy się niechętne głosy, sprzeciwy i prychnięcia, aż w końcu oddzialik oddalił się. Ich kroki mlaskały w błocie, zanim nie zapadła cisza.
Saione leżała tak długo, że przestała czuć chłód wody, a sen znów zaczął ją zmagać, mimo że dopiero się z niego wybudziła. Nie mogła tu jednak zostać. Zagłębiła się w tatarak i, obejmując martwe ciało siostry, trwała przy niej jeszcze parę chwil.
Puste oczy Iolunel patrzyły na nią jakby ze smutkiem, gdy odeszła.


Gdy zapadły pierwsze ciemności, ochłodę przyniósł deszcz. Słońce zachodziło, a wypalone pustkowie zszarzały jak pył, który pokrywał ziemię wokół jeziora. Wszystko zdawało się być pochłonięte przez ogień, zwęglone bez wyjątku. Jedyną ostoją był driadzi bór, który w oddali zielenił się gęstą ścianą. A gdzieś dalej były nie tylko driady…
Musiały ocaleć, pomyślała z nadzieją. One wciąż tam są.
Jedyne, czego była pewna, to tego, że musi wejść weń tak głęboko, tak daleko, gdzie już nawet ludzie się nie zapuszczają ze skrywanej bogobojoności przed bóstwami, w które nie wierzyli i które wyśmiewali.
Z początku pełzła w szarym pyle, wdychając i dławiąc się nim, zanim nie dotarła do granicy, która wyraźną linią odgradzała pogorzelisko od ocalałych łąk. W wysokich trawach nie było odłamków konarów, gałęzi i igieł raniących stopy i tam właśnie zaczęła iść. Kołysząc się, parła przed siebie.
W lesie poruszały się cienie. Choiny zdawały się nie przybliżać, a wręcz oddalać z każdym krokiem, ale powietrze już pachniało zapachem ściółki i sosnowych szpilek. Nagle poczuła pod stopą coś ciepłego, lepkiego, gęstego jak żywica. Tyle że ciecz, zamiast mieć barwę bursztynu, była bordowa.
Usłyszała ciche stęknięcie, gdy przechodziła obok przewróconego drzewa. Zobaczyła czerwony ślad na źdźbłach. Tam, gdzie w stronę nieba pięły się dzikie trawy, leżał młody mężczyzna. Z początku patrzył na nią z nadzieją, kiedy zbliżyła się powoli, otoczona jak anioł przez łunę ostatnich promieni dnia.
— Panienko, pomóż. — Urwany jęk wyrwał się z pokrytych skrzepami ust. — Uciekłem. Złapali nas paru, niektórych na siłę próbowali zatargać do rzeki… Ja nie chciałem, mieli nam nie robić krzywdy, mieli tylko ochrzcić, ale szarpali moją Jagienkę, zadzierali jej spódnicę, nazywali ją szatańską ladacznicą, więc ja na odlew machnąłem ręką i trafiłem brata w twarz. Mówili, że ich Bóg wybacza wszystko, ale mnie wybaczyć nie chcieli...
Podeszła bliżej, wciąż niepewnie, z rosnącym zdziwieniem w oczach o poziomych źrenicach. Człowiek, ten plugawy człowiek, jeden z ich, jeden z tych, którzy nieśli cierpienie i niszczyli bogów, trzymał się za ranę, pluł krwią, patrzył na nią z rezygnacją. Gdy wyszła zza traw i mógł ujrzeć ciało wiotkie jak trzcina, wyciągnął przed siebie rękę. Coś zaiskrzyło w jego oczach, ale potem machnął dłonią.
— Odejdź. To przez was. Oni myślą, że też jesteśmy przeklęci jak wy. — Głos mu się załamał.
Wyciągnęła do niego dłoń. Chciała wyrazić kilkoma ludzkimi słowami, które znała, że to nie ona jest demonem, a tamci! — ale mężczyzna zaczął krzyczeć. Wycofała się za gąszcz traw, niechciana i milcząca. Obserwowała go z odległości paru kroków.
Przez moment poczuła się demonem. Potem pomyślała, że to ludzie są demonami, dziećmi bogów zemsty, nie jej bogów, ale jakiś innych. Przelewali krew innych istot i niszczyli wszystko. I oni obwiniali jej siostry, jej bogów. Zacisnęła dłoń w pięść.
Pozwoliła mu skonać w samotności.


Bogowie gdzieś tam byli. Wydawało jej się, że słyszała ich cichy śpiew. Iolunel nie raz jej powtarzała, że żyją w driadzim borze i że nie są głusi na prośby żadnej swojej córy.
Z każdą chwilą, gdy wdzierała się w głąb puszczy i traciła światło zachodu słońca, zdawała się słyszeć nawoływanie pogoni, ryki, przez które była goniona. Odwracając się, nic za sobą nie widziała. Czasami, kiedy trafiała na rzadziej porośnięte przez wysokie sosny miejsca, wydawało jej się, że gdzieś tam, skąd przyszła, coś jaśnieje w oddali, ale kręciła tylko głową. Nie odważyliby się. Nie weszliby w driadzi bór.
Nawet ludzie nie mają czelności, by drwić z bogów.
Gdy już zaczynała tracić wiarę, usłyszała charkliwy głos. Gardłowy, niski, jakby wydobywający się spod kory drzew. Z początku nie rozumiała słów.
Ma siostro, uciekajmy.
Podniosła głowę; skośne, zielonkawe oczy spojrzały na nią z góry. Na gałęzi oblepionej igłami zobaczyła smukłą, barczystą sylwetkę, silnymi ramionami trzymającą się konara świerku. Na rusałkę spadły szpilki, kiedy nieznajoma płynnym ruchem zeskoczyła i pojawiła się tuż przy niej.
Driada. Nimfie na moment zaparło dech w piersi. Była taka, jaką opisywała je Iolunel. Smagła, mocniej zbudowana, mająca w sobie coś z jastrzębia. Stojąca dumnie i pewnie, nawet mimo przerażenia wypisanego na twarzy.
Ma siostro po bogini — przemówiła spokojnie. — Nie jesteśmy bezpieczne.
Saione zmarszczyła brwi.
— Bogini nas ochroni… — wychrypiała. Mimo że była poza wodami jeziora ledwie parę godzin, które minęły jej jak jedna chwila, już czuła, jak jej ciało zaczyna wysychać, a głos, zamiast być śpiewnym trelem, zaczyna być charczeniem.
— Bogini już nie ma, siostro. Nie ochroni nas. Bogowie zniknęli — odpowiedziała diada. We włosach miała wianek z szyszek i łodyżek dzikich pnączy. — Szybko. Uciekamy. Ogień blisko.
— Siostro, co się dzieje?
— Ludzie. Oni nas wybijają. Palą las.
Saione skinęła niepewnie głową.
— Myślą, że jesteśmy demonami — wyszeptała.
Driada uśmiechnęła się smutno.
— Szybko, ma. Wchodzą w bór, znajdą nas. Zabiją.
W oddali było widać ogień pochodni. Saione nie rozumiała dlaczego, przecież ledwo zmierzchało. Mieli wrócić rano. Miała być bezpieczna. A jednak byli tak blisko, już płonął driadzi las. Nimfa słyszała wyraźny, ludzki krzyk.
— Dorżnąć je, spalić!
Okrzyki wzbiły się w powietrze razem z uciekającymi ptakami. Ogień był coraz bliżej.
Gonione krzykami biegły przed siebie.


W borze nie było nawet światła księżyca. Przedzierały się przez gąszcz nietkniętych ludzkimi dłońmi drzew i pnączy, które tworzyły labirynt. Tylko driady potrafiły się w nim odnaleźć, więc Saione pozwalała się prowadzić, widząc przed sobą tylko plecy barczystej nimfy.
Były tak podobne, a tak różne — to onieśmielało rusałkę. Ona była bojaźliwa, ale skłonna do strachu i szaleńczych czynów, driady były ostojami spokoju, zawsze wyważone, opanowane. Ona czciła boginki wód, a driada opiekunki drzew — bór i jego patronów; ona całe życie zamieszkiwała w toniach i tatarakach, Derkira, jak przedstawiła jej się wybawicielka, wśród świerków. Derkira mogła spijać słowa z drzew, ledwie dotknąwszy ich konarów dłonią, czuła się w lesie jak w domu, bo przecież nim był. Saione bała się z każdym krokiem, który coraz bardziej oddalał ją od jeziora, czując, że skóra zaczyna wysychać, pękać. To oznaczało, że ma coraz mniej czasu, że rozpaczliwie powinna szukać nawet strumienia, nawet kałuży… Tyle że driada nie mogła jej w tym pomóc.
Derkira, jak wszystkie driady, bała się wody bardziej niż ognia.
Saione wiedziała, że jeżeli sama nie znajdzie choćby bagna, nikt jej nie pomoże. Wyschnie, a driada będzie mogła bezradnie patrzeć na anemicznie powykręcane ciało rusałki, dopóki nie przegoni ją zbliżająca się pogoń.
— Bogowie muszą nam pomóc — odezwała się w końcu, chrypiąc z bólem. Driada odwróciła się i spojrzała na nią ze zrezygnowaniem.
Ma, bogowie odeszli.
— A jeżeli nie? — Nimfa zmarszczyła jasne brwi. — Czuję ich, czuję, że… Że są.
Derkira, nie mówiąc nic, zbliżyła się do sosny, położyła palce na korze. Patrzyła przez moment nieobecnym wzrokiem na rusałkę. Miała pustkę w oczach.
— Nic nie może już ocalić bogów, ma — wyszeptała łagodnie.
Saione poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła.
— Ludzie nie mogą zabić bogów — załkała. — Nie mogli...
— Siostro. — Głos driady był delikatny jak szum liści na lekkim, jesiennym wietrze, ale w jej oczach była tylko rezygnacja. — Zmuszają innych, by wyznawali ich bogów. Każą im zapomnieć.
— Dlaczego?
— Siostro, oni nie szanują naszych praw. Chcą zabić wszystkich naszych pobratymców, wszystkich, którzy przypominają o bogach. Bez względu na cenę, siostro. Oni wiedzą, że bogowie istnieją tak długo, jak… jak ktoś w nich wierzy. — Derkira zawahała się, a wypowiedzenie kolejnych słów przyszło jej z trudem. — Nic nie może ich ocalić, ma.
— Nieprawda, ja ich czuję, wiem, że są! Nie mogli odejść! Mogą nam zdradzić, co powinnyśmy uczynić — upierała się płaczliwie. — Koją radą każdą córę bogini!
— Nie myśl już o tym, siostro…
— Cóż mamy zrobić, skoro nasze domy przepadły w zgliszczach? Gdzie mamy się udać?
— Nie wiem, ma
Rusałka przerwała jej.
— Bogowie wiedzą. I nawet, jeżeli przepadną, wciąż są — powiedziała z mocą. — Czy nie powinniśmy kierować się radą bogów? A co, jeżeli nasze siostry zginęły i tylko my przerwałyśmy? Czy bogowie nie zdradzą nam, czy możemy w jakiś sposób ocalić nasze rasy? Czy pozwoliliby na nasz upadek?
Driada przygryzła wąską wargę, jakby nie wierzyła w to, co mówiła rusałka, ale w końcu skinęła głową.
— Musimy się pospieszyć, ma. Ludzie są coraz bliżej.
Wskazała dłonią za siebie, gdzie migotliwie, na tle granatowiejącego nieba, błyszczał palący się bór. Gdy zeszły ze wzniesienia, płomienie zdawały się być już tak blisko, jakby mogły ich dosięgnąć przy silniejszym podmuchu wiatru. W końcu zaczęły biec.
— Musisz zastanowić się nad dobrym pytaniem, siostro — wyszeptała driada pomiędzy kolejnymi szybkimi wydechami. — Będziemy miały ledwie chwilę, zanim… odejdą.
Saione słyszała o starej świątyni od dnia, w którym powstała i pierwszy raz wyłoniła się z Czarnej Toni. Słyszała, że kapłani setki lat wcześniej składali tam dary i czcili bogów, ale z czasem stare mury pochłonął bór jak kolejną ofiarę, a i wyznawcy zgubili do niej ścieżki. Ruszałka nie wierzyła w jej istnienie, ale teraz widziała ją spowitą w kłębach dymu.
Pnącza wiły się serpentynami po omszałych kolumnach. Przytłaczająca cisza zalegała między blokami zwalonych ścian, spękanego łuku i fontanny z białego kamienia, w której nie szemrała nawet kropla wody. Kilka posągów obrosło porostami, ale jeden jedyny — smukła kobieca sylwetka bez głowy — wydawał się jaśnieć w półmroku zmierzchu. Tam, spomiędzy nóg marmurowej figury, wypływało źródełko, które, pieniąc się, nabierało na sile i u ich stóp już było wartkim potokiem.
Saione, oniemiała, stała w strumieniu, do kolan czując kojące zimno górskiej wody, i patrzyła na posąg bogini. Miała wrażenie, że nadzieja do niej wraca, a jednocześnie wiedziała, że życie uciekało im przez palce. Krzyki w oddali niosły się echem. Ale na moment świat zwolnił i nic nie miało znaczenia.
To wszystko wyglądało tak, jak mówiła Iolunel.
— Gdy kiedyś znajdziesz się w Źródłach, poczujesz to — mówiła siostra z uśmiechem na trójkątnej twarzy. — Poczujesz.
Wiatr świszczał jak gdyby głos, dotykał jej ciało chłodnymi powiewami. Nie miała wątpliwości, że bogowie tu byli, oni wciąż…
Wciąż żyją.
Derkina obudziła ją z zamyślenia:
Ma, nadchodzą. Nie mamy czasu.
Za nimi rzeczywiście rozlegały się coraz głośniejsze krzyki, przestawały być nieznaczącym brzęczeniem jak wcześniej. Dało się rozróżniać poszczególne słowa, a cienie poruszających się między pniami sylwetek były wyraźne. Pochodnie jasnymi punkcikami znaczyły ich trasę.
— Pytaj, siostro! — krzyknęła rozpaczliwym głosem driada, pchnęła ją w stronę źródełka. Rusałka niepewnie ruszyła w stronę bezgłowego posągu, czując pod palcami stóp żwir i mech.
— Nie wiem o co — wyszeptała.
— Idź już, są blisko!
Pierwszy raz, odkąd Derkina ją znalazła, poczuła paraliżujący strach. Tak intensywny jak w chwili, gdy wybudziła się ze snu, gdy zobaczyła Iolunel martwą w tataraku, a Serlairne pod zwalonym dębem. Gdy ujrzała brzegi Czarnej Toni pokryte popiołem. Jeszcze większy niż w momencie, kiedy umierający mężczyzna nazwał ją demonem. Pochyliła się nad źródełkiem, szemrzącym jakby sennie.
— Bogowie — wyszeptała cicho, jakby do siebie. O co mogła zapytać bogów, jeżeli miała tylko jedną szansę? O co…?
Głos nadciągnął jakby z oddali.
.okróc, ćreimś żin igawdo jecęiw agamyw eineipreiC. jinśaZ
Usłyszała to całą sobą — i nie zrozumiała nic. Echo ginęło w krzykach i trzaskach. Ludzie byli już w Źródłach. Nagle strach wzmógł się tak, że nie mogła wypowiedzieć słowa.
Śmierć, pomyślała. „Zaśnij, córko.”
— Łapać ją, ucieka! Bierzcie drugą!
Kątem oka widziała, jak Derkina pada, uderzona klingą w głowę, jak rozsypują się jej ciemne włosy, gdy padła w potok. Usłyszała bulgot, kiedy żołnierz podtrzymywał ją w wodzie, szarpiącą się. Jasne ciało wierzgało się, rękoma próbowała oderwać dłonie mężczyzny od karku, ale mogła tylko krzyczeć w spienioną wodę. Saione widziała, jak driada poddała się, a jej ciało opadło z chlupotem w nurt.
Rusałka zamknęła oczy. Gdy już je otworzyła, woda w źródełku falowała i ciemniała. Mężczyźni otaczali ją ze wszystkich stron.
— Bogini, pomocy!
Potem ktoś złapał ją w pasie, szarpnął do tyłu i rzucił na żwir. Następna padła marmurowa nimfa — gdy roztrzaskała się, Saione poczuła na twarzy odłamki posągu. Ziemia pod jej ciałem zadrżała — choć naprawdę poczuła to tylko ona.
.okróc, icreimś ęis jaddO
— Bogini! — krzyknęła, czując na szyi zimno metalu.
— Twoi bogowie nie istnieją — usłyszała. — My jesteśmy waszymi bogami!
Gdzieś obok zatrzeszczały płomienie, a noc zapłonęła ogniem świątyni dawnych bogów.
W śmierć zapadła jak w sen.
Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany!

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywizJak wstawić wcięcia akapitowe

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.

Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5783
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#6 » 3 lip 2019, o 07:33

KUPAŁOWE SWATY- Pokochaj siebie, a będziesz kochana.
autor: zapachmaciejki


Długie, blond włosy luźno zwisały, zakrywając nagie piersi kobiety. Niesforne kosmyki, poruszające się na lekkim wietrze, delikatnie pieściły jej skórę. Zielono-żółta przepaska, utkana przez Rusałki z kwiatów ruty, niedbale zasłaniał jej kobiecość.
Ukryta wśród drzew, obserwowała biesiadników przy ognisku, świętujących letnie przesilenie.
Uwielbiała obserwować swoich zwolenników, ale dzisiejszej nocy liczyła na cos więcej. Według przepowiedni, gdy zakwitnie kwiat paproci, zmieni się jej przeznaczenie…
***
Blask ogniska odbijał się w zielonych oczach młodej kobiety. Stała blisko płomieni grzejąc swoje pulchne dłonie. Kwiecista chusta na ramionach szczelnie ją otulała, a gruby warkocz, częściowo już rozplątany przez wiatr, swobodnie zwisał na bujnej piersi Mojmiry.
Nerwowo rozglądała się po współtowarzyszach, doszukując się w każdym, pogardliwego spojrzenia w kierunku jej osoby. Zawsze czuła się niepewnie w obecności innych ludzi. Krępowała ją rozmowa, bo często z jej ust wychodziły słowa, których powiedzieć nie chciała. Do tego wszystkiego, dochodziło jąkanie, gdy zbyt szybko próbowała wytłumaczyć coś rozmówcy.
- Wiwat Dobromir! – Biesiadnicy wykrzyknęli jednogłośnie.
Mody chłopak, zgrabnie przeskoczył przez ognisko, udowadniając w ten sposób swoją męskość, wśród zgromadzonych panien.
Mojmira zarumieniła się z wrażenia. Powachlowała twarz swoją barwną chustą, jednocześnie zasłaniając nią zawstydzone spojrzenie. Od dawna podziwiała swojego sąsiada.
Radomir był jej rówieśnikiem, ale z oczywistych powodów wolał pomagać jej młodszej siostrze w noszeniu wody ze studni.
Wszemiła była młodsza o pięć lat, a adoratorów miała pięciokrotnie więcej. Czyli zgarnęła całą piątkę chłopców do wzięcia, a jej zostawiając tylko marzenia i tęskne spojrzenia, w kierunku nieosiągalnych młodzianów.
- Dziś to się zmieni – szepnęła do siebie. – Dziś w nocy wszyscy będą biegać za mną i będą prosić, bym została ich żoną.
Z satysfakcją uniosła głowę i z szyderczym uśmiechem na twarzy, rozejrzała się po wesołym towarzystwie.
Jeszcze tylko godzina… - pomyślała.
Mojmira, pewnym krokiem weszła w ciemny las. Kucając za krzakiem dzikiej róży, zdjęła z siebie ubranie i niedbale rzuciła je na trawę. Noc była chłodna, ale świadomość, że za chwile jej niekształtne ciało zmieni się w piękne i ponętne, dodała jej otuchy.
Stanęła prosto i wmawiając sobie, że wstyd będzie tylko przez chwilę, wyszła na polanę skąpaną w księżycowym blasku, na której już zrobiło się dość tłoczno. Nie patrzyła na innych. Bała się, że widząc tych wszystkich atrakcyjnych, młodych ludzi zwyczajnie się rozpłacze i ucieknie. Wolała swój wzrok umieścić wysoko, chociażby na korony drzew, które mijała.
W dłoni miała ukryty mały krzyż, którego najdłuższa część, była zakończona ostrym szpikulcem.
- Mira! Co ty wyprawiasz? – Męski głos wprawił ją w zażenowanie.
Nawet na niego nie spojrzała. Miała zadanie do wykonania i wiedziała, że to jej jedyna szansa.
- Dziewczyno, ubierz się. Nie znajdziesz kwiatu paproci, choćbyś nago, stanęła na głowie. – Kilka osób parsknęło śmiechem.
- Dajcie jej spokój. Niech idzie, gdzie chce.
Mojmira, słysząc głos swojego ukochanego, niepewnie się zatrzymała. Zerknęła na biesiadników, mocniej zacisnęła krzyż w ręku i spojrzała prosto w oczy swojej przyszłej ofiary.
***
Bogini, ukryta w liściach dębu, z zapartym tchem kibicowała swojej protegowanej. Krew ukochanego, rozlana na trawie, będzie godną zapłatą dla Mokosz. Dzięki temu zyska jej poparcie. Dzięki temu osiągnie swój cel.
***
Łzy piekły ją jak żywy ogień. Zamknęła oczy, żeby je powstrzymać, ale to się nie udało. Krzyż w jej dłoniach lepił się od wilgoci, ale jeszcze mocniej zacisnęła pięść.
- Ra_ Do_ Mirze… - wyjąkała zdenerwowana. – W imię Kupały, Bogini Miłości, skazuję cię na śmierć. Tu i teraz. Twoja krew nakarmi głodną Mokosz. Twoje ciało spłonie w płomieniach Swarożyca, a prochy Twoje, rozniesie Strzybóg. Całą zbrodnię z waszych pamięci – omiotła spojrzeniem zdziwionych gapiów – zmyje Perun.
Gładkość wypowiedzianego zaklęcia, zaskoczyło ją samą.
Ciężkie chmury odsłoniły blask księżycowego światła, które spłynęło na nią, jak magiczna poświata. Kierowana boskimi siłami, wysunęła zakrwawioną dłoń w kierunku młodego chłopaka. Nikt jej nie powstrzymywał, gdy ostrym końcem krzyża, wbijała się w jego szyję. Nikt nie protestował, gdy młodzian upadł na kolana. Nikt nie krzyczał, gdy jego martwe ciało, osunęło się na wilgotną trawę.

Naga dziewczyna biegła przez ciemny las. Ostre gałęzie raniły jej ciało, ale ból nie był tak silny, jak strach. Ulewa i porywisty wiatr nie ułatwiały przebrnięcia przez gęsty bór, ale kierowana instynktem brnęła dalej przed siebie.
Ciężkie chmury odsłoniły księżyc, który oświetlił wąską ścieżkę. Dziewczyna bez zastanowienia skierowała się wskazaną drogą. Mokre włosy przykleiły się do skóry, co bardzo krępowało jej ruchy. Co chwile zahaczała o drobne gałązki i miała wrażenie, że w jej skołtunionych włosach jest wszystko, czego dziś dotknęły; liście, gałęzie, kora i z pewnością jakieś zwierzątka.
Groźne warknięcie spowodowało, że dziewczyna zatrzymała się gwałtownie. Zdezorientowana rozejrzała się wkoło, próbując namierzyć źródło dźwięku. Ponowne warknięcie skupiło jej wzrok na końcu ścieżki.
Ogromny niedźwiedź stał na wprost niej. Serce zabiło jej mocniej, ale nie wpadła w panikę. Spokojnie zaczęła się zbliżać do zwierzęcia. Z każdym krokiem nabierała pewności siebie i czuła ulgę.
- Witaj Leszy – powiedziała.
Deszcz gwałtownie przestał padać, a wiatr jeszcze szybko zawirował, osuszając jej ciało i włosy.
- Witaj Mojmiro. – Gruby męski głos wydobył się z gardła niedźwiedzia.
Zwierzę odsunęło się na bok odsłaniając polanę na której rosły paprocie. Szybko omiotła spojrzeniem rośliny, szukając tej jedynej.
- Nie widzę jej.
- Wiesz co się stanie, gdy ją zobaczysz? – spytał mrukliwie.
- Muszę ją zerwać.
- Nie – zaprzeczył. – Nie wolno ci jej zerwać.
- Bogini Kupała…
- Ja tutaj jestem Bogiem – warknął. – Las jest pod moją opieką i tak długo jak będziesz słuchała moich poleceń nic Ci się nie stanie.
Zdziwiło to dziewczynę, bo co innego kazano jej zrobić. Bogini wyraźnie powiedziała, że kwiat trzeba zerwać.
- Więc co mam teraz zrobić?
- Poszukaj go.

Dziewczyna weszła na polanę. Długie włosy luźno zwisały wzdłuż jej smukłego ciała. Wiatr delikatnie pieścił jej nagą skórę. Zielone oczy dziewczyny przeglądały cały teren w poszukiwaniu kwiatu. Nigdzie go nie było.
Obejrzała się za siebie, żeby sprawdzić czy Leszy ciągle czeka.
Stał na dwóch łapach jakby też wyszukiwał kwiatu.
- Nie ma go – powiedziała do Leszego.
- Musi być. Szukaj dokładnie.
Mojmira czuła, że zaczyna panikować. Co będzie gdy dziś, kwiat paproci nie zakwitnie?
Szybszym krokiem zaczęła przedzierać się przez paprocie. Za chwile już zaczęła biegać po polanie. Łzy płynęły jej po policzkach ze zdenerwowania, ale kwiatu nigdzie nie było. Upadła na kolana i zaczęła głośno szlochać. Załamana i bezsilna bała się konsekwencji.
Dostała piękne ciało i była przekonana, że Bogini dotrzyma słowa ofiarowując jej męża, ale co, jak ona, nie odda jej kwiatu paproci? Wszystko przepadnie?
Duża męska dłoń spoczęła na jej ramieniu. Zaskoczona spojrzała do góry i przez łzy ujrzała mężczyznę z jej marzeń. Brunatne włosy, brązowe oczy…
- Znalazłaś go. – Mężczyzna przemówił głosem niedźwiedzia.
- Naprawdę?
- Spójrz tu. – Wskazał ręką kwiat, tuż przy jej kolanie. – Twoje łzy sprawiły, że zakwitł.
- Jaki piękny – zachwyciła się. – Nie mogę go zerwać?
- A chcesz? – Zapytał. – To ty sprawiłaś, że zakwitł, chcesz go teraz zabić?
- Nie – zaprzeczyła. - Chcę, żeby żył. Już nie chcę nikogo krzywdzić – szepnęła.
- W takim razie ciesz jego urokiem. On zakwitł tylko na kilka godzin.
Mężczyzna usiadł na trawie przytulając do siebie dziewczynę. Dłonią wytarł jej łzy z policzka. Zaskoczona spojrzała na niego, ale wiedziała, że nie da rady oprzeć się jego urokowi.
Noc była długa i bardzo przyjemna. Młoda kobieta, w każdym zakątku ciała czuła muśnięcie miłości. Fizycznej i emocjonalnej. Czuła się piękna i pożądana. Była szczęśliwa do granic możliwości.
***

Poranne promienie słońca łaskotały nos Mojmiry, drażniąc go do tego stopnia, że ta głośno kichnęła. Zawstydzona potarła go, ale nie otwierała jeszcze oczu. Było jej bardzo wygodnie i przyjemnie. Otulona ciepłą kołdrą, przeciągnęła się leniwie.
Nagle zesztywniała. Kołdra? W lesie?
Z przerażeniem ostrożnie otworzyła oczy i zdała sobie sprawę, że jest w swoim pokoju i leży we własnym łóżku.
- Leszy? – Cicho zawołała. – Jesteś tu?
Odpowiedziała jej cisza. Usiadła na łóżku i odrzuciła do tyłu długi warkocz. Obejrzała swoje nagie ciało.
Ponętnie zaokrąglone biodra, jędrne piersi, dobrze rozbudowane ale gładkie nogi i rozpłakała się.
Jak to możliwe, że to był tylko sen?
- Mira! – Wołanie z podwórza zaskoczyło ją. – Miiira!
Dziewczyna, niepewnie podeszła do okna i wyjrzała ukryta za firaną.
Dobromir stał pod jej oknem. Cały i zdrowy. Serce zabiło jej tak mocno, że miała wrażenie, że zaraz wyskoczy jej z piersi. Wytarła łzy, przyczesała włosy i wychyliła się dyskretnie, ukrywając nocną koszulę.
- Cześć Dobek – uśmiechnęła się do chłopaka.
- No, nareszcie – odwzajemnił się uśmiechem. – Idziesz do studni po wodę? Mogę ci pomóc jak chcesz? – Brązowe oczy chłopaka błyszczały w słońcu poranka. Ciemne włosy, mieniły się różnymi kolorami brązu i czerni.
Pytał czy ona, pulchna dziewczyna, która jąka się ze zdenerwowania, chce z nim iść po wodę ze studni?
- Za chwilę zejdę. Szybko się ubiorę – powiedziała rozbawiona i jednocześnie zaskoczona swoją odwagą. Nie czuła strachu ani zażenowania. Zrzuciła na ziemię koszulę nocną, rozpuściła warkocz i szybkim ruchem rozczesała włosy. Na podłogę spadło kilka gałązek i liści, ale Mojmira nie zwróciła na to uwagi. Delikatny podmuch wiatru omiótł jej nagie, okrągłe ciało, potargał delikatnie włosy i wyfrunął przez okno z impetem odsłaniając całą firanę tak, że Dobromir doskonale mógł zobaczyć dziewczynę, tak jak ją Pan Bóg stworzył.
Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany!

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywizJak wstawić wcięcia akapitowe

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.

Awatar użytkownika
Alchemik
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1293
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#7 » 3 lip 2019, o 11:53

Camenne pisze:KUPAŁOWE SWATY- Pokochaj siebie, a będziesz kochana.


Długie, blond włosy luźno zwisały, zakrywając nagie piersi kobiety. Niesforne kosmyki, poruszające się na lekkim wietrze, delikatnie pieściły jej skórę. Zielono-żółta przepaska, utkana przez Rusałki z kwiatów ruty, niedbale zasłaniał jej kobiecość.
Ukryta wśród drzew, obserwowała biesiadników przy ognisku, świętujących letnie przesilenie.
Uwielbiała obserwować swoich zwolenników, ale dzisiejszej nocy liczyła na cos więcej. Według przepowiedni, gdy zakwitnie kwiat paproci, zmieni się jej przeznaczenie…
***
Blask ogniska odbijał się w zielonych oczach młodej kobiety. Stała blisko płomieni grzejąc swoje pulchne dłonie. Kwiecista chusta na ramionach szczelnie ją otulała, a gruby warkocz, częściowo już rozplątany przez wiatr, swobodnie zwisał na bujnej piersi Mojmiry.
Nerwowo rozglądała się po współtowarzyszach, doszukując się w każdym, pogardliwego spojrzenia w kierunku jej osoby. Zawsze czuła się niepewnie w obecności innych ludzi. Krępowała ją rozmowa, bo często z jej ust wychodziły słowa, których powiedzieć nie chciała. Do tego wszystkiego, dochodziło jąkanie, gdy zbyt szybko próbowała wytłumaczyć coś rozmówcy.
- Wiwat Dobromir! – Biesiadnicy wykrzyknęli jednogłośnie.
Mody chłopak, zgrabnie przeskoczył przez ognisko, udowadniając w ten sposób swoją męskość, wśród zgromadzonych panien.
Mojmira zarumieniła się z wrażenia. Powachlowała twarz swoją barwną chustą, jednocześnie zasłaniając nią zawstydzone spojrzenie. Od dawna podziwiała swojego sąsiada.
Radomir był jej rówieśnikiem, ale z oczywistych powodów wolał pomagać jej młodszej siostrze w noszeniu wody ze studni.
Wszemiła była młodsza o pięć lat, a adoratorów miała pięciokrotnie więcej. Czyli zgarnęła całą piątkę chłopców do wzięcia, a jej zostawiając tylko marzenia i tęskne spojrzenia, w kierunku nieosiągalnych młodzianów.
- Dziś to się zmieni – szepnęła do siebie. – Dziś w nocy wszyscy będą biegać za mną i będą prosić, bym została ich żoną.
Z satysfakcją uniosła głowę i z szyderczym uśmiechem na twarzy, rozejrzała się po wesołym towarzystwie.
Jeszcze tylko godzina… - pomyślała.
Mojmira, pewnym krokiem weszła w ciemny las. Kucając za krzakiem dzikiej róży, zdjęła z siebie ubranie i niedbale rzuciła je na trawę. Noc była chłodna, ale świadomość, że za chwile jej niekształtne ciało zmieni się w piękne i ponętne, dodała jej otuchy.
Stanęła prosto i wmawiając sobie, że wstyd będzie tylko przez chwilę, wyszła na polanę skąpaną w księżycowym blasku, na której już zrobiło się dość tłoczno. Nie patrzyła na innych. Bała się, że widząc tych wszystkich atrakcyjnych, młodych ludzi zwyczajnie się rozpłacze i ucieknie. Wolała swój wzrok umieścić wysoko, chociażby na korony drzew, które mijała.
W dłoni miała ukryty mały krzyż, którego najdłuższa część, była zakończona ostrym szpikulcem.
- Mira! Co ty wyprawiasz? – Męski głos wprawił ją w zażenowanie.
Nawet na niego nie spojrzała. Miała zadanie do wykonania i wiedziała, że to jej jedyna szansa.
- Dziewczyno, ubierz się. Nie znajdziesz kwiatu paproci, choćbyś nago, stanęła na głowie. – Kilka osób parsknęło śmiechem.
- Dajcie jej spokój. Niech idzie, gdzie chce.
Mojmira, słysząc głos swojego ukochanego, niepewnie się zatrzymała. Zerknęła na biesiadników, mocniej zacisnęła krzyż w ręku i spojrzała prosto w oczy swojej przyszłej ofiary.
***
Bogini, ukryta w liściach dębu, z zapartym tchem kibicowała swojej protegowanej. Krew ukochanego, rozlana na trawie, będzie godną zapłatą dla Mokosz. Dzięki temu zyska jej poparcie. Dzięki temu osiągnie swój cel.
***
Łzy piekły ją jak żywy ogień. Zamknęła oczy, żeby je powstrzymać, ale to się nie udało. Krzyż w jej dłoniach lepił się od wilgoci, ale jeszcze mocniej zacisnęła pięść.
- Ra_ Do_ Mirze… - wyjąkała zdenerwowana. – W imię Kupały, Bogini Miłości, skazuję cię na śmierć. Tu i teraz. Twoja krew nakarmi głodną Mokosz. Twoje ciało spłonie w płomieniach Swarożyca, a prochy Twoje, rozniesie Strzybóg. Całą zbrodnię z waszych pamięci – omiotła spojrzeniem zdziwionych gapiów – zmyje Perun.
Gładkość wypowiedzianego zaklęcia, zaskoczyło ją samą.
Ciężkie chmury odsłoniły blask księżycowego światła, które spłynęło na nią, jak magiczna poświata. Kierowana boskimi siłami, wysunęła zakrwawioną dłoń w kierunku młodego chłopaka. Nikt jej nie powstrzymywał, gdy ostrym końcem krzyża, wbijała się w jego szyję. Nikt nie protestował, gdy młodzian upadł na kolana. Nikt nie krzyczał, gdy jego martwe ciało, osunęło się na wilgotną trawę.

Naga dziewczyna biegła przez ciemny las. Ostre gałęzie raniły jej ciało, ale ból nie był tak silny, jak strach. Ulewa i porywisty wiatr nie ułatwiały przebrnięcia przez gęsty bór, ale kierowana instynktem brnęła dalej przed siebie.
Ciężkie chmury odsłoniły księżyc, który oświetlił wąską ścieżkę. Dziewczyna bez zastanowienia skierowała się wskazaną drogą. Mokre włosy przykleiły się do skóry, co bardzo krępowało jej ruchy. Co chwile zahaczała o drobne gałązki i miała wrażenie, że w jej skołtunionych włosach jest wszystko, czego dziś dotknęły; liście, gałęzie, kora i z pewnością jakieś zwierzątka.
Groźne warknięcie spowodowało, że dziewczyna zatrzymała się gwałtownie. Zdezorientowana rozejrzała się wkoło, próbując namierzyć źródło dźwięku. Ponowne warknięcie skupiło jej wzrok na końcu ścieżki.
Ogromny niedźwiedź stał na wprost niej. Serce zabiło jej mocniej, ale nie wpadła w panikę. Spokojnie zaczęła się zbliżać do zwierzęcia. Z każdym krokiem nabierała pewności siebie i czuła ulgę.
- Witaj Leszy – powiedziała.
Deszcz gwałtownie przestał padać, a wiatr jeszcze szybko zawirował, osuszając jej ciało i włosy.
- Witaj Mojmiro. – Gruby męski głos wydobył się z gardła niedźwiedzia.
Zwierzę odsunęło się na bok odsłaniając polanę na której rosły paprocie. Szybko omiotła spojrzeniem rośliny, szukając tej jedynej.
- Nie widzę jej.
- Wiesz co się stanie, gdy ją zobaczysz? – spytał mrukliwie.
- Muszę ją zerwać.
- Nie – zaprzeczył. – Nie wolno ci jej zerwać.
- Bogini Kupała…
- Ja tutaj jestem Bogiem – warknął. – Las jest pod moją opieką i tak długo jak będziesz słuchała moich poleceń nic Ci się nie stanie.
Zdziwiło to dziewczynę, bo co innego kazano jej zrobić. Bogini wyraźnie powiedziała, że kwiat trzeba zerwać.
- Więc co mam teraz zrobić?
- Poszukaj go.

Dziewczyna weszła na polanę. Długie włosy luźno zwisały wzdłuż jej smukłego ciała. Wiatr delikatnie pieścił jej nagą skórę. Zielone oczy dziewczyny przeglądały cały teren w poszukiwaniu kwiatu. Nigdzie go nie było.
Obejrzała się za siebie, żeby sprawdzić czy Leszy ciągle czeka.
Stał na dwóch łapach jakby też wyszukiwał kwiatu.
- Nie ma go – powiedziała do Leszego.
- Musi być. Szukaj dokładnie.
Mojmira czuła, że zaczyna panikować. Co będzie gdy dziś, kwiat paproci nie zakwitnie?
Szybszym krokiem zaczęła przedzierać się przez paprocie. Za chwile już zaczęła biegać po polanie. Łzy płynęły jej po policzkach ze zdenerwowania, ale kwiatu nigdzie nie było. Upadła na kolana i zaczęła głośno szlochać. Załamana i bezsilna bała się konsekwencji.
Dostała piękne ciało i była przekonana, że Bogini dotrzyma słowa ofiarowując jej męża, ale co, jak ona, nie odda jej kwiatu paproci? Wszystko przepadnie?
Duża męska dłoń spoczęła na jej ramieniu. Zaskoczona spojrzała do góry i przez łzy ujrzała mężczyznę z jej marzeń. Brunatne włosy, brązowe oczy…
- Znalazłaś go. – Mężczyzna przemówił głosem niedźwiedzia.
- Naprawdę?
- Spójrz tu. – Wskazał ręką kwiat, tuż przy jej kolanie. – Twoje łzy sprawiły, że zakwitł.
- Jaki piękny – zachwyciła się. – Nie mogę go zerwać?
- A chcesz? – Zapytał. – To ty sprawiłaś, że zakwitł, chcesz go teraz zabić?
- Nie – zaprzeczyła. - Chcę, żeby żył. Już nie chcę nikogo krzywdzić – szepnęła.
- W takim razie ciesz jego urokiem. On zakwitł tylko na kilka godzin.
Mężczyzna usiadł na trawie przytulając do siebie dziewczynę. Dłonią wytarł jej łzy z policzka. Zaskoczona spojrzała na niego, ale wiedziała, że nie da rady oprzeć się jego urokowi.
Noc była długa i bardzo przyjemna. Młoda kobieta, w każdym zakątku ciała czuła muśnięcie miłości. Fizycznej i emocjonalnej. Czuła się piękna i pożądana. Była szczęśliwa do granic możliwości.
***

Poranne promienie słońca łaskotały nos Mojmiry, drażniąc go do tego stopnia, że ta głośno kichnęła. Zawstydzona potarła go, ale nie otwierała jeszcze oczu. Było jej bardzo wygodnie i przyjemnie. Otulona ciepłą kołdrą, przeciągnęła się leniwie.
Nagle zesztywniała. Kołdra? W lesie?
Z przerażeniem ostrożnie otworzyła oczy i zdała sobie sprawę, że jest w swoim pokoju i leży we własnym łóżku.
- Leszy? – Cicho zawołała. – Jesteś tu?
Odpowiedziała jej cisza. Usiadła na łóżku i odrzuciła do tyłu długi warkocz. Obejrzała swoje nagie ciało.
Ponętnie zaokrąglone biodra, jędrne piersi, dobrze rozbudowane ale gładkie nogi i rozpłakała się.
Jak to możliwe, że to był tylko sen?
- Mira! – Wołanie z podwórza zaskoczyło ją. – Miiira!
Dziewczyna, niepewnie podeszła do okna i wyjrzała ukryta za firaną.
Dobromir stał pod jej oknem. Cały i zdrowy. Serce zabiło jej tak mocno, że miała wrażenie, że zaraz wyskoczy jej z piersi. Wytarła łzy, przyczesała włosy i wychyliła się dyskretnie, ukrywając nocną koszulę.
- Cześć Dobek – uśmiechnęła się do chłopaka.
- No, nareszcie – odwzajemnił się uśmiechem. – Idziesz do studni po wodę? Mogę ci pomóc jak chcesz? – Brązowe oczy chłopaka błyszczały w słońcu poranka. Ciemne włosy, mieniły się różnymi kolorami brązu i czerni.
Pytał czy ona, pulchna dziewczyna, która jąka się ze zdenerwowania, chce z nim iść po wodę ze studni?
- Za chwilę zejdę. Szybko się ubiorę – powiedziała rozbawiona i jednocześnie zaskoczona swoją odwagą. Nie czuła strachu ani zażenowania. Zrzuciła na ziemię koszulę nocną, rozpuściła warkocz i szybkim ruchem rozczesała włosy. Na podłogę spadło kilka gałązek i liści, ale Mojmira nie zwróciła na to uwagi. Delikatny podmuch wiatru omiótł jej nagie, okrągłe ciało, potargał delikatnie włosy i wyfrunął przez okno z impetem odsłaniając całą firanę tak, że Dobromir doskonale mógł zobaczyć dziewczynę, tak jak ją Pan Bóg stworzył.


Przepiękna baśń.
Posiadasz talent, z całą pewnością.
A ten utwór został napisany sercem.
Nieśmiałym, ale gotowym do zmian.
Nie zastanawiałem się nad stylem, który zawsze można poprawić.
Jedynie nad przesłaniem, które wplotłaś w opowieść czerwcową.
Bardzo zgrabnie przybliżyłaś się do naszych prasłowiańskich mitów.
Tytuł jest zbyt oczywisty i moje serce poety mówi, że powinien zostać zmieniony na coś bardziej tajemniczego.
Ale ja lubię marudzić.
Przeczytałem z ogromną przyjemnością.

Awatar użytkownika
zapachmaciejki
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 125
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#8 » 4 lip 2019, o 00:27

Roksana
Ciekawe opowiadanie, choć czasami nie zrozumiałam kilku zwrotów akcji. Nie wiem kim jest Mateusz i jaką role odegrała Estera. W sumie to nie rozumiem przesłania, ale sam tekst dobrze się czyta i jest warty dopieszczenia w szczegółach. Ja, jako czytelnik powinnam umieć widzieć to samo co autor. Wiem, że to trudne, bo sama mam z tym problem, ale jest to do zrobienia. Ogólnie, dobra praca.

Awatar użytkownika
Alchemik
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1293
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#9 » 6 lip 2019, o 00:01

Światło pod wodą.

Przepiękne opowiadanie o nietolerancji.
Piękne i tragiczne.
Czym jest wiara?
Czym są bogowie, czy też Bóg?
Według wielu teorii to ludzie tworzą bogów na swój obraz i podobieństwo.
Ja nie wierzę, że Bóg chrześcijan mógłby popełnić deocyd, mordując poprzednich bogów i boginki.
To ludzie mają zbrodnię we krwi.
Wiara chrześcijańska niosła ze sobą zagładę pewnej kultury.
Narzucona, czy też nie, zakorzeniała się przez zbrodnię wbrew głoszonym przez nią przykazaniom.
Mordowanie boginek to metafora. Ale przecież mordowanie i dręczenie czarownic to prawda obiektywna.
Jakże chciałoby się wierzyć w driady szepczące liśćmi, i nimfy rzek i jezior. Słowiańskie rusałki.
Gdyby ludzie nie byli tak okrutni, mogliby włączyć je do panteonu duchów opiekuńczych i aniołów religii chrześcijańskiej.
Woleli jednak spalić na stosach.
Przeczytałem z przyjemnością, ale i ze smutkiem.
Z trudem odgrzebujemy prasłowiańską mitologię, tak skutecznie zagrzebaną.
Powinniśmy odtworzyć nasze korzenie.
Ja jestem dumny ze słowiańskiego pochodzenia. Dumny z języka jakim się posługuję.
Tak jak i rosyjski, to najwspanialszy język dla poetyckich zapisów. Szczepszcztrz z całą pewnością się ze mną zgodzi.

Ten event czerwcowy to niezły pomysł, Kamilo.

Jurek

Awatar użytkownika
Alchemik
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1293
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#10 » 8 lip 2019, o 22:15

A gdyby tak...

Dla mnie tramwaj nie symbolizuje prozy życia.
Napisałem dwa całkiem niezłe wiersze, których osią były tramwaje.
Moje tramwaje były magiczne.
W Twojej miniaturze symbolizują szarość rzeczywistości.
A jednak to tramwaj wyrzucił bohaterkę w leśnym parku, czy też miejskim lesie.
Moim zdaniem, Twój tramwaj też jest magiczny. Impulsy elektryczne pomiędzy trafo i szynami spowodowały impulsywną reakcję Aliny. Zamieniły park w bór z torami do gwiazd, świetlików.
Oczywiście spłonięcie w ogniu Kwiatu Paproci traktuję metaforycznie.
Chwile szczęśliwości mogą przypominać płomień.
Twoja miniatura jest prozą poetycką.
I spodobała mi się.

Jerzy Edmund

Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5783
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#11 » 9 lip 2019, o 08:37

Minął tydzień, więc czas najwyższy, by ogłosić, kto stoi za każdym z nadesłanych tekstów!

Roksana
autor: Habibi

A gdyby tak...
autor: Alijar

Raz w roku na trzęsawiskach
autor: Alchemik

Światło pod wodą
autor: Camenne

KUPAŁOWE SWATY- Pokochaj siebie, a będziesz kochana.
autor: zapachmaciejki


Udało wam się ich odgadnąć autorów po samych utworach? ;)
Zachęcam do komentowania!
Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany!

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywizJak wstawić wcięcia akapitowe

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.

Awatar użytkownika
Alchemik
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1293
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#12 » 9 lip 2019, o 18:17

Ja mogę powiedzieć, że wyczułem rękę Camenne w utworze Światło pod wodą.

Irys
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 281
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#13 » 9 lip 2019, o 19:58

Kupałowate Swaty - Pokochaj siebie a będziesz kochana. Bardzo mi się podobało twoje opowiadanie Maciejko. Sporo w nim zdrowego erotyzmu i baśniowego klimatu. Przeczytałem z przyjemnością, szczególnie, że ten kwiat paproci, trochę kojarzy mi się z moim opowiadaniem, ale tam chodzi o poziomki.

Awatar użytkownika
Alchemik
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1293
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#14 » 10 lip 2019, o 13:22

Roksana

Muszę się przyznać, że tak jak Maciejka z trudem odczytuję przesłanie tego opowiadania.
Nie wiem kim jest Mateusz, poza tym że towarzyszy Ester.
Opowieść w opowieści dodaje smaczku.
Hanna opowiada o miłości i poświęceniu. O tragedii.
Ester i Sara prowadzeni przez Mateusza to wędrowcy, którzy dołączają do obrzędów.
Skupiłem się więc nad imionami.
Sara to typowe imię pochodzenia hebrajskiego.
Ester jest imieniem pochodzenia perskiego, ale przyjętym i popularnym wśród Hebrajczyków.
Mam wrażenie, że chodzi o spotkanie dwóch kultur.
Diaspora żydowska rozprzestrzeniała się od wieków.
Roksana niezbyt mi pasuje do słowiańskich imion.
Choć wiem, że jest popularne na naszych terenach od czternastego wieku.
Ester posiada jakiś dar, który pozwala jej wyczuwać emocje.
Ogólnie chodzi o miłość.
Tak ważną i obnażającą się podczas Święta Kupały.
Ale również o oczekiwania na spełnienia wróżebne wianków.
Również o zdradę.
I reakcję na nią.
Czepiam się wszystkiego, żeby odczytać tekst, który w sumie jest bardzo ładny.
A jednak pozostawia niedosyt.
Ale podobnie jest w poezji, więc nie powinienem się czepiać.

Jerzy Edmund

Alijar
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 22
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#15 » 15 lip 2019, o 12:16

Ciekawe z tymi tramwajami. To mi uświadomiło, że też już nie po raz pierwszy tramwaj gra u mnie pewną rolę. Na przykład "Stara plebania" zaczyna się w tramwaju. A ten tramwaj, tutaj, jechał przez wrocławski Park Szczytnicki. Jak i gdzie znaleźć Twoje tramwaje?

Awatar użytkownika
Alchemik
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1293
Zobacz teksty użytkownika:

Noc Świętojańska - event prozatorski - PRACE

Post#16 » 15 lip 2019, o 13:10

Przepraszam, Alijar, czy to zapytanie o tramwaje skierowałeś do mnie, komentatora, Alchemika i poety?
Jeżeli do mnie, to chętnie podam linki.
Z całą pewnością nie muszę się wstydzić swoich wierszy o tramwajach.
viewtopic.php?f=87&t=7537
viewtopic.php?f=108&t=4601
Ty również zauważyłeś magię w tramwajach.
Gałczyński obdarował magią dorożki starej Warszawy.

Wróć do „Konkursy, plebiscyty i pojedynki”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość