W pogorzeliskach

Konkursy, pojedynki i plebiscyty organizowane przez i dla Artefaktowiczów. Każdy użytkownik może zorganizować event literacki (więcej informacji: tutaj).
Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339

W pogorzeliskach

Post#1 » 14 lut 2013, o 12:54

Ponieważ wbrew oczekiwaniom Koniec Świata nie nastąpił i musimy żyć dalej, czekając na Apokalipsę przynajmniej do 2099 roku, kiedy to kończy się kalendarz Windowsa, postanowiliśmy osłodzić sobie gorycz oczekiwania kolejnym eventem literackim.
Tematyka: szeroko pojęty koniec świata i to, co wydarzyło się potem, wielkie Bum albo zwyczajne przyciśnięcie pauzy na boskim telewizorze, Jeźdźcy Apokalipsy, krwiożercze ameby...
Wszystko, od prozy, przez poezję i dramat jest mile widziane. Skoro Apokalipsa zawiodła, zróbmy własną!
Termin do piątku, 15.02.

Zakładam temat z wyprzedzeniem. Proszę o wrzucanie tekstów pod tym postem. :D
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Haunted
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 249

W POGORZELISKACH

Post#2 » 15 lut 2013, o 17:21

[center]"Bez celu"[/center]


[center]"W obliczu apokalipsy nie ma bogatych czy biednych, szlachetnych czy zepsutych. Jedyną kwestią jest to, czy umrzesz jako człowiek, czy jako bestia"[/center]

Dźwignąłem się z trudem z ziemi, ledwie panując nad wstrząsanym przez ból ciałem. Obok mnie leżała broń, stary Winchester, wiedziałem jednak, że nie zdołam go podnieść. Prawa ręka zwisała bezwiednie przy ciele, siateczka płytkich, choć rozległych ran cały czas wypluwała krew. Głowę wypełniał głuchy szum, w ustach czułem gorzki posmak żółci. Świat kołysał mi się przed oczami, nie mogłem sobie jednak pozwolić na utratę przytomności.
Została mi jeszcze jedna rzecz do zrobienia.
Spojrzałem na nieprzytomnego, około dwudziestoletniego chłopaka w skórzanej kurtce leżącego kilka metrów ode mnie. Gwałciciel, morderca, pieprzony jeździec apokalipsy.
Lewą ręką dobyłem noża, chwyciłem go niezgrabnie.
Pierwszy krok. Zgiąłem się w pół, czując jak powietrze uchodzi gwałtownie z płuc. Zachłysnąłem się, ból oślepił wszystkie zmysły. Upadłem twarzą w igliwie i mech, zamarłem na moment, wdychając mocny, zmieszany z potem zapach lasu. Nie mogłem się poddać. Wyciągnąłem rękę z nożem przed siebie, wbiłem w ziemię i podciągnąłem się, tłumiąc w sobie krzyk.
Jeszcze raz, jeszcze tylko jeden raz. Zacisnąłem zęby, rana na klatce robiła się na przemian zimna i ciepła. Niemal czułem jak uchodzi ze mnie życie. Podniosłem z trudem ramię, opuściłem, ostrze utkwiło w ziemi. Zacisnąłem palce na rączce, szarpnąłem mocno, wyrzucając ciało do przodu.
Chciałem krzyczeć, ale otworzyłem tylko usta. Też pomagało.
Stąd widziałem wyraźnie, że chłopak w kurtce oddychał. Strzał z Winchestera powalił go na ziemię, ale nie zabił.
Uniosłem rękę do ostatniego, zabójczego pchnięcia.


*** Dwa dni wcześniej ***

Wyłączyłem telewizor i rzuciłem pilota na łóżko. Przez umysł przewijały mi się różne myśli, wszystkie oscylowały dookoła informacji, którą właśnie przekazał światu spiker CNN.
Koniec świata nastąpi za dwa dni.
Usiadłem powoli na starym, przeżartym przez mole fotelu. Przez okno do mojej stancji wpadały pierwsze odgłosy paniki – wrzaski, dźwięk odpalanych silników i pakowanych do bagażników lub przyczep rzeczy. Kilka minut później do ogólnego zgiełku dołączyły zbijane szyby, bite reflektory, jęk miażdżonego metalu, kiedy doszło do pierwszych stłuczek. Gdzieś w tej zawierusze zdołałem wychwycić płacz dziecka, pisk krzywdzonego zwierzaka. Większość uciekała na wyższe tereny, gdzie była jeszcze jakakolwiek szansa, by przeżyć. Niektórzy z nich zapewne spróbują dostać się do rodziny albo ukochanych, chcąc spędzić z nimi ostatnie chwile. Jeszcze inni pewnie będą chcieli się wyszaleć.
Byłem chyba jedyną osobą, która potrafiła siedzieć i gapić się w przestrzeń w takiej sytuacji. Nigdy nie miałem wielu powodów do życia. Praca nie przynosiła mi szczęścia, pieniędzy miałem niewiele, przyjaciół praktycznie żadnych, podobnie rodziny. Od dłuższego czasu myślałem nad samobójstwem, lecz wizja końca świata sprawiła, że coś we mnie się wypaliło. Czułem gigantyczną, żrącą pustkę gdzieś na wysokości klatki piersiowej. Byłem bezbronny. Wytrącono mi z ręki jedyną broń jaką miałem, jedyny sposób, by ktoś wreszcie przejął się moim losem. Tragedię śmierci. W obliczu unicestwienia samobójstwo wydawało się śmieszne, banalne. Prostackie.
Westchnąłem ciężko, nie wiedząc co ze sobą począć. Przesiedziałem kilka następnych godzin, czekając aż zgiełk ucichnie. W końcu został jedynie skowyt i popiskiwanie porzuconych psów. Chwyciłem za miskę, gdzie zazwyczaj leżało pranie i naładowałem do niej większość rzeczy, które jeszcze nadawały się do żarcia. Wyszedłem na zewnątrz, postawiłem naczynie na pustej ulicy. Niech chociaż psy spędzą ostatnie dwa dni z pełnymi brzuchami. Nie lubiłem, kiedy zwierzęta cierpiały. Automatycznie budziło to we mnie niepokój, gniew, chęć działania. Żałowałem, że wcześniej nie zdobyłem się na to, by pomóc futrzakom. Mały, włochaty shih-tzu porwał kawałek szynki i zaniósł go na drugą stronę ulicy, dzieląc się ze swoimi szczeniakami. Te otworzyły nieporadnie pyszczki, próbując skubnąć odrobinę mięsa. Ich matka prawdopodobnie nie żyła, teraz opiekował się nimi samiec. Otworzyłem za sobą drzwi do domu, gwizdnąłem krótko. Ojciec szczeniaków spojrzał na mnie nieufnie, jakby się zastanawiając, w końcu jednak przeniósł szczeniaki do środka. Wbiegł do któregoś z mieszkań, większość z nich była otwarta, ludzie nie widzieli żadnego sensu w chronieniu swojego dobytku. Wróciłem na stancję, nalałem wody do talerza i postawiłem na korytarzu, przypominając sobie, że samo żarcie nie starczy. Chociaż tyle mogłem zrobić dla kogokolwiek.
Zatrzasnąłem drzwi, upewniając się, że małe shih-tzu będą bezpieczne. Poczułem gwałtowny ucisk na sercu, kiedy zdałem sobie sprawę, że maluchy nie dożyją nawet pierwszych ząbków. Ruszyłem szybko w górę ulicy, nie mogąc znieść rosnącej w gardle, bolesnej guli. Kątem oka dojrzałem na chodniku połamany, podeptany krzyż z wizerunkiem Jezusa. Nigdy nie wierzyłem w Boga, ale jeśli istnieje, to miałem mu do przekazania tylko dwa słowa.
Ty skurwysynu.

***

Ostatecznie, był jednak ktoś, kogo chciałem zobaczyć. Mieszkała na wsi, jakieś czterdzieści kilometrów stąd. Kiedyś nawet coś nas łączyło, lecz moje podejście do ludzi i strach przed związkami sprawiły, że straciliśmy kontakt. W tej chwili wydawało się to bez znaczenia, lecz ostatnie godziny wolałem spędzić przy kimś, kto potrafił mnie zrozumieć oraz polubić.
Clara Joen.
Próbowałem do niej zadzwonić, ale wszelkie sieci komórkowe posyłały sygnał jedynie w eter. Podobnie rzecz miała się z internetem – zero sygnału. Jedyną opcją było więc po prostu wsiąść w samochód i liczyć na to, że Clara będzie na miejscu. Bez innego faceta.
Pozwoliłem sobie wziąć trochę prowiantu z pobliskiego spożywczaka. Formalnie to dalej była kradzież – ale kto mnie za to ukaże? Zatankowałem do pełna na stacji Samy'ego, również za darmo, po drodze zahaczyłem o sklep z bronią. Kiedyś, jak jeszcze chodziłem z ojcem na polowania, strzelałem całkiem dobrze. Od dawna nie trzymałem gnata w dłoniach, ale nie martwiłem się zbytnio – mięśnie nie zapominają. Wybrałem Berettę 92, jeden z moich ulubionych pistoletów i sprawdzonego Winchestera. Uzbrojony czułem się bezpieczniej. Koniec świata rodzi wiele możliwości dla ludzi, którzy niekoniecznie kochają się z prawem, a mi nie uśmiechało się bycie bezbronną owieczką.
Zatrzymałem się tuż za miasteczkiem, westchnąłem głęboko, zdając sobie sprawę, że to moja ostatnia wyprawa gdziekolwiek. Starym, niepotrzebnym odruchem przesunąłem lusterko, by sprawdzić jak wyglądam. Ciemne blond włosy opadały lekko na czoło, niebieskie oczy wydawały się dziwnie puste. Blada, chuda twarz wyrażała jedynie ponure zrezygnowanie.
Można powiedzieć, że apokalipsa odbijała się na mojej twarzy.
W głębi duszy wiedziałem, że wszystko co robię, nie ma większego znaczenia. Potrzebowałem jednak celu, jakiegoś pocieszenia w ostatnie dni, czegoś, na czym będę mógł się skupić. Wycieczka do starej przyjaciółki wydawała się odpowiednia, więc dlaczego nie?
Przydusiłem gaz i ruszyłem po szosie, wsłuchując się w uspokajający dźwięk silnika. Nie miałem ochoty na muzykę. Zresztą...
Radio padło.

***

Koniec świata sprawiał, że oczyma wyobraźni widziałem obrazy, które najchętniej zakopałbym razem z innymi złymi wspomnieniami. Ujrzałem twarze moich znajomych – Ariadne w siódmym miesiącu ciąży, która nigdy nie urodzi małej Juliet, Marcusa z drugiego piętra pragnącego zostać piłkarzem. Zbił w okolicy więcej szyb niż potrafił zliczyć. Staruszka Georga, który całe życie odkładał na emeryturę, by pojechać do Nowej Zelandii. Uśmiechnąłem się lekko, przypominając sobie tego starego kacapa. Zawsze siadał po pracy na korytarzu i bujając się w krześle, rozwiązywał krzyżówki. Żadna nigdy nie sprawiła mu większych trudności.
Paradoksalnie, mimo tego, że chciałem sobie strzelić w łeb, nigdy tak naprawdę nie przestałem troszczyć się o tych ludzi. Nie potrafiłem się od nich odsunąć, nie potrafiłem być obojętny. Stanowiłem połączenie dobrego serca i chwiejnego umysłu samobójcy. W piątkowe noce potrafiłem faszerować się heroiną, by w sobotę pomagać Ariadne sprzątać w domu.
Nigdy nie próbowałem znaleźć dobrego określenia na siebie, ale popierdolony chyba nadawało się idealnie.
Z rozmyślań wyrwał mnie ciężki, drażniący dym, niosący ze sobą smród palonego metalu i benzyny. Gardło zapiekło gwałtownie, z ust wyrwał się nagły kaszel, kiedy płuca próbowały pozbyć się intruza. To tylko pogorszyło sprawę, oczy zaszły łzami, znacznie utrudniając kierowanie. Zjechałem na pobocze, rzuciłem się w stronę nigdy nieużywanej apteczki pod tylnym siedzeniem. Wyjąłem kawałek gazy, chlusnąłem wodą z butelki, ledwie łapiąc jakiekolwiek powietrze i przycisnąłem tkaninę do ust.
Lepiej. Pozwoliłem, by organizm się uspokoił, na języku cały czas miałem nieprzyjemny posmak, przywodzący na myśl płonące samochody.
Tuż za zakrętem znajdowała się niewielka wieś, Bourgle, przez którą przejeżdżałem parę razy jako kurier. Kilkanaście domów na krzyż, otoczonych lasem. Nie znałem tych ludzi osobiście, widziałem ich jednak dwa czy trzy razy w mieście. Wyglądali na porządnych, większość z nich to rodziny z dziećmi.
Zerknąłem między drzewa, na kontrastującą z wieczornym niebem ognistoczerwoną łunę. Nietrudno było się domyślić skąd pochodzi.
Wiedziałem, że do tego dojdzie, nie sądziłem jednak, że tak szybko. Jeźdźców apokalipsy spodziewałem się znacznie później, bandy szczeniaków, które zechcą poszaleć zanim wszystko pójdzie w cholerę. Wbrew prawu, wbrew jakimkolwiek zasadom, wbrew moralności. Bo co znaczy moralność, kiedy jedyną rzeczą jaką widzisz na horyzoncie, jest nieubłagany koniec?
Powietrze między drzewami falowało paskudnie.



***

Ujrzałem dzieło spuszczonego ze smyczy potwora, który tkwi w każdym z nas. Wiedziałem, że ktoś nie wytrzyma. Że znajdą się tacy bez rodziny, bez ukochanych, pokrzywdzeni przez los buntownicy, którzy od dawna pragnęli chwycić za broń i wziąć odwet na wszystkich oraz wszystkim.
Koniec świata zwolnił ostatnie hamulce, otworzył wiecznie zamknięte drzwiczki, wypuszczając ich niczym wściekłe psy. Dał im okazję, a oni to wykorzystali. Bo co mieli do stracenia, jeśli ostatnie okowy prawa i moralności pękły w jednej, krótkiej chwili?
Pogrążony w milczącym przerażeniu mijałem spalone domy, wpatrywałem się w ciała dzieci, mężczyzn oraz kobiet, poparzonych i pokrytych krwią, odartych z ubrań oraz godności. Twarze zgwałconych zastygłe w wyrazie bólu i wstydu sprawiały, że podświadomie słyszałem w głowie krzyk zranionej kobiety. Wibrujący, drażniący uszy wrzask rozbieranej, a potem mordowanej dziewczyny w sukience w kropki.
Wszędzie widziałem twarz Clary.
Żołądek osunął się gwałtownie, zostawiając za sobą mdlącą pustkę, w której zaczął się wić obrzydliwy, śliski strach. Przycisnąłem pedał gazu, nie zważając na ciała leżące na drodze. To były trupy, nikt im już nie pomoże, nie miałem czasu ich omijać, kiedy jeźdźcy apokalipsy zmierzali w tym samym kierunku co ja. Starałem się nie słyszeć głuchych trzasków łamanych kości lub miażdżonych kończyn.
Wyjechałem z wioski oblany potem, mając na języku gorzki smak dymu oraz żółci, zmieszany z tonami obrzydzenia do samego siebie, przez które chciało mi się rzygać. I choć cały czas powtarzałem sobie, że nie było innego wyjścia, to nie czułem się rozgrzeszony. Bałem się, że stawałem się bardziej bestią, bliższym spuszczonym ze smyczy ogarom, niż człowiekiem, którym zawsze byłem.
Silnik zawył boleśnie, kiedy nacisnąłem pedał gazu, ścigając się z czasem i śmiercią.

***

Z każdą minutą czułem jak ulatuje ze mnie nadzieja, każdy kolejny kilometr, ozdobiony rozbitymi lub porzuconymi samochodami i następnymi trupami układał się w wielką strzałkę z podpisem „Oni do niej jadą”. I mimo że pędziłem na złamanie karku i starcie kół, powoli zacząłem zdawać sobie sprawę, że przegrałem ostatni wyścig do szczęścia.
Wieś w której mieszkała Clara, Hope, z daleka wyglądała całkiem normalnie. Nie dostrzegłem nigdzie smużek dymu ani ściany płomieni, wszystko wydawało się dziwnie puste oraz spokojne. A jednak coś unosiło się w powietrzu, gdzieś w głębi duszy zagnieździła się nieprzyjemna świadomość, że banda zwyrodnialców już tutaj była, dla odmiany nie niszcząc wszystkiego.
Zatrzymałem samochód, wahając się. Miałem ochotę wrócić do mojego miasta, zaszyć się w małym pokoju razem z shit-tzu i czekać na koniec świata, chwytając się nadziei, że Clara uszła z życiem. Może tak byłoby lepiej? Nie mieć pewności, do końca świata żywiąc się myślą, że jest zdrowa i cała.
Z drugiej strony, co jeśli tam leżała, zakrwawiona i zgwałcona, czekając na pomoc? Hope było zaledwie kilkunastoma domami na krzyż, otoczonymi przez pola oraz las, przypominając bardziej starą rolniczą osadę niż namiastkę cywilizacji z internetem lub prądem. Kilku uzbrojonym bandziorom wpadnięcie do każdego domu i wymordowanie wszystkich zajęłoby może z kwadrans.
Odetchnąłem głęboko, czując jak wilgotne palce mimowolnie zaciskają się coraz mocniej na kierownicy. Jestem bestią czy człowiekiem?
Wyciągnąłem z bagażnika furgonetki Winchestera oraz Berettę, przeładowałem i położyłem sobie karabinek na kolanach, pistolet rzuciłem na siedzenie obok. Odpaliłem silnik, wrzuciłem pierwszy bieg, drugi, podjeżdżając powoli na krawędź wioski. Kilkaset metrów zmieniło się nagle w kilka kilometrów pokonywanych ślimaczym tempem. Każdy gwałtowny ruch kłosów doprowadzał mnie do granicy zawału, kilka razy sięgnąłem odruchowo po pistolet, gotowy do walki o ostatnie dwa dni mojego życia. Strach i nerwy zżerały mnie od środka, ale nie pozwoliłem, by przejęły nade mną kontrolę, by dopuściłby bym zawrócił oraz uciekł. Nie zamierzałem umierać jako tchórz, który porzucił jedyną dziewczynę potrafiącą się do niego przytulić.
Zatrzymałem wóz i spojrzałem na główną ulicę Hope, czując jak siły ulatują ze mnie wraz z krótkim, urywanym oddechem. Na moment zamarłem, słysząc jedynie głuchy, otępiający szum; coś ciężkiego uderzyło w ściany mojego umysłu z siłą rozszalałego nosorożca. Bolesna i dobitna świadomość porażki wypełniła mi usta, spłynęła po policzkach w postaci słonych łez, odebrała dech.
Clara Joen wisiała martwa przy drodze, zawieszona na kilku rzeźnickich hakach niczym brzydka, upiorna lalka. Nagie uda pokryte były krwią, ciało zdobiły liczne sińce i cięcia, z których jeszcze sączyła się krew. Stąd widziałem jej puste, martwe, wybałuszone oczy, twarz zastygłą w wyrazie milczącego cierpienia.
Jakimś cudem zdążyłem otworzyć drzwi furgonetki i wypaść na zewnątrz, nim puściłem gorzkiego, obrzydliwego bełta. Ręce drgały konwulsyjnie, ciało wygięło się w kilku krótkich, bolesnych skurczach, kiedy usiłowałem złapać powietrze. W końcu osunąłem się na ziemię, oddychając ciężko i wdychając smród rzygowin.
Nie żyła. Spóźniłem się, przegrałem, straciłem jedyny cel, który mogłem sobie obrać na tym świecie zanim nastąpi apokalipsa. Nie chciałem krzyczeć, szlochać, nie chciałem zawodzić do zwisającego kilka metrów wyżej ciała. Nie czułem dojmującego smutku, nie było mi nawet przykro. Przerażało mnie jedynie to, że tak naprawdę nie żałowałem jej śmierci; żałowałem utraty celu, ktoś odebrał mi jedyną rzecz, która motywowała mnie do działania w ostatnie dni życia. Może to był sposób w jaki kochałem, traktowałem osoby jako cele, drogowskazy, kolejne punkty wzdłuż których wyznaczałem sobie drogę życia.
Co miałem teraz zrobić, jeśli nie czekać biernie na śmierć? Desperacko potrzebowałem czegoś, co mógłbym zrobić, czegoś, co sprawi, że moja egzystencja nabierze jakiegokolwiek sensu i znaczenia. Nie miałem zamiaru zdechnąć ot tak, jak każdy inny!
Odruchowo spojrzałem na ubabranego wymiocinami Winchestera i, leżącą trochę dalej, Berettę. Histeryczny śmiech wyrwał mi się z gardła, kiedy w głowie wykwitła rozpaczliwa, drastyczna idea.
Mogłem ją pomścić, Clarę, mieszkańców Bourgle i Hope, przypadkowe ofiary spotkane na drodze dzikiej, radosnej destrukcji. Zabić jeźdźców apokalipsy, stając się jednym z nich. Morderstwo za morderstwo, naturalna sprawiedliwość wymierzona tuż przed dniem sądu.
Ostatecznie nie istniało już nic, co trzymałoby mnie w fasadach człowieczeństwa. Mogłem stać się drapieżnikiem, mścicielem o bladej skórze i niebieskich oczach. Mogłem zapolować, a jedyną osobą, która mogła mnie osądzić, byłem ja sam.
Zemdlałem, niezdolny podjąć decyzji, wolałem więc osunąć się w ciemności i pozwolić, by moja podświadomość zdecydowała za mnie.

***

Ocknąłem się, słysząc cykanie świerszczy ukrytych wśród kłosów pszenicy. Na języku czułem jedynie gorzki, nieprzyjemny posmak, nos wypełnił się ostrym zapachem falującego zboża. Przez kilka błogich sekund byłem jakby zawieszony w pustce, nieświadomy i pusty, bez wspomnień.
Chwilę później świeże wspomnienia wypłynęły na wierzch niczym paskudny topielec, o którym chce się zapomnieć.
- Clara – wybełkotałem nieprzytomnie, podnosząc się chwiejnie i wsadzając dłoń w paćkę błota oraz wymiocin. Skrzywiłem się z odrazą, jak najszybciej wycierając maź o spodnie. Oparłem się z trudem o otwarte drzwi furgonetki, zdając sobie sprawę, że zaczyna zmierzchać. Musiałem być nieprzytomny dobrych parę godzin. Zerknąłem wciąż nieco oszołomiony na trupa kobiety zwisającego z latarni na rzeźnickim haku obwiązanym dookoła lampy.
- Przepraszam – zdołałem wysapać, zbierając broń z ziemi, zaciskając mocno palce na rączce Beretty. Skoro straciłem Clarę, skoro tak brutalnie odebrano mi ostatnie kilka godzin szczęścia na tej planecie, to czemu nie miałbym wziąć odwetu? Osłodziłbym sobie przynajmniej ostatni dzień morderczą satysfakcją, jaką daje zemsta.
Potrzebowałem celu, a ten był najbliższy i najbardziej mi odpowiadał.
Rozejrzałem się, obojętnie rejestrując fakt, że prócz Clary w wiosce zginęły jeszcze co najmniej trzy osoby. Wszystkie leżały na ulicy w sczerniałych, wyschniętych plamach krwi, które przypominały odrobinę źle ulokowane aureole. Większość drzwi wyłamano lub przestrzelono, poza tym jednak nie zauważyłem żadnych większych zniszczeń. W porównaniu do Bourgle, jeźdźcy apokalipsy potraktowali Hope łagodnie.
Wiatr przyniósł ze sobą powiew chłodu, sprawiając, że po plecach, niczym pająk, zbiegł nieprzyjemny dreszcz. Wziąwszy z bagażnika kilka butelek wody, wpakowałem się z powrotem do samochodu. Odkręciłem butelkę, wypiłem kilka łyków, namyślając się szybko. Jeźdźcy apokalipsy mogli zwyczajnie się zmęczyć mordowaniem i gwałceniem, pewnie tylko dlatego wieś, gdzie mieszkała Clara, nie została efektownie puszczona z dymem. Nie zatrzymali się tutaj, więc prawdopodobnie pojechali dalej, na północ, w stronę Greensborough lub Night Springs.
Miałem szansę ich jeszcze dogonić, choć po drodze złamałbym wszelkie możliwe zasady bezpieczeństwa i zakazy prędkości. Ale kogo to teraz obchodziło?
Odpaliłem silnik.

***

Bałem się. Nie śmierci, nie bliskiego końca, nie bałem się nawet tego, że tamci schwytają mnie i zaczną torturować.
Bałem się, że nawalę. I choć czułem się w jakiś sposób szczęśliwy, że miałem swój cel, na którym mogłem się skupić, to jednak jakaś część mnie chciała zawrócić, skryć się w ciemnym pokoju razem z Shih-Tzu i czekać na apokalipsę. Widok trupów, spalonych ciał i domów, wizja Clary zawieszonej na haku niczym zarżnięte prosię; to wszystko pchało mnie do przodu. Co jakiś czas zerkałem sobie w oczy, widząc gniew oraz żądzę mordu, skryte pod pozorami opanowania.
Nawet teraz nie potrafiłem zdjąć tej smutnej maski z mojej twarzy.
Zastanawiałem się ilu będę musiał zabić. Czterech? Pięciu? A ilu oni zabili, trzydziestu?
I czy to mnie stawia na równi z nimi? Stanę się kolejnym jeźdźcem apokalipsy, kolejnym człowiekiem, który postanowił ulżyć bestii wewnątrz mnie?
Potrząsnąłem głową, chcąc wyrzucić te pytania z głowy, pozbyć się ich przynajmniej do momentu, kiedy będzie po wszystkim. W tej chwili potrzebowałem tylko odrobiny cholernego szczęścia, czegoś, co powie mi, że jestem na dobrym tropie, odrobiny nadziei, że zdążę nim wszystko pójdzie w diabły.
Coś błysnęło krótko w ciemnościach, odbijając światła samochodu. Serce zamarło na moment, by po sekundzie przyspieszyć, waląc w ściany żeber. Odruchowo zwolniłem, wyłączyłem reflektory, modląc się w duchu, by to nie byli oni. W każdej chwili spodziewałem się krótkiego, urywanego huku wystrzału, który rozbije szybę i pośle mnie na drugą stronę rzeczywistości.
Zatrzymałem furgonetkę, czując jak zimny pot spływa po moich plecach. Dopiero teraz zauważyłem jak bardzo jest ciemno. Niebo skryło się za kłębiastymi, deszczowymi chmurami, zasłaniającymi gwiazdy oraz księżyc. Miałem co prawda latarkę, ale bałem się jej zapalić; ostry strumień światła mógłby zdradzić moją pozycję.
Odczekałem kilka długich, nerwowych minut, po czym zdecydowałem się wyjść z auta. Przewiesiłem sobie Winchestera przez ramię, Berettę chwyciłem po prostu w dłoń, czując się pewniej, kiedy chłodny, gładki metal połechtał wierzch mojej dłoni. Latarkę wetknąłem do tylnej kieszeni jeansów, zaraz obok myśliwskiego noża, który wyciągnąłem spod siedzenia kierowcy.
Odetchnąłem głęboko i schylony, niemal na kuckach, zacząłem podkradać się do źródła błysku. Wiatr sprawiał, że słyszałem jedynie szum, byłem głuchy na jakiekolwiek dźwięki otoczenia. Być może to uratowało mi tyłek – jeśli przede mną znajdowali się jeźdźcy apokalipsy, to nie usłyszeli silnika mojego samochodu tylko przez ten wicher.
Oczy powoli przywykły do mroku, z tej odległości widziałem już wyraźnie nieregularny, podłużny kształt, do złudzenia przypominający zarys SUVa albo terenówki. Rozejrzałem się, starając się wyśledzić w okolicy jakiekolwiek poruszenie, błysk lufy skierowanej w moją stronę, podejrzany ruch gdzieś pomiędzy drzewami.
Przełknąłem ślinę i pokonałem ostatnie metry z uniesionym pistoletem, gotowy do strzału. Wiatr powiał nagle od innej strony, przynosząc ze sobą metaliczny odór krwi, niosący się od wozu. Z ostrożnością godną paranoika zajrzałem do wnętrza, jak się okazało, Land Cruisera.
Pusty. Pozwoliłem sobie na kilkusekundowe mignięcie latarką, by się upewnić. W środku leżało tylko kilka pudełek amunicji do dubeltówki, trochę żywności i coli, pod siedzeniami walały się, razem z paczkami fajek, puste butelki po wódce. Nie miałem już żadnych wątpliwości do kogo należał ten wóz, ale czemu zostawili go akurat tutaj?
Musnąłem dłonią po krawędziach opon i spróbowałem otworzyć drzwi, by sprawdzić, czy włączy się alarm. Najwyraźniej nie spodziewali się gościa, bo terenówka nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
Musiałem się upewnić, że dalej nie zajadą. Mogłem przebić im opony, spuścić z nich powietrze, lecz znałem prostszy, lepszy sposób. Jeszcze jako gówniarz nauczyłem się naprawdę wrednych sposobów uprzykrzania życia niewygodnym nauczycielom.
Wetknąłem ostrze noża w szczelinę pomiędzy maską wozu a obudową, podważyłem na tyle, bym mógł tam wetknąć lufę Winchestera. Naparłem całym ciałem na broń, zaczep klapy jęknął metalicznie, trzasnął cicho, pękając. Przed sobą ujrzałem stary, podniszczony silnik Land Cruisera. Chwyciłem pewniej nóż.
- Kurwa – szepnąłem, łapiąc się na tym, że zapomniałem, który przewód od silnika przeciąć. Rozejrzałem się szybko, okolica wciąż wydawała się bezpieczna, choć przez te ciemności trudno było cokolwiek dostrzec.
Bez zbędnej zwłoki zacząłem przecinać wszystkie kable.
Kilka minut później spojrzałem na swoje dzieło, zziajany i spocony, ale zadowolony. Ten samochód dalej już nie pojedzie. Jedyne, co musiałem teraz zrobić, to odnaleźć jego właścicieli.
W ciemnym, zdradzieckim lesie.

***

Ujrzałem ich, skupionych dookoła niewielkiego ogniska, po jakiejś godzinie błądzenia między drzewami. Żołądek zwinął mi się w supeł ze strachu, każdy nerw napiął się niczym uderzona struna. Bałem się, lecz jednocześnie nie mogłem odpędzić od siebie dziwnej ekscytacji.
Było ich czterech. Trzech starszych, barczystych mężczyzn z patologią i kryminalną przeszłością wypisanymi na twarzy. Wystarczył jeden rzut okiem, bym wiedział, że na ulicy omijałbym takich gości z daleka. Czwarty był znacznie młodszy, długie, brudne włosy zakrywały część jego twarzy. Nie wyglądał na takiego, co potrafi zabijać i gwałcić, nie zamierzałem jednak go oszczędzać. Skoro siedział razem z nimi, był jednym z nich.
Wszyscy zasługiwali na śmierć.
Rozmawiali o czymś, lecz przez wiatr nie mogłem ich usłyszeć. Młodszy gestykulował zawzięcie, wskazując w stronę samochodu, najwyraźniej nie podobało mu się, że mieli nocować w namiotach. Największy z nich, łysy drab z wielkim wąsiskiem, przerwał mu w pół słowa, prawdopodobnie w kilku krótkich zdaniach dając młodemu do zrozumienia, co myśli o jego podejściu do sytuacji.
Zdjąłem Winchestera z ramienia, chwyciłem go w lekko drżące, spocone dłonie. Pięć naboi, czterech ludzi. Ilu zdołam zdjąć, zanim reszta zerwie się do ucieczki? Dwóch? Maksymalnie trzech, ale tylko, jeśli dopisze mi szczęście i któryś z nich po prostu się przewróci, wystawiając przy tym na strzał. Ocalały prawdopodobnie będzie podążał w stronę Land Cruisera, chcąc uciec. Tam go dorwę.
Przyłożyłem broń do policzka, wymierzyłem w największego z nich, kładąc palec na chłodnym cynglu. Odetchnąłem głęboko, powoli, chcąc uspokoić drżenie rąk.
- Tak trzeba. Spokojnie – powiedziałem do siebie. - Tak trzeba. Na to zasługują.
Bourgle, Hope, Clara. Wiedziałem, że jeśli pociągnę za spust, nie będzie odwrotu.
Zabijając ich pozostanę człowiekiem czy stanę się bestią?
Huk strzału potoczył się echem przez las, kolba uderzyła w mój bark w momencie, kiedy pierwszy z jeźdźców runął na ziemię z przedziurawionym czołem. Pozostali zerwali się z miejsc, łapiąc za broń. Jednym, wyćwiczonym przed laty ruchem, wpuściłem kolejny nabój do komory i wymierzyłem.
Strzał.
Drugi z gwałcicieli zakręcił się niczym baletnica i runął na ziemię jak worek kartofli, trafiony w pierś.
- Kurwa, Ray! - ryknął długowłosy bandyta, biegnąc już między drzewami. Przysadzisty grubas w białej, splamionej krwią kurteczce poruszał się znacznie wolniej, utykając na jedną nogę. Wycelowałem w jego plecy, pociągnąłem za spust.
Padł na ziemię bez życia, znikając w ciemnych zaroślach.
Rzuciłem się biegiem za najmłodszym z nich, póki jeszcze miałem go w zasięgu wzroku. Co chwila traciłem grunt pod nogami, potykając się o kamienie lub wystające spod mchu korzenie. Na szczęście moja ofiara, jeszcze żywa, wcale nie radziła sobie lepiej, choć biegała szybciej. Chwyciłem wolną ręką pistolet, strzeliłem kilka razy na ślepo, licząc na cud. Na próżno. Jedyne co uzyskałem, to przerażony krzyk gówniarza. Błaganie o litość zwierzyny gonionej przez bestię.
- Zostaw mnie! - zawył rozpaczliwie.
Sekundę później usłyszałem rozrywający huk, odruchowo schyliłem głowę, jednak strzał ze strzelby minął mnie o dobre kilka metrów.
Młody dopadł do samochodu, obejrzał się na mnie. Wiedział, że nie zdąży, rzucił się więc między drzewa, chcąc mnie zgubić. Powoli zacząłem tracić oddech i siły, bałem się, że mu się uda. Adrenalina powoli przestawała działać w organizmie, odkrywając fale zmęczenia ogarniające moje ciało.
- Stój! - ryknąłem w bezsensownym akcie desperacji, rozpaczliwie łapiąc w płuca powietrze.
Za późno zdałem sobie sprawę, że popełniłem błąd.
- Tu jestem – usłyszałem głos, nie dalej jak kilka metrów po prawej. Zdążyłem jedynie unieść Winchestera jedną ręką i nacisnąć spust, nim strzał z dubeltówki rzucił mnie na ziemię, pozbawiając przytomności.

***

Ocknąłem się, kiedy słońce wisiało już na niebie. To dzisiaj. Apokalipsa, koniec świata, dzień sądu, jakkolwiek to nazwać.
Miałem dziwne przeczucie, że zostało mi zaledwie kilka minut.
Dźwignąłem się z trudem z ziemi, ledwie panując nad wstrząsanym przez ból ciałem. Obok mnie leżała broń, stary Winchester, wiedziałem jednak, że nie zdołam go podnieść. Prawa ręka zwisała bezwiednie przy ciele, siateczka płytkich, choć rozległych ran cały czas wypluwała krew. Głowę wypełniał głuchy szum, w ustach czułem gorzki posmak żółci. Świat kołysał mi się przed oczami, nie mogłem sobie jednak pozwolić na utratę przytomności.
Została mi jeszcze jedna rzecz do zrobienia.
Spojrzałem na nieprzytomnego, około dwudziestoletniego chłopaka w skórzanej kurtce leżącego kilka metrów ode mnie. Gwałciciel, morderca, pieprzony jeździec apokalipsy.
Lewą ręką dobyłem noża, chwyciłem go niezgrabnie.
Pierwszy krok. Zgiąłem się w pół, czując jak powietrze uchodzi gwałtownie z płuc. Zachłysnąłem się, ból oślepił wszystkie zmysły. Upadłem twarzą w igliwie i mech, zamarłem na moment, wdychając mocny, zmieszany z potem zapach lasu. Nie mogłem się poddać. Wyciągnąłem rękę ze nożem przed siebie, wbiłem w ziemię i podciągnąłem się, tłumiąc w sobie krzyk.
Jeszcze raz, jeszcze tylko jeden raz. Zacisnąłem zęby, rana na klatce robiła się na przemian zimna i ciepła. Niemal czułem jak uchodzi ze mnie życie. Podniosłem z trudem ramię, opuściłem, ostrze utkwiło w ziemi. Zacisnąłem palce na rączce, szarpnąłem mocno, wyrzucając ciało do przodu.
Chciałem krzyczeć, ale otworzyłem tylko usta. Też pomagało.
Stąd widziałem wyraźnie, że chłopak w kurtce oddychał. Strzał z Winchestera powalił go na ziemię, ale nie zabił.
Uniosłem rękę do ostatniego, zabójczego pchnięcia.
W tej samej chwili asteroida DA14 zakończyła swoją podróż.
Potężny jęk rozrywanej ziemi ogłuszył mnie na moment, sekundę później wszystko zatrzęsło się gwałtownie, wstrząsając moim ciałem. Rozpaczliwym gestem wbiłem nóż prosto w serce ostatniego jeźdźca apokalipsy, pozbawiając go życia.
Przed sobą, między drzewami, widziałem już mknącą w moją stronę ścianę ognia.
Jestem człowiekiem czy bestią?
Ślepi milczą, głusi przymykają oko, niemi zatykają uszy. Opętani coś wiedzą, lecz oni jedynie potępieńczo nucą.



TomaszBi
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 6

W POGORZELISKACH

Post#3 » 15 lut 2013, o 18:33

[center]TOUTATIS[/center]
Świt wstawał powoli i niechętnie, barwiąc wszystko szarym całunem, który bezustannie przykrywał coraz to nowe warstwy śniegu zmieszanego z drobinami popiołu. Ociężałe chmury leniwie toczyły się po niebie, czasami tylko zezwalając na przebłysk słonecznego światła. Prócz jednostajnego, cichego szemrania drobin spadającego pyłu, brakowało jakichkolwiek dźwięków. Spomiędzy otępiającej szarości suchego deszczu wyłoniła się zgarbiona postać szczelnie osłonięta brezentowym płaszczem, idąca powoli i jednostajnie podobnie jak wszystko wokół. U nasady kaptura widniały porysowane poliwęglanowe szybki śniegowych gogli. Poniżej ściśle dopasowana maska izolowała twarz wędrowca od temperatury i wdzierającego się wszędzie pyłu. Samotna postać powoli dotarła do wznoszących się nieopodal ruin budowli, przykrytych szarą kołdrą. Unikając wystających prętów zbrojeniowych przeszedł pomiędzy dwoma ścianami zwalonymi przez falę uderzeniową. Usiadł w rogu tworzonym przez najlepiej zachowane mury. Otaczający go brezent zmienił kształt, tworząc niewielkie igloo. Padający bezustannie pył zamienił improwizowane schronienie w ciągu kwadransa w jeszcze jedną pyłową hałdę. Tylko bardzo wyczulone ucho byłoby w stanie wychwycić cichy odgłos chrapania, tłumiony przez szum upiornego, szarego deszczu. Nikłe przebłyski słońca pomiędzy gęstniejącymi obłokami stawały się coraz rzadsze, zapadał mrok, szybko, litościwie kryjąc znękaną ziemię. Dopiero późną nocą, ostatnie, spóźnione płatki pyłu osunęły się na świeżej i lekkiej niczym puch pierzynie brudnego śniegu. Bezustanny szum zastąpiła przerażająca cisza, której nie przerywał nawet najsłabszy dźwięk. Szara, zbita pokrywa śniegu przykrywała dziesiątki kształtów pozwalających się jedynie domyślać wcześniejszego charakteru okolicy. Niegdyś ulice tętniące życiem, krzykliwe neony i potężne mury, zdruzgotane jednym ciosem bezlitosnej Natury. Wypalone trupy budynków, litościwie okryte siwym całunem, były ostatnim świadectwem cywilizacji.
Nad ranem jeden ze zmurszałych murów zaczął się rozsypywać, gdy zniszczone wiązania nie były w stanie utrzymać ani cegieł, ani zbrojeń. Huk rozsypujących się ruin rozbrzmiał niczym seria armatnich wystrzałów w martwej ciszy i poniósł się daleko w noc. Nieruchoma dotąd zaspa w załomie muru lekko zadrżała, a ukryty wewnątrz szpakowaty brunet obudził się, nasłuchując cicho w ciemnościach. Długo po tym jak umilkł grzechot roztrzaskanych cegieł, ułożył się wygodniej w niewielkim schronieniu. Wytrącony ze snu, nie próbował ponownie uciec w ramiona Morfeusza. Zamiast tego wpatrywał się w ciemność przed sobą. Po omacku ściągnął z ramienia przemyślnie sklecony futerał kryjący myśliwską strzelbę gładkolufową. Odchylony brezent wpuścił do środka nieco światła ponurego świtu oraz kilka szufli pyłu. Mężczyzna bez najmniejszego zdenerwowania, wprawnie oczyścił mechanizm broni, sprawdził jak działa i przeładował, chowając wypadający nabój do kieszeni. Westchnął głęboko i ukrył strzelbę w futerale, po czym rozpoczął szybki demontaż niewielkiego namiotu. Nie minęło piętnaście minut, gdy ruszył w drogę opuszczając ponure ruiny, wciąż śmierdzące spalenizną i straszące równie mocno w nocy jak i o brzasku. Wiatr znów zaczął szaleć pośród resztek okien, żegnając wędrowca upiornym wyciem.
[center]*[/center]
Zbocza niewielkiej kotliny pokrywał świeży pył, opadły podczas ostatniej nocy. Z szarej poduchy wystawały czarne kikuty drzew spalonych falą uderzeniową a lekki wiatr co rusz wznosił w górę tumany gryzących suchych drobin ograniczających widoczność. W oddali pojawiła się postać a zaraz za nią następna. W pyłowych obłokach materializowali się kolejni uczestnicy pochodu, wszyscy, bez wyjątku, opatuleni w grube płaszcze, chroniące przed wszędobylskimi drobinami śmierdzącymi spalenizną. Potykali się, idąc z wyraźnym wysiłkiem. Z kłębów szarości wyłonił się wóz ciągnięty przez kilka roślejszych postaci, wyładowany po brzegi dobytkiem niewielkiej karawany. Grupka dotarła do wylotu kotliny, stając przed rozległą, pustynną równiną. Łagodne stoki niskich, pyłowych wydm niknące w półmroku stanowiły jedyne urozmaicenie w monotonnym widoku roztaczającym się wokół. Ludzie idący dotąd powoli, ale pewnie, teraz jak gdyby zawahali się, widząc rozciągającą się przed nimi przestrzeń. Nieomal w tej samej chwili spomiędzy pyłowych tumanów niesionych przez równinę wyłoniła się potężna postać. Odziana była w trudne do zidentyfikowania łachmany, szarpane powiewami wiatru, odsłaniające przeraźliwie biały tors poprzecinany ropiejącymi pręgami. Widząc nieznajomego, uczestnicy niewielkiej karawany natychmiast otoczyli ciasno swój wóz.
- Stać!!! – Okrzyk goliata przedarł się przez zwały ciężkiego powietrza. Chropowaty, niosący szaleństwo głos pojedynczego śmiałka budził strach widoczny w oczach ludzi skupionych wokół wozu. Kilka najmniejszych postaci ukryło się pomiędzy szerokimi kołami pozbawionymi opon. W rękach pozostałych zabłysły noże, pojawiły się improwizowane maczugi. Dopiero teraz, jeden z najtęższych członków karawany postąpił kilka kroków przed wóz i krzyknął, starając się nadać swemu głosowi siłę.
- Usuń się z drogi! – Olbrzym skrzyżował ręce, częściowo zakrywając szeroki tors i zarechotał ukazując szczękę z mocno niekompletnym uzębieniem. Oblizał się łapczywie i pokręcił przecząco głową. Przewodnik karawany wysunął zza pasa krótką siekierkę i potrząsnął nią, dodając sobie tym ruchem animuszu.
- Nie dajesz nam wyboru – starał się przekrzyczeć szum wiatru. Wielki napastnik postąpił krok naprzód w stronę swego rozmówcy, wciąż szczerząc zęby w okrutnym grymasie, nie zwracając uwagi na pył cisnący się do owrzodzonych ust. Do ludzi zebranych wokół wozu dotarł tylko początek wypowiedzi olbrzyma, mrożącej krew w żyłach.
- Nie jedliśmy już bardzo długo... – Przewodnik obrócił się na moment i serce podeszło mu do gardła. Wzdłuż niskich zboczy kotliny dostrzegł kilkanaście przemieszczających się cieni, kierujących się w stronę wozu. Niczym lwy podchodzące stado antylop. Gdzieniegdzie rozległy się upiorne chichoty kanibali. Zrozumiał, że nie będzie żadnych negocjacji a klucz do życia spoczywa w jego prawej dłoni, w postaci ostrza siekierki. Powoli zwrócił wzrok na goliata wciąż stojącego w odległości kilku kroków, czując bicie własnego serca. I wtedy spojrzał wprost w przekrwione oczy olbrzyma pochylonego do przodu i spiętego niczym sprężyna do szarży, z podniesionymi do ciosu potężnymi dłońmi. Chciał coś krzyknąć, zagrzać resztę karawany do walki, ale zmartwiałe ręce, które nigdy nie skrzywdziły drugiego człowieka, odmówiły posłuszeństwa. Dopiero krzyk rozpaczy przy wozie obudził umysł przewodnika, budząc w nim instynkt przetrwania. Zdołał nawet unieść siekierkę do ciosu, ale w tym samym momencie potężna pięść prowadzona z bezlitosną celnością połamała mu nos, odrzucając do tyłu ciało nieszczęśnika. Goliat z twarzą wykrzywioną grymasem satysfakcji wyskoczył w górę, by trafić ciężkimi nogami na głowę swego przeciwnika, która pękła z głuchym odgłosem. Przy wozie rozległy się wrzaski pozostałych kanibali a skarga umierających niosła się szeroko w pustynię. Tylko kilkoro wędrowców zdołało stawić opór, stłamszony przez liczebną przewagę bezwzględnych napastników. Goliat kucnął przy ciele swego przeciwnika i patrząc na rozgrywające się przed nim sceny podniósł z ziemi kilka jeszcze ciepłych zwojów mózgu i zaczął je kąsać, połykając z lubością. W jego gardle rozbrzmiał nierozpoznawalny gulgot, do którego dołączył chór przy wozie. Kanibale, czując świeżą krew tracili całkowicie kontrolę nad sobą, działali jak w amoku, rozrywając ciała zabitych, kąsając drgające w przedśmiertnych skurczach kończyny.
Dantejskie sceny obserwowała z oddalonej wydmy skulona postać. Tkwiła nieruchomo, starając się nie zdradzić najmniejszym gestem swej obecności. Jeszcze przed chwilą chciał podejść do karawany, otworzyć usta, zamienić choć kilka słów. Zwykły kaprys losu i łut szczęścia uchronił go od wystąpienia w roli makabrycznego posiłku dla hordy zwyrodnialców. Spomiędzy fałd brezentowego płaszcza wystawała lufa karabinu, a palec cały czas spoczywał na spuście. To już był trzeci raz, gdy zaskakiwały go niesamowite zdolności kanibali do podróżowania na pyłowej pustyni i ich wyczucie kierunku. Skulona postać powoli odchyliła gogle, ponuro wpatrując się w odległą sylwetę potężnego goliata wciąż odrywającego kęsy ciała swej ofiary. Smugi krwi spływały po białym torsie tworząc przerażające widowisko. Kanibal na chwilę znieruchomiał i trzymając w ustach kawał krwistego mięsa spojrzał wprost na wydmę. Wędrowiec wstrzymał oddech i chociaż pobladł, szare oczy pozostały spokojne. Przez długą chwilę wydawało się, że zagląda wprost w oczodoły goliata ogarniętego szaleństwem, upojonego ludzkim mięsem, który za chwilę ruszy w stronę nowego łupu. Minęły trzy uderzenia serca, które wędrowiec wyraźnie czuł w piersi osłoniętej szerokim płaszczem. Wtedy kanibal odwrócił wzrok i chwycił kolejny makabryczny kęs, w którym można było rozpoznać fragment dłoni.
Pozostała część hordy ociężale wdrapała się na wóz i rozpoczęła plądrowanie. W górę poleciały pieczołowicie spakowane węzełki, stare koszyki i fragmenty pościeli. Czynili to powoli, bez entuzjazmu, sycąc się pełnymi brzuchami i wszechogarniającym spokojem, który nastąpił po orgii gwałtów i kanibalizmu. Jakaś postać usiłowała wyczołgać się spod wozu, ciągnąc za sobą pokiereszowaną nogę. Nie zdążyła odejść, gdy jeden z kanibali od niechcenia zamachnął się trzymaną w dłoni siekierą, trafiając uciekającą w plecy. Znieruchomiała bez jęku, wykrwawiając się powoli wśród kilkunastu półnagich drapieżców. Dopiero po dłuższej chwili jeden z nich zainteresował się bliżej krwawiącą ofiarą. Uniósł w górę kamień i kilkakrotnie, z całej siły uderzył w głowę rannej, miażdżąc ją całkowicie. Zabójca odrzucił zakrwawione narzędzie mordu i nachylił się nad ciałem, ciągnąc w stronę wozu swój łup. Wkrótce nad polem makabrycznej uczty zapadł spokój a nasyceni kanibale legli tak, jak stali, wśród swych ofiar, by odpocząć po trudach mordowania.
Zapadał już mrok, gdy pomiędzy leżącymi ciałami pojawiła się sylwetka goliata. Na jego torsie widniało kilka smug, pokrytych pyłem. Kopniakami budził swych kompanów, niechętnie podnoszących się z leży. Nadchodziła noc a wraz z nią mróz, przed którym nawet horda musiała się kryć. Kilka wrzasków przywódcy wystarczyło, by kanibale, niosąc część swego krwawego łupu ruszyli przez wydmy, znikając w ciemnościach. Jednak dopiero, gdy zapadła niemal całkowita ciemność, niewielkie wzgórze na szczycie wydmy znikło by ujawnić wysoką postać ostrożnie kierującą się w stronę miejsca rzezi. Minął szczątki przewodnika karawany, niemal całkowicie oczyszczone z mięśni. Z mroku wyłonił się wóz i leżące wokół ogryzione do kości ciała uczestników karawany. Wśród nich, ku swemu zdumieniu dostrzegł ciało jednego z kanibali, również częściowo zjedzone. W półmroku widział twarz młodego mężczyzny wykrzywioną w potwornym strachu, z głęboką, szarpaną raną szyi. Obok leżały szczątki kobiety, rozpoznawalne jedynie po spódnicy. Zamknął na moment oczy i odetchnął głęboko. Mimo głodu, szarpiącego jego wnętrzności nie mógł zmusić się do przeszukania ofiar. Wszedł na wóz i metodycznie zaczął przerzucać zawartość tych paczek, które zachłanni napastnicy nie pozrzucali na ziemię, tratując i niszcząc. Już tracił nadzieję na odnalezienie jakiejkolwiek żywności, gdy znalazł kilka pogniecionych konserw. Zagarnął je do przepastnego plecaka i spokojnie zszedł z wozu. Nie chciał pozostawać w tym miejscu przesyconym śmiercią ani chwili dłużej niż to było konieczne. Szybkim krokiem ruszył w kotlinę skąd nadeszła karawana. Mimo narastającego zmęczenia i spadającej temperatury parł naprzód a siły dodawały mu krzyki ofiar kanibali wciąż brzmiące w jego umyśle. Każdy krok oddalający go od miejsca upiornej uczty, uspokajał. Na postój, wędrowiec zatrzymał się dopiero po północy, szczególnie uważnie dobierając sobie na miejsce noclegu niezbyt duży, ale głęboki dół. Utworzywszy ze swego płaszcza twarde sklepienie, zasnął niespokojnym snem. Dookoła zapanowała martwa cisza, nawet pył przestał sypać z nieba.
Obudził się nagle i przez chwilę spoglądał w ciemność, nasłuchując. Dopiero po chwili odkrył brezent tworzący schronienie i zmrużył oczy uderzone światłem słonecznym, przeświecającym przez zawiesinę drobin popiołu unoszącą się w powietrzu. Zaklął pod nosem, zły na siebie za tak długi sen. Ostrożnie wychylił głowę z dołu. Jak okiem sięgnąć rozciągała się szara pofałdowana pustynia. Spokój i cisza. Wzruszył ramionami i ukrył się z powrotem a burczący brzuch przypomniał mu o konserwach znalezionych w wozie karawany. Wprawnie otworzył jedną z nich i wokół zapachniało wędzoną rybą. Przez długą chwilę sycił się tym zapachem, uśmiechając się pod nosem. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu mógł poczuć coś innego niż odrazę, w przeciwieństwie do tego, co zazwyczaj udało mu się zdobyć, by pokonać te nieustające uczucie głodu. Sięgnął do puszki, sycąc się znakomitym smakiem potrawy. Zawartość pojemnika znikła w błyskawicznym tempie. Zwalczył chęć pożarcia całości cennego łupu za jednym zamachem, powoli chowając do obszernych kieszeni pozostałe puszki bacząc by grzechotem nie zdradziły jego obecności. Ukrywszy pozostałą część ekwipunku w obszernym płaszczu podniósł się by opuścić zagłębienie i spojrzał prosto w przekrwione oczy kanibala, równie zaskoczonego jak wędrowiec. Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem, stojąc w bezruchu jak dwa drapieżniki. Mężczyzna kątem oka dostrzegł naprężające się mięśnie przeciwnika drgające pod strzępami pokrwawionej odzieży, szykującego się do skoku i ruchem szybkim jak myśl dobył strzelby. Gdy huknął strzał, gruby śrut wyszarpał spory kawał mięśni w szerokim torsie kanibala. Trafiony obrócił się wokół własnej osi i stoczył się po zboczu niewielkiej wydmy, zostawiając za sobą krwawy ślad. Wędrowiec rozejrzał się czujnie i nie dostrzegając dalszego zagrożenia podbiegł do bezwładnego ciała. Ciężko ranny przeciwnik próbował zagarniać pył zmieszany ze śniegiem, przesuwać się, ale upływ krwi po dłuższej chwili pozbawił go przytomności. Dopiero teraz jego pogromca odwrócił się i wdrapał z powrotem po łagodnym zboczu wydmy by upewnić się, że nic nie zostawił. Poprawił oporządzenie i miał właśnie zejść na drugą stronę wydmy, gdy dostrzegł but wystający za krawędzią zbocza, skąd wyskoczył kanibal. Spokojnym krokiem podszedł do ofiary kanibala i zatrzymał się spoglądając w milczeniu na dwa leżące bezwładnie ciała. Okryte fragmentami skór, papieru i pokrwawionych szmat wyglądały podobnie jak członkowie karawany, zaatakowanej przez hordę kanibali. Na wspomnienie nocnego horroru wzdrygnął się. Po dłuższym namyśle kucnął obok ciał, obszukując pierwsze z nich. Sztywność członków wskazywała na to, że śmierć przyszła już dość dawno temu. Nic nie znalazł, toteż postąpił krok, klękając przy drugiej ofierze. Ta była wiotka. Drobne ciało poddawało się jego ruchom. Gdy obrócił je na plecy i przesunął dłonie ku szerokim kieszeniom na piersiach ofiary, wyczuł bicie serca. Odskoczył jak gdyby uderzył go prąd. Zorientował się, że spomiędzy zlepionych pyłem ciemnych, długich włosów przykrywających twarz ofiary spogląda nań para śmiertelnie przerażonych, błyszczących oczu. Postąpił krok do tyłu i usiadł w kucki, wciąż patrząc na leżącą kobietę. Łapała oddech niemal niezauważalnymi, drobnymi ruchami klatki piersiowej. Nie poruszała się, niczym wykuty z ciemnego marmuru posąg. Mijały minuty, słońce na kilka minut przebiło się przez pyłowe chmury, oświetlając zbocze wydmy.
Wędrowiec podjął decyzję. Podniósł się by ruszyć naprzód, gdy usłyszał cichy, błagalny szept.
- Nie – mogło się wydawać, że to wiatr zagrał wśród niskich wydm, ale wzniesiona, niewielka dłoń kobiety, wzdłuż której osypywał się pył dowodziła, że się nie przesłyszał. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie zniechęcenia.
- Proszę – wyszeptała z wysiłkiem, przez spierzchnięte, wyschnięte i spękane wargi. Dłoń bezwładnie opadła w brudny, mokry szlam powstały z pyłu i śniegu. Zamyślił się na chwilę, nie patrząc na leżącą. Dopiero po dłuższej chwili ponownie ukląkł przy niej, szybkim ruchem wydobył jedną z konserw po czym energicznie wstał by odejść. Poczuł lekki chwyt za połę płaszcza, ale drobna dłoń nie miała siły. Spojrzał prosto w oczy trawione gorączką i zacisnął zęby, wściekły na siebie. Przez chwilę walczył jeszcze z ludzkimi odruchami budzącymi się w głębi umysłu. Starał się przywołać obrazy z nocnej rzezi, ale zdawał sobie sprawę z tego, że już przegrał z przerażonym wzrokiem drobnej dziewczyny krzyczącym w niemej panice o pomoc. Toczył tę wewnętrzną walkę sam ze sobą, aż uległ i zrezygnowany usiadł na zboczu. Spod płaszcza wyciągnął złożony na czworo zapasowy fragment brezentu i rzucił go przy leżącej. Niedoszła ofiara kanibala z wysiłkiem usiadła, starając się nie patrzeć na martwą towarzyszkę. Drżącymi dłońmi otarła twarz ze śniegowo-pyłowej mazi, pozostawiając szerokie smugi uwydatniające kości policzkowe, ukradkiem spoglądając na wędrowca.
- Załóż to na ramiona i głowę w ten sposób – odezwał się cichym, zniecierpliwionym głosem, wskazując prawą dłonią na swój płaszcz. – Będzie cię chronił przed pyłem i zimnem. – Skinęła potulnie głową, nic nie mówiąc, niezgrabnie rozkładając podarowany jej brezentowy pokrowiec. Założyła go na siebie, formując przy głowie szeroki kaptur, całkowicie kryjący twarz.
- Wstań! – Posłusznie podniosła się z ziemi, lekko chwiejąc się na nogach. Stanął przy niej i obwiązał nową towarzyszkę w pasie długim sznurkiem, wyciągniętym z przepastnych kieszeni, zabezpieczając improwizowany płaszcz przed rozsunięciem. Pokiwał głową, jak gdyby podziwiał swoje dzieło i mruknął pod nosem.
- Na razie wystarczy, potem trochę to dopracujemy – nie pytając o nic więcej, odwrócił się i ruszył naprzód, byle dalej od miejsca rzezi. Kiedy po chwili obejrzał się, dostrzegł, jak dziewczyna z pewnym wahaniem zostawia martwą i idzie za nim niczym zbity pies, z pochyloną głową i opuszczonymi ramionami. Dookoła było pusto, toteż uspokojony trzymaną dotąd w dłoni strzelbę ukrył w pokrowcu zwisającym wzdłuż prawego boku i zwolnił nieco kroku, pozwalając się dogonić jedynej ocalałej z karawany. Szli wprost w stronę gorejącego na niebie słońca, co rusz przebijającego się przez pyłowe chmury, odzyskującego domenę, zagarniętą przez ciemności na ponad pięćdziesiąt miesięcy...
Tomasz Biedrzycki ( tak mi jakoś ucięło końcówkę nazwiska w nicku :) )
Piszę, piszę i opinii poszukuję ;)

Awatar użytkownika
whatsername
Furia Pustyni
Furia Pustyni
Posty: 1546

W POGORZELISKACH

Post#4 » 16 lut 2013, o 00:41

Klemens był jedynie starym, sflaczałym żółwiem. Niczym ani nikim innym. Tylko żółwiem. Cały jego świat zamykał się w czterech przeźroczystych, grubych szybach średniej wielkości akwarium. Czuł się tam wybornie – nie wiedział, czy na świecie żyły jeszcze jakieś inne Klemensy, ale na pewno ich akwaria nie były tak wygodne, a sałata tak pyszna.
Każdy jego dzień był różny od poprzedniego. Codziennie usadawiał się wygodnie przy miejscu, gdzie Wielka Ręka co ranek kładła dwa liście zielonej, soczystej sałaty i patrzył w dziwne, dość duże pudełko, w którym ktoś uwięził ludzi, całkiem podobnych do jego Wielkiej Ręki. Co ciekawe, za każdym razem były to różne osoby i Klemens za nic nie potrafił wytłumaczyć sobie, jak oni się tam dostawali. Ach, ileż nocy zarwał, próbując nakryć ich na wychodzeniu z pudła! Albo chociaż na wchodzeniu do środka… Nigdy mu się ta sztuka nie udała, nad czym niezwykle ubolewał.
Potem chwilę spał, aż nie dostał jedzenia. Na drugi posiłek przypadał mu zazwyczaj jakiś mleczyk, robaczek czy – jego ulubiona – marcheweczka. Dni z marcheweczką były zawsze udane i nawet krzyki Małej Ręki nie potrafiły go zdenerwować. A Małej Ręki nie znosił. Chodziła po domu w samych majtkach, takich bardzo dużych, często z brudną buzią, krzycząc, plując, płacząc i stukając w jego domek.
Po drugim posiłku podchodził pod jedną ze ścian i oglądał swoje nieodzowne towarzyszki. One również mieszkały w akwarium – trochę większym niż jego – całym wypełnionym wodą, czego kompletnie nie rozumiał. Woda była po to, żeby moczyć w niej pyszczek i od czasu do czasu się jej napić – ale żeby w niej żyć? Klemens spróbował kiedyś wsadzić całą głowę do miseczki z wodą, ale nie był w stanie w niej wytrzymać! Obraził się przez to wielce na swoje towarzyszki – no bo dlaczego one mogły, a on nie? – lecz szybko mu przeszło.
Ale patrzenie na rybki nie mogło przecież zajmować mu całego dnia. Spacerował więc po swoim świecie, co wcale nie zajmowało mu mało czasu – a że był już stary i powinien gimnastykować nóżki najczęściej, jak się da, robił to z największą przyjemnością.
Klemens lubił swoje życie. Uważał się za szczęściarza – bo któżby inny mógł mieszkać w tak pięknym akwarium, żywiąc się tak pysznym jedzeniem, mając tak dobrą Wielką Rękę i mogąc oglądać największe dziwy tego świata bez ingerencji w nie?

Klemens wcale nie był aż takim szczęściarzem, jak mu się wydawało. Jego Wielka Ręka to zła, podła kreatura. Ale on nie zdawał sobie z tego sprawy.
Pewnego dnia – a było zimno, bardzo zimno – jego Wielka Ręka rozwieszała dziwne, malutkie lampki na ścianach pokoju. Rozświetlały pomieszczenie na różne kolory, z których najmocniej przebijały się czerwień i zieleń. Klemensowi niezwykle się to podobało, podobnie jak figurka człowieka, bardzo podobnego do tych z pudła, całego ubranego na czerwono-biało, z długą, siwą brodą i ogromnym brzuchem. Stał sobie spokojnie między dwoma akwariami. To nie pierwszy raz, kiedy go widział.
Lecz kiedy Wielka Ręka wieszała lampki na ścianie tuż naprzeciwko jego akwarium, rozległ się krzyk. Mała Ręka ponownie zaczęła swój niezwykle męczący koncert i wpadła do pokoju, w którym mieszkał Klemens.
To był dzień bez marcheweczki.
W ciągu następnych piętnastu minut wydarzyło się wiele ważnych, acz dziwnych rzeczy. Wielkie Ręce bardzo krzyczały – bo nagle zrobiło się ich więcej – aż w końcu znalazły się w jego pokoju. Darły, biły się i kopały – a Mała Ręka stała z boku i wyła w niebogłosy. Klemens uważał tę zabawę za niezwykle dziwną, ponadto czas płaczu dziecka był o wiele dłuższy niż zazwyczaj, więc wyczuwał w powietrzu coś niedobrego.
I coś bardzo niedobrego stało się niedługo później.
Największa Wielka Ręka, jaką Klemens kiedykolwiek widział, podniosła stołek i rzuciła nim w stronę akwariów. Mała Ręka zaczęła się zanosić i zsiniała na twarzy. I ten właśnie widok był ostatnim, jaki zapamiętał przed Czarną Pustką.

Klemens leżał na przemoczonym dywanie cały obolały. Tuż obok spoczywała ogromna ilość odłamków szkła – szkła, które tworzyło akwarium – jego dom, jego świat. Jego calutki, caluteńki świat. Na jednym z odłamków zauważył towarzyszkę – nazywał ją Balonem, bo była gruba. Dziwnie się szamotała, dostała drgawek. A potem zupełnie opadła z sił.
Świat żółwika dobiegł końca, pomimo tego, że przetrwał tę Apokalipsę.
Rybki nie miały tyle szczęścia.
where does everybody go when they go?

damakarro
Zdobywca Artefaktu 2012
Posty: 530

W POGORZELISKACH

Post#5 » 16 lut 2013, o 17:32

Haunted pisze:[center]"W obliczu apokalipsy nie ma bogatych czy biednych, szlachetnych czy zepsutych. Jedyną kwestią jest to, czy umrzesz jako człowiek, czy jako bestia"[/center]


Dobre. :)

Jestem człowiekiem czy bestią?


Jak dla mnie potraktowałeś tych jeźdźców cholernie niską taryfą ulgową. Za taką rzeź na niewinnych ludziach i na kobiecie, która dla bohatera znaczyła wiele, kulka w plecy z zaskoczenia to za mało. Tacy cwaniacy, którzy myślą, że w obliczu totalnej zagłady wolno im wszystko, zasłużyli na powolne cierpienie i umieranie. Żeby mieli świadomość jak to jest, gdy ich życie odliczane w ostatnich minutach nie kończy się tak wspaniale jak to sobie zaplanowali. Że odchodzą z tego świata w takim samym bólu i cierpieniu jak odeszli przez nich bogu ducha winni ludzie.
Chyba właśnie znalazłam odpowiedź na pytanie bohatera. :)

Jeżeli chodzi o całość. Jak zawsze postarałeś się o dobre opisy miejsc i emocje bohaterów. Motyw odwetu za bliską ci osobę jest trochę taki kulawy. Sam w sobie jest dobry, ale byłby bardziej realny gdyby ta tragedia rozegrała się na oczach bohatera lub gdyby została uprowadzona a on ścigając oprawców, znalazł gdzieś na odludziu zmasakrowane ciało.

Gdzieś tam w tekście rzuciło mi się słowo łutu. Brzmi jakoś tak nieciekawie. Zamieniałbym je na odrobinę cholernego szczęścia.

Gratuluje pomysłu i opisów. Event bardzo mi się spodobał. :-)

Tomaszu i Whatsername do waszych tekstów też napisze komentarze. Nie lubię się zawalać kilkoma tekstami na raz. Cierpliwości.
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1811

W POGORZELISKACH

Post#6 » 18 lut 2013, o 19:51

Haunted - podoba mi się motyw zrównania biblijnych jeźdźców do zwykłych ludzi. Jest to zdecydowanie ciekawa koncepcja, a przebijające się co jakiś czas pytanie bohatera o jego własnej naturze wprowadza w klimat. Tekst jest dobry. Na twoim miejscu podrasowałabym go troszkę i wysłała na konkurs, bo zawiera w sobie to, co lubię: bohater to dobry materiał na skurwiela, surowe podejście do życia, dobre opisy. I emocje. Tak, to zdecydowanie największy plus opowiadania. Budowanie napięcia, ukazanie bohatera od strony emocjonalnej. Trafione przede wszystkim zachowania. Cholercia, i koniec, gdzie wracamy do początku tekstu i dowiadujemy się o przykrym końcu jest odpowiednim finałem. :)

TomaszBi - Mocne. Opisy obrazowe, długie i stymulujące wyobraźnię. Podobało mi się, aczkolwiek zła jestem na ciebie, że nie porozdzielałeś tekstu akapitami (większą ilością), bo ta ściana tekstu zniechęca i w pewnych momentach wprowadza chaos. Czasami gubiłam się w akcji i musiałam wracać, co jest tutaj winą nie wyrównania tekstu i wyważenia treści. Pod tym kątem treść była nieprzystępna. Zdecydowanie klimat opowiadania byłby lepszy, gdyby wrażenie wizualne odbudować. Co do samej treści - motyw dobry, działania bohatera są mi znane i bliskie sercu; człowiek aby przetrwać nie bawi się w bohatera, a kryje się po kątach i prześlizguje jak szczur. Zdecydowanie na plus.
Surowy klimat, barwnie opisany, i ciekawy bohater, choć wydał mi się nieco bezbarwny, jednakże pod kątem wykazania go jako jednostki chcącej tylko przetrwać do zaakceptowania. Momentami za dużo powtórzeń, które z łatwością mogłyby zostać wyeliminowane.
Radziłabym jeszcze zapoznanie się z zasadami interpunkcji, zwłaszcza ze wstawianiem przecinków przed "a". :)

Whatsername - Mamy motyw apokalipsy w innym wydaniu. W dość żartobliwy i ciekawy. Jak zawsze napisany dobrym językiem, który każe czytać od początku do końca bez przerw. Plus za to. Jednak jak dla mnie tekst trochę za bardzo odbiega od tematyki apokalipsy. Niby zawarte jest, wytłumaczone, ale do mnie nie przemawia.
A tak czułam, że ktoś w ten sposób ujmie tę tematykę. :D


A na koniec dodam swój tekst, który napisałam tylko dlatego, żeby było więcej uczestników i moderacja nie wyszła na super leserów. :D Cieszcie się tym gniotkiem. 8-)


Bariera

Spoglądał na świat spowity dymem, unosząc grube, mięsiste wargi. Cienkie, ale długie i ostre kły ociekały fioletowym, skwierczącym kwasem. Wydawał z siebie ponury, złowróżbny warkot, gdy tylko do małych, odstających uszu dobiegał stukot kobiecych obcasów, dźwięk silnika, śmiech przebiegających obok dzieci i rozmowy angielskich dżentelmenów. Każda oznaka życia wywoływała w nim agresję, która narastała z każdą sekundą. Oddzielony cienką, czerwono-miedzianą membraną i czując dalej swąd siarki, nie dosięgał go zapach strachu, spowijający plugawą Ziemię. Wiedział, że anioły wstrzymały oddech i to one musiały cuchnieć. Boże Sługi, wielcy święci ze słowem na ustach zamiast stalą w dłoniach! Ach, jakże on pragnął wyczuć ich przerażenie!
Uderzył łapą w barierę, domagając się wypuszczenia. Szpony zgrzytnęły, nie pozostawiając rysy. Bordowa łuska błysnęła złowrogo. Nic bardziej nie pochłaniało jego uwagi niż czekanie pełne snucia ponurych i krwawych wizji. Za każdym razem, gdy nad nim przechodziło żywe mięso, uderzał niecierpliwie w membranę, chcąc pochwycić ofiarę za kostkę u nogi i wciągnąć do swego małego piekiełka.
Żądza w nim wzmagała, ktoś za nim szepnął: „To już za chwilę” i zadrżał, to zaciskając łapę, to rozluźniając. Mięśnie napinały się, czuł na karku oddechy kilkudziesięciu pobratymców, ich ekscytację i niecierpliwość. Ogień trawił serce, a umysł spowiła mgła. Nie liczyło się nic prócz celu. Ani jego armia, ani jego życie. Ważny był tylko plan.
Zasyczał, by zaraz wydać z siebie triumfalny okrzyk, który rozpoczął krwawą masakrę. To Władca Piekieł, niegdyś archanioł, usunął barierę. Membrana powoli zanikała, świat stanął przed nim otworem, a cudowny zapach przerażenia anielskiej braci owionął ich niczym morska bryza. Demony rzuciły się do przejścia, wyrastając przed ludźmi spod ziemi.
Pierwszy krwawy, rozszarpany mózg naznaczył początek masakry, potwierdzony donośnym i drwiącym z Boga śmiechem Lucyfera. Niech Ziemia zadrży w posadach, niech ludzie modlą się nie posiadając nadziei, a anioły niech zdychają na ich oczach! Tylko tego pragnął Upadły.
Po prostu robię za zły charakter.

TomaszBi
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 6

W POGORZELISKACH

Post#7 » 19 lut 2013, o 12:22

Dziękuję za krytyczne uwagi, po powrocie z pracy biorę się za poprawki :)

I część już usunąłem :) (mam nadzieję )
Tomasz Biedrzycki ( tak mi jakoś ucięło końcówkę nazwiska w nicku :) )
Piszę, piszę i opinii poszukuję ;)

a_cappella
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 290

W POGORZELISKACH

Post#8 » 19 lut 2013, o 22:37

Po raz kolejny wyszło na to, że jestem z tych, co dużo gadają, a mało robią, obiecują, że coś napiszą, a potem się okazuje, że to słomiany zapał... Ech. Cóż. Teraz mam czas, to przynajmniej w ramach rekompensaty skomentuję co nieco.

Whatsername, zaczęłam od Twojego tekstu, bo byłam ciekawa, co miała na myśli Kostucha pisząc, że ktoś ujmie tematykę w ten sposób, przyszło mi w związku z tym do głowy kilka pomysłów, ale żółwia... Żółwia się nie spodziewałam! xD Jedak samo zagadnienie ujęłaś tak, jak ja chciałam to zrobić, mianowicie pokazałaś, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a obraz świata od tego, kto go postrzega.
Moją sympatię do Klemensa wzbudziłaś już w pierwszym zdaniu (chyba określeniem 'sflaczały' :D). Skojarzył mi się od razu z gderliwym staruszkiem siedzącym w fotelu, który niby narzeka, że najlepsze czasy ma już za sobą, a jednocześnie wie, że taka jest kolej rzeczy i teraz czekanie na rzeczoną marcheweczkę powinno wyznaczać rytm jego dnia. Opisałaś go tak, że widać dokładnie żółwią naturę Twojego bohatera i porządek rzeczywistości ograniczonej szklanymi ścianami, cały świat żółwika o małym rozumku.
Podsumowując - jestem na tak, fajne spojrzenie i sympatyczne (mimo że zakończone - jak by nie patrzeć - apokalipsą) opowiadanie.

Kostucha - lubię krótkie teksty. Urywki historii. Bezpośrednie opisy chwili. Nie miałam problemu ani z wczuciem się w klimat, ani z wyobrażeniem sobie tej sceny - z jednej strony śliniąca się bestia gotowa w każdej chwili zgładzić wszystko, co stanie jej na drodze, z drugiej codzienność, niczego nieświadomi 'angielscy dżentelmeni', zabiegany świat. Wściekła czerwień przeciwko szarości.
[Jakoś wyjątkowo spodobało mi się określenie 'małe piekiełko' i fragment o rozszarpanym mózgu, wpasowały się idealnie w konwencję, ale to tylko tak nawiasem. xD]
A jeśli chodzi o sprawki techniczne - moim zdaniem trochę przesadziłaś z ilością przymiotników na początku, poczułam się dość oszołomiona, dostając już w pierwszych kilku zdaniach taką dawkę. :D

+
Kostucha pisze:Wiedział, że anioły wstrzymały oddech i to one musiały cuchnieć.

Cuchnąć...? :D

Kostucha pisze:Ani jego armia, ani jego życie.

Hmm, usunęłabym jedno z dwóch 'jego', trochę zgrzyta.

Haunted, Tomaszu - pozwólcie, że Waszymi tekstami zajmę się później. ;)

* * *

Edit: Haunted, uśmiecham się, kiwam głową i nie mam bladego pojęcia, od czego zacząć komentarz, tak mi się podobało!
Może więc na początek narracja: powiem szczerze, że do tej pierwszoosobowej przekonały mnie opowiadania Kinga, jego postacie nie irytują, a intrygują, nie sprawiają, że chcę jak najszybciej skończyć, przeciwnie - przyjemnością jest czytanie każdego zdania. Tak było u Ciebie - Twój bohater to, jak wcześniej wspomniała Kostucha, dobry materiał na skurwiela (bo najgroźniejsi są ci, którzy nie mają już nic do stracenia...), jednak nie budzi odrazy, a w jakiś sposób... daje się lubić, dzięki świetnym opisom emocji byłam nawet skłonna opowiedzieć się po jego stronie. Jest przestrzenny i wielowarstwowy, sprzeczności, których jest pełen, czynią go wiarygodnym i interesującym.

Haunted pisze:Paradoksalnie, mimo tego, że chciałem sobie strzelić w łeb, nigdy tak naprawdę nie przestałem troszczyć się o tych ludzi. Nie potrafiłem się od nich odsunąć, nie potrafiłem być obojętny. Stanowiłem połączenie dobrego serca i chwiejnego umysłu samobójcy. W piątkowe noce potrafiłem faszerować się heroiną, by w sobotę pomagać Ariadne sprzątać w domu.
Nigdy nie próbowałem znaleźć dobrego określenia na siebie, ale popierdolony chyba nadawało się idealnie.

O tu! Tu mnie kupiłeś! :D

Jeźdzców apokalipsy również przedstawiłeś ciekawie - gdy pierwszy raz trafiłam na wzmiankę o nich, automatycznie stwierdziłam, że przecież nie pasują, przed oczami miałam ich stereotypową wizję: wojownik, umięśniony koń, dzidy i anielskie chóry dmące w róg w blasku niebezpieczeństwa. A jednak Twoi pasowali. Kto wie, czy to właśnie nie ludzie, których wewnętrzna bestia desperacko zapragnie wolności, sprowadzą na nas koniec świata? Czy sami się kiedyś nie powystrzelamy nawzajem, zabijając wcześniej resztki moralności?

Słowem - wszystko jest tak, jak być powinno. Pomysł, realizacja, dopracowany bohater, odpowiednie tempo akcji... Cytat umieszczony na początku jest idealnym podsumowaniem. Opowiadanie pachnie zniszczeniem i ma posmak krwi. Jestem pod wrażeniem, no! Jedną tylko mam uwagę, taką malutką:

Haunted pisze:Formalnie to dalej była kradzież – ale kto mnie za to ukaże?

Ukarze. Rzuciło mi się w oczka, jednak ginie w gąszczu pozytywów!

Haunted
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 249

W POGORZELISKACH

Post#9 » 28 lut 2013, o 16:47

Dzięki wielkie ;) Cieszę się, że się podobało. Ja ostatnio jestem przytłoczony przez kierunek i pracę nad moim projektem, ale przeczytałem akwarium i tekst Kostuchy. Wypowiem się na weekend albo w tygodniu, obecnie ledwie patrzę na oczy.
Ślepi milczą, głusi przymykają oko, niemi zatykają uszy. Opętani coś wiedzą, lecz oni jedynie potępieńczo nucą.



Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4905

W POGORZELISKACH

Post#10 » 28 lut 2013, o 22:52

Przeczytałam jak na razie połowę - teksty w. i Koś. Tylko na tyle starczyło m i czasu, więc najdłuższe pozostaną na przystawkę ;)
Swoją drogą nie myśleliście o tym, by umieścić swoje teksty dodatkowo w działach "Spod piórem"? Szkoda, by tutaj się zakurzyły, gdy już wszyscy zainteresowani eventami przeczytają i skomentują, są warte wystawienia na widok wszystkich, dwóch tekstów może i nie czytałam, ale po komentarzach wierzę, że są tak dobre, jak mówią :D

Komentarz będzie może nieco zbyt krótki niż te teksty zasługują, ale nie chcę kazać wam czekać dłużej. Łapankę też odpuszczę - to, co eventowe, moim zdaniem rządzi się nieco innymi prawami. Mniej drobiazgowości, więcej przyjemności, może tak ;)
To, co przeczytałam, spodobało mi się - oba teksty to dobre wykonanie i ciekawy pomysł, jeden żartobliwy, drugi poważny.
Klemens jest świetnie napisany, w humorem i urokiem, dzięki któremu ten tekst nie tylko bawi, ale wciąga, przywiązuje do postaci, a na końcu smuci. Końcówka jest mocna, a historia niby przedstawiona przez obserwacje nic nie rozumiejącego żółwia jest świetle nakreślona. Ogromny plus za Małą i Wielką Rękę. Cieszę się, że ktoś zdecydował się na takie podejście do tematu, na coś takiego czekałam.
Koś - to jest coś, co bardzo chętnie przeczytałabym w dłuższym wydaniu, bo po tym odczuwam spory niedosyt. Pomysł naprawdę zasługuje na dużo, dużo więcej, nawet w tak krótkim urywku porwałaś mnie. Dobrze opisana wyrwana z kontekstu scena, ale chcę całość! :P
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Wróć do „Konkursy, plebiscyty i pojedynki”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość