Stara plebania

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Alijar
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 9

Stara plebania

Post#1 » 8 paź 2018, o 12:50

Wiekowy tramwaj kołysał się hałaśliwie jadąc po prastarych szynach. Pasażerowie w jego słabo oświetlonym wnętrzu zastygli w chwiejnym bezruchu. Przemoknięci i zmęczeni trwali w stanie graniczącym z letargiem. Patrzyli nie widząc, kiwali się na ławkach, nie zdając sobie sprawy z ruchu. Tylko na przystankach wstępowało w niektórych życie, zrywali się szybko i wyskakiwali z wagonu, a na ich miejsce zjawiali się inni, jeszcze bardziej zmoknięci i jeszcze bardziej zmęczeni. Wilgotne powietrze przesycone było nieprzyjemnym zapachem długo noszonych, mokrych ubrań. Na szybach od rana już osiadały małe kropelki pary, łączyły się powoli w większe krople, i podobnie jak pasażerowie, którzy dojechali do przystanku nagle opuszczały swoje miejsce, i szybko spływały w dół. Na zwolnionym kawałku szyby znów osiadały maleńkie kropelki...
Hania, siedząc przy oknie, przecierała co chwilę szybę rękawiczką. Wpatrywała się w znajomy obraz przesuwający się przed jej oczami. Szara i nieciekawa, pozbawiona drzew ulica wielkiego miasta. Im dalej od śródmieścia, tym rzadziej stały latarnie, tym mniej było sklepów.
Równolegle z tramwajem posuwał się sznur szurających wycieraczkami samochodów, jeden za drugim, powoli. Gdy tramwaj stawał, zatrzymywały się i one. Zapach spalin przedostawał się wtedy przez otwarte drzwi do wnętrza wagonu i mieszał się z zapachem mokrych ludzi.
Od jutra już będzie inaczej, myślała Hania. Jest tak zwyczajnie, tak codziennie i odwiecznie, a jednak od jutra już tego nie będzie. Czuła jakiś niemal rzewny żal, że straci ten fragment rzeczywistości, który stał się już tak znajomy w tym nowym dla niej życiu.
Gdy w nocy ostatni tramwaj tej linii zjedzie do zajezdni, będzie on rzeczywiście ostatnim na tej linii tramwajem. Przez wiele miesięcy w niedostrzegalny prawie sposób budowano nową trasę metra. Budowa widoczna była tylko tam, gdzie miały powstać stacje. W Hanowerze lat siedemdziesiątych sieć linii tramwajowych sukcesywnie zamieniano w sieć linii podziemno - naziemnych. Niepodobne już do staroświeckich tramwaje miały jeździć jak dawniej jedynie po peryferyjnych dzielnicach miasta. W śródmieściu, gdzie ruch był większy, a ulice ciaśniejsze tramwaje te będą zjeżdżały pod ziemię i poruszały się według zasad metra. Jedna po drugiej linie znikną z powierzchni, pozostawiając miejsce samochodom.
Znów przetarła zaparowaną szybę. Tramwaj przejeżdżał właśnie obok wylotu tunelu, z którego już od jutra zaczną wyjeżdżać w czterominutowym takcie nowoczesne, zielone kolejki. Tajemnicza, czarna czeluść ciekawiła ją i niepokoiła jak jama smoka. Dziś świeciło się wewnątrz, widocznie przeprowadzano ostatni przegląd przed jutrzejszą premierą. Stary tramwaj chwiejąc się i stukając na zwrotnicach przejechał na nowy tor i pomknął po gładkich już szynach. Przemierzał zapuszczoną, kiedyś wyłącznie robotniczą, dzielnicę. Ceglane, okopcone kamienice zamieszkiwali teraz głównie gastarbeiterzy i studenci. Wiele z tych domów stało pustych, gdyż właścicielom ich nie opłacał się remont. Te domy zostaną zburzone, a na ich miejsce postawi się nowe. Tylko niewiele kamienic odnowi się i unowocześni. Ale dawni mieszkańcy odejdą stąd na zawsze. Nie powrócą już ani tu, ani tam. Nie będzie ich stać na dwu, czy trzykrotnie wyższy czynsz.
Widok pustoszejących ulic sprawiał na Hani przygnębiające wrażenie. I ona także należała do mieszkańców tej konającej dzielnicy. Studiowała na pierwszym roku i nastawiła się na spędzenie tu następnych pięciu lat. była jeszcze dostatecznie młoda, aby pięć lat nie wydawało jej się okresem przejściowym. Nie chciała, żeby jej dzielnica się zmieniała. Żal jej było tych maleńkich sklepików, z ich poruszającymi się powoli wśród przedatowanych konserw, zwietrzałej kawy i zjełczałego masła, siwymi sprzedawcami. Prawie co tydzień widziała jak pojawiają się grube deski tam, gdzie jeszcze wczoraj za zakurzoną szybą trwała wciąż ta sama, pamiętająca przedwojenne czasy, wyblakła i upstrzona przez muchy dekoracją.
Ale najbardziej żal było jej pewnego starego, otoczonego murem domu, stojącego w pobliżu kościoła. był jedynym w tej dzielnicy budynkiem przeznaczonym dla jednej tylko rodziny. Hania odkryła go już podczas swojej pierwszej jazdy tramwajem w głębi jednej z przecznic. Odtąd, przez tych parę sekund, gdy tramwaj przemierzał skrzyżowanie, wpatrywała się weń zachłannie. Nie wątpiła, że Starą Plebanię, jak nazwała ten dom, także skazano na zagładę, przeznaczono na rozbiórkę. W dachu brakowało dachówek, brudne szyby potłuczone były bez wyjątku, zamiast drzwi dwie skrzyżowane szorstkie deski broniły dość teoretycznie wejścia.
Hania jednak zawsze doprowadzała ten dom do dawnego świetnego wyglądu. W jej wyobraźni ściany porastały dzikim winem, za błyszczącymi czystością szybami pojawiały się firanki i zielone rośliny, w pokojach zapalały się lampy. Połamane szczątki drzew w ogrodzie powracały do życia, znikały śmieci, wyrwę w murze zapełniała kuta w metalu, solidna furtka. Najbardziej lubiła tę cześć drogi, którą zajmowały jej marzenia o Starej Plebanii. Co dzień jednak z coraz większym niepokojem wyczekiwała momentu, gdy ponure pasmo posępnych kamienic przerwie się na mgnienie oka, aby ukazać jej szkielet, który ubierała w swoje marzenia. Starała się być zawsze przygotowana na to, że zobaczy już tylko kupę gruzu, ciężarówki i buldożer. A czasem, gdy przez kilka dni nie jeździła już tą trasą, obawiała się, że może i tego nawet nie będzie, że jej szukający wzrok padnie na pusty już plac.
Tak było i dzisiaj. Po tygodniowej grypie pojechała dziś po raz pierwszy na zajęcia. Rano z trudem wcisnęła się do zapchanego tramwaju i nie miała widoku na stronę, w której znajdowała się Stara Plebania. Teraz, wieczorem, w miarę zbliżania się do krytycznego punktu wytężała coraz bardziej wzrok i przyciskała czoło do mokrej szyby. Z dnia na dzień coraz wcześniej robiło się ciemno. Już tydzień temu widziała tylko zarysy opuszczonej ruiny. Co zobaczy dzisiaj?
Nareszcie otworzyła się przed nią upragniona przecznica. O jakieś sto metrów od skrzyżowania, z głębi mrocznego zaułka uśmiechały się łagodnym pomarańczowym światłem okna dużego domu... Już w następnej chwili ciężkie kamienice zamknęły widok, tramwaj zwolnił i zatrzymał się na przystanku. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, Hania zerwała się z miejsca i wyskoczyła z wagonu, choć nie dojechała jeszcze do siebie. Biegiem wróciła do skrzyżowania i wyjrzawszy zza węgła stwierdziła, że nie padła ofiarą złudzenia. Za murem okalającym ogród stał znany jej dobrze dom. Ale nie był już żałosną ruiną, lecz dostatnią i czystą prawdziwą Starą Plebanią...!
Zbliżała się powoli, ciągle jeszcze nie mogąc uwierzyć własnym oczom, oczekując, że lada chwila czar pryśnie. Ale wiara jej rosła z każdą sekundą, aż zamieniła się w pewność, a pewność ta napełniła ją takim szczęściem, jakby to ona sama została hojnie obdarowana. Było to jak bajka, w której wszystko dobrze się kończy, w której wszelkie zło zostaje pokonane, uczciwość nagrodzona, a nieszczęśliwi pocieszeni.
Stanęła przy furtce i zapatrzyła się w oświetlone okna parteru. Chłonęła z rozczuleniem ten widok, jak ktoś wpatrujący się w twarz ukochanej osoby, która po długiej i ciężkiej chorobie przemogła kryzys i powraca nareszcie do życia. Nie musiała się już bać ani martwić. Nie czuła się już samotna, opuszczona i zagrożona.
Wtem otworzyły się drzwi wejściowe i we framudze ukazała się sylwetka niskiego mężczyzny. Na jego łysinie zalśnił odblask lampy z przedpokoju, gdy stał osłaniając oczy dłonią i spoglądając przez ogród ku Hani.
- To ty, dziecko? - zawołał. - Chodź, nie stój na deszczu!
Hania nie ruszyła się z miejsca i milczała. To nie ja, było jedyną odpowiedzią, która przychodziła jej do głowy, wolała więc nie odpowiadać wcale.
Za mężczyzną pojawiła się sylwetka pulchnej kobiety.
- To ona? - spytała i pomachała ku Hani. - Przyszła, ale boi się wejść! - zawołała do kogoś przez korytarz i po chwili zza jej ramienia wyłoniły się głowy dwóch kilkunastoletnich dziewczynek.
- Chodź wreszcie! - zawołała jedna z nich niecierpliwie. Czekamy już całe popołudnie.
- Na dworze jest tak zimno! - dodała druga. - Zmarzniesz i przeziębisz się.
Hania milczała nadal. Nieporozumienie, które wywołała, nie było jej jakoś przykre. Przeciwnie. Pragnęła, jak tylko się da najdłużej, czuć się tą oczekiwaną i upragnioną osobą, za którą najwyraźniej brała ją rodzina ze Starej Plebanii.
W niewielkim, pełnym ludzi przedpokoju nastąpiło teraz jakieś zamieszanie. Ktoś roztrącił tłoczącą się przy wejściu gromadkę i wysoka chuda postać kobieca wysunęła się na schodki. Rozpięła trzymany w ręku parasol, wyciągnęła z kąta małą staroświecką latarnię i zdecydowanym krokiem ruszyła do furtki. Nacisnęła klamkę i stanęła przed Hanią.
- Chodź, proszę - powiedziała. - Cała jesteś mokra!
- Ale to nie ja... - wyznała Hania głupawo, bo nadal nic innego nie przyszło jej do głowy.
Kobieta podniosła latarnię i przyjrzała się Hani.
- Oczywiście, że to ty - odparła. - Na ciebie czekamy, więc chodź! - Ujęła ją pod rękę i pociągnęła w stronę otwartych drzwi.
Dziewczynki podskoczyły z radości. - Idzie już, idzie! - piszczały śmiejąc się.
Wciągnięto ją do wnętrza, zamknięto drzwi i otoczono kołem. Nieduży łysy starszy pan wyciągnął do niej rękę w powitalnym geście.
- Witamy! - powiedział uśmiechając się ciepło. - Nazywam się Jacob Schölpen, jestem pastorem. Oto moja żona - wskazał pulchną kobietę.
Pastorowa pochwyciła Hanię w objęcia i przytuliła do miękkiego, ciepłego biustu.
- Ależ ty przemarzłaś, dziecko. Chodź do pokoju, usiądziesz przy piecu - powiedziała.
Pastor kontynuował prezentację.
- Moja siostra, pani Schwartz. Wdowa po aptekarzu Schwartz - przedstawił kobietę, która przyprowadziła Hanię. - Jak tam z kakao? - spytał.
- Wszystko gotowe - odpowiedziała aptekarzowa. - Siadajcie już przy stole. Zraz przyniosę. - Mrugnęła wesoło do Hani. - Kakao z rumem, moja specjalność. Smaczne i rozgrzewa.
Ottilie i Maria-Helene - przedstawiły się nastolatki same. Chwyciły Hanię za ręce i zaprowadziły do dużego przytulnego pokoju. - byłaś chora, prawda? - spytała Ottilie, a Maria-Helene dodała: - Przez cały tydzień cię nie było. Martwiliśmy się.
Trochę oszołomiona Hania usiadła w krześle z poręczami, przysuniętym specjalnie dla niej do białego pieca. Niektóre kafelki malowane były w niebieskie holenderskie obrazki, przedstawiały tańczące dzieci i wesołe wiatraki. Ottilie przyniósłszy ręcznik poprosiła o pozwolenie wytarcia jej mokrych włosów, pastorowa otuliła ją wełnianym szalem, a Maria-Helene podsunęła pod stopy wyściełany stołeczek.
Dobrze mi, myślała Hania leniwie i wytłumiła w sobie wszystkie inne myśli. Udało jej się nawet uwierzyć, że jakimś cudem nie było w tym wszystkim żadnego nieporozumienia, że rodzina Schölpen rzeczywiście czekała dziś wieczór na nią, by ugościć ją rumem i kakao, by obdarować ją przyjaźnią i rodzinnym ciepłem.
- Ty obserwowałaś nasz dom, a my obserwowaliśmy ciebie - uśmiechnął się pastor szelmowsko, gdy siedzieli skupieni przy niewielkim okrągłym stole, każdy z parującym wspaniałym aromatem gorącym kubkiem w dłoni. - Nie mieszkasz tu jeszcze dawno, prawda? Jesteś studentką?
- Nie wiemy też jak się nazywasz - pisnęła Ottilie. - Powiesz nam?
- Twoja rodzina jest bardzo daleko, w innym kraju. Czy tak? Brak ci ich? Trudno jest człowiekowi samemu na świecie... - powiedziała pastorowa ściskając ze współczuciem dłoń Hani.
Hania poczuła ogarniające ją wzruszenie. Odpowiedziałaby chętnie, ale wargi drżały jej i obawiała się rozpłakać. Tak, była sama w tym obcym mieście, w tym obcym kraju. Studiowała w dwudziestoosobowej grupie i choć znała już wszystkie twarze i imiona nie zamieniła z nikim ani jednego bardziej osobistego zdania. Ta chłodna uprzejmość, maskująca obojętność dla towarzyszy, zdawała się nie przeszkadzać innym. Robili wrażenie rozbawionych i beztroskich, gdy w przerwach między wykładami wymieniali na korytarzu banalne informacje, lub przechwalali się swą pracowitością i fachową wiedzą. Podobnie wyglądały prywatne spotkania w większym gronie.
- Nikt nawet nie spytał, czy jestem cudzoziemką, ani jakiej jestem narodowości, a przecież na pewno nie mówię bez akcentu... - wyszeptała. Westchnęła smutno i dodała: - Nazywam się Hania.
Wdowa po aptekarzu objęła Hanię kościstym ramieniem.
- Tak właśnie myśleliśmy. Musimy ją koniecznie zaprosić, mówiliśmy. Masz dla nas czas dziś wieczorem? - spytała.
- O, tak - odpowiedziała Hania z wdzięcznością. - Mogę zostać do późnej nocy.
*
Hania po raz pierwszy w życiu trzymała w rękach tamborek. Nie przypuszczała nigdy, że haftowanie może być tak miłe. Nie było nudne i monotonne jak robótka na drutach, czy szydełkiem, pozwalało jednocześnie rozmawiać, albo w skupieniu słuchać muzyki. Przy okrągłym stoliku, oświetlone dużą lampą, pochylały się nad haftami cztery głowy, trzy pary rak pracowało zręcznie i szybko, czwarta, należąca do Hani, zdecydowanie wolniej, lecz z wielką przyjemnością. Z pokoju obok płynęły dźwięki fortepianowej muzyki, to pastor odpoczywał w ten sposób po kolacji.
- A Ottilie? - zdziwiła się nagle Hania. - Nie lubi wyszywać?
Ottilie odwróciła się od małego sekretarzyka w kącie przy zegarze.
- Lubię, ale mam dziś co innego do roboty - odpowiedziała uśmiechając się tajemniczo.
- Lekcje? - domyśliła się Hania.
Pastorowa podniosła głowę i spojrzała czule na córkę.
- Ottilie ma dzisiaj natchnienie i pisze - wyjaśniła z dumą.
- Moja siostra, chce zostać pisarką...! - zachichotała Maria-Helene. - Na razie pisze bajki, a jak się wprawi, napisze prawdziwą powieść - dodała z podziwem.
- O...! - pochwaliła Hania.
- Jak ci idzie córeczko? - spytała pastorowa.
- Zaraz będę gotowa, to krótka bajka, ale myślę, że pełna treści i z głębokim podtekstem.
- Jak wszystkie twoje dzieła - odezwała się aptekarzowa. - Przepadam za twoimi podtekstami. Zobaczysz Haniu.
Pastor wszedł do pokoju.
- Czekają nas rozkosze kulturalne? - zapytał zacierając ręce i mrugając wesoło do Hani.
- Jeszcze tylko chwileczkę - poprosiła Ottilie. - Przez chwilkę bądźcie jeszcze cicho.
I znów cztery głowy pochyliły się nad robótkami. Pastor nie wrócił już do fortepianu, usiadł w mroku przy piecu i przyglądał się życzliwie grupce skupionej pod lampą.
- Skończyłam - powiedziała nagle pastorowa odcinając nitkę, po czym rozłożyła na stole gotową serwetę. - A wy?
- Prawie... - odpowiedziała aptekarzowa.
- Ja też prawie. Jeszcze tylko ostatni kwiatek - Maria-Helene sięgnęła po inny kolor jedwabiu.
Hania dopiero teraz zauważyła, że robótki wszystkich pań stanowią jedną całość. Duża, okrągła serweta najbardziej sprawnej w hafcie pastorowej posiadała dwudziestocentymetrowy brzeg.
- Jaki piękny łan zboża! - wykrzyknęła Hania w zachwycie.
Pastor zbliżył się do stołu i objął żonę w pasie.
- Nie sądzę, żeby jakikolwiek rolnik podzielał twoje zdanie - zaśmiał się. - Prawie same chwasty.
Rzeczywiście łan pastorowej przetykały gęsto kąkole, maki i chabry. Złocistych kłosów było najmniej. Robótki pozostałych pań, małe serwetki, zdobiły pojedyncze rodzaje ziela.
- Prześliczne - westchnęła Hania. - Też bym tak chciała kiedyś umieć.
- Na pewno się nauczysz - powiedziała aptekarzowa z powagą. - Masz zdolności, to widać.
- I wytrwałość - dodała pastorowa.
- I talent - zapewniła Maria-Helene.
[akapit][/akapit]Od sekretarzyka odwróciła się Ottilie.
[akapit][/akapit]- O mnie mówicie? - spytała, ale zaraz roześmiała się dając wszystkim do zrozumienia, że orientuje się w sytuacji. - Gdy o talencie mowa, biorę to zawsze do siebie - zwróciła się do Hani pogodnie. Wstała od biurka i podszedłszy do ojca podała mu kartkę. - Przeczytasz? - spytała.
Pastor założył okulary, a panie oparły się wygodnie w krzesłach.
- Tytuł brzmi... - pastor przerwał, odwrócił kartkę, obejrzał unosząc brwi jej drugą, pustą stronę i zwrócił się do córki: - Dałaś mi sam tytuł?
Ottilie przewróciła oczami i pokręciła głową z potępieniem.
- Och tatusiu - powiedziała z wyrzutem. - Dlaczego zawsze się wygłupiasz? - Zwróciła się do pozostałych. - Ta bajka nie ma jeszcze tytułu, z tym zawsze najwięcej jest kłopotu, a że jest krótka, nie znaczy, że można się z niej wyśmiewać.
- Przepraszam - powiedział pastor robiąc skruszoną minę. - In Kürze ist die Würze. Pewnie znów trafiłaś w sedno.
- Ottilie jest mistrzynią krótkich form - objaśniła Maria-Helene.
- Czytaj już, czytaj... - dopomniała się pastorowa.
Pastor odchrząknął.
- A więc tytuł brzmi ... Przepraszam, bajka bez tytułu. Oto ona:
Dawno temu, w dalekim kraju żyły trzy królewny. Najstarsza miała przydomek Dobra, średnia Mądra, a najmłodsza Piękna. Złośliwi nazywali je Głupia, Złośnica i Szurnięta. Żyły długo i niezbyt szczęśliwie. Wszystkie ich cechy i te dobre i te złe nie miały najmniejszego wpływu na ich losy, poza może, i to tylko przez krótki czas, urodą najmłodszej. Nie ma bowiem niczego, co przemija szybciej. Wszystkie były dobrze wychowane, dzięki czemu zdawały się być na równi i w miarę mądre i głupie, dobre i kapryśne i, jak przystało arystokratkom, odrobinę pomylone.
Pomyślmy chwilę o biednych królewnach, po których poza ich podwójnymi przydomkami nie zostało nic, nawet bajka...

*
Pastor zakładał staroświeckie kalosze. Aptekarzowa wyjrzała na zewnątrz i zawołała:
- Nie potrzebujecie parasola. Popatrzcie!
Stłoczyli się przy drzwiach. Miasto spało ciche pod rozgwieżdżonym niebem, przykryte miękką warstwą śniegu. W ogrodzie biel śniegu błękitniała, przy oknach i na jezdni pod latarniami barwiła się pomarańczowo, w cieniu pod drzewami przechodziła w czarną niemal zieleń, a jednak wciąż była przede wszystkim bielą. Napawali się widokiem zachwyceni.
- Niedługo już Boże Narodzenie - powiedziała pastorowa.
Hania żegnała się z rodziną ze Starej Plebanii.
- Dziękuję... dziękuję... - mówiła.
Przy furtce odwróciła się jeszcze raz. W otwartych drzwiach, oświetlona od tyłu wielogłowa grupa, zajeżyła się uniesionymi w pożegnalnym geście rękami. Widok Starej Plebanii, tego solidnego domu napełnionego życiem i miłością, wlewał otuchę w jej serce, odchodziła pokrzepiona.
Milczeli z pastorem w drodze, ale nie kłopotliwym milczeniem obcych sobie ludzi. Dopiero przed bramą obdrapanej kamienicy, w której na trzecim piętrze czekało zimne mieszkanie, Jacob Schölpen ujął dłoń Hani i powiedział.
- Nie jesteś sama, nie zapomnij o tym nigdy - i podał jej dość dużą paczkę, której przedtem jakoś nie zauważyła. Domyśliła się, co ów pakunek zawierał i zachwyciła ją hojność przemiłej rodziny. Na górze, w mieszkaniu ogarnęło Hanie tak wielkie zmęczenie, że poprzestała jedynie na rozdarciu papieru na rogu, by potwierdzić swój domysł. Uśmiechnęła się szczęśliwa na widok maków i chabrów, zasnęła uśmiechnięta i uśmiechnięta na drugi dzień wstała.
*
Hania studiowała przez pięć lat. Była dobrą studentką i nauka sprawiała jej przyjemność. Swoich kolegów poznała bliżej i polubiła bardziej niż mogła to z początku przewidzieć. Zawarła nawet przyjaźnie. Kilka razy zmieniała mieszkanie, klepała biedę jak wszyscy prawie studenci, pracowała w czasie ferii. Miała lepsze i gorsze okresy, ale nigdy już nie czuła się tak zupełnie opuszczona i samotna jak w pierwszych tygodniach przed wizytą w Starej Plebanii. Nie odwiedziła już nigdy uroczej rodziny, może dlatego, że jakoś się jej nie składało... Rano wagony nowego metra zapchane były nie mniej niż stare, a coraz ciemniejszymi wieczorami pędziły tak szybko po gładkich szynach, że tej pierwszej zimy ani razu nie udało się już zajrzeć w głąb wąskiej uliczki, na końcu której znajdowała się Stara Plebania. A nim zima się skończyła, Hania poznała Martina, zakochała się w nim i przeprowadziła do niego na drugi koniec miasta, gdzie akurat przebudowywano następną linię tramwajową.
Dopiero po latach, w innym już mieście i w innym okresie życia, rozpakowała zawiniątko z darem rodziny pastora Jacoba Schölpen.
Ze wzruszeniem rozkładała przepiękny łan, a w jej duszy odzywało się echo tego dawno minionego wieczoru. Każda serwetka zaopatrzona była w misternie haftowany inicjał H – Hania. Wtem spośród przyżółkłych warstw lnu wysunęła się cieniutka, zapisana starannym pismem, kartka.
Bajka o Królewnie, Potworze i Bajkowym Losie, głosił tytuł. Hania przeniosła wzrok na koniec tekstu.
Na pamiątkę pewnego zimowego wieczoru od Ottilie Schölpen. Hannover, 19.12.1876.

Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 994

Stara plebania

Post#2 » 8 paź 2018, o 15:38

Piękne opowiadanie, dobrze napisane (tylko formalnych potknięć trochę), plastyczne, rozbudowane opisy, klimat i jakaś nostalgia, zaduma. Bardzo przyjemna lektura.

Wiekowy tramwaj kołysał się hałaśliwie jadąc po prastarych szynach.

Wiekowy tramwaj kołysał się hałaśliwie, jadąc po prastarych szynach.
Wydaje się, że „prastarych” - to przesada. Napisałbym „starych”.

Patrzyli nie widząc, kiwali się na ławkach, nie zdając sobie sprawy z ruchu.

Patrzyli, nie widząc, kiwali się na ławkach, nie zdając sobie sprawy z ruchu.

Wpatrywała się w znajomy obraz przesuwający się przed jej oczami.

„jej” - niepotrzebne.

Gdy tramwaj stawał, zatrzymywały się i one. Zapach spalin przedostawał się wtedy przez otwarte drzwi do wnętrza wagonu i mieszał się z zapachem mokrych ludzi.

Za dużo „się”. Może:
Gdy tramwaj stawał, zatrzymywały się i one. Zapach spalin przedostawał się wtedy przez otwarte drzwi do wnętrza wagonu, mieszając z zapachem mokrych ludzi.

Stary tramwaj chwiejąc się i stukając na zwrotnicach przejechał na nowy tor i pomknął po gładkich już szynach.

Stary tramwaj chwiejąc się i stukając na zwrotnicach, przejechał na nowy tor i pomknął po gładkich już szynach.
W ostatnich zdaniach trochę zbyt często pojawia się „tramwaj”.

była jeszcze dostatecznie młoda, aby pięć lat nie wydawało jej się okresem przejściowym.

Była jeszcze dostatecznie młoda, aby pięć lat nie wydawało jej się okresem przejściowym.

nie chciała, żeby jej dzielnica się zmieniała. Żal jej było tych maleńkich sklepików,

Powtórzone „jej”.

Prawie co tydzień widziała jak pojawiają się grube deski tam, gdzie jeszcze wczoraj za zakurzoną szybą trwała wciąż ta sama, pamiętająca przedwojenne czasy, wyblakła i upstrzona przez muchy dekoracją.

Prawie co tydzień widziała, jak pojawiają się grube deski tam, gdzie jeszcze wczoraj za zakurzoną szybą trwała wciąż ta sama, pamiętająca przedwojenne czasy, wyblakła i upstrzona przez muchy dekoracją.

był jedynym w tej dzielnicy budynkiem przeznaczonym dla jednej tylko rodziny.

Był jedynym w tej dzielnicy budynkiem przeznaczonym dla jednej tylko rodziny.

Najbardziej lubiła tę cześć drogi, którą zajmowały jej marzenia o Starej Plebanii.

„część”

Już w następnej chwili ciężkie kamienice zamknęły widok, tramwaj zwolnił i zatrzymał się na przystanku. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, Hania zerwała się z miejsca i wyskoczyła z wagonu, choć nie dojechała jeszcze do siebie.

Za dużo „się”.

Biegiem wróciła do skrzyżowania i wyjrzawszy zza węgła stwierdziła, że nie padła ofiarą złudzenia.

Biegiem wróciła do skrzyżowania i wyjrzawszy zza węgła, stwierdziła, że nie padła ofiarą złudzenia.

Chłonęła z rozczuleniem ten widok, jak ktoś wpatrujący się w twarz ukochanej osoby, która po długiej i ciężkiej chorobie przemogła kryzys i powraca nareszcie do życia. Nie musiała się już bać ani martwić. Nie czuła się już samotna, opuszczona i zagrożona.
Wtem otworzyły się drzwi wejściowe i we framudze ukazała się sylwetka niskiego mężczyzny.

Za dużo „się”.

Na jego łysinie zalśnił odblask lampy z przedpokoju, gdy stał osłaniając oczy dłonią i spoglądając przez ogród ku Hani.

Na jego łysinie zalśnił odblask lampy z przedpokoju, gdy stał, osłaniając oczy dłonią i spoglądając przez ogród ku Hani.

- Witamy! - powiedział uśmiechając się ciepło.

- Witamy! - powiedział, uśmiechając się ciepło.

- byłaś chora, prawda? - spytała Ottilie, a Maria-Helene dodała:

- Byłaś chora, prawda? - spytała Ottilie, a Maria-Helene dodała:

Trochę oszołomiona Hania usiadła w krześle z poręczami,

„usiadła na krześle”

Ottilie przyniósłszy ręcznik poprosiła o pozwolenie wytarcia jej mokrych włosów,

Ottilie przyniósłszy ręcznik, poprosiła o pozwolenie wytarcia jej mokrych włosów,

Dobrze mi, myślała Hania leniwie i wytłumiła w sobie wszystkie inne myśli.

Lepiej zabrzmi: stłumiła.

że rodzina Schölpen rzeczywiście czekała dziś wieczór na nią, by ugościć ją rumem i kakao, by obdarować ją przyjaźnią i rodzinnym ciepłem.

Powtórzone „by” oraz „ją”. Może:
że rodzina Schölpen rzeczywiście czekała dziś wieczór na nią, by ugościć ją rumem i kakao, obdarować przyjaźnią i rodzinnym ciepłem.

- Nie wiemy też jak się nazywasz - pisnęła Ottilie.

- Nie wiemy też, jak się nazywasz - pisnęła Ottilie.

Trudno jest człowiekowi samemu na świecie... - powiedziała pastorowa ściskając ze współczuciem dłoń Hani.

Trudno jest człowiekowi samemu na świecie... - powiedziała pastorowa, ściskając ze współczuciem dłoń Hani.

Odpowiedziałaby chętnie, ale wargi drżały jej i obawiała się rozpłakać.

Napisałbym: Odpowiedziałaby chętnie, ale wargi jej drżały i obawiała się rozpłakać.

Studiowała w dwudziestoosobowej grupie i choć znała już wszystkie twarze i imiona nie zamieniła z nikim ani jednego bardziej osobistego zdania.

Studiowała w dwudziestoosobowej grupie i choć znała już wszystkie twarze i imiona, nie zamieniła z nikim ani jednego bardziej osobistego zdania.

- Lubię, ale mam dziś co innego do roboty - odpowiedziała uśmiechając się tajemniczo.

- Lubię, ale mam dziś co innego do roboty – odpowiedziała, uśmiechając się tajemniczo.

- Skończyłam - powiedziała nagle pastorowa odcinając nitkę,

- Skończyłam - powiedziała nagle pastorowa, odcinając nitkę,

- O mnie mówicie? - spytała, ale zaraz roześmiała się dając wszystkim do zrozumienia, że orientuje się w sytuacji.

- O mnie mówicie? - spytała, ale zaraz roześmiała się, dając wszystkim do zrozumienia, że orientuje się w sytuacji.
Powtórzone „się”.

Wstała od biurka i podszedłszy do ojca podała mu kartkę.

Wstała od biurka i podszedłszy do ojca, podała mu kartkę.

Tytuł brzmi... - pastor przerwał, odwrócił kartkę, obejrzał unosząc brwi jej drugą, pustą stronę i zwrócił się do córki:

Tytuł brzmi... - Pastor przerwał, odwrócił kartkę, obejrzał, unosząc brwi jej drugą, pustą stronę i zwrócił się do córki:

Pastor założył okulary, a panie oparły się wygodnie w krzesłach.

- Tytuł brzmi... - pastor przerwał,
Powtórzony „pastor”.

- Dlaczego zawsze się wygłupiasz? - Zwróciła się do pozostałych.

- Dlaczego zawsze się wygłupiasz? - zwróciła się do pozostałych.

- Przepraszam - powiedział pastor robiąc skruszoną minę.

- Przepraszam - powiedział pastor, robiąc skruszoną minę.

W otwartych drzwiach, oświetlona od tyłu wielogłowa grupa,

W otwartych drzwiach oświetlona od tyłu wielogłowa grupa,

Swoich kolegów poznała bliżej i polubiła bardziej niż mogła to z początku przewidzieć.

Swoich kolegów poznała bliżej i polubiła bardziej, niż mogła to z początku przewidzieć.

Kawka
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 332

Stara plebania

Post#3 » 11 paź 2018, o 16:26

Zgrabny i wciągający tekst.

Awatar użytkownika
Briala
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 188

Stara plebania

Post#4 » 15 paź 2018, o 18:25

Gorgiasz zrobił już super robotę przy becie, więc zostawię stronę techniczną i powiem trochę o samym odbiorze tekstu. Liczne niedociągnięcia miejscami utrudniają odbiór (widać to już na samym początku, bo czasem bez brakującego przecinka da się zrozumieć, ale w tym przypadku, w pierwszym zdaniu, można przecinek postawić tak, że zdanie będzie przekazywało dwie różne informacje).

Cały pierwszy akapit to jedna ciężka ekspozycja. O niczym. Zamiast w jednym, może dwóch zgrabnych zdaniach zamknąć informacje o tym, że pogoda była brzydka, tworzysz kolosa, który czytelnika nijak nie interesuje. Co ciekawe, dalej jest już sporo lepiej.

Równolegle z tramwajem posuwał się sznur szurających wycieraczkami samochodów, jeden za drugim, powoli. Gdy tramwaj stawał, zatrzymywały się i one.

Tramwaje tak nie działają. Tramwaje z natury omijają korki, bo mają swoje tory, gdzie zwykle nikt im na nie nie wjeżdża, poza nielicznymi miejscami, w których muszą przeciąć ulicę lub chwilę nią pojechać. W większych miastach często też przystosowuje się sygnalizację świetlną do tego, żeby tramwaje mogły poruszać się szybciej.

Hania, siedząc przy oknie, przecierała co chwilę szybę rękawiczką.

Raz przetarta w pojeździe szyba nie paruje jakoś bardzo szybko. To nie prysznic, żeby tworzyć taką parę.

Przemierzał zapuszczoną, kiedyś wyłącznie robotniczą, dzielnicę. Ceglane, okopcone kamienice zamieszkiwali teraz głównie gastarbeiterzy i studenci. Wiele z tych domów stało pustych, gdyż właścicielom ich nie opłacał się remont. Te domy zostaną zburzone, a na ich miejsce postawi się nowe. Tylko niewiele kamienic odnowi się i unowocześni.

Myślę, że w realnym świecie konserwator mógłby mieć na ten temat inne zdanie.

Widok pustoszejących ulic sprawiał na Hani przygnębiające wrażenie. I ona także należała do mieszkańców tej konającej dzielnicy. Studiowała na pierwszym roku i nastawiła się na spędzenie tu następnych pięciu lat.

Tak ogromne inwestycje nie są planowane z dnia na dzień, nie powstają też w dwa miesiące, budowa podziemnych tuneli musiała trwać już na długo przed przyjazdem Hani, a jednak bohaterka wydaje się niemożliwie zaskoczona tym, że cokolwiek w mieście nagle się zmienia.

Żal jej było tych maleńkich sklepików, z ich poruszającymi się powoli wśród przedatowanych konserw, zwietrzałej kawy i zjełczałego masła, siwymi sprzedawcami. Prawie co tydzień widziała jak pojawiają się grube deski tam, gdzie jeszcze wczoraj za zakurzoną szybą trwała wciąż ta sama, pamiętająca przedwojenne czasy, wyblakła i upstrzona przez muchy dekoracją.

To taka klisza wyciągnięta rodem z amerykańskiego filmu, gdzie grubymi dechami zabija się wszelkie otwory budynku. Może i brzmi to tak fajnie, ale ani nie jest to ciekawe czy nowatorskie, ani nie jest faktycznym obrazem. Drzwi zamyka się na klucz. I tyle. W przypadku parterów czasem zdarza się okratowanie okien. I to by było na tyle.

Momentami sięgasz po nieprzyjemnie kolokwialny język. Nie myślę tu o stylizacji, bardziej o sformułowania pokroju „świeciło się wewnątrz”. Miejscami pouciekały Ci podmioty, mimo że w tekście jest aż nadmiar zaimków. Sporo też problemów z szykiem przestawnym („Hania milczała nadal”). Za to fabularnie, choć trochę przewidywalne i naiwnie zakończone (część z tym, że nigdy już nie odwiedziła tamtego miejsca – to dziwne, skoro było jej tam tak dobrze), całkiem przyjemne.
I do not over-intellectualise the production process. I try to keep it simple: Tell the damned story.
—Tom Clancy

Alijar
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 9

Stara plebania

Post#5 » 16 paź 2018, o 13:46

Alijar: Początkowo nie byłam pewna, czy chcę odpowiedzieć na Twoją krytykę. Czytałam ją i z rozbawieniem i z przykrością jednocześnie. Odpowiadam, bo może warto się zastanowić nad zjawiskiem współczesnych czasów: przekonaniem, że „moja prawda jest prawdą uniwersalną, a każdy, kto myśli inaczej, błądzi”.
A oto moja prawda, jeśli chodzi o kwestionowane przez Ciebie fakty. Przede wszystkim: opowiadanie jest w dużym stopniu autobiograficzne, dobrze znałam to, co opisywałam.

Stara Plebania, cytat: Równolegle z tramwajem posuwał się sznur szurających wycieraczkami samochodów, jeden za drugim, powoli. Gdy tramwaj stawał, zatrzymywały się i one.

Briala: Tramwaje tak nie działają. Tramwaje z natury omijają korki, bo mają swoje tory, gdzie zwykle nikt im na nie nie wjeżdża, poza nielicznymi miejscami, w których muszą przeciąć ulicę lub chwilę nią pojechać. W większych miastach często też przystosowuje się sygnalizację świetlną do tego, żeby tramwaje mogły poruszać się szybciej.

Alijar: Hania jechała tramwajem w latach siedemdziesiątych, ale nawet obecnie znam wiele tras, których mój opis mógłby dotyczyć. Przykładem może być trasa linii numer jeden we Wrocławiu. Tramwaj Hani nie zatrzymywał się w korku, tylko na przystankach, gdyby było odwrotnie napisałabym: „Gdy samochody stawały, zatrzymywał się i on” No ale wtedy bezsensowne byłoby otwieranie drzwi.

Stara Plebania, cytat: Hania, siedząc przy oknie, przecierała co chwilę szybę rękawiczką.

Briala: Raz przetarta w pojeździe szyba nie paruje jakoś bardzo szybko. To nie prysznic, żeby tworzyć taką parę.

Alijar:Czy jechałaś kiedyś w deszczowy dzień staroświeckim tramwajem pełnym mokrych ubrań i kapiących parasoli?

Stara Plebania, cytat: Przemierzał zapuszczoną, kiedyś wyłącznie robotniczą, dzielnicę. Ceglane, okopcone kamienice zamieszkiwali teraz głównie gastarbeiterzy i studenci. Wiele z tych domów stało pustych, gdyż właścicielom ich nie opłacał się remont. Te domy zostaną zburzone, a na ich miejsce postawi się nowe. Tylko niewiele kamienic odnowi się i unowocześni.
Stara Plebania, cytat: Widok pustoszejących ulic sprawiał na Hani przygnębiające wrażenie. I ona także należała do mieszkańców tej konającej dzielnicy. Studiowała na pierwszym roku i nastawiła się na spędzenie tu następnych pięciu lat.

Briala: Myślę, że w realnym świecie konserwator mógłby mieć na ten temat inne zdanie.

Alijar:Dzielnicę Linden w Hanowerze poznałam i mieszkałam w niej w latach siedemdziesiątych. W tamtych czasach Niemcy chętniej jeszcze burzyli niż remontowali. Pamiętam (w Getyndze) wyburzanie całych dzielnic, nie tylko pojedynczych domów. Także mój dom, całkiem solidny, był przeznaczony do rozbiórki. Dopiero później zmieniło się to nastawienie, co w dużej części uratowało Linden i całkowicie zmieniło jej oblicze.

Briala: Tak ogromne inwestycje nie są planowane z dnia na dzień, nie powstają też w dwa miesiące, budowa podziemnych tuneli musiała trwać już na długo przed przyjazdem Hani, a jednak bohaterka wydaje się niemożliwie zaskoczona tym, że cokolwiek w mieście nagle się zmienia.

Alijar:Masz rację, i mój tekst temu nie przeczy. Stara Plebania, cytat: Przez wiele miesięcy w niedostrzegalny prawie sposób, budowano nową trasę metra. Budowa widoczna była tylko tam, gdzie miały powstać stacje. W Hanowerze lat siedemdziesiątych sieć linii tramwajowych sukcesywnie zamieniano w sieć linii podziemno - naziemnych.

Stara Plebania, cytat: Żal jej było tych maleńkich sklepików, z ich poruszającymi się powoli wśród przedatowanych konserw, zwietrzałej kawy i zjełczałego masła, siwymi sprzedawcami. Prawie co tydzień widziała jak pojawiają się grube deski tam, gdzie jeszcze wczoraj za zakurzoną szybą trwała wciąż ta sama, pamiętająca przedwojenne czasy, wyblakła i upstrzona przez muchy dekoracją.

Briala: To taka klisza wyciągnięta rodem z amerykańskiego filmu, gdzie grubymi dechami zabija się wszelkie otwory budynku. Może i brzmi to tak fajnie, ale ani nie jest to ciekawe czy nowatorskie, ani nie jest faktycznym obrazem. Drzwi zamyka się na klucz. I tyle. W przypadku parterów czasem zdarza się okratowanie okien. I to by było na tyle.

Alijar:Wierz mi, były deski. Do dziś w ten sposób zabezpiecza się puste domy przed kompletną dewastacją. Kraty (wmurowane!) nie opłacają się. I ten zakurzony sklepik ze zjełczałym masłem… I była też Stara Plebania i to niesamowite złudzenie optyczne, którego do dziś nie potrafię sobie wytłumaczyć.

„Stara plebania” zajęła przed laty trzecie miejsce w konkursie literackim Esensji. Uzasadnienie: „Piękna, ujmująco nostalgiczna proza”. Jak widzisz, jednym podoba się to, drugim owo.

Pozdrawiam

Wróć do „Proza: fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość