[Agatha Christie] Zmartwienia Victorii Jones

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1810

[Agatha Christie] Zmartwienia Victorii Jones

Post#1 » 12 wrz 2013, o 13:06

Tekst zainspirowany końcówką książki, jak i samą twórczością autorki, do której w końcu zabrałam się na dobre tego lata. :) Mam nadzieję, że spodoba się pomimo ciężkości stylu.


Zmartwienia Victorii Jones

Uporanie się z wydarzeniami w Bagdadzie nie było tak proste, jak z początku wydawało się Victorii Jones. Nie wystarczyło zamknięcie tego konkretnego rozdziału w życiu, gdy przez następne miesiące przebywała na wykopaliskach blisko trzy godziny jazdy od stolicy, w towarzystwie osób niebezpośrednio związanych ze sprawą komunistycznej młodej inteligencji. Kobieta mogła uchodzić za niezbyt frasobliwą osobę, jednakże próba zamordowania jej, jak i wykorzystania przez przystojnego młodzieńca, w którym, jeszcze w Londynie, zakochała się niczym głupia gąska; odbiły się na psychice.
Nie przejawiała skłonności do histerii ani urojeń prześladowczych. Victoria pomimo swej wybujałej wyobraźni, nie była tak delikatną osobą, jak wskazywałaby jej powierzchowność. W ciemnoniebieskich oczach czaiła się inteligencja, sprytnie ukryta pod płaszczem niewinnych minek, zaś w pięknych rysach twarzy trudno było dostrzec kłamstwa, jakimi szafowała na lewo i prawo, nie potrafiąc oprzeć się pokusie podkolorowania rzeczywistości.
Jej osobliwym talentem było właśnie opowiadanie nieprawdziwych historii, które brzmiały tak szczerze, iż trudno im zaprzeczyć, zaś gdy przychodziło do przedstawienia faktów bez upiększeń, słuchacz odnosił wrażenie, że kobieta łże jak z nut.
Victoria od kilku miesięcy poświęcała się archeologii, korzystając z szansy, iż może za jednym razem skorzystać z wiedzy i doświadczenia specjalistów, czytać o tym książki oraz zobaczyć na własne oczy, jak kawałki zapomnianej historii dzień za dniem wyłaniają się z piasków pustyni. Panna Jones czuła, że odnalazła swoje powołanie. Dotychczas pracowała na mało znaczących posadach; jako wykwalifikowana stynopistka nienawidziła szczerze tego zajęcia, gdyż uważała je za nudne i bardzo rzadko przykładała się do niego, robiąc wiele błędów, które później, rzecz jasna, pracodawcy wytykali. Tutaj, gdzie słowo cywilizacja nabierało nowego znaczenia, znajdowało się jej miejsce i nie wyobrażała sobie, by zaraz miała wracać do ojczyzny i szarego życia. Gdyby los udzielił biednej dziewczynie, która dostała się do Iraku tylko z pomocą intryg i żałosnej odprawy po stracie posady, kolejnej szansy na objęcie stanowiska przy wykopaliskach, dziękowałaby na kolanach i ze łzami w oczach.
Wyglądało jednak na to, że prace posuwają się zbyt szybko, aby była w stanie wymyślić naprędce jakikolwiek plan, który nie zawiódłby jej poprzez konsulat aż do Anglii.
Victoria rozwijała się intelektualnie, posiadając przy tym świetną pamięć do książek, których cytatami mogła zbombardować słuchacza w mgnieniu oka, zaprzyjaźniła się z dwoma archeologami, ceniąc ich towarzystwo ponad miarę, zwłaszcza Richarda Bakera – mężczyzny, który zaufał jej w momencie, gdy najbardziej tego potrzebowała; lecz pomimo dni upływających na pracy i rozmowach, prawie każdej nocy śniły jej się fragmenty dawnej przygody.
Ona i Edward w Londynie, ona w samolocie do Bagdadu u boku pani Clipp, ona ukrywająca podejrzanego mężczyznę w łóżku, ona ukazująca się niczemu niespodziewającemu się ukochanemu, ona w Gałązce Oliwnej, ostrzeżenia i groźby ze strony doktora Rathborne’a, ona zamknięta w nieznanym jej miejscu, ona na pustyni, wycieńczona, spragniona i głodna; ona w cieniu drzew, dostrzegająca po raz pierwszy prawdziwe oblicze Edwarda i ponownie ona szukająca pomocy, której znikąd nie była w stanie dostrzec. Wszystkie te wspomnienia zawsze blakły przy jednym i najważniejszym, które z upływem czasu coraz bardziej uświadamiało pannę Jones o krytycznej sytuacji, w jakiej się znajdowała i w co tak naprawdę wpakowała się na samym początku pobytu.
Ona w stroju Anny Sheele, obserwująca mężczyznę z pałką, którą uderzał o wierzch dłoni z ponurym wyrazem twarzy. Miał ją zabić w tak makabryczny sposób, by nie udało się jej nawet rozpoznać. Victorii pozostawało jedynie czekać bezsilnie na nieuchronne, wciskając się w najodleglejszy kąt pomieszczenia i mając jeszcze iskierkę nadziei, że jednak ktoś przejrzał podstęp i wyratuje ją z opresji.
W takich momentach panna Jones otwierała oczy, natychmiast podnosząc się z posłania i łapiąc oddech, czując na końcach palców, jak bardzo nią to wstrząsało. Drżała, co rusz przełykając ślinę i zastanawiając się, co, u licha, myślała sobie, gdy podejmowała się pracy „tajnego agenta”. Zawsze dochodziła do jednej konkluzji: nie miała pieniędzy na przeżycie i spłatę rachunku za hotel, więc ta oferta spadła jej jak manna z nieba. Nawet teraz nie wahałaby się podjąć tego zajęcia, choć przyniosło wiele kłopotów, ale także… przyjemnych niespodzianek.
Kobieta, całkowicie wyleczona z niemądrych romansów z pięknymi chłopcami, dostrzegła inne perspektywy i całkowicie odmienny od jej dawnego ideału typ kandydata na… męża.
Pannie Jones długo zajęło zorientowanie się, iż przestała spoglądać i traktować Richarda Bakera wyłącznie jak kolegę. Coraz częściej przyłapywała się na niezręcznych myślach, wpatrywaniu bezmyślnie to w dłonie mężczyzny, to w plecy, to studiując twarz oraz zapamiętując najmniejsze szczegóły. I choć pamięć miała doskonałą, dzięki której w każdej chwili mogłaby odtworzyć w pamięci każdy detal, to nie potrafiła oprzeć się pokusie zerknięcia chociaż na sekundę na blondyna.
Co właściwie w nim widzę?, zadawała sobie pytanie na osobności, składając ręce na brzuchu i spoglądając na osłonę namiotu nad nią. Richard nie należał do tych osobowości, za którymi się podąża, a także nie wyróżniał się szczególną charyzmą. Ciężko było w nim odnaleźć obiekt westchnień, gdy wydawał się tak niedostępny i zdystansowany. Nie przejawiał także chęci, by założyć rodzinę i oderwać się od starożytnych ruin.
W zasadzie to Victoria miała wrażenie, że wcale go nie interesuje cokolwiek innego niż piaski przeszłości. Mimo to pewne słowa nie dawały jej spokoju. Zdanie, wypowiedziane przez pana Barkera, które miało odwrócić jej uwagę i pozwolić zejść na inny temat. Czyż doktor Pauncefoot Jones nie wyrażał nadziei, iż będą żyć razem szczęśliwie? W pierwszej chwili zdziwiła się, lecz zaraz potem pozwoliła odejść temu pojedynczemu zdaniu w zapomnienie, skupiając się jedynie na sobie. Może właśnie dlatego uznała słowa Richarda za dobry pretekst do ukrycia dezorientacji.
„Wie pani, jak to z nim bywa. Trochę się pospieszył, to wszystko.”
Czy miał przez to na myśli, że chce związać z nią przyszłość? A może były to tylko puste słowa, które teraz niepotrzebnie tak wnikliwie analizowała? Panna Jones w głębi serca wierzyła, iż to właśnie Richard Barker, ten chłodny były wojskowy, jest jej przeznaczony. Nie tak jak Lucyfer, anioł śmierci w ludzkim, pięknym ciele, lecz jako mężczyzna, na którym może w każdej trudności polegać, a także który nie ugnie się pod naporem problemów i pozostanie wierny od początku do samego końca.
Pomimo tego bała się, że znowu uległa złudzeniu i intrydze; nie pozbyła się przecież koszmarów, a wszelkie romantyczne wyobrażenia umarły już dawno temu, ustępując realizmowi i ostrożności. Dlatego starała się nie wchodzić w bliższy kontakt z Richardem, ograniczając się do niezobowiązujących rozmów, posiłków i pracy. Sama nie zauważała niczego szczególnego w zachowaniu mężczyzny; nic, co powiedziałoby o stosunku wobec niej. Zazwyczaj już od pierwszego spojrzenia była w stanie powiedzieć, czy ktoś zainteresował się nią, zaś teraz, gdy pozostawała tak zaaferowana własnymi przeżyciami, nie zauważyła nawet momentu, kiedy z podejrzliwego i zdystansowanego archeologa, pan Baker stał się troszczącym o jej dobro kandydatem na męża. Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie na ile to zasługa zmiany jego stosunku do niej czy wręcz odwrotnie – może to jedynie ona spoglądała na niego odmiennym wzrokiem.
Victoria westchnęła, czując, że kolejne rozmyślania przyprawią ją prędzej o ból głowy niż rozwiązanie jej problematycznej sytuacji. Wstała z łóżka, wygładziła suknię na talii, ignorując drażniący dotyk naleciałego piasku na materiale, i wyszła z namiotu wprost w objęcia popołudniowego słońca. Rozejrzała się, szukając konkretnej osoby. Gdy tylko dojrzała sylwetkę wiecznie rozkojarzonego profesora, ruszyła zdecydowanym krokiem, odganiając ręką każdego, kto wymyśliłby sobie, że właśnie w tej chwili potrzebuje jej pomocy. Teraz zamierzała rozwiązać choć jedno swoje zmartwienie.
Opowiedzieć mu jakąś bajeczkę? Ledwie o tym pomyślała, natychmiast zarzuciła pomysł. Pan Jones może i uwierzyłby we wszystko, co by mu wmówiła, jednak nie byłoby to w porządku wobec jego życzliwości i zrozumienia, jakie okazywał jej przez cały ten czas. A może jednak? Tylko trochę, ociupinkę podkoloryzuję, by nikt nie nabrał podejrzeń.
Wyprostowała ramiona jeszcze bardziej. Richard. Z pewnością znowu zacząłby spoglądać na nią podejrzliwie i pilnować jej następnych kroków, jakby zamierzała popełnić jakąś niesłychaną zbrodnię. No trudno, pomyślała, będę musiała być szczera. Jakkolwiek to wyjdzie.
- Panie profesorze – zagadnęła przepraszającym tonem starszego mężczyznę, wiedząc, iż ten zawsze najwięcej uwagi przykłada do pracy niż do prostej konwersacji. – Chciałabym z panem porozmawiać o pewnej sprawie – dodała nieco niepewnie. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby naprędce zafundowała pracodawcy skomplikowaną historię o antycznej biżuterii, którą jakoby znalazła, a której nikt nie potrafił umiejscowić dokładnie w jej genezie i że koniecznie powinna się tym zająć, bo to tego rodzaju detal, który nie pozwala spać po nocach, i z pewnością odnajdzie odpowiedź na to pytanie, podczepiając się pod różne wyprawy archeologiczne. W tym momencie powinna powachlować rzęsami, zrobić niewinną minkę i zapytać, czy profesor jest stanie pomóc, uruchamiając swoje kontakty.
Udałoby się. Victoria była wręcz tego pewna.
- Co się stało, dziecko? - Głos pana Jonesa przywrócił ją do rzeczywistości. – Jakieś problemy z aparatem? Może czegoś nie wiesz i potrzebujesz wskazówki? A najlepiej zgłoś się do Richarda, on chętnie wyjaśni ci wszystko, jeśli chodzi tu o historię.
- Nie, nie o to chodzi. – Załamała nerwowo ręce. – Martwię się tym, co stanie się po tym, jak skończymy tutaj pracować. To znaczy… Wszyscy mają jak i gdzie wrócić, podczas gdy ja jestem tu na dostawkę i raczej nikt z moimi referencjami nie przyjmie mnie do następnych wykopalisk. Pieniędzy też nie mam, więc… nie wiem, co mam potem zrobić.
- No tak, rozumiem. – Profesor pokiwał głową, zdejmując okulary i przecierając je chustką. – Myślę, że nie będzie problemu, jeśli przy następnej wyprawie pani także zabrałaby się z nami, jednakże taka okazja może trafić się dopiero za pół roku albo jeszcze później. Naturalnie list referencyjny otrzymasz ode mnie i… Co ja tu chciałem jeszcze powiedzieć?
Założył okulary na nos, zamyślił się na chwilę, by za moment odwrócić się od panny Jones w stronę, gdzie jak sądził, stał przy swoim stanowisku Richard.
- Możesz przyjść tutaj na chwilę? – krzyknął, na co mężczyzna w odpowiedzi skinął głową.
- Dziękuję panu bardzo, będę bardzo wdzięczna za to polecenie – wymamrotała niewyraźnie Victoria, przeskakując zdezorientowanym wzrokiem z pana Pauncefoota na zbliżającego się pana Bakera. – Nie bardzo rozumiem, co…
- Zaraz się dowiesz. – Machnął ręką, przerywając jej. Mężczyzna już myślał o czymś innym, tęsknie zerkając na swoją niedokończoną pracę.
- Co się stało, profesorze? – Były wojskowy stanął obok nich z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Otóż, panie Baker, panna Jones bardzo martwi się o swoją przyszłość. Nie ma do czego wracać ani następnej pracy. Nie uważasz, że powinna mieć chociażby to pierwsze?
Mężczyzna przytaknął, nie dostrzegając jeszcze, co właściwie Pauncefoot ma na myśli.
- Myślę, że szybko poradzisz sobie z tym zadaniem – oświadczył po chwili tonem nieznoszącym sprzeciwu i nie czekając już na reakcje rozmówców, powrócił do pracy.
- Wie pan, co pan Jones miał na myśli? – spytała po dłuższej chwili milczenia Victoria, wpatrując się intensywnie w blondyna, zdając sobie przy tym sprawę, że jego odpowiedź zaważy na całej jej najbliższej przyszłości.
- Chyba sugerował, że powinniśmy się pobrać.
- Rozumiem, że jest pan przeciwny temu pomysłowi.
- Przeciwnie. A pani?
- Także nie.
Richard po raz pierwszy podczas tej rozmowy, spojrzał na kobietę, odrywając wzrok od pustynnych wydm. Dostrzegł rumieniec pomimo ciemnej opalenizny.
- Jeżeli poprosiłbym panią o rękę, wzięlibyśmy ślub dopiero w Anglii za parę miesięcy. Potem żyłabyś w luksusach i jeśli chciałabyś, mogłabyś pracować razem ze mną, jeśli nie, nie widzielibyśmy się przez wiele miesięcy. Odpowiadałoby ci to, panno Jones?
- Tak – wydusiła z siebie zaszokowana. – Ale wolałabym mieć cię przy sobie.
- I ignorowałabyś warunki pracy jak tutaj? - dopowiedział, uśmiechając się szeroko. Po chwili skinął głową, już postanawiając coś w duchu.
- Mam nadzieję, że nie rozmyśli się pani i nie ucieknie z jakimś młodszym chłopcem.
- To już mi wybito z głowy.
Zaśmiał się, by zaraz ująć w dłonie twarz Victorii i przybrać poważną minę.
- Oświadczę ci się właściwie, jak już wrócimy do Londynu.
Oszołomiona tym wszystkim przytaknęła ruchem głowy. Richard zadowolony z odpowiedzi wrócił do przerwanej pracy gwiżdżąc pod nosem.
Kilka godzin później, gdy Victoria weszła do jednego z namiotów, chcąc odpocząć oraz zaparzyć herbatę, zastała na jednym z krzeseł profesora Pauncefoota.
- Poprosił panią o rękę? – zapytał nagle, obracając filiżankę w dłoni.
- Nie wprost. Powiedział, że zrobi to po naszym powrocie.
- Niezmiernie mnie to cieszy. Nawet nie wiesz, jak długo razem z żoną namawialiśmy go na ożenek. Zawsze krzywił się na samą myśl o tym, a teraz dzięki pani w końcu się ustatkuje. Już myślałem, że nigdy nie zapyta pani i obawiam się, że gdybym mu tego nie zasugerował, pewnie dalej by zwlekał.
- Przepraszam, zwlekał…?
Pan Jones posłał jej rozbawione spojrzenie zza szkieł. Victoria poczuła dreszcze na całym ciele, uzmysławiając sobie, że ten rozkojarzony starszy pan jest dużo bardziej spostrzegawczy od innych pomimo wiecznego zainteresowania wykopaliskami.
- Panno Jones, Richard już od samego początku nie spuszczał pani z oczu.
Po prostu robię za zły charakter.

Tagi:

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339

Zmartwienia Victorii Jones

Post#2 » 15 wrz 2013, o 20:00

Hm, Koś. Pewnie nie powinnam komentować tego tekstu, bo nie znam kanonu, jednak skoro go przeczytałam, to w sumie czemu nie. Odświeżyłam go sobie właśnie przed chwilą i powiem, że może sięgnę przez niego do samej powieści, bo mnie zaciekawiłaś.
Narracja w tym tekście jest ciężka. Większość Twoich zdań jest długa i zawiła, skomplikowana na tyle, że trzeba czytać uważnie, żeby się nie zgubić. Jestem fanką raczej lekkiej i prostej narracji, więc ciężko mi było się przestawić i zmusić do ciągłego czytania. Nawet dialogi są tutaj bardziej skomplikowane. W normalnym opowiadaniu w naszych czasach, nie potrafiłabym tego znieść, jednak tutaj powiem, że to pasuje, tworzy całkiem niezły klimat. Nie wiem na ile stylizowałaś świadomie, a ile to Twój normalny styl, ale według mnie do tej konkretnej sceny inny styl by nie pasował, uważaj tylko, żeby nie przesadzić i nie zgubić czytelnika w gąszczu przymiotników. :D Przyczepię się jednak jednego, ten tekst jest odrobinę źle wyważony pod tym względem, że początek to praktycznie same opisy i to dużo, ilustrujące sytuację, po czym następuje scena akcji w której jest w zasadzie sam dialog. Też często piszę właśnie w ten sposób, ale docelowo lepiej byłoby, gdyby początek nie był aż tak statyczny, a w końcówce pojawiło się odrobinę więcej samych opisów.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1810

Zmartwienia Victorii Jones

Post#3 » 15 wrz 2013, o 20:27

Narracja w tym tekście jest ciężka. Większość Twoich zdań jest długa i zawiła, skomplikowana na tyle, że trzeba czytać uważnie, żeby się nie zgubić. Jestem fanką raczej lekkiej i prostej narracji, więc ciężko mi było się przestawić i zmusić do ciągłego czytania. Nawet dialogi są tutaj bardziej skomplikowane. W normalnym opowiadaniu w naszych czasach, nie potrafiłabym tego znieść, jednak tutaj powiem, że to pasuje, tworzy całkiem niezły klimat. Nie wiem na ile stylizowałaś świadomie, a ile to Twój normalny styl, ale według mnie do tej konkretnej sceny inny styl by nie pasował, uważaj tylko, żeby nie przesadzić i nie zgubić czytelnika w gąszczu przymiotników. :D

Ten tekst jest dla mnie swego rodzaju eksperymentem, gdyż zazwyczaj staram się pisać nieco "dynamiczniej" i choć zdaję sobie sprawę, że moje zamiłowanie do długich zdań może przeszkadzać, to nie widzę w tym błędu. Oczywiście, staram się je jak najbardziej ukrócać, bo sama jestem fanką wyważonych zdań, a nie plecenia wszystkiego w jedno, to czasami nie widzę danego tekstu inaczej niż poprzez zawarcie w bardziej skomplikowanej formie.
A pomijając moje tłumaczenie się ( 8-) ), to ten tekst musiał być właśnie ciężkawy. Nie wyobrażam sobie pisanie ff do A. Christie, gdzie aż czuło się elegancję, ogładę i angielskie przysposobienie, w lekkich sformułowaniach i kwiecistych opisach. Dlatego także właśnie świadomie obrałam taką formę, żałując, że nie znam francuskiego, gdzie mogłabym dołożyć parę słówek dla klimaciku. ;)
Z kolei jeśli chodzi o gąszcz przymiotników - ostatnio odkryłam tę wadę, dlatego staram się nad tym pracować i zdecydowanie chętniej daję wcześniej do sprawdzenia niż wcześniej. :)

Przyczepię się jednak jednego, ten tekst jest odrobinę źle wyważony pod tym względem, że początek to praktycznie same opisy i to dużo, ilustrujące sytuację, po czym następuje scena akcji w której jest w zasadzie sam dialog. Też często piszę właśnie w ten sposób, ale docelowo lepiej byłoby, gdyby początek nie był aż tak statyczny, a w końcówce pojawiło się odrobinę więcej samych opisów.

Też właśnie się nad tym zastanawiałam, jednakże po zadaniu sobie pytanie, jak inaczej mogłoby to wyglądać, miałam pustkę. Teraz tak sobie myślę, że mogłabym dodać do tego jedną "scenę", a raczej przemyślenia Victorii pod koniec przed dialogiem z profesorem, ale to byłoby jeszcze do przemyślenia.

W każdym bądź razie bardzo dziękuję za opinię. :)
Po prostu robię za zły charakter.

a_cappella
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 290

Zmartwienia Victorii Jones

Post#4 » 11 sty 2014, o 21:04

Powieści Agathy Christie mają to do siebie, że po przeczytaniu silnie tkwią w świadomości przez kilka dni, aby można było podziwiać płynność historii i geniusz intrygi, ale po jakimś czasie zlewają się w jedno, a przynajmniej u mnie tak to wygląda - zapoznałam się z tak wieloma jej książkami, że trudno mi je oddzielić. Nie inaczej ma się rzecz ze Spotkaniami w Bagdadzie, wydaje mi się, że czytałam je również, ale równie dobrze mogła być to Śmierć na Nilu czy jedna z tych książek, do których jeszcze nie dotarłam.
Tak czy inaczej - bardzo chciałam skomentować tekst po pierwsze dlatego, że jako tako znam kanon (a przynajmniej mniej więcej orientuję się, jak kreuje rzeczywistość Christie), a po drugie dlatego, że jest Twój, niemniej jednak nie sądziłam, że będę się do tego zabierać aż cztery miesiące xD

Ale do rzeczy - nie mogę nie zgodzić się z Lirą, zdania faktycznie są długie i zawiłe, musiałam ciągle bardzo skupiać się na treści, aby nie wypaść z rytmu (pewnie z tegoż tylko powodu wyłapałam troszkę niefortunności), ale masz zupełną rację: dzięki nim właśnie można poczuć angielską elegancję, klimat sprzed wieku. Bardzo dobrze udało Ci się nakreślić postać Victorii - dystyngowana, ładna, a przy tym inteligentna, wie, jak wykorzystać swoje atuty, by dotrzeć do celu... Pasuje idealnie do bohaterek, które znam z oryginalnych powieści. Moją sypatię wzbudził również Pauncefoot (swoją drogą - pierwszy raz widzę to imię, haha) - dobry, poczciwy pan profesor, czasem niepozorny, ale zawsze czuwający nad sytuacją, mający na oku tych, którzy są dla niego ważni i gotowy podać pomocną dłoń. Zauważyłam, że mam sentyment do takich postaci :roll2:
Zgadzam się również co do opisów - na początku jest ich dużo, samo przedstawienie Victorii, potem jej przeszłość, sny, przemyślenia na temat Richarda... Dodanie paru opisowych zdań po rozmowie z profesorem jest jak najbardziej dobrym pomysłem ;)

Ogólnie rzecz biorąc tekst podobał mi się, może nie było tradycyjnego trupa w szafie, ale jednak udało Ci się świetnie oddać klimat i myślę, że bez problemu dałoby się wpasować tekst do pierwotnej historii! Dodatkowo mogę powiedzieć tyle, iż też zawsze żałuję, że nie znam francuskiego - wstawki są nieodłącznym elementem tych powieści :D

Na koniec wspomniane wcześniej moje małe wątpliwości:

Kostucha pisze:(...) ona w cieniu drzew, dostrzegająca po raz pierwszy prawdziwe oblicze Edwarda i ponownie ona szukająca pomocy, której znikąd nie była w stanie dostrzec. Wszystkie te wspomnienia zawsze blakły przy jednym i najważniejszym, które z upływem czasu coraz bardziej uświadamiało pannę Jones o krytycznej sytuacji, w jakiej się znajdowała i w co tak naprawdę wpakowała się na samym początku pobytu.

1. Hmm, w sumie jak tak myślę, to to też ma sens, bo nie dostrzegała pomocy niezależnie od miejsca, w którym się znajdowała, ale czy nie lepiej byłoby po prostu nigdzie nie była w stanie dostrzec?
2. Nie jestem pewna, czy można powiedzieć, że uświadamiała ją o czymś. Próbowałam zasięgnąć porady internetownego słownika, ale, niestety, nie rozwiał moich wątpliwości. W takich momentach przypomina mi się, jak strasznie żałuję, że musiałam zostawić w domu te wszystkie opasłe tomiszcza, które rozwiązywały moje problemy z tej dziedziny :D

Kostucha pisze:Drżała, co rusz przełykając ślinę i zastanawiając się, co, u licha, myślała sobie, gdy podejmowała się pracy „tajnego agenta”.

Co rusz? Niee, na moje oko za bardzo potoczne.

Kostucha pisze:I choć pamięć miała doskonałą, dzięki której w każdej chwili mogłaby odtworzyć w pamięci każdy detal, to nie potrafiła oprzeć się pokusie zerknięcia chociaż na sekundę na blondyna.

Trochę powtórzeń. I ten blondyn raczej średnio tam pasuje :D

Kostucha pisze:W zasadzie to Victoria miała wrażenie, że wcale go nie interesuje cokolwiek innego niż piaski przeszłości.

Może lepiej byłoby nic poza piaskami przeszłości?

Kostucha pisze:- Jeżeli poprosiłbym panią o rękę, wzięlibyśmy ślub dopiero w Anglii za parę miesięcy. Potem żyłabyś w luksusach i jeśli chciałabyś, mogłabyś pracować razem ze mną, jeśli nie, nie widzielibyśmy się przez wiele miesięcy. Odpowiadałoby ci to, panno Jones?

To w końcu pani, panna czy ty? :D

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1810

Zmartwienia Victorii Jones

Post#5 » 11 sty 2014, o 21:45

Ojej, myślałam, że ten tekst odszedł w zapomnienie, a tu proszę, takie zaskoczenie! :) Dziękuję za opinię i cieszę się, że spodobało się. Co do wskazanych fragmentów, to obiecuję, że przysiądę do tego i poprawię, co trzeba, bo widzę, że rzeczywiście parę drobnostek się tu wkradło. :)
Po prostu robię za zły charakter.

Wróć do „Fantastyka”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości