Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

Akademia Dumy

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1954

Akademia Dumy

Post#21 » 6 wrz 2015, o 21:34

DuralT pisze:Pociąg toczył się powoli. Minęło wiele lat od rozpoczęcia reform, a jeszcze nie ukończono modernizacji kolei. Wszyscy już zdążyli się do tego przyzwyczaić. W tym kraju nie ma nic dobrego. Zarobki są marne, jedzenie smakuje jak rozmoczony karton z solą, a kolejki do lekarzy są tak długie, że pacjenci nie dożywają zabiegów. Ogólnie każdy narzeka, ale nikt nie potrafi nic zmienić

Tutaj jest coś nie po kolei, bo kolejne zdania nie wynikają z wcześniejszych i pomieszany czas.

Pociąg toczył się niemiłosiernie powoli, bo w tym kraju nie nie było nic dobrego. Zarobki były marne, jedzenie smakowało jak rozmoczony karton z solą (skąd wiesz???), a kolejki do lekarzy były tak długie, że pacjenci nie dożywali zabiegów. Od rozpoczęcia reform minęło wiele lat, ale jeszcze nie ukończono modernizacji kolei. Ogólnie każdy narzekał, a nikt nie potrafił nic zmienić.

DuralT pisze:Dobra, może się mylę. Było w tym kraju jedno miejsce, w którym chciano zmienić wszystko, najlepiej cały świat.

i teraz tak:
Ogólnie każdy narzekał, a nikt nie potrafił nic zmienić, jednak istniało jedno miejsce, w którym chciano zmienić wszystko, a najlepiej cały świat.

DuralT pisze: Akademia ,,dumy". I właśnie do niej jechałem. Byłem jednym z nielicznych, którym się udało do niej dostać.

DuralT pisze:Egzaminy są trudne i jest ograniczona liczba miejsc dla zwykłych uczniów.

I ja właśnie jechałem do tego miejsca, ponieważ byłem jednym z nielicznych, którym udało się do niego dostać z powodu bardzo trudnych egzaminów do Akademii Dumy.

DuralT pisze: Dlaczego? Bowiem jest to szkoła prywatna z czesnym na tyle wielkim, że w Polsce mało, kogo stać na pójście do niej.

DuralT pisze:Dlatego też większość wychowanków pochodziła z różnych stron świata.

Bez "dlaczego".
Jest to bowiem szkoła prywatna z czesnym tak wysokim, że w Polsce mało kogo stać na taką edukację, dlatego większość wychowanków pochodziła z różnych stron świata (warto wyliczyć konkretnie).

DuralT pisze:Dla zwykłego szarego dziecka jedyną możliwością by się dostać do tej szkoły było zdanie rygorystycznego egzaminu.

Dla zwykłego dziecka jedyną możliwością, by dostać się w szeregi wybrańców było zdanie rygorystycznego egzaminu.

DuralT pisze: Za piątym razem mi się udało.

Mnie udało się dopiero za piątym razem.

DuralT pisze: Tak. Mieli nawet egzaminy wstępne do przedszkola.

Bez "tak", po drugie, to nie miejsce na to zdanie.

DuralT pisze:Jednak, ze względu na to, że akademia ta pełniła głównie funkcję uniwersytetu, znacznie łatwiej było się dostać na dany kierunek, ze względu na większą ilość miejsc (teoretycznie).

Jednak ze względu na to, że Akademia pełniła głównie funkcję uniwersytetu, znacznie łatwiej było dostać się na dany kierunek dzięki większej ilości miejsc. (wcześniej była mowa, że była ograniczona ilość miejsc i nie rozumiem, co ma piernik do wiatraka).

DuralT pisze:Pierwszeństwo w rekrutacji mieli absolwenci pionu liceum ,,dumy", później byli ludzie z polecenia ograniczonej ilości szkół na świecie, a dopiero później ci, którzy zdali egzamin wstępny.

Pierwszeństwo w rekrutacji mieli absolwenci Liceum Dumy, następnie ludzie z polecenia, a dopiero później ci, którzy zdali egzamin wstępny.

DuralT pisze:Na medycynę i prawo nie było szans się dostać. Mi wystarczyła Matematyka Stosowana. Mimo to egzaminy są na poziomie studiów magisterskich innych uczelni w kraju.

Znaczy się, że ty nie miałeś szans? Bo nie kukam w końcu kto?
Nie zaczyna się zdania od "mi".
I w ogóle te trzy zdania nie mają ze sobą nic wspólnego. Trzeba to przeredagować. Albo w innym miejscu.

DuralT pisze:Uczyłem się całymi dniami i nocami - PRZECINEK - by dostać się na tą uczelnię.


DuralT pisze:Będę mógł się tam utrzymać tylko dzięki stypendium uzyskanym za wyniki w nauce.

Tam, znaczy gdzie? w Akademii? To napisz, że właśnie w Akademii.

DuralT pisze:Jeśli nie utrzymasz się w pierwszych 10% najlepszych na roku musisz dalej sam płacić czesne. Biorąc to pod uwagę, wielu ludzi naprawdę nie będzie mogło się utrzymać.

Jeżeli student nie utrzyma się ..
Drugie "utrzymać" do wymiany.

DuralT pisze:Podobno, jeżeli nie jesteś pasjonatem danej dziedziny, nie masz też szans się tam utrzymać

Kolejne "utrzymać"

DuralT pisze: Chyba, że masz pieniądze, których ja nie posiadam

Chyba że...

Pomysł jest, ale straszne wykonanie, nawet moje propozycje nie są najlepsze, ale to tylko oznacza, że ten fragment powinien zostać napisany od nowa.

Tagi:

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Akademia Dumy

Post#22 » 10 wrz 2015, o 17:08

Pomyślę, nad napisaniem drugiego prologu od nowa. Co do próbowania smaku kartonu z solą, to raz udało mi się go przełknąć popijając dużą ilością piwa. Był to zakład licealny. Jeden z niewielu które wygrałem. Poprawiłem zgodnie z twoimi propozycjami.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Akademia Dumy: Powrót

Post#23 » 29 paź 2015, o 22:14

Wraca wkrótce, ze względu na to, że udało mi się już ogarnąć sytuację na uczelni (nie wyleciałem, chyba jednak prodziekan mnie lubi :) oraz jestem dalej starostą) i mam teraz troszkę więcej czasu. Nie piszę ciągu dalszego, ze względu na to, że zająłem się edycją która idzie jak krew z nosa, ale możecie oczekiwać kolejnego fragmentu w pierwszej połowie listopada.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Akademia Dumy Rozdział 1 Część 2

Post#24 » 7 lis 2015, o 22:58

[center]Część 2 [/center]

Stanisław

Rozbudziły mnie krzyki nad uchem.
— Hej ty! Wstawaj!
— Czo? — Ziewnąłem.
— Nie wiem czy wiesz, ale zaraz prześpisz kolację.
— I co z tego?
— Właściwie to nic. Po prostu nie będziesz nic jadł, aż do jutra.
— Właściwie to, kim ty, kurwa, jesteś? Przeszkadzasz mi spać.
— O, przepraszam jaśnie pana. Już nie będę zakłócał snu wielmożnego lorda.
Znów zapadłem w sen.

Eryk

Ostatni raz widziałem je z pokładu kogi, omijając je szerokim łukiem. To miasto się zmieniło, naprawdę. Nie chodzi mi tylko o to, że technika poszła do przodu, ale także o atmosferę. A może to po prostu ludzie są inni. Tacy szarzy, dziwnie się na mnie patrzący, ale niepodchodzący, o nic nie pytają i są tacy... obojętni i odrealnieni.
— To ile wieków cię tu nie było? — zapytała mnie Aurelia. Miała na sobie współczesne ubranie, więc na tyle odpustowe by wtopić się w tłum przechodzących dziewczyn w cieniutkich przepaskach na biodra.
— Nigdy tu nie byłem, przynajmniej, jeśli chodzi ci o Gdańsk. Zaledwie kiedyś go widziałem z pokładu statku, kiedy płynęliśmy obrabować jakąś pomorską wieś. Jeśli chodzi ci o ląd ogólnie, to ponad sześć. Wesoło prawda?
— Bardzo. — Roześmiała się. Tym razem nie miała krokodylich kłów, tylko równe zęby. Po raz pierwszy takie widziałem. Wyglądała teraz na taką w moim wieku.
— Ja też nie mogłem się doczekać by zejść z tej cholernej łajby. Gdybyś z nami trochę pobyła na tym statku poczułabyś, co to znaczy mieć przejebane.
Tak jak ja miałem, bo byłem najmłodszy i najsłabszy.
— Domyślam się. — Uśmiechnęła się smutno. Zapomniałem, że czyta w myślach.
— Co miałbym dla ciebie zrobić, wspaniała białogłowo?- Wolałem zmienić temat rozmowy.
— Po pierwsze nie używaj słowa białogłowa. Zapamiętaj to raz na zawsze. Po drugie, jak już wspominałam na statku, trwa wojna domowa w piekle. Ciebie jednak ona nie dotyczy, a właściwie jednak teraz już tak. Jednak masz na tyle szczęścia, że nie będziesz walczył na pierwszej linii frontu, tylko będziesz działał na tyłach.
— Frontu?
— Dobra zaraz przeleję ci całą wiedzę o dzisiejszych czasach. Słownictwo i takie tam inne drobiazgi. Chodzi o to, że masz za zadanie śledzić księcia Gaiusa Iuliusa Caesara Augustusa. Będzie chodził do tej samej akademii, co ty. Nie wiemy jeszcze, na jaki kierunek pójdzie. Mamy kilka godzin opóźnienia w porównaniu do niego, ponieważ bardzo szybko jak na arystokrację, zorganizowano jego wyjazd.
— Kim on jest?
— Diabłem. Jednym z przedstawicieli najwyższej piekielnej szlachty.
— No to będę niezłym kontrastem. — Westchnąłem. Ubrała mnie w nowoczesne ciuch, ale i tak odstawałem, byłem od mijających mnie ludzi o pół głowy niższy.
— Nie będzie, aż tak źle. Właściwie to od paru minut jesteś wysokiej klasy demonem wody. Nie martw się zaraz będziesz wiedział wszystko. — Ścisnęła moją głowę.
Miała delikatne ręce, lecz posiadała siłę kowala. Poczułem jak ściska moją czaszkę. Tak oto wiedza wchodzi mi do głowy. Z bólem, bo w końcu nigdy nie byłem zbyt pojętnym uczniem.
— Ale ty sie opierasz.
— Wrodzona odporność na wiedzę daje o sobie znać. — Teraz znacznie mocniej zabolało, niż wcześniej.
— Ten cynizm i sarkazm też masz wrodzony?- Westchnęła z rezygnacją w głosie.
— Nie, ale uczyłem sie od największego z mistrzów. Naszego bosmana.
— Na tą wiedzę nie miałeś odporności.
— Miałem, ale także miałem sześć setek lat, więc nawet ktoś taki jak ja musiał ulec.
— A reszta załogi nie uległa?
— Mnie szczególnie lubił i jakoś taki czulszy był...
— Dobra. Nie wnikam. Już kończę. — Chyba przejęła część moich myśli, bo skrzywiła się z niesmakiem.
— Mam nadzieję, bo czuję się jak na drugi dzień po bimbrze z wodorostów robionego przez trytonów. Naprawdę, do czasu, aż nie nauczyliśmy ich pędzić porządną gorzałkę, równie dobrze mogliśmy pić smołę. Efekt i smak podobny.
— Współczuję — mruknęła niezadowolona moją gadatliwością, albo może moimi myślami, bo stała nade mną w wydekoltowanej bluzeczce. Święty nie jestem. — Dobra skończyłam. Musisz się przespać. Tu masz bilety na pociąg. Wiesz, do czego służą?
— Teraz już tak. — Widać sprawdzała sprawność przeniesienia wiedzy. Może jednak nie wszystko jej wychodzi perfekcyjnie.
— Mi wszystko wychodzi idealnie. Zapamiętaj to do końca życia. A do czasu, aż się porządnie nie prześpisz możesz mieć jakieś problemy z pamięcią. Czy to jasne?
— Jak słoneczko nad nami.
Dalej nic nie wiedziałem, a w szczególności nie miałem pojęcia gdzie jest dworzec, ani tym bardziej, gdzie leży akademia dumy. Nie mogłem już zapytać o to, bo demonica błyskawicznie zniknęła. Zastanawiała mnie tylko jedna rzecz, o której wcześniej wspominała, coś, że diabły są w sojuszu z demonami i próbują zdławić rebelię czartów i upadłych aniołów. Więc dlaczego chce abym go szpiegował?

Juliusz

Wyszliśmy z powozu.
— Biednie. — Westchnąłem po szybkiej lustracji budynków.
— Zamknij się — warknęła wkurzona Elżbieta — Nie podoba ci się? To spadaj do siebie.
Byliśmy przed jedną z rezydencji rodu Batory w świecie Rzeczywistym. Jak dla mnie nie prezentowała się ona zbyt okazale. Dworek był naprawdę malutki. Stajnie w moim pałacu były większe.
— Tu mam mieszkać? — Próbowałem ukryć nutę obrzydzenia cisnącą się na usta.
— Nie, dla ciebie przygotowałam oborę. Przecież masz kopytka i rogi, prawda? — Odgryzła się.
— Jeśli tylko jest tam hydromasaż to się zgadzam w ciemno.
Roześmiała się, więc uratowałem swoją sytuację. Często tak mam, za dużo gadam, za mało myślę. No cóż, to i tak tylko przystanek w drodze na uniwersytet. Tak właściwie to nawet nie wiem, na jaki kierunek się dostałem.
— Eli, ty też idziesz do akademii dumy?
— Mówi się Akademii Dumy. — Sprostowała.
— Dlaczego Dumy? — Nie dostrzegałem za dużej różnicy, między moją wypowiedzią a jej.
— Bo tak już jest. Naucz się tego. Chociaż ciebie nie trzeba uczyć trzymania głowy wysoko. — westchnęła głęboko. Ładnie to wyglądało, naprawdę. — Jak byłeś mały też próbowałeś nami rządzić.
— Naprawdę? — Nie pamiętałem tego. W ogóle mało pamiętałem z naszego dzieciństwa.
— Tak. To było w tobie nawet fajne. — Pogłaskała mnie po policzku. — Jednak nie miałeś ze mną szans.
— Że, co niby ja z tobą przegrałem?- Zadrwiłem, bo była teraz niższa ode mnie o głowę. Gdyby nie ta cholerna skleroza, mógłbym zaprzeczyć. Czy może jednak to była prawda?
— Nie ważne. Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr.
— Acha. — Tylko tyle mogłem z siebie wykrztusić.
— Dobrze, więc o co chciałeś zapytać? — Uśmiechnęła się do mnie, tym razem prezentując nieco dłuższe kły. Widać w jej pałacyku nie obowiązywało już prawo Maskarady.
— Czy ty też idziesz do Akademii Dumy? Powiedziałem to poprawnie?
— Na oba odpowiedź twierdząca. Tyle tylko, że do Akademii uczęszczam już od Liceum.
— Jak tam jest? — Podrapałem się za uchem.
— Nie prowadzą tam przesłuchań tuż przed drzwiami domu. — Oparła się o nie dłonią. Nie miała rękawiczek, które zwykle muszą mieć wampiry w świecie Rzeczywistym. Nie wiem czy to jej specjalna zdolność, czy może coś innego, ale zamiast trupio białej ręki znajdowała się taka w kolorach, jakby to powiedzieć... żywych.
— Rozumiem, że porozmawiamy przy kolacji. — Próbowałem wybrnąć z sytuacji.
Mruknęła w odpowiedzi coś nie zrozumiałego, co przyjąłem za zaproszenie, ponieważ otworzyła przede mną drzwi wejściowe.
Był to dworek, po którym było widać znaczną już ilość remontów. Pewnie nic nie zostało z oryginalnej konstrukcji. Przypuszczam, że ucierpiał w czasie II Wojny Światowej, a potem został odbudowany.
— Jak długo ten dworek do was należy?
— Pytasz o historię tego dworku, czy o to kiedy go kupiliśmy?
— Oba.
— Należał do nas od samego początku, ale później został skonfiskowany przez carat. Po odzyskaniu niepodległości wrócił do nas. Później znów został zagarnięty przez ruskich, a po ponownym odzyskaniu wolności znów trafił w nasze ręce. Za każdym razem by go odzyskać trzeba było zapłacić sowitą łapówkę. O to ci chodziło?
— Mniej więcej. Naprawdę zadajesz dużo pytań.
— Ty też. — Doszliśmy do jadalni. Tym razem mogłem wyrazić tylko podziw. Nie byłem zaskoczony ilością ani rodzajem dań, widziałem już wcześniej ile potrafią przygotować jedzenia dla gości. Po prostu się za tym stęskniłem.
— Dawno nie widziałem takich wspaniałych dań.
— Masz rację dawno. — Posmutniała. — Od czasu zaginięcia twojego brata i mojej siostry.
Nie tknęła jedzenia. Mi też odechciało się jeść.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Akademia Dumy Rozdział 1 Część 3

Post#25 » 18 lis 2015, o 21:42

[center]Część 3 [/center]

Eryk

Wpadłem jak śliwka w... odchody. Zaczęło się niewinnie. Postanowiłem zapytać się mijającej mnie osoby gdzie jest dworzec kolejowy. Powiedziała mi jak tam dotrzeć korzystając z komunikacji miejskiej. W tym momencie zapaliła mi się w głowie lampka, tłumacząca, co to konkretnie jest ta komunikacja miejska, ale dobrze nie uprzedzajmy, co poniektórych faktów:
— Przepraszam jak dostanę się na dworzec kolejowy?
— No, ziomek, musisz podjechać sto trzydziestką ósemką, pod dworzec, przystanek jest tam. — Łysy mężczyzna machnął ręką grubości warchlaka z moich czasów.
Uśmiechnąłem się, bo już myślałem, że tutaj ludzie nie są mili dla innych. A tutaj takie zaskoczenie, jednak potrafią myśleć o innych.
Na szczęście instynkt dziecka wychowanego w innych czasach i w innym mieście zadziałał mimowolnie. Gdy już zacząłem ruszać w stronę przystanku autobusowego kafar próbował wyrwać mi sakiewkę, nazywaną w tych czasach portfelem. Może jednak nie powinienem był trzymać jej w rękach? Zwiodła mnie pozorna atmosfera spokoju w tych czasach.
Trochę mnie poniosło. W moich czasach to nie byłaby kara adekwatna dla złodzieja. Jednak w czasach obecnych rozmiękczenie obyczajów przełożyło się również na działania strażników miasta, nazywanych tutaj policją. Odciągnęli mnie od niego i skuli mi ręce kajdankami, które nawiasem mówiąc były bardzo lekkie. Nie szarpałem się, dałem się skuć, w końcu nie zrobiłem nic złego. Tylko parę razy uderzyłem jego głową o bruk...

Wzięli mnie na odwach, czy jak to się teraz nazywa, komisariat.
— Czy wie pan o co jest oskarżony?
— Działałem w obronie własnej. Chciał mnie okraść.
— I z tego powodu doprowadził pan do wstrząsu mózgu poszkodowanego?- Sumiasty wąs lekko podskoczył. Przesłuchujący mnie dowódca patrolu przypominał starego zająca. Takiego zmęczonego życiem i całą swoją egzystencją.
— Do wstrząsu, czego? — Udawałem półgłówka.
— Niech pan sobie nie żartuje, przypominam, że jest pan zatrzymany.
— Widzę. — Machnąłem dla popisu kajdankami, które nawet nie umywały się do tych z moich czasów, ciężkich topornych i utrudniających ruchy. Przypuszczam, że udałoby mi się je zerwać, gdybym tylko chciał, w końcu sześćset lat stawiania żagli robi swoje.
— Tak, więc niech pan się zachowuje. — Mruknął pod wąsem. Naprawdę był niegroźny.
— Wiem, że zareagowałem z przesadnym użyciem przemocy. — Głos w głowie podpowiadał mi co mam mówić. Bardzo przyjemny głos przypominający Aurelię. — Jednak wynikało to z moich niedawnych doświadczeń życiowych. Po prostu jestem bardzo mocno pod denerwowany.
— Proszę pana, a kto nie jest w tych czasach? — Westchnął, wygodniej rozsiadając się w fotelu.
— Ciężkie czasy. — Zgodziłem się, ale w myślach dodałem ,,Żebyś spróbował przeżyć w moich."
— Oj tak.
Zapadła niezręczna cisza. Głos w głowie podpowiadał mi abym nic nie robił. Nie miałem nic przeciwko bo i tak nie miałem pomysłu co zrobić dalej. Przynajmniej nie trafiłem do lochu. Tutaj naprawdę bardzo się patyczkują z zatrzymanym.
— Papiery ma pan w porządku. — Odezwał się po chwili. — Poszkodowany nie wniósł oskarżeń. Przetrzymamy pana jeszcze przez parę godzin by sprawdzić czy nie ma pana w aktach Interpolu. Bo jak rozumiem jest pan Polakiem mieszkającym w Niemczech?
— Tak, w Lüneburg, to jest pod Hamburgiem. — Na szczęście Aurelia dała mi niemiecki dowód osobisty z danymi łatwymi do zapamiętania.
— Zwiedza pan Gdańsk?
— Tak, postanowiłem odwiedzić jak najwięcej miast hanzackich w swojej podróży po Europie. — Tym razem już sam wymyśliłem alibi, bez pomocy tego głosu.
— Nie wiem, o co chodzi, ale najwyraźniej pan wie. Zechce się pan napić kawy? Internet nam trochę szwankuje, więc proszę pana, to może chwile potrwać.
Kawa, słyszałem o tym mitycznym napoju przywożonym z dalekiej Abisynii, ale nigdy nie przyszło mi go samemu próbować.
— Z chęcią się napiję. — Uśmiechnąłem się do przesłuchującego mnie policjanta. Chyba odwzajemnił uśmiech, ponieważ jego wąsy zmieniły położenie.
Policjanci byli mili, odwieźli mnie pod dworzec i życzyli miłej podróży. Naprawdę wiele sie zmieniło przez ten okres czasu. O dziwo na lepsze. Być może już nie mogłem sam wymierzać sprawiedliwości, ale za to służby porządkowe stały się bardziej przyjazne. Tylko jak miła policja ma strzec porządku? Ciekawe czy sądy też są takie miłe? Mam nadzieję, że nie, ponieważ wtedy przestępcy mogliby robić, co chcą. Chociaż z drugiej strony dla mnie to chyba jest lepsze, przecież sam byłem piratem i pomagałem łupić statki. Dobra, najlepiej się o tym nie przekonywać na własnej skórze. Odpuszczę sobie przestępstwa.

Aurelia dała mi portfel pełen weksli zwanych w tych czasach banknotami. Miałem za nie kupować, co zechcę i potrzebuję. Na razie miałem pierwszy cel, kupić bilet na pociąg, jednak gdy się rozejrzałem, dostrzegłem napis ,,księgarnia". Zawsze uwielbiałem czytać księgi, opasłe buchy, zawierające starożytną wiedzę. Spojrzałem na portfel i modliłem się o to by była jeszcze otwarta.
Była. Po raz pierwszy widziałem tyle książek. Aż mnie zatknęło z wrażenia, wcześniej słyszałem o krainach, z których przywozi sie przyprawy, ale tutaj były do nich nawet przewodniki. Wiedziałem, że istnieje ląd na zachód od Europy i nie zdziwiło mnie nawet, że są i po tym lądzie przewodniki. Atlantyda też miała wielką bibliotekę, której podobno marną imitacją była ta Aleksandryjska w Egipcie, ale obie zatonęły, więc byłem w Atlantis skazany na ustne przekazy podwodnego ludu. Twierdzili, że być może biblioteka na kontynencie Mu mogła przetrwać, jednak nie mogli tego sprawdzić, ponieważ byli uwiezieni w swojej świętej ziemi. Jak mi wytłumaczyli, w ich mieście czas na nich nie działał. Jednak, kiedy próbowali z niej odpłynąć, zaczynał się nagły proces starzenia i umierali. No cóż, coś za coś, podobno wielu już wybrało tą opcję by ze sobą skończyć. Wielu marynarzy ode mnie z okrętu im zazdrościło możliwości skończenia pseudożycia. Ja nie, ponieważ wolałem żyć i pochłaniać wiedzę. A właśnie teraz znalazłem się w raju, w którym papier jest jej esencją.
— W czymś mogę pomóc?
— Tak poszukuję informacji na temat Akademii Dumy i jej dyrektora. — Palnąłem pierwsze, co przyszło mi do głowy.

Elżbieta

Stanęłam przed lustrem. Przez całą kolację próbowałam się nie rozpłakać. Powtarzałam sobie ciągle ,,Nie jestem słaba, mam siłę by to pokonać". Teraz już nie mogłam tłumić emocji. Cieszyłam sie na spotkanie z nim po tylu latach, jednak on nic o mnie nie pamiętał. To bolało.
Przyzwałam mojego najbardziej zaufanego sługę. Znaliśmy się od dziecka, poznał też on Julka, gdy ten był mały. Mogłam z nim porozmawiać o wszystkim, a on nie mógł nikomu przekazać moich tajemnic. Cóż był pewien powód tej niemocy, ponieważ gdy byłam małą dziewczynką, zmusiłam go do paktu krwi i od tamtego czasu musi mi mówić prawdę oraz nie może rozpowszechniać moich tajemnic bez mojej zgody. Tylko dlatego mu ufam. Właściwie, jest jedyną osobą, której ufam.
— Joachimie, proszę przybądź tutaj.
— Tak jest moja pani. — Zgiął się w ukłonie.
Błyszczące buty, równe paznokcie i nienagannie skrojony garnitur oraz blond włosy, miejscami przechodzące w jasny brąz sprawiały, że większość kobiet mówiła mu, co tylko chciał. Dzięki temu był moim najlepszym źródłem plotek.
— Co myślisz o Juliuszu? — Od razu przeszłam do sedna. Nie czas na konwenanse.
— Zmienił się. — Odpowiedział po chwili wahania.
— Zauważyłam.
— Nie pamięta tego, co się wydarzyło parę dni po Incydencie.
— Dlaczego wszyscy to tytułują ,,Incydentem"? — Zezłościłam się.
— Wszyscy boją się prawdy, moja pani. — Spojrzał na mnie błękitnymi, martwymi oczami.
— Ja nie.
— Oczywiście. — Uśmiechnął się pod nosem.
Nigdy nie miał wąsów, od kiedy pamiętam. Kiedy się kiedyś zapytałam czy miał zarost, odpowiedział, że tak, ale mu nie pasował, więc usunął wszelkie cebulki z włosów ze swojej twarzy. Kiedy nalegałam by przekazał mi to zaklęcie, zgodził się, ale jednak zastrzegł, że dopiero, kiedy skończę osiemnaście lat. Więc używam go już od ponad roku.
— Więc przestań nazywać to ,,Incydentem" a zacznij mówić o porwaniu, jasne?
— Tak.
— Więc uważasz, że powinnam coś zrobić?
— Wydaje mi się, że tak.
— Wydaje ci się, czy jesteś tego pewien?
— Wydaje mi się. — Nigdy nie kłamał, a przynajmniej nie mi.
— Więc co mam zrobić? — Zapaliłam papierosa. Miałam pewność, że nikt się o tym nie dowie. Przecież każdemu potrzebne jest coś na od stresowanie. Czemu nie miałby to być papieros?
— Porozmawiać. Poczynić niewielkie sugestie.
— Mężczyźni. Do was trzeba zasadniczo. Lekkie sugestie czyniłam przez całą kolację, by wybadać sytuację i wiesz, co?
Milczał.
— Nic. — Dokończyłam, wściekła. — Nawet nie zauważył.
— Skoro preferujesz pani zasadnicze rozwiązania, to porozmawiaj z nim już teraz. Przecież nie godzi się, by tak wielka pani wampirów musiała czynić do jakiegoś diabła jakiekolwiek sugestie. Powinien wiedzieć, co ma zrobić.
Wmanewrował mnie, wiedział, co powiedzieć by wpłynąć na ambicję. Nie mogłam się już wycofać, stałam nad przepaścią z zawiązanymi oczami. Bałam się. Nie wiedziałam czy kolejny krok będzie ostatnim. Wiedziałam o Julku dużo, zbyt dużo. Właśnie to chyba wszystko, o czym zapomniał. A raczej o tym o czym chciał zapomnieć. Jednak czy się odważę to zrobić?
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Akademia Dumy Rozdział 1 Część 4

Post#26 » 3 sty 2016, o 18:25

[center]Część 4 [/center]

Juliusz

Wyrwałem się z koszmaru. Znów czułem, że dzieje się ze mną coś złego, uderzyły mnie kolce bijane w duszę i raniące ją już na stałe. Często miałem ten sen. Właściwie to, od kiedy tylko pamiętam. Polegał on na tym, że wpadałem we wściekłość, która mogła być spowodowana najróżniejszymi rzeczami, stratą zabawki, złym słowem lub inną błahostką. Jednak w momencie kumulacyjnym zamiast płakać, śmiałem się, nie tak histerycznie, tylko z głębi duszy jakbym się z tego cieszył. Jakby ta wściekłość mnie pocieszała. Krzyczała, chodź do mnie. Utulę cię, sprawię, że już nigdy więcej nie poczujesz bólu. Otchłań mnie wzywała.
Przewróciłem się na drugi bok, a łzy zaczęły mimowolnie płynąć po mojej twarzy. Tyle lat strachu zrobiło swoje. Nie chciałem po raz kolejny zasnąć, bałem się tego snu tak samo jak bałem się rzeczywistości oraz jej możliwości. Wciąż dręczyły mnie pytania o moją przeszłość. Podrapałem się po bliźnie leżącej po lewej stronie mostka. Zginę? Zostanę pchnięty w serce? Czy zostanę porwany jak mój brat? Dlaczego go nie zwrócili? Przecież zwykle porywa się dla okupu, lub spełnienia jakiś żądań. Nic takiego nie przyszło, mój ojciec zrobiłby wszystko za powrót Klaudiusza, nawet zrzekłby się władzy. Nie rozumiałem tego, ani wtedy, ani teraz. Tak samo nie wiedziałem, co chcieli tym osiągnąć. Nienawidziłem porywaczy, nienawidziłem również tych, którzy rozpoczęli tą wojnę. Pewnie byli to ci sami ludzie. Nie było na to dowodów. Ale czemu mieli by porywać...
Nagle poczułem czyjąś obecność w pokoju. Ktoś otarł mi łzy.
— Widzę, że ty również cierpisz na samotność. — Usiadła na łóżku obok mnie.
— Tak. — Wykrztusiłem. Wciąż czułem ciężar snu. — Ona boli.
— Bardzo. — Zgodziła się ze mną.
Znów rozumieliśmy się bez słów. Czekałem i zadawałem sobie pytanie, po co tu przyszła? Jednak to ja pierwszy przełamałem ciszę.
— Nie wiedziałem, że Anna była twoją siostrą.
— Jest. — poprawiła mnie — Sama nie wiedziałam, do czasu aż ojciec mi tego nie wyznał. Była moją przybraną siostrą. Owocem wyskoku mojego ojca z służącą. Przypuszczalnie nie wiedziała nawet, że jest jego córką.
— To straszne.
— Co?
— Tak, zwłaszcza to, że nawet nie wiedziała, kto jest jej ojcem. No i oczywiście to, że została porwana.
— Cieszę się, że nazywasz rzeczy po imieniu. Porwanie. Tak to jest odpowiednie słowo na to, co się stało. Bez zbędnego maskowania. A co do znajomości ojca, nie jest to tak powszechne wśród wampirów. Wyznajemy poligamię.
— Aha. — Więcej nie byłem w stanie wykrztusić.
—Ech, tylko na tyle cię stać?
—Nie. — Ochoczo zaprzeczyłem — Po prostu wampiry rzadko mówią o zwyczajach panujących w waszej społeczności.
— To przyzwyczaj się, ze rozmawiasz z wyjątkiem. — Zadarła nosek, ładny już wcześniej lekko zadarty, smukły nosek. Ale w końcu przecież potrafią modelować kształt ciała, wiec chyba to nic dziwnego?
— Tak jest. — Zaszczekałem.
— No, aleś ty uległy. Kiedyś miałeś więcej ikry. Kiedyś to ty dowodziłeś naszymi zabawami. Mówią, że mężczyźni na wojnie mężnieją, a chłopcy zmieniają się w mężczyzn. Z tobą chyba jest odwrotnie. Płaczesz w poduszkę i boisz się powiedzieć, co ci leży na sercu, przez co utrudniasz sobie spojrzenie prawdzie w oczy. A spróbuj to potwierdzić, a resztę drogi spędzisz w ciszy. Nie odezwę się ani słowem.
Powstrzymałem cisnące się na usta potwierdzenie faktu. Ale naprawdę wojna mnie zniszczyła. Ten nieustanny lęk. Narady polowe, na które zabierał mnie ojciec w pierwszej fazie kampanii wojennej. To wszystko wżarło się w moją psychikę. A może ona ma rację szukam usprawiedliwień by nie ruszyć z miejsca i nie stawiać czoła prawdzie?
— Widzę, że powoli dociera coś do twojej głowy. Możemy porozmawiać poważnie? Bez łkania w poduszkę i zbędnych krzyków?
— Chyba tak.
— Nie ma chyba. Jest tak albo nie. — Warknęła.
Milczałem. Bałem się.
Zbierała się do wyjścia, gdy szeptem odpowiedziałem, tak.
— Wreszcie. Teraz to powtórz głośno i wyraźnie patrząc mi w twarz.
— Tak, jestem gotów stawić czoła, samemu sobie i całej prawdzie.
—No wreszcie. — W ciemności zobaczyłem jej błyszczące kły. Widać się uśmiechała.
— Nie pamiętam porwania. Tylko ten jeden szczegół, że straciłem brata.
— To była chwila, weszliśmy do lasu i po chwili błądzenia zorientowaliśmy się, że ich nie było. Próbowaliśmy ich sami znaleźć, ale gdy się to nie udało pobiegliśmy do naszych rodziców. Śmiali się, wydawało im się, że dzieciaki jak zwykle zgubiły drogę, rozdzieliły się i zaraz się znajdą. Szukali ich po aurze, dobrze wiedzieli, w którym miejscu się rozdzieliliśmy, poszli wiec za tropem Klaudiusza i Anny. Nie wyczuwali żadnych innych aur zdradzających obecność porywaczy. Aż do momentu, w którym trop się urywał. W tym momencie nasi ojcowie wpadli w panikę i odesłali nas do pobliskiej rezydencji rodu Volkodlaków, byśmy tam na nich poczekali.
— Czyli Mirogniew i Rościsława też tam byli?
— Tak, bawili się z nami w tym lesie. Boję się pomyśleć, co by się stało gdyby któreś z nich zostało porwane.
Tak, to by było straszne. Jak już wspominałem stosunki wilkołaków z wampirami nie były najlepsze, bardziej przypominały krótkie zawieszenie broni i to tylko pomiędzy poszczególnymi klanami. Natomiast stosunki piekielników z wilkołakami, nie miały nawet tak ciepłych relacji. Zmiennokształtni nienawidzili wszystkiego, co w jakikolwiek sposób kojarzyło im się z chrześcijaństwem i innymi religiami niż rodzimowierstwo. Jednym z naprawdę nielicznych wyjątków było stado Volkodlaków, jednego z najstarszych stad w całej historii wilkołaków. Ogólnie każdy ród mógł robić to, co chciał, ale dziwnie patrzono na tych, którzy bratali się z innymi wiarami. Jednak temu rodowi wszyscy bali się podskoczyć. Był zbyt potężny, stary i sławny, by można było toczyć z nim konflikt. Dlatego nikt nas nie zaczepiał na ich terenach. Pozwalano nam też bawić się z dzieciakami z ich rodu. Jednak boję się pomyśleć co zrobiłyby wilkołaki gdyby któreś z jak to określają ,,szczeniaków" zostało porwane. W najbardziej optymistycznym przypadku groziłaby nam wielopokoleniowa wojna ze wszystkimi zmiennokształtnymi na całym świecie.
— Tak, cieszę się, że nic im się nie stało.
— Co u nich? — Wykrztusiłem, ponieważ uświadomiłem sobie, że od czasów tamtego incydentu się z nimi nie kontaktowałem.
— Zmieszany jesteś, widzę. Zapomniałeś o nich. To teraz masz szansę sobie przypomnieć. Mirogniew uczęszcza do Akademii Dumy, a Rościsława uczy się w domu, z powodu słabego zdrowia. — Uśmiechnęła się tajemniczo.
Rościsława miała od małego kłopoty ze zdrowiem, ale podobno nasze towarzystwo sprawiało, że się znacznie więcej ruszała i odzyskiwała zdrowie, dlatego jej rodzice byli dla nas bardzo mili. Mogę sobie nawet przypomnieć jak pysznymi jagodziankami karmiła nas jej matka.
— Miro zadeklarował, że jak cię spotka to obedrze cię ze skóry, a rany posypie solą.
To nie zapowiadało się dobrze.
— Ale dość o tym. — Chyba znów się uśmiechnęła, bo zobaczyłem kątem oka odsłonięte kły. — Bardziej mi chodziło o to, czy pamiętasz następne dni?
— Szczerze mówiąc to nie. Dlaczego pytasz?
— Nieważne. Cześć. — Pocałowała mnie w czoło. — Śpij dobrze.
A potem zniknęła.

Eryk

Po raz pierwszy jechałem pociągiem. Nie było tak źle. Kołysało mniej niż na morzu. Wiele osób wokoło mnie narzekało na wolną kolej, lecz ja nie byłem w stanie tego zrozumieć. Przecież pędziliśmy szybciej niż na najlepszym koniu wyścigowym! Miałem się przespać, lecz nie mogłem zasnąć, a co najważniejsze nie chciałem, zapytacie się mnie ,,dlaczego?", a ja odpowiem ,,Bo mam torbę pełną wiedzy czekającej na pochłonięcie". Ja zawsze marzyłem o tym by pochłaniać tajniki wiedzy. Sprzedawca był bardzo zachwycony, że ktoś chciał kupić tyle książek, natomiast ja za to byłem bardzo zadowolony tym, że część była w moim rodzimym języku. Cóż, Danzig był niemiecki i taki w mym sercu pozostanie.
Obecnie czytałem o historii, zwyczajach i położeniu Japonii. Tak książka jednak była napisana w języku polskim. Zaciekawił mnie ten kraj, ponieważ miał bardzo ciekawą historię, a jego kultura przypominała jedną z opowiadanych mi przez starego trytona Samuela, miast Lemurii zwanego Nihon, a przynajmniej ta dawna, ta obecna w żaden sposób mi nie pasowała. Za dużo pracują i przez to mają mało czasu dla siebie, więc pewnie, dlatego mają tak wysoki wskaźnik samobójstw, wydedukowałem.
— O czytasz o Japonii. Kocham Japonię.— Podniosłem ciężko wzrok znad książki. Nienawidzę gdy ktoś mi przeszkadza.
Przede mną siedziała dziewczyna z niebieskimi włosami, ubrana w dziwny strój, miała gorset na wierzchu, co mnie zdziwiło, no ale cóż już wcześniej idąc przez Gdańsk widziałem obraz faceta który miał ubrane czerwone majtki na niebieski strój, więc może to normalne w tych czasach. Dodatkowo zdziwiło mnie to, że miała na sobie podkute buty, widać wskaźnik gwałtów w tych czasach musi być wysoki. Była troszkę przy kości, czyli musiała pochodzić z bogatszej rodziny mieszczańskiej.
— Zaciekawił mnie ten kraj. — Odpowiedziałem uprzejmie.
— A co ci się najbardziej podoba w tym kraju? — Dopytywała robiąc dziwny wyraz twarzy.
— Hmm... — chrząknąłem — zwyczaje i kultura.
— O! o! Ja też uwielbiam ich kulturę!
Chyba nie taką, co ja mam na myśli, stwierdziłem w myślach. Gdybyś miała jakiekolwiek pojęcie o kulturze, to byś się tak nie ubrała.
Dziewczyna coraz to bardziej mnie napawała obrzydzeniem. Miała plecak z naszytymi postaciami, które miały nienaturalnie duże oczy. Zwolenniczka tych dziwnych przybyszy, którzy ponad dziesięć tysięcy lat temu wylądowali na Atlantydzie i kazali sobie wznosić piramidy? Ciekawe czy ich kult również jest tu powszechny. Przecież kiedyś Samuel opowiadał mi o tym, jak tą dziwną sektę wygnano z Atlantis i musieli szukać schronienia poza granicami kontynentu. Część starała się wrócić drogą powrotną do Mu, a część wybrała się na zachód. Tak to by się zgadzało. Ale jaki związek z tym wszystkim ma Japonia? Przecież leży ona po drugiej stronie globu.
— Cieszę się.— Odparłem nieszczerze.
— A jakie anime najbardziej lubisz?
— Co to jest anime?
— Nie wiesz? Pokażę ci. — Wyciągnęła z torby dziwne prostokątne urządzenie. Tablet. Wewnętrzny wspomagacz dalej działał. Po chwili na urządzeniu zaczął się poruszać obraz. Patrzyłem zafascynowany na te migające obrazki. Nie znałem języka, którym się posługiwali, ale nie przeszkadzało mi to. Naprawdę ciekawe...
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Akademia Dumy Rozdział 1 Część 5

Post#27 » 15 sty 2016, o 20:26

[center]Część 5 [/center]

Juliusz

Obudził mnie jeden ze służących rodu Batory, wysoki blondyn posiadający uśmiech, przez który przypominał żmiję, jednak po chwili jego wyraz twarzy wrócił do chłodnej obojętności. Jako, że wampiry z reguły posiadały dużo służby przy sobie spodziewałem się należytego szlachcicowi obsłużenia. Zawiodłem się. Blondyn wyszedł, gdy tylko wstałem, a nikt inny się nie pojawił. Musiałem się sam ubrać i w złym humorze poszedłem na śniadanie.
Elżbieta przywitała mnie zdawkowym cześć. Odburknąłem coś w odpowiedzi. Przynajmniej śniadanie przypominało to szlacheckie. Wystawne i jakby to powiedzieć... godne. Tak to jest odpowiednie słowo.
— Nie odzywasz się.
— Nie — rzuciłem w odpowiedzi.
— Co ci znowu nie pasuje? — warknęła. Chyba trochę przesadziłem. Przypomniałem sobie nocną rozmowę i chyba miała wtedy rację. Za dużo rozczulam się nad sobą.
— Nic takiego. — Wymusiłem uśmiech. — Po prostu zdziwił mnie brak służby.
— Tak. To dlatego, że byliśmy tutaj tylko na jeden wieczór. Posiłki zostały przygotowane w głównym pałacu mojego rodu i przysłane za pomocą zaklęcia teleportacyjnego. Jedyna służba, jaka się tutaj znajduje to mój kamerdyner.
— Rozumiem, czyli zjemy i wyruszamy? — Wycelowałem w nią widelcem. Tylko wtedy, gdy jesteśmy we dwoje mogę się tak zachowywać.
— Dokładnie. Zjedz i się zbieramy.
—Dobrze, już kończę. — Nie byłem głodny po wczorajszej kolacji, więc zjadłem dwie kanapki z łososiem i popiłem schłodzonym Schweppesem.
— Jeśli się pośpieszymy, to za dwie godziny będziemy pod Akademią.
— Ja jestem już gotowy. — Wcisnąłem sobie resztę kanapki w usta i ruszyłem do wyjścia. Wszystkie rzeczy były już na wozie. — Panie przodem. — Otworzyłem przed Elą drzwi powozu.
— Wreszcie zacząłeś się zachowywać jak kiedyś. — Zaśmiała się.
W tej chwili mnie zamurowało. Nie pamiętałem, jaki kiedyś byłem.

Eryk

— Poproszę bilet do kontroli. — Rozległo się nad moim uchem. Co oni powariowali, chyba czwarty raz mnie sprawdzają. Po poprzedniej kontroli odłożyłem go na torbę z książkami, więc podałem nawet odwracając uwagi od migającego ekranu towarzyszki podróży.
— Bilet jest nieważny.
— Słucham? — Z bólem serca odwróciłem wzrok.
— Pana stacja była dwa przystanki temu.
Zawiesiłem się. To ten pociąg nie jedzie bezpośrednio do Akademii? Myślałem, że te przerwy są na uzupełnienie paliwa, czy na coś.
— Musi pan dokupić bilet. — W odpowiedzi wyciągnąłem sto złotych z portfela.
— Tyle wystarczy?
— To aż nadto. — zaprotestowała kontrolerka. — Jeśli chce pan dojechać do Akademii to następny przystanek jest w Krakowie i tam pan znajdzie pociąg jadący w jej stronę.
Wydała mi resztę i życzyła przyjemnej podróży.
— Wow! Dostałeś się do tej Akademii Dumy?! Myślałam, że jak ja jedziesz na Magnificon!
Towarzyszka podróży chyba się zapowietrzyła.
— No, tak. — skłamałem skromnie. Nawet nie wiem czy się dostałem. Wiem tylko, że mam tam trafić.
— Musisz być mądry. Chociaż patrząc na to jak próbowałeś zapłacić tej wrednej babie to pewnie też musisz być dziany. Zostaniesz moim mężem?
— Nie dzięki. — Szybko odmówiłem. Kiedyś marzyłem o adoracji kobiet, ale patrząc na tą spokojnie mogę zakwalifikować to marzenie do tych młodzieńczych całkiem głupich, takich jak pokonanie krakena czy posiadanie zamiast ręki miecza.
Obraziła się. Nie miałem jej tego za złe. Przecież nikt się nie cieszy, gdy ktoś odrzuca twoje oświadczyny. Jednak przez to resztę drogi do Krakowa musiałem spędzić bez tych wspaniałych migających obrazków. Właściwie to dopiero poznałem to cudo, a już za nim tęsknię. Ciekawe czy mnie na nie stać?
— Ile cię moja droga, kosztował ten ,,Tablet"? — Odważyłem się zapytać przerywając niezręczną ciszę.
— A co cię to obchodzi? — odburknęła. Chyba innego tonu nie mogłem się spodziewać.
— Właściwie to spodobało mi się to, co pokazałaś.
— Wiesz jak to dziwnie zabrzmiało?
— Nie. — Naprawdę nie wiedziałem.
— Bardzo dziwnie.
— Przepraszam — odparłem po chwili zastanowienia — nawet nie pomyślałem, że to tak może zabrzmieć. — Z powodu dłuższego braku snu, zadrgała mi powieka.
— Rozumiem. — Mocno się zaczerwieniła, nie wiedziałem czemu, a to coś w mojej głowie podpowiedziało mi słowo ,,flirt". Nie wiedziałem, co to jest, ale brzmiało jak filet wiec pewnie chodziło o zaproszenie jej na posiłek w ramach zadośćuczynienia za moje zachowanie.
— Czy zgodzisz się na mały flirt?
— Hmm... Czemu nie, oboje wysiadamy w Krakowie, a trochę czasu minie nim złapiesz kolejny pociąg...
— Znasz tam jakieś ładne, urokliwe miejsce, w którym moglibyśmy w miłej atmosferze spożyć posiłek?
— Znam parę ładnych lokali na mieście, często bywam w mieście królów.
— Czyli jesteś obeznana, oprowadzisz mnie po nim?
— Z miłą chęcią.
— No to jesteśmy umówieni. — Uśmiechnąłem się.
Odwzajemniła uśmiech.

Stanisław

Otworzyłem oczy. To było trudne, naprawdę. Czułem każdy mięsień swojego ciała, nawet te najmniejsze. Jeśli ktokolwiek z was przeszedł taki dystans na raz w pełnym słońcu, pewnie wie, o czym mówię. Skóra mnie piekła w każdym miejscu, które było odsłonięte i w niektórych wcześniej zakrytych. Jednak udało mi się zmobilizować do niewielkiego ruchu. Podniosłem się i usiadłem na łóżku. Plecy oparłem o chłodną ścianę. Nie wiecie, co to za ulga!
— O śpiąca królewna wstała.
— Co? — Rozejrzałem się po pokoju. Przede mną siedział wysoki rudzielec, szczerząc do mnie śnieżnobiałe zęby. — Ty. Kto?
— Nawet pytań po polsku nie potrafisz sformułować, za to potrafisz rzucać kurwami na prawo i lewo jak ktoś ci chce pomóc. Ale odpowiem na twoje pytanie. Jestem Patric Mc'Ginnger. Wiem, co powiesz, typowy Irlandczyk z pasującym do niego nazwiskiem, ale nic bardziej mylnego, jestem Polakiem. — Mówił naprawdę szybko, a ja miałem problem z przetrawieniem informacji — Po prostu moja matka pojechała do Irlandii na zmywak, a wróciła do kraju z narzeczonym, który założył własny browar pod Poznaniem i zaczął wytwarzać produkt podobny do irlandzkiego Eire, wbił się w rynek i udało mu się rozwinąć sprzedaż na cały kraj, a nawet na eksport. Głównie na wschód i południe, naprawdę ma niezły zbyt. Dlatego moja rodzina jest na tyle bogata by pozwolić sobie na opłacenie tu czesnego. Jesteś nowy, prawda? Zawsze łączą w jednym pokoju świeżaka z weteranem tej szkoły. Wszystko po to bym objaśnił ci zasady panujące tutaj. Od teraz masz się mnie słuchać, jasne?
— Mhm... — zgodziłem się i dodałem w myślach ,,Zrobię wszystko abyś sie zamknął".
— No to teraz ruszamy na wycieczkę po kampusie pokażę ci, co i jak. Ale najpierw...
— Proszę... nie... — wyrwało mi się. Nie byłem w stanie się ruszyć.
— Czemu? Przecież teraz jest tydzień pokazowy, w czasie trwania tego tygodnia muszę ci wszystko pokazać wszystko to, co jest najważniejsze na uczelni. Musisz poznać dogłębnie kampus i zwyczaje tu panujące, inaczej popełnisz gafę. A może już zdążyłeś jakąś popełnić. Wiedz, że tutaj potknięcia są starannie wytykane przez lata. Po prostu musisz być najlepszy w tym, co robisz. Takie tutaj panują zasady.
Wolałem nie pytać, w czym jest najlepszy, bo by mnie zanudził na śmierć. Popełniłem błąd, mogłem się odezwać, zmienić temat, cokolwiek. Milczenie wziął za aprobatę do wychwalania siebie.
— Jestem najlepszy w analizie tekstów staroceltyckich. Poznałem wszystkie języki celtyckie, udało mi się nawet dzięki tej analizie odtworzyć część gramatyki i wyjątkowego słownictwa języka galijskiego oraz brytońskiego. Zapamiętaj od Brytanii, czyli od Brytów, nie od celtyckiej ludności napływowej z VI wieku naszej ery na tereny północno zachodniej Francji, czyli Bretonów, którzy posługują się językiem bretońskim, może kojarzysz tą krainę? Nie wiem, dlaczego wam się skojarzyła z fasolą w sosie pomidorowym i nazwaliście ten rodzaj potrawy na ich cześć. Nikt tam tak nie je. A miałem wrócić do tematu. Kojarzysz Galię? Na pewno kojarzysz Asterixa i Obelixa. No, więc oni byli galami. Mieszkali właśnie w północno zachodniej Francji, czyli Bretonii. Można wiec powiedzieć, że byli podwójnie celtyccy. Łapiesz nie? Nom, to właśnie ich język staram się odtworzyć. Wiesz, jakie to ciężkie zadanie! Ale tylko ja mogę podołać. Profesorowie mówią, że mam talent. Oficjalnie jestem teraz studentem filologii celtyckiej. To takie ogólne pojęcie. Ale zobaczysz dam radę. Staram się też uzyskać informacje o Galicji hiszpańskiej, nie to nie jest w żaden sposób związane z waszą Galicją, czyli rozbiorem austriackim. Galicja hiszpańska to teren osadnictwa brytów na północ od dzisiejszej Portugalii. Między innymi stąd się wzięła jej nazwa Port-Galii, ponieważ osadnicy brytyjscy zostali zepchnięci na południe przez powstające królestwa hiszpańskie. Rozumiesz jak wspaniały jest to materiał. Nic nie zostało z ich języka, ponieważ Brytowie rozpłynęli się w morzu Iberyjczyków. Ale uda mi się odwzorować ich język tylko najpierw skończę brytoński.
— Proszę... Kończ... Idę... — wychrypiałem, miałem dość jego gadania.
— Słucham? Idziemy na wycieczkę? Dobra wstawaj! Słyszałem, że doszedłeś na piechotę do naszego akademika zamiast przyjechać kolejką akademicką.
Wstałem i się powlokłem za nim. Zapowiada się dłuuugiiii dzień.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Akademia Dumy

Post#28 » 14 lut 2016, o 13:05

[center]Część 6 [/center]

Juliusz

Spałem jak zabity, nie pamiętam co mi się śniło, ale nie był to jeden z tych przyjemniejszych snów.
— Wstawaj, zaraz dojeżdżamy. — Ela obudziła mnie szturchnięciem. Miałem już dość tej podróży. Obiecała dwie godziny, jechaliśmy chyba z pięć.
— Aaaa... — ziewnąłem — Dlaczego to tak długo trwało?
— Długo? Spójrz matole na zegarek.
— Jak to możliwe, minęło tylko półtorej godziny?!
— Tak, Sherlocku. Gratuluję drogi dedukcji. Jeśli krótsza wskazówka przesunęła się o...
— Dobra, skończ już się naśmiewać. — Naprawdę byłem nie w humorze.
— Co, ktoś nadepnął księciuniu na odcisk? — Zaśmiała się figlarnie — Może zrobić masaż plecków albo stóp?
Postanowiłem ją zignorować. Naprawdę nie lubię być budzony. Mam tak od dzieciństwa. Chyba. Naprawdę im więcej o tym myślę, tym mniej pamiętam. Nie wiem jak przeniosłem się z dworku Volkodlaków do piekła, ani co się tam działo. Pusta, czerń, przyznać się czy się nie przyznać? Czy ta wiedza jest warta mojej dumy? Czy mogę przyznać się do porażki? Z resztą to tylko Eli, kumpela z dzieciństwa, najwyżej chwilę się ze mnie ponaśmiewa, zniosę to, ale wiem, że tego nie rozgada. Taka już jest.

Czas się zatrzymał.

Nagle odezwał się inny głos w mojej głowie, był znajomy, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że już z nim kiedyś rozmawiałem. Nie mogłem sobie przypomnieć kiedy...
— Czy jesteś tego pewien? Czy na pewno taka jest i była? Czy znów twoja pamięć nie płata ci figli?
— Muszę jej zaufać — odpowiedziałem głosowi, oczywiście na poziomie mentalnym — Wiem, że mnie nie oszuka.
— Dlaczego jesteś tego taki pewien? Czy wspomnienia związane z nią mogą być fałszywe?
— Tak. Jestem pewien, ufam jej. Nawet bardziej niż sobie.
— A mi? Ufasz?
— Nie — odpowiedziałem po chwili zastanowienia — Nie znam cię, nie ufam ci.
— Byłem z tobą dłużej niż ona. Ja jestem tobą, ty jesteś mną.
— Wątpię.
— Zobaczysz. Kiedyś przejrzysz na oczy — odpowiedział mi głos i umilkł.

Trwało to pewnie ułamek sekundy. Wyraz twarzy Elżbiety nie zmienił się nawet odrobinę. Ja jednak wiedziałem już co mam robić. Po cichu dziękowałem głosowi, za zadanie mi tych pytań. Pozbyłem się wątpliwości.
— Nie, nic mi nie jest.— Uśmiechnąłem się. Zaskoczyłem ją tym. 1:0 dla mnie.
— To dobrze, bo jak pamiętam zawsze piętnaście minut po twoim wymuszonym przebudzeniu chodziłeś wściekły jak osa.
— Może się zmieniłem. — Roześmiałem się, tak to jest dobry moment by zadać parę pytań. — Co jeszcze sie we mnie zmieniło na lepsze?
— Dużo. Wydoroślałeś. Już nie trzymasz się kurczowo spódnicy mamy. Zaczynasz podejmować decyzje, tak jak wtedy przed porwaniem naszego rodzeństwa. Przypuszczam, że to uderzenie mogło tak na ciebie wpłynąć.
Jakie uderzenie, o czym ona gada, nic takiego nie pamiętam. Robić dobrą minę do złej gry czy grać w otwarte karty?
— Nie pamiętam tego wypadku, wybacz.
— Naprawdę nic nie pamiętasz? Zauważyłam, że nie chcesz o tym mówić, ale nie myślałam, że amnezja będzie aż tak silna. — Wydawała się zszokowana.
— Opowiesz mi o tym, co się stało?
— Kiedy indziej, zaraz dojeżdżamy. Szykuj swoje rupiecie do wyładunku. Obiecuję, że przy najbliższej okazji wszystko wyjaśnię.
— Dziękuję.
— Nie, to ja przepraszam, po prostu musisz się dowiedzieć, co tam się wtedy stało.
— Ok, umówimy się. To będzie nasza mała randka. — Zażartowałem, a ona w odpowiedzi roześmiała się. Naprawdę wszystko powoli wraca do normy, a przynajmniej tak mi się zdaje.
Gdy wysiadałem z powozu, poczułem nagły ból głowy. Potem pojawił się obraz przed moimi oczami. Na mikrosekundę. Błysk. Ale zrozumiałem, że go zapamiętam. Zapamiętam te oczy małej Eli przepełnione strachem.

Eryk

Zarezerwowałem bilet na najbliższy pociąg do Akademii. Na 11.44. Miałem do niego jeszcze ponad trzy godziny. Spełniłem, więc obietnicę daną Gabrysi, bo tak miała na imię, ale wolała jak sie na nią mówiło Kate, czyli jej pseudonimem artystycznym. Okazało się, że jest ona artystką jadącą na ten Magnificon, by zaprezentować swoje dzieła. Twierdziła, że tylko dojrzałe kobiety zrozumieją jej sztukę, którą nazywała Yaoi, więc nie naciskałem.
W żaden sposób nie mogłem zrozumieć co ludzie widzą w obecnej sztuce, gdy idąc po mieście widziałem galerie sztuki ,,nowoczesnej", myślałem, że to cechy malarzy murów.
— Bogate macie cechy w tym mieście.
— Jakie cechy? O co ci chodzi? — Zdenerwowała się na mnie. Znowu palnąłem jakieś głupstwo.
— Ech... — Nie wiedziałem jak wybrnąć z sytuacji. Naprawdę muszę się przespać by przyswoić wiedzę o tej epoce. — Chodziło mi o tą ,,galerię sztuki" którą przed chwilą mijaliśmy. Nie wiedziałem, że malarze naścienni się uczą malować na płótnach.
— Jak to malarze naścienni?
— No tacy, co dekorują budynki.
— Aleś ty głupi. — Zaśmiała się. — To są obrazy uznanych twórców, a te kolory obrazują ich emocję i stan duszy.
— To tylko płótna z paroma barwami. Nic konkretnego nie przedstawiają. — Zaprotestowałem.
— I kosztują parę set, a nie raz tysięcy złotych. Te najlepsze obracają się w paru milionach.
— Robisz ze mnie facambuła?
— Kogo?
— Nieważne.
— Nie wierzysz mi to sprawdź sobie ich cenę.
Poszedłem, sprawdziłem i wyszedłem zdruzgotany. W najbliższym sklepie malarskim kupiłem duże płótno i podstawkę pod nie, oraz cztery kolory farb, żółtą, czerwoną, niebieską i czarną. Stanąłem nad Wisłą i starałem się wyglądać inteligentnie, tak jak zwykle wyglądają artyści. Dumnie i wyniośle. Gabrysia co chwilę chichotała patrząc na moje wyczyny.
— Co ty robisz?
— Maluję obraz.
— Nikt ci go nie kupi.
— Tak, jeszcze zobaczysz.
— Więc co namalujesz?
— Sam nie wiem, zobaczymy. — Wyszczerzyłem do niej zęby.
— I tak ci nie wyjdzie. — Kate usiadła na trawie.
— Tutaj dół zapełnimy niebieskim, tu rozdzielimy to czarną kreską, narysujemy czerwony kwadracik, a tu damy dwa żółte prostokąty. Wszystko rozdzielimy czarnymi kreskami i na górę niebieski. No, kończy mi się niebieska farba, ale to nawet dobrze.
— Wiesz jak to zatytułować?
— Oczywiście. Zachodzące słońce nad brzegiem morza.
— Lepiej daj jakiś dziwny tytuł.
— Może, nadmorska radość?
— To będzie dobre.
Poczekaliśmy aż farby wyschną i zaniosłem obraz do mijanej niedawno galerii sztuki.
— Dzień dobry chciałbym sprzedać obraz.
— Jaki?
— Ten. — Wyciągnąłem taszczony pod pachą obraz.
— Czyj to?
— Mój.
— Pytałem, kto go namalował.
—Ja. — odpowiedziałem dumnie, na co stojąca za mną Gabrysia wybuchła śmiechem.
—Spieprzaj pan. — Wyraził swój pogląd na to właściciel galerii.

Zjadłem z nią miły obiad, będąc trochę nie w sosie, ponieważ obraz wciąż stał obok mnie, chwilę pogadaliśmy, później pochodziliśmy po krakowskim rynku, gdzie dowiedziałem się, że ten litewski dzikus Jagiełło, założył dynastię władców która panowała oficjalnie do końca szesnastego wieku, a po kądzieli do 1672 roku. O dziwo udało się go ucywilizować, a nawet u nas na okręcie padały dowcipy u panujących wśród Litwinów obyczajach.
Właśnie na tym rynku zaczepiło mnie paru anglików, choć mówili z dziwnym akcentem, to i tak ich zrozumiałem:
— To twój obraz? — zapytał się mnie starszy z nich, a głos w mojej głowie tłumaczył mi ich słowa.
— Mój, to znaczy jestem właścicielem, a namalował go Erik Störtebeker. — Postanowiłem nie kłamać, ale z tego co zrozumiałem to bez nazwiska, go nie sprzedam. Chciałem tylko odzyskać moje pieniądze.
— Nie znam go, ale to dzieło jest genialne. Jaki jest jego tytuł?
— ,,Nadmorska radość".
— Wspaniałe, ile za niego chcesz? 50 tysięcy.
— 100. — Życie nauczyło mnie, że ktoś kto proponuje 50 to da za niego 75.
Stanęło jednak na 60 tysiącach, były to jednak inne papierki, całe zielone i w języku anglików, ale mi to nie przeszkadzało, na pewno były warte poniesionych przeze mnie kosztów.
— Wiesz ile pieniędzy za to dostałeś? — powiedziała Gabrysia podnieconym głosem, po czym złapała mnie za ramię.
— Wiem. — skłamałem.
— Już wiem, czemu tak szastasz pieniędzmi.
— Nie, to co robię to nie szastam pieniędzmi, ja szanuję ludzi i uważasz, że należy się to im za ciężką pracę. — Cóż, jak to szło: ,,Życie to gra, więc nim gram." Czy jakoś tak.
— Jesteś po prostu filantropem, takim Robin Hoodem.
— Kim?
— No rozdajesz biednym, a odbierasz bogatym. Był kiedyś taki angielski bohater w dwunastym czy trzynastym wieku, który tak robił i walczył ze złym szeryfem.
Nie znałem go. Widać to postać zmyślona, jednak znałem kogoś takiego i jak się okazało jednak krew nie woda, a syn przypomina ojca. Tyle, ze on płacił ludziom za milczenie, całym wioskom, dlatego go uwielbiano. Czy naprawdę jestem do niego aż tak podobny?
Pochodziliśmy jeszcze jakiś czas po mieście. Na koniec wycieczki napisała mi na kartce swój numer, nie wiem po co i była bardzo zdziwiona, że nie posiadam telefonu, przy czym w mojej głowie pojawił się obraz dziwnej maszyny podobnej do pudełka ze sznurkiem łączącym z dziwnym elementem o kształcie zbliżonym do ziarna bobu. Wziąłem karteczkę i schowałem do portfela, może się kiedyś przyda.
Zauważyłem również, że ludzie się dziwnie na nas patrzyli. Nie wiedziałem, o co chodzi, może za bardzo odstawaliśmy strojem? W każdym razie zdążyłem na pociąg i pojechałem do Akademii Dumy.

Komisarz Królik

Usłyszałem pukanie do drzwi. Zaczekałem chwilę z odpowiedzią, jeśli nie było by to nic pilnego to ktoś by nie zapukał drugi raz. Jednak tego drugiego razu nie było. Weszli, ot tak bez zaproszenia. Zdziwiłem się, przecież pewna kultura obowiązuje. Jednak gdy pokazali mi swoje legitymacje zrozumiałem dlaczego nie musieli się nią przejmować. Kraków. Wydział Kryminalny KWP. Archiwiści.
— Musimy zadać parę pytań. — powiedział zmęczony szary człowiek.
— Proszę bardzo, jestem do państwa dyspozycji. — Nie musiałem odpowiadać, ani się zgadzać, bo i tak bym musiał udzielić im zadowalających wyjaśnień.
—Czy kojarzysz tego człowieka? — Nijaka kobieta pokazała mu zdjęcie młodego blondyna z niebieskimi oczami. Widać było, że jest to zrzut jednej z kamer monitorujących dworzec kolejowy byłej stolicy.
— Droga pani, muszę się uważniej przyjrzeć. Ostatnio mi dokuczają oczy. — Założyłem okulary zerówki. Z moim wzrokiem nie było, aż tak źle, ale postanowiłem zdobyć trochę czasu na przemyślenie sytuacji. — Hmm... Coś mi się kojarzy. Czy nie macie państwo wyraźniejszego zdjęcia?
— Nie.
Chłodno. Zrobiło się naprawdę chłodno w pokoju po tej odpowiedzi. A była przecież połowa września.
— Nie jestem pewien. Hmm... Ten pan, chyba był tutaj parę dni temu.
— Przedwczoraj. — Wyrwało się szaremu mężczyźnie.
— Być może ma pan rację. — Pokiwałem udając zadumę głową. Przecież rozpoznałem go na pierwszy rzut oka. Mógłbym powiedzieć im od razu, o której odwieźli go na dworzec policjanci, ale tak właściwie coś mi nie pasowało w tej sprawie. Po chwili jednak stwierdziłem, że nie chcę wiedzieć.
— Tak, czy nie? — Warknął szary człowiek, tym razem przestając udawać zmęczonego.
— Raczej tak, radzę państwu zapytać policjantów, którzy byli na służbie około dwudziestej. Chyba odwozili tego pana w okolice dworca kolejowego.
— Dziękujemy — podziękowała nijaka kobieta i z obojętnym wyrazem twarzy wyszła a za nią jej szary towarzysz.
No cóż moja rola skończona.

Agentka A i Agent B

Centrala, namierzyliśmy naszego przybysza z piętnastego wieku. Chciał jechać do Akademii Dumy. Informacje potwierdzone. Bez odbioru.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Akademia Dumy

Post#29 » 15 maja 2016, o 22:08

[center]EPILOG PO RUCHU 1 MISTRZ GRY[/center]

Powoli wszystko układało się zgodnie z moimi przewidywaniami, wszyscy tańczyli tak jak im zagrałem. Nie było żadnych nieprzewidzianych ruchów. Aż do tego momentu. Tego, na który czekałem od rozpoczęcia wojny w piekle. Demony wreszcie wykonały swój ruch. Właściwie to ciągle coś mieszały w sprawach piekła, lecz tym razem był to, jak na nie bardzo stanowczy ruch, wciąż nie dla wszystkich widoczny, lecz dla takiego obserwatora jak ja wystarczający. Będzie się teraz dużo działo, czego dowodem jest materializacja szefa demoniej ferajny na środku mojego gabinetu.
— Witaj, dyrektorze.
— Ja również cię pozdrawiam Beliarze. Dawno się nie widzieliśmy.
— Dawno. — Zgodził się dwu i pół metrowy stwór o czerwonej skórze, barczystych ramionach i rogach byka. Posiadał również kopyta, jeśli ciekawi was, jaki zostawiał ślad na moim perskim dywanie. Był parzystokopytny.
— Zdążyłem się stęsknić. Czysta czy jakiś kolorek?
— Nic się nie zmieniłeś. Nic nie piję, powtarzam ci to zawsze.
— Wiem, a ja zawsze to ignoruję. — Podałem mu szklankę z wódką, właściwie to bimbrem, ponieważ nazywała się Polski Ziemniak i nie zawierała nawet domieszki zbóż.
— Co to za nowe ustrojstwo? — Powąchał.
— Zasmakuje ci. Gwarantuję. — Wyszczerzyłem. zęby. Byłem w stanie zignorować jego gburowaty charakter, w końcu jest zdegradowanym bogiem.
— Nie jest złe. — Ocenił po ostrożnym łyku.
— Nie może być. To prawdziwy słowiański produkt. Tradycyjna receptura, w którą nie ingerowały zachodnie korporacje.
— Ty cały czas z tym swoim nacjonalizmem. Wyluzował byś trochę.
— To, że piekło jest mieszanką kultur, nie znaczy, że musi być nią mój gabinet.
— Ale przydałoby ci się trochę tolerancji.
— Ja i tak was toleruję na swojej ziemi, taki margines wystarczy.
Tak naprawdę byłem bardzo tolerancyjny. Elastycznie naginam zasady moralne i etyczne, wszystko dla osiągnięcia celu. Jestem w stanie zrobić wszystko by wygrać, nie obchodzi mnie pochodzenie pionków, naprawdę, wykorzystam każdego. Ale oni nie mogą o tym wiedzieć. Maska na twarz i graj muzyko, niech trwa bal maskowy. Mogę się tylko domyślać, co za swoją maską skrywa Beliar.
— Być może, ale bliżej ci do piekła niż do nieba. Przecież lubisz podziemia, to twoje królestwo.
— Więc skoro tam jestem królem, to czemu stoję tu i muszę oglądać twoją twarz?
— Nie wiem i nigdy tego nie rozumiałem— Skłamał. Ja zawsze wiem, kiedy kłamią.
— Więc musisz zmądrzeć. Naucz się, że władzę ma ten, kto wychowuje, a nie ten, który wykorzystuje swoją pozycję.— Grałem narzuconą sobie rolę. Stachura się mylił, życie jednak jest teatrem, więc czas zamknąć drzwi jałowej dyskusji. Konwenanse się skończyły. Gramy nadal. Niech publika patrzy w osłupieniu na scenę. — Więc z czym przyszedłeś, do tego króla, nie panującego nad swoimi ziemiami?
— Nie komplikuj dobrze?
— Rozumiem. — tym razem polałem Jamesona, wiedziałem, że lubił stopniować napięcie.
— Irlandzka?
— Idealna do rozmów. Lekka.
Piliśmy w milczeniu. Kusiło mnie by puścić Lorenca, ale lepiej by brzmiał do poprzedniego trunku. Mimowolnie jednak zacząłem nucić Kołysankę. Tak kocham dobre polskie kino.
— Przestań. Znam, oglądałem, zacznę gadać tylko przestań, bo się rozkleję.
— Nie dramatyzuj.
— To przestań. Cholernie fałszujesz.
— Przeszkadzasz. Wybiłeś mnie z rytmu. Więc siedź cicho i nie przeszkadzaj. — Udawałem zdenerwowanego.
— Nie, do czasu aż, nie przestaniesz.
— Jestem u siebie.
— Więc jestem twoim gościem. Gdzie ta twoja szeroko podkreślana polska gościnność?— Miał mnie.
— Ależ oczywiście, chciałem ci tylko umilić nasze milczenie solową wersją, tego jakże wspaniałego utworu.
— Umiliłeś. Ale nie zaczynaj kolejnego kawałka.
— Pod warunkiem, że wreszcie zaczniesz mówić.
— Dobra. Naprawdę jesteś upierdliwy. — Westchnął Beliar, a ja wyszczerzyłem w odpowiedzi zęby — To nie był komplement. — Zależy, dla kogo, odpowiedziałem mu w myślach. — Niech ci będzie.
Czekałem. Wiedziałem, że ta przerwa wynika z jego poczucia godności i nie proszenia o cokolwiek, cóż szef demonów zwykle nie prosi, tylko żąda. Wszyscy w piekle to nadęte bubki, zresztą w niebie tym bardziej. Czemu w chrześcijańskim systemie wszyscy noszą głowę tak wysoko? Tylko dlatego, ze wygrywają pod względem wiernych? Dobra, ja też bym się puszył jakbym był najlepszy. Ale mi wolno wszystko, a im nie do końca. Nawet piekło ma pewne ograniczenia i zasady. Dlatego cenie sobie moje życie wolnego strzelca.
— Mam sprawę.
— Masz. — Potwierdziłem, mało nie wybuchając śmiechem.
— Nie przerywaj.
— To nie rób takich przerw. — Pociągnąłem łyk.
— Czy ktoś ci powiedział, że jesteś wkurzający?
— Zastanówmy sie, pytasz o pierwsze spotkanie, czy o całą znajomość?
— Oba. — Kostki lodu zastukały o krawędź szklanki.
— To bywają takie kobiety, którym przy pierwszym spotkaniu nie pozwalam dojść do głosu.
— Jasne — ziewnął — bo uwierzę.
— Naprawdę, chloroform sprawia cuda.
Nie udało mu się utrzymać powagi. Widzieliście kiedyś śmiejącego się demona? Raczej się wtedy nie śmialiście. Ich uzębienie robi wrażenie. Przerażające wrażenie.
— Wiesz, że chloroform działa dopiero po kilkunastu minutach?
— Wiem, ale łopata działa natychmiastowo.
— A jak już się obudziły? — wykrztusił.
— Mnie już nie było. Nie czekałem na laury, ani na policję.
— Żartujesz, sobie ze mnie?
— A co jeśli tak? A co jeśli nie? — Błaznowałem.
— W obu przypadkach ci przywalę.
— W takim razie wybieram opcję neutralną. Nie odpowiem.
Przez chwilę znów siedzieliśmy w ciszy. Mogłem wcześniej nie robić sobie żartów. Żałowałem tego. Ale cóż, cierpliwość nie jest moją największą cnotą. Właściwie to nie mam żadnych cnót.
— Chodzi o to, że na już na teraz, musimy wciągnąć na studia jednego ucznia.
— Co egzaminy nie poszły? Twój syn odziedziczył rozum po ojcu? — Naprawdę nie umiem siedzieć cicho. Tak, jestem wkurzający. A przynajmniej za takiego ludzie mają mnie mieć. To naprawdę dobra maska, by ukryć inteligenta i intryganta, zwłaszcza, ze u mnie natchnienie samo spływa jak tylko kogoś widzę.
— Zaraz naprawdę będziesz zbierał zęby z podłogi. — odpowiedział, ale tylko udając groźbę.
— Dobra o kogo chodzi? — Belial nawiasem mówiąc ukrywał to, że wolał demony od demonic, ale cóż więcej zostaje ich dla mnie, wiec nie ruszam tematu. Mam nadzieję, że nie jestem dla niego wystarczająco atrakcyjny.
— No cóż... — westchnął głęboko — no...— zamlaskał — mhm... — pokręcił głową.
Bawiło mnie to, lubię prowokować ludzi do dziwnych zachowań, a za człowieka uważałem każdą osobę, która mi pasowała do schematu. Naprawdę jestem elastyczny, a chodzi tu tylko o kręgosłup moralny. Nie wyobrażajcie sobie za wiele.
— Kontynuuj. Masz bardzo ciekawy język. Murzyński?
— Przesadziłeś. Żaden wydawca tego nie wydrukuje.
— Oczywiście, że wydrukuje. Kochają mnie. — Podniosłem w górę głowę i pomachałem zespołowi redakcyjnemu.
— Nie wątpię. — Ironizował. Nie myślałem, że jest zdolny do jakiegokolwiek humoru, a tu proszę, wkrótce będziemy mieli nową duszę towarzystwa.— Ale naprawdę ciężko jest mi się wysłowić.
— Zawsze możesz wrócić do poprzedniego języka. Tylko nie zapomnij wydymać warg jak orangutan.
— Naprawdę jesteś ksenofobem.
— Po prostu nie popieram małżeństw między gatunkowych. — Zripostowałem. Ja jestem mistrzem ironii, JA. Choć muszę przyznać, że uzurpatorem.
— Co to ma do rzeczy?
— Nic, ale zawsze należy na coś zwalić rasizm. Zawsze mnie zastanawiało, co zrobią media gdy murzyn pobije białą kobietę działającą w stowarzyszeniu feministycznym.
— I co? — Zaciekawił się.
— Puściły sprawie bieg, w wiadomościach o dwunastej...
— Czyli jednak solidarność jajników wygrała. — Przerwał mi, na co liczyłem.
— Ale w nocy...— dokończyłem.
— Wyemitowały wiadomość, wyemitowały. Co sie czepiasz?
— Nie czepiam się, tak mówię. Jak wreszcie znowu się rozgadałeś, to powiedz mi wreszcie, o co chodzi?
— Chcemy wprowadzić do twojej szkoły naszego sługę, by pilnował naszego małego następcę piekła.
— Po co? — Spoważniałem. Kończyła się zabawa, zaczynała sie prawdziwa gra.
— Gdy zaczynamy o intrygach i polityce, od razu mówisz zwięźle.
— Tak, trzeba. Odpowiedz.
— Trzeba monitorować jego zachowanie. By zapobiec kolejnemu Incydentowi. Zbyt wiele na nim straciliśmy, a za mało zyskaliśmy. To znaczy ja zyskałem pewność co do paru spraw, ale część pozostało niewyjaśnionych. — Skulił się trochę, ale nadal nie miał głowy na poziomie mojej.
Wreszcie coś konkretnego.
— Zabawne. Jesteś zbyt zaangażowany w to, co się wtedy stało.
— Ty też. Przecież zrobiłeś więcej niż my wszyscy.
— Sami mnie wezwaliście. — Wypomniałem. Nie chciałem pchać się w to bagno. No dobra, chciałem się dowiedzieć, po co i o co jest ten raban.
— Nie spodziewaliśmy się, że chwilę po ataku, nastąpi kolejny. Ktoś musiał na niego nałożyć pieczęć.
— Nie. Sami mogliście to zrobić. Spójrz prawdzie w oczy, byłem wam potrzebny by pozmieniać pamięć tych dzieciaków. — Wiedziałem ile odwagi wymagało od nich wezwanie boga z innego systemu, zwłaszcza byłego wroga, który namieszał im mocno w szykach.
— Zbyt dużo widziały i przeżyły.
— Znów unikasz odpowiedzi. Dotąd nie wiem, na czym polega jego moc.
— Nie chcesz wiedzieć. — Uśmiechnął się smutno. Wyobraźcie sobie jak to przerażająco wyglądało. — Naprawdę ten chłopak przyniesie zagładę nam wszystkim.
— Więc, dlaczego go nie zabiliście? Albo, chociaż nie zamknęliście w bezpiecznym dla was miejscu?
— Lucjusz sie na to nie zgodziłby, nie zamknąłby własnego syna w więzieniu.
— Ten chłopak zamordował własnego brata.— Wycedziłem. Sam nie jestem czysty, wchłonąłem częściowo moc swojego, ale przecież on nadal żyje w porównaniu do Klaudiusza.
— To nie prawda. To był wypadek i nie mamy pewności czy to na pewno Juliusz go zabił.
— A kto inny? Widziałem jego wspomnienia.
— Nie wiem.
— Oszukujecie siebie. Gdy wczoraj Luc, przybył do mnie prosić o przyjęcie jego syna do mojej Akademii, odmówiłem mu. Nie chciałem widzieć tego dziecka na oczy. Wstydziłem sie tego, co zrobiłem w tym lesie. Ja, jeden z największych kłamców, nie umiałem stworzyć wystarczająco realnej i ukrywającej prawdy wizji wspomnień. Była w nim tak wielka agresja, że zostawiłem je tak jak były, tylko wepchnąłem je głęboko w niego. Tak mało pamiętał i tak mało wiedział... — Nie byłem w stanie dalej mówić. To bolało, znów rozrywałem stare rany.
— Więc, dlaczego jednak został przyjęty do Akademii?
— Bo uderzył właśnie tym argumentem, że mogę naprawić swój błąd.
— Czyli zwalił całą odpowiedzialność na ciebie. — Zaśmiał się. To nie było wskazane w tym momencie.
— Tak.
— Postanowiłem skończyć z tą farsą. — Odpowiedział zmienionym głosem Belial.
— Jak?
— On musi zginąć w wypadku. Mój agent sie tym zajmie.
— Jesteś tego pewien? Według ciebie jest to dobre rozwiązanie?
— Tak będzie lepiej dla całego piekła. Dolej.
— Przyjmę twojego agenta. Po raz pierwszy godzę się na morderstwo swojego wychowanka. Niech to wszystko się jak najszybciej skończy. Mam ochotę zapomnieć o całej tej sytuacji.— Wziąłem od niego szklankę i podszedłem do barku.
— Ja też. Zróbmy to w czym, wy słowiańskie bóstwa jesteście najlepsze. Schlejmy się, do restartu pamięci.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi. Przyszło mi to z trudem. Bolało mnie to jak mało i jak dużo wiem. Dwoistość egzystencji. Czy chcę wiedzieć, jaką moc skrywa? Rozum mówi tak, intuicja mówi nie. Jak to rozstrzygnąć? Wziąłem całą butelkę. Nie lubię dwa razy latać.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
RebelMac
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 136

Akademia Dumy

Post#30 » 16 cze 2016, o 07:21

— Masz rację twój ojciec powinien być twym jedynym nauczycielem. Jednak zadecydował inaczej. — Westchnęła, a ja nastawiłem uszy. Rzadko, kiedy zdarzało się by kwestionowała jego decyzję. To oznaczało sprawę najwyższej wagi, ponieważ, moja jakże czcigodna Matka błahymi sprawami się nie zajmowała.


Moim zdaniem niepotrzebna inwersja na końcu zdania.

Niemożliwe, pomyślałem, przecież wszyscy zawsze mnie zapewniali, że tutaj w Piekle wszystko mamy najlepsze, a Rzeczywisty świat tylko kopiuje nasze wynalazki.


Zabrzmiało jak ZSRR z czasów zimnej wojny :) Ale to na plus.
Już tłumaczę, mówię naszą, mając na myśli diabelską.


Ja bym zdanie usunął, już wiadomo że to piekło.

bogatych rodzin i tych wybitnie inteligentnych. Musiałbyś zdawać do niej egzaminy, lecz dyrektor potwierdził, że nie musisz zniżać się do poziomu biedoty i za samo pochodzenie z rodu najwyższego zostajesz przyjęty.
—To zrozumiałe. — Wiedziałem, że w tym miejscu muszę potwierdzić znaczenie naszej rodziny,


Powtórzenie "rodzina".

Wampiry te zwane wampirami trzeciej generacji, są odporne niemal na wszystko, jednak mają tak wielki głód krwi, że jako jedyne mogą umrzeć z niedożywienia. Właściwie to jest jedyny sposób by je zabić. Wampiry drugiej generacji, do których należy większość obecnie żyjących, mogą zginąć przez osinowy kołek wbity w pierś, lub ucięcie głowy. Przez promienie słoneczne pokrywają się czymś w rodzaju patyny i dopiero po zajściu słońca ona odpada, co pozwala im się znowu ruszać. Oczywiście minęły wieki i znalazło się rozwiązanie, krem z filtrem na tyle mocnym by mogły przenikać do Rzeczywistego świata bez zagrożenia unieruchomieniem. Ach, zapomniałem srebro je parzy i przypomina reakcję diabłów na wodę święconą. Oczywiście są też wampiry pierwszej generacji, ale są one na tyle słabe i nieliczne, że nie warto się nimi przejmować i utrzymywać kontaktu.


Generacja ok - bo z łaciny, ale za brdzo kojarzy sie z old World of Darnkess if you know what I mean. Tam też są pokolenia wampirów.

(co w piekle jest praktycznie zakazane, ale oczywiście cesarz i jego następca są jednymi z wyjątków)


A jak wygląda w teorii? Po za tym to piekło, czyli lepszy jest paradoks, ze wszystko wolno - hulaj dusza piekła nie ma. :)

Tak, więc jest to skomplikowana polityka.


Dodałbym piekielna lub infernalna polityka.

przemówienie.
Gdy udało mi się wrócić do garderoby, nogi się pode mną ugięły. Miałem dość wszystkiego. Wtedy rozległ się za mną głos.
— Łał! Jesteś w moim wieku i udało ci się wygłosić przed wszystkimi przemówienie!


Powtórzenie "przemówienia", no i lepiej jakbyś napisał je całe, jak czort je wygłasza.

Czytam dalsze części, na razie mi się cholernie podoba. Pomysł przede wszystkim, a pisane też nieźle.

PS - mam przyjaciela, który ma "action figure" z Batory kąpiąca się w wannie z krwią. :)
May The Force Be WIth You!

Wróć do „Proza: fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości