[ST/DBZ] Potwór

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
Vampircia
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 193

[ST/DBZ] Potwór

Post#11 » 2 years temu (23 lut 2016, o 22:57)

Generalnie Ti Pring to moja sztandarowa Mary Sue i występuje też w wielu innych moich fikach, które razem tworzą większą całość. Aczkolwiek starałam się, żeby ten mógł funkcjonować jako oddzielna historia. Jednak jeśli będziecie zainteresowani pozostałymi losami Ti Pring, to mogę tu wrzucić coś jeszcze. Przy niektórych z tych fików znajomość fandomu nie jest konieczna.

Część 3/3

Ogień przyjemnie grzał. Tutaj spało się dużo lepiej, niż na zewnątrz. Przede wszystkim dało się spać. Choć trochę. I nawet to psychopatyczne towarzystwo już tak bardzo Sharenowi nie przeszkadzało. Chyba tylko dlatego, że zmęczenie wzięło górę nad emocjami. Poza tym otaczające skały dawały pozorne poczucie bezpieczeństwa i zatrzymywały ciepło. A w tej chwili tylko to się liczyło: możliwość odpoczynku bez odmrożenia sobie tyłka.
- Psyt, wstawaj.
Ti Pring wyrwała go z płytkiego snu. W poświacie ogniska Sharen ujrzał jej sylwetkę. Słyszał też, jak Latis chrapie miarowo.
- Musimy pogadać sam na sam – szepnęła.
Nie za bardzo miał ochotę wstawać, ale mogło chodzić o coś ważnego, więc wolał nie protestować. Zwlókł się z posłania i ziewnął. Po cichu, tak by nie obudzić Saiyanina, wyszli na zewnątrz.
- Musimy ustalić jakiś plan działania – rzekła kobieta, gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości. - Powiedział, że są tylko dwie kapsuły.
- Nie da się zmieścić do jednej w dwójkę?
- Zmieścić to może i by się dało, ale system podtrzymywania życia zaprojektowany jest tylko na jedną osobę. A to znaczy, że skończy nam się powietrze szybciej, niż zdążysz powiedzieć „kurwa”.
- Więc co proponujesz?
- Cóż... Ten chuj Latis jest nam na razie potrzebny. Bez niego nie naprawimy kapsuł. Ale potem wypadałoby go jakoś unieszkodliwić. Sęk w tym, że... Pamiętasz jak ci mówiłam, że w kosmosie jest mnóstwo istot silniejszych ode mnie? Cóż, to jedna z nich. A to znaczy, że będziemy musieli wykazać się kreatywnością.
- Zaraz... Chcesz wykorzystać tego biedaka, a potem zostawić go tu na pastwę losu? - zbulwersował się Sharen.
- Biedaka? To jebany potwór. Takich jak ty zjada na śniadanie. I nie, to nie była przenośnia.
- Myślałem, że to ty jesteś potworem.
- Nie ważne kto jest potworem. Ty akurat masz tu najmniej do gadania – zdenerwowała się Ti Pring. - Mogłabym cię tu po prostu zostawić i mieć problem z głowy, ale jakoś uważam, że ty bardziej od niego zasługujesz na to, żeby się wydostać. Ale jeśli chcesz zgrywać szlachetnego męczennika, to proszę bardzo. Mi to wisi. Ty albo on, co wybierasz?
Sharen przygryzł wargę. Oczywiście, że chciał się wydostać. O niczym innym nie marzył. Sęk w tym, że nie znosił takich sytuacji. Naprawdę było mu żal osoby, która spędziła ponad trzydzieści lat na odludziu, dowiedziała się, że jej planeta nie istnieje i właśnie miała zostać wykiwana w najokrutniejszy sposób. Nawet jeśli miała wiele grzechów na sumieniu. Ale zgrywać męczennika? Nie, wola przetrwania była zbyt silna.
- To jaki masz plan? - mruknął lekarz.
- Wziąłeś ze sobą antyenergetyka?
Właściwie od samego początku nie chciał się do tego przyznawać. Zabrał go na wypadek sytuacji podbramkowej. Teraz chyba nie było już sensu się z tym kryć.
- Taa... - wyznał.
- Świetnie. Miej go cały czas w pogotowiu. Kiedy wyłowimy te części, jestem pewna, że Latis będzie próbował się nas pozbyć, bo już nie będziemy mu potrzebni. Ale ja postaram się być szybsza. Może uda mi się go zaskoczyć. Przytrzymam go, nie wiem na ile, pewnie nie na długo, ale ty musisz mu wtedy to wstrzyknąć. I od razu przygotuj sobie dawkę dwa razy silniejszą niż na mnie.
- Czekaj... Mam się do niego zbliżyć? - Sharen przełknął ślinę.
- Tak, masz się do niego zbliżyć i mu to zaaplikować. Drugiej szansy nie będzie. Dasz radę?
- Uh... postaram się.
- Świetnie. Nie spierdol, bo będzie po nas.
Brzmiało prosto, ale... Nawet nie chciał myśleć, jak to będzie w rzeczywistości wyglądać.
- Wracajmy – rzuciła beznamiętnie Ti Pring.
- Poczekaj!
Coś mu się przypomniało. Coś, co zaintrygowało go już wcześniej, ale nie miał okazji o to spytać.
- Skąd znasz saiyański?
- Z dupy.
I znowu zrobiła się dla niego niemiła. Zmarszczył brwi. Zdenerwowało go to. Już nie bał się pokazywać, co naprawdę myśli.
- Skoro mamy współpracować, to chociaż rozmawiaj ze mną normalnie – warknął.
Prychnęła, ale chyba była pod wrażeniem jego odwagi. Podeszła do niego.
- Wyobraź sobie, że jesteś młodym rekrutem i nagle zostajesz pozostawiony na pastwę losu. Wyobraź sobie, że nikt nie dba o to, co czujesz, co myślisz... Wyobraź sobie, że wszyscy tylko marzą o tym, by położyć na tobie swoje łapska i wyjebać cię w każdy otwór twojego ciała. Co robisz?
Sharen zgłupiał. Takiego pytania się nie spodziewał, ale ona najwyraźniej traktowała to całkiem poważnie, bo czekała na odpowiedź.
- Hmm... Ja wiem... Poszukałbym protekcji.
- Właśnie. Wolałbyś być w stadzie niż sam.
- Więc... Jak trafiłaś do stada?
- Przysięgam, że jeśli zadasz jeszcze choć jedno pytanie, to zostawię cię na tej pierdolonej planecie.
Chyba mówiła serio. A Sharen za żadne skarby nie chciał tu zostać. Wszystko tylko nie to. Wolał zamilknąć i wrócić do jaskini z nadzieją, że zażyje jeszcze choć odrobinę snu przed wielką próbą.


Sharen wstał jako pierwszy. Właściwie spał niewiele. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt emocje, które nim targały. Tego dnia miało się wszystko rozstrzygnąć, jego być, albo nie być. Denerwował się bardziej niż przed swoim egzaminem końcowym i pierwszym dniem praktyk. Stres go po prostu zżerał. Tym razem nie chodziło o zdanie testu, czy rozwikłanie skomplikowanego problemu. Nie. Chodziło o jego życie. I najwyraźniej Ti Pring myślała podobnie, bo wstała niedługo po nim. Tylko Latis chrapał beztrosko.
- Denerwujesz się? - spytała kobieta.
Tylko przytaknął.
- Ja też – odparła.
Nie pocieszyło go to ani trochę. Znaczyło jedynie, że czeka ich prawdziwe wyzwanie.
Napili się słodzonego napoju, żeby dodać sobie energii i animuszu. Siedzieli w milczeniu. Sharen pamiętał wczorajszą groźbę i wolał się nie wychylać, choć chętnie zadałby mnóstwo pytań. Był z natury dociekliwą osobą, a Ti Pring intrygowała go coraz bardziej. Ile jeszcze tajemnic skrywała ta kobieta? Bez wątpienia nie była bezmyślną maszynką do zabijania, jak z początku sądził. Ale do tej pory nie mógł dociec, co siedzi jej w głowie. Zdziwił się ogromnie, gdy to ona pierwsza zabrała głos, a już tym bardziej nie spodziewał się, że usłyszy takich słów.
- Przepraszam, że byłam dla ciebie niemiła.
Spojrzał na nią zmieszany i zauważył, że Ti Pring zaczyna się śmiać. Trochę gorzko, trochę beztrosko.
- O rany... nie pamiętam, kiedy ostatni raz użyłam tego słowa – zachichotała z rozrzewnieniem. - W saiyańskim nawet go nie ma.
- Co? Przepraszam?
- To znaczy... niby jest, ale w trochę innym znaczeniu. Można powiedzieć „mareehee”, ale to bardziej oznacza skruchę za rozczarowanie kogoś o wyższym statucie. Ja wiem... coś w stylu: „zawiodłem i jestem śmieciem”. Eh... semantyka... nigdy nie byłam dobra w te klocki.
- Ile zajęło ci nauczenie się saiyańskiego? - Zaciekawił się Sharen.
- Niewiele. Pół roku może. To prosty język. A ja jestem bystra.
- I na pewno nie skromna.
- Cóż, nigdy nie otaczali mnie skromni.
Ti Pring wzięła duży łyk, otarła usta i spojrzała na Sharena z serdecznością, której u niej nie widział jeszcze ani razu.
- Miły z ciebie gość. To coś nowego – rzekła z gorzkim rozbawieniem.
- Jestem pewien, że przede mną znałaś jakichś miłych.
- Mój tatko jest miły, ale zawsze miał obsesję.
- Jaką?
- Na punkcie władzy.
- To przez niego podpisałaś ten kontrakt?
- Heh... Kiedyś tak myślałam. Próbowałam go obwiniać za każdą złą decyzję w swoim życiu. Ale wiem, że sama jestem sobie winna. Masz dużo, chcesz więcej, robisz wszystko, żeby to więcej do ciebie przyszło, a potem gówno dostajesz. A potem to gówno tak narasta, że nie możesz od niego uciec. Choćby nie wiem co. I marzysz tylko, żeby cofnąć się w czasie i zabić samego siebie zanim wpadłeś na pomysł zawarcia jakiegoś kretyńskiego układu. Rany... po co ja to wszystko mówię... - westchnęła Ti Pring, zgniotła puszkę i wrzuciła do paleniska.
Sharen już miał powiedzieć, jak dobrze mu się jej słucha, ale jego uwaga nagle przeniosła się na Latisa, który właśnie się przebudziła. Saiyanin wstał, ziewnął i podrapał się po głowie. Następnie rozpiął rozporek i zaczął sikać, nie przejmując się towarzystwem. Lekarz odruchowo się skrzywił.
- Zignoruj go. Oni tak mają – rzuciła mu Ti Pring i spakowała zapasy.


Stali na brzegu jeziora, które w blasku czerwonego słońca lśniło przepięknie. Niestety nie przybyli tu, by podziwiać widoki, a szkoda, bo było na co popatrzeć. Drugi brzeg majaczył daleko na horyzoncie, a przepiękne klify i urwiska gdzie nie gdzie tworzyły strome ściany wyrastające prosto z wody, przecinające wąskie, kamieniste plaże. Woda była krystalicznie czysta, ale zimna jak diabli. Na całe szczęście Sharen nie musiał do niej wchodzić.
- Mogę sam – oznajmił Latis, rozbierając się.
- Nie ma mowy – rzekła stanowczo Ti Pring.
Najwyraźniej mu nie ufała. Zdjęła ubranie, na szczęście tylko do bielizny, zacisnęła zęby i wskoczyła do lodowatej wody. Sharenowi pozostawało tylko siedzieć na brzegu i czekać. Nerwowo ściskał dozownik ukryty w kieszeni. Wszystko było przygotowane poza odpowiednim nastawieniem psychicznym. Nie chodziło już nawet o kwestie moralne. Sharen najzwyczajniej w świecie bał się niepowodzenia. Nie chciał sobie nawet wyobrażać, co się stanie, jeśli się nie uda.
Czekanie dłużyło mu się niesamowicie i przypominało mu się, jak na statku siedział w swoim laboratorium, gdy na pokładzie rozpętał się horror. Bez wątpienia to uczucie było podobne, choć teraz cisza już mu tak nie przeszkadzała. Byle tylko się udało. Musiało się udać. Nie mógł umrzeć, miał jeszcze tyle do zrobienia.
W końcu wojownicy wyłonili się z wody, niosąc skrzynię wypełnioną najwyraźniej tym, co było potrzebne. Wzrok Sharena spotkał się ze spojrzeniem Ti Pring i przez moment młody lekarz myślał, że ta chwila właśnie nadeszła. Ale nie, jeszcze nie. Latis ubrał się ze spokojem, podobnie jak kobieta. Czas jakby spowolnił jeszcze bardziej. Ti Pring znowu zerknęła na Sharena porozumiewawczo, a on przełknął ślinę. Jego serce zaczęło głośno dudnić. Wysunął lekko dozownik, zasłaniając go dłonią. Czoło zrosił mu pot. Minęła sekunda, może dwie. Latis zamachnął się gwałtownie na Ti Pring. Skubana, przewidziała to. Pochwyciła jego rękę i wygięła, sprowadzając go na kolana. Musiało boleć.
- Teraz! - wrzasnęła.
Ale Sharen się zawahał. Ręka mu zadrżała i prawie upuścił dozownik. Kiedy się przemógł, było już za późno. Ta jedna sekunda bezruchu wystarczyła, by Latis się wyszarpał. Wymierzył Ti Pring solidnego kopniaka i choć zasłoniła się skrzyżowanymi rękami, siła ciosu odrzuciła ją na dobrych kilka metrów. Sharen zamarł, ale, o dziwo, Saiyanin w ogóle się nim nie zainteresował. Zaczął zmierzać spokojnie w stronę leżącej kobiety. Ti Pring skoczyła na równe nogi i przybrała postawę bojową, ale po minie widać było, że daleko jej do przekonania o własnym zwycięstwie.
Co robić? Co robić? Sharen nie mógł tak po prostu stać i się gapić. Wdrapał się na pobliską skałę i obserwował wszystko z góry. Gdyby się wcześniej nie zawahał... A zresztą, po co gdybać? Lepiej by zaczął działać. Ale jak? Przecież nie miał szans.
Latis wziął jeden zamach, drugi. Na szczęście Ti Pring była dobra w robieniu uników. Wymierzyła mu cios. Trafiła go w żuchwę. Nawet się nie zachwiał, tylko uśmiechnął wrednie. Czym on był, do diabła? Traktował tę walkę, jak zabawę. Kobieta dawała z siebie naprawdę wiele. Trafiła go nie raz. Sęk w tym, że na nim nie robiło to żadnego wrażenia.
O nie, o nie... Nie dobrze. Sharen chętnie by pomógł, ale nie chciał zostać zmasakrowany. A Latisowi najwyraźniej znudziły się gierki, bo uderzył Ti Pring w brzuch i posłał ją na łopatki. Kobieta zwinęła się z bólu i wbiła palce w ziemię. Latis stanął nad nią, uśmiechnął się i potarł dłonie. Między nimi wytworzyła się kula energii. Pewnie myślał, że to już koniec. Sharen również. Ale nie. Jeszcze nie. Ti Pring rzuciła przeciwnikowi ziemią w oczy. To wystarczyło. Kopnęła go z całej siły w kroczę, aż zgiął się z bólu. I wtedy Sharen się przemógł. Zeskoczył prosto na Latisa i wbił mu igłę w kark. Poszło wszystko, cała zawartość dozownika. Co za ulga. Ale lekarz nie cieszył się długo. Saiyanin zamiast osunąć się na ziemię, stał dalej, a jego czarne oczy lśniły z wściekłości. Sharen nie zdążył nawet przełknąć śliny. Aż cud, że nie stracił przytomności po ciosie, który otrzymał. Na chwilę go zamroczyło, oparł się na przedramionach i wypluł dwa zęby. Nie możliwe? Co się stało? Taka dawka musiała zadziałać choć trochę.
Wstał i zobaczył, że Latis trzyma Ti Pring w żelaznym uścisku, dusząc ją przy okazji. Ale jego wzrok się zmienił. Nie był już taki pewny siebie. Zdawało się wręcz, że mężczyzna za wszelką cenę próbuje zwalczyć narastające osłabienie. Gdy poluzował uścisk, Ti Pring rozprostowała palce, przyłożyła dłoń do klatki piersiowej Latisa i wystrzeliła strumieniem energii. Mężczyzna upadł, a w jego pancerzu zrobiła się spora dziura.
Czy już po wszystkim?


Nawet teraz Sharen chciał nieść pomoc medyczną. W końcu od tego są lekarze. Co prawda Latis wybił mu dwa zęby, ale to nie znaczyło, że ma go zignorować. Saiyanin wyraźnie się męczył. Antyenergetyk zadziałał, a do tego dochodziło uszkodzone płuco. To wymagało natychmiastowej interwencji medycznej, ale Ti Pring na to nie zezwoliła. Mało tego, rozpaliła ognisko i wyjęła racje żywnościowe. Zdawała się wręcz czerpać atawistyczną przyjemność z obserwowania jak Latis cierpi.
- Mam deja vu – stwierdziła i ugryzła sprasowaną rację. - Tylko perspektywa trochę się zmieniła. Na lepsze. Zawsze zastanawiałam się, jak to jest siedzieć sobie przy ognisku, wpierdalać i patrzyć jak ktoś zdycha. I zastanawiać się: pomóc, nie pomóc, pomóc, nie pomóc? A może dobić? Heh...
Wyglądało na to, że zwraca się do Latisa, ale on chyba jej zbytnio nie słuchał. Bardziej skupiał się na tym, żeby złapać oddech i nie zakrztusić się krwią.
- Muszę mu pomóc! - zaprotestował wściekle Sharen.
- Nie bój. Wytrzyma przynajmniej godzinę, może nawet dwie – rzuciła ze spokojem Ti Pring, przeżuwając.
Znowu jej nie rozumiał. Czy ona próbowała się za coś odegrać?
- Przejebane, co? - zwróciła się znowu do Latisa. - Nie możesz wziąć normalnego oddechu, boli jak cholera i tylko zastanawiasz się, kiedy zdechniesz. Ale nie zdychasz. A jakiś chuj siedzi, wpierdala i ma cię w dupie.
- Ti Pring, proszę... - Tym razem Sharen błagał.
- Poczekaj. Niech franca wie, że to nie są żarty. On by ci litości nie okazał.
- Ale ja nie jestem nim.
- Cicho! Teraz ja ustalam zasady gry. Znam się na małpach trochę lepiej od ciebie.
Sharen zamilkł. Ti Pring wstała, podeszła do Latis i stanęła nad jego dygocącą sylwetką z triumfem w oczach.
- A teraz posłuchaj, smrodzie – rzekła władczo. - Chcesz żyć, to rób to, co każemy. Po tym specyfiku możesz nam naskoczyć, więc nie próbuj głupot. My nie gramy fair play, więc gatki szmatki o honorze możesz sobie wcisnąć w dupę. Zrobimy wszystko, żeby się stąd wydostać i ty nam w tym nie przeszkodzisz. Ale jak będziesz współpracować, to masz moje słowo, że po ciebie wrócę. A jak będę w zajebiście dobrym nastroju, to może nawet pomogę ci odnaleźć naczelnego smroda alias księcia jebanych Saiyan. Pasi? - Ti Pring przeniosła wzrok na Sharena. - Możesz go poskładać do kupy.


Nie sądził, że kapsuły zachowają się w tak dobrym stanie. Poza tym, że pokrywała je spora warstwa pyłu, zdawały się nietknięte. Nadzieja wzrosła, zwłaszcza, że Latis nie sprawiał jak na razie problemów i kooperował. Sharen z zaciekawieniem przyglądał się jego poczynaniom. Obserwował każdy jego ruch, nie tylko po to, by upewnić się, że Saiyanin czegoś nie knuje, ale także ze względu na swój wrodzony pęd do wiedzy. Nie znał się na mechanice, ale starał się wyciągnąć jak najwięcej wniosków z tego, co obserwował. I co najciekawsze, zaczynał coraz więcej rozumieć. Ale Sharen zawsze szybko się uczył.
Ti Pring siedziała na skale nieopodal i obserwowała wszystko w milczeniu. W przeciwieństwie do Sharena nie kipiała entuzjazmem. Wkrótce zresztą lekarz również spochmurniał. Zaczynał się denerwować. Miał nadzieję, że pójdzie znacznie szybciej, ale praca Latisa zdawała się nie mieć końca. A już się ściemniało. Sharen podszedł do Ti Pring i dyskretnie pokazał jej zawartość apteczki. Została mu tylko jedna porcja antyenergetyka. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Najwyraźniej myśleli dokładnie to samo.
W pewnym momencie Ti Pring wstała i podeszła do Saiyanina.
- Długo jeszcze? - warknęła.
- Może...
Chwyciła go za włosy i odgięła mu głowę tak, by spojrzał jej prosto w oczy.
- Myślisz, że nie wiem, co kombinujesz, Latis? Nie próbuj grać na zwłokę. Jak będzie trzeba, to ci nogi połamię i nigdzie się stąd nie ruszysz. Współpraca to dla ciebie jedyna szansa na wydostanie się stąd, więc lepiej się pospiesz.
Puściła go. Sharena zadziwił spokój, jaki Latis zachowywał od samego początku. Spodziewał się po nim wielu emocji, wściekłości, strachu, urazy, ale nie. On po prostu siedział i robił swoje. Zdawał się nie przejmować niczym. I ta jego beztroska najbardziej Sharena przerażała.
- Skończyłem – oznajmił w końcu Saiyanin, wywołując niemałe poruszenie.
- Świetnie. Odsuń się – rozkazała Ti Pring.
Latis wstał i stęknął. Rana wciąż musiała boleć. Ale wyglądał na dziwnie zadowolonego i Sharena to zaniepokoiło. Czuł, że chodzi o coś więcej, niż satysfakcję z wykonanej pracy.
- Tylko jedna jest sprawna – powiedział nagle Saiyanin.
- Słucham? - wycedziła Ti Pring.
- Jedna rozleci się, nim dotrze na orbitę i tylko ja wiem która – wyjaśnił Latis i zaczął rechotać, jak szaleniec.
Kobieta przywaliła mu prawym sierpowym, posyłając go na ziemię. Ale na nim nie zrobiło to wrażenia. Usiadł i rechotał dalej. To nie był gorzki śmiech. To był śmiech histerycznego triumfu, szyderstwa i czegoś jeszcze. Kompletnego obłędu.
- Myślisz, że coś tym osiągniesz?! Prędzej cię zabiję, niż pozwolę ci uciec! - wrzasnęła Ti Pring z wściekłością.
Latis śmiał się dalej. Tak przeraźliwie, że Sharena na moment sparaliżowało. A potem nagle Saiyanin zamilkł i coś się stało. Sęk w tym, że lekarz nie do końca wiedział, co. To było jak rodzaj transu, jakby wszystko nagle stanęło w miejscu, jakby czas się zatrzymał. Ti Pring... Ona coś wyczuła, ona coś wiedziała, ona... Odwróciła się, ale nie patrzyła na Sharena. Na co patrzyła?
Lekarz odwrócił się i ujrzał nad horyzontem wschodzący księżyc. A może to była planeta? Nie ważne, widok był ujmujący. Dziwne, wcześniej tego nie widział. Z drugiej strony nie znał przecież tutejszego czasu rotacji ciał niebieskich.
- Daj nóż! - Usłyszał desperacki wrzask Ti Pring.
Spojrzał na nią zmieszany. Rzeczywiście, miał nóż przy pasku, ale do czego był jej... Zaraz. Z Latisem działo się coś dziwnego. Sharen mógłby przysiąc, że jego postura uległa zmianie.
- Kurwa! - zaklęła Ti Pring i rzuciła się w stronę lekarza.
Chwyciła go pod ramię i pociągnęła go za sobą. Biegła tak szybko, że zmieszany Sharen z trudem dotrzymywał jej kroku. Miał wrażenie, że jeśli kobieta zaraz nie zwolni, to będzie wlec go za sobą. I prawie tak się stało. Mało brakowało, a złamałby sobie nogę, gdy Ti Pring wskoczyła z nim do długiej rozpadliny. Przykucnęła i zaczęła iść wzdłuż, jakby się ewidentnie przed czymś chowając, przy okazji nie puszczając Sharena.
- Co się...
- Zamknij ryja – uciszyła go.
W końcu puściła go i przysiadła, przyciśnięta plecami do skały. Sharen postąpił podobnie, tylko że on w przeciwieństwie do niej nie wiedział, co się dzieje. Ale domyślił się, że coś bardzo niedobrego. Nigdy nie widział Ti Pring tak przerażonej. Kobieta, która sama wybiła prawie całą załogę statku teraz dosłownie dygotała. Gdy Sharen usłyszał potężne kroki i poczuł drżenie skał, sam zaczął panikować.
- Co jest grane? - szepnął.
- W wielkim skrócie: Saiyanin plus księżyc równa się transformacja w wielką małpę.
- Czyli, że Latis...
- Trzeba mu odciąć ogon, żeby wrócił do normalnego stanu, albo mamy przejebane.
Kroki były coraz bliżej. Jeśli Ti Pring mówiła prawdę, a raczej tak, sądząc po strachu na jej twarzy, to prawdziwy koszmar dopiero się zaczynał. Latis musiał to wszystko przewidzieć. Cwany skurwiel. Sharen momentalnie zapomniał o całym współczuciu, którym go darzył.
- Jak chcesz to zrobić? - spytał lekarz przez zaciśnięte gardło.
- Masz nóż?
- Tak.
- Dobrze. Jedna osoba musi odwrócić jego uwagę.
Czyli nie istniało proste rozwiązanie. Sharen nigdy nie był szczególnie religijny, ale teraz właśnie odmawiał w duchu modlitwę. Nic więcej mu nie pozostało. A co gorsza, wyglądało na to, że Ti Pring czuje dokładnie to samo, co on.
- Zrobię to... - wydukał Sharen. - Spróbuję odwrócić jego uwagę.
- Musisz być bardzo szybki.
- Wiem.
Nie mógł uwierzyć, że sam się na to zgodził, ale innej opcji nie widział. Przynajmniej nikt go już nie nazwie tchórzem.
- Nie jesteś tchórzem.
Ti Pring jakby czytała mu w myślach. Nawet się uśmiechnęła. Szczerze i serdecznie. Ale widział też żal w jej oczach. Żal i współczucie. Czyżby żałowała, że go w to wszystko wciągnęła?
- Polubiłam cię – rzekła.
Powinien się ucieszyć z jej słów, ale przez nie poczuł jeszcze większy ucisk w sercu. Zabrzmiała tak, jakby mieli właśnie udać się na pewną śmierć. Nie mogło być aż tak źle, prawda? Chyba istniała jakaś szansa powodzenia?
Zabrała mu nóż i wzięła głęboki wdech.
- Mam nadzieję, że jest ostry – stwierdziła.
Nadszedł czas. Popatrzyli na siebie raz jeszcze, porozumiewawczo. Czas zatrzymał się na moment, a potem... Potem adrenalina całkowicie przejęła kontrolę nad ciałem. Sharen wyskoczył z rozpadliny i zaczął biec. Nie spojrzał na bestię. Nie chciał jej widzieć, bo wiedział, że jeśli się odwrócić, to strach go sparaliżuje i koniec nadejdzie w ułamku sekundy. Musiał biec i nie myśleć. Ale jak miał nie myśleć? Całe życie stanęło mu przed oczami. Niby banał, ale tak właśnie się stało. Nie sądził, że to w ogóle możliwe, że tak się naprawdę dzieje w obliczu śmierci, ale teraz wątpliwości zniknęły.
Miał nadzieję, że Ti Pring się pospieszy, bo zaczynało brakować mu tchu. Potknął się i wtedy poczuł, jak wielkie paluchy zaciskają się wokół jego tułowia. Chciał krzyknąć, ale z jego gardła nie dobył się nawet cichy pisk. Bestia uniosła go i wlepiła w niego swe czerwone ślepia. Sharen nawet nie czuł bólu. Nic już nie czuł, zupełnie jakby pogodził się z losem. Czy to już koniec?
Latis wydał z siebie przerażający ryk i wypuścił Sharena z dłoni. Kątem oka lekarz zauważył, że Ti Pring próbuje odciąć ogon bestii. Przy pomocy noża, nawet tak dużego, wcale nie było to proste. Rozkroiła go częściowo, pociekła krew, ale Latis zdążył ją strącić jak owada, nim skończyła. Teraz to ona stała się głównym celem bestii. Saiyanin próbował zmiażdżyć ją stopą. Na szczęście przeturlała się, nim ją trafił i zrobił wielką dziurę w podłożu. Nóż leżał na ziemi. Musiała go upuścić. Była jeszcze szansa. Sharen nie mógł pozostać bierny. Teraz albo nigdy. Chwycił nóż, doskoczył do ogona i wykonał precyzyjne cięcie. Jako lekarz znał się na amputacji, wiedział, w jaki punkt trafić. Wielkie łapsko powaliło go na ziemię. Ale Sharen nie puścił. Ogon został mu w dłoni. Latis się nie poddał, mimo odwróconej transformacji. Rzucił się na lekarza w szale. I wtedy Sharen to zrobił. Nie wiedział nawet kiedy. Po prostu odruch. Wcale nie chciał, ale się bronił. Ostrze noża przecięło gardło Saiyanina, a ten upadł, dygocząc, charcząc i dławiąc się własną krwią. Nie trwało to długo, ale dla Sharena minęło pół wieczności. Wstał i ujrzał swoje dzieło. Wszelki ruch ustał i wpatrywał się teraz w parę pustych oczu. Zabił. Odebrał mu życie. To nie był sen.
Sharen znowu przysiadł, jakby ciężar tego wszystkiego, co się przed chwilą wydarzyło, był zbyt wielki, by dźwigać go na stojąco. Poczuł dotyk dłoni na swym ramieniu. Ti Pring.
- Zabiłem... - wyszeptał.
- Na początku to zawsze przeraża – rzekła ze spokojem kobieta.
- Będę teraz z tym żyć...
- Owszem. Ale dasz radę. Nie zrobiłeś nic złego.
Właściwie miała rację, więc czemu czuł się tak nieswojo? Zawsze ratował życie, a nie odbierał. Ale czy rzeczywiście powinien żałować? Teraz nie było sensu tego roztrząsać. Mieli dużo ważniejsze rzeczy na głowie.
- Kapsuła... Powiedział, że tylko jedna jest sprawna – uświadomił sobie.
- Poczekajmy do rana. Wtedy się tym zajmiemy.
I tak też zrobili.


- Jestem lekarzem, nie mechanikiem, ale trochę się przyglądałem. Nie wiem. Spróbuję. Może coś uda mi się wykombinować. W sumie to trochę jak organizm.
Lepszego pomysłu Sharen nie miał. Liczył na to, że uda mu się znaleźć jakąś nieprawidłowość w konstrukcji. Zdał się na logikę. Przynajmniej widział, jak Latis przy tym majstrował, więc chociaż wiedział, jak to rozkręcić i z powrotem zebrać do kupy. Robił, co mógł. Nie znał się na tym dobrze, ale przynajmniej zdążył skojarzyć to i owo. W międzyczasie Ti Pring pochowała ciało. Dobrze. Nie chciał zostawiać trupa, jak zwierzę. I tak już wystarczająco przeżywał fakt, że odebrał komuś życie. Wiedział, że nie miał wyjścia, ale nie potrafił wygrać z własną naturą. Taki już był.
- I co? - spytała Ti Pring, zaczynając się niecierpliwić.
- Sam nie wiem... Wszystko wygląda tak samo. Sprawdzałem wiele razy. Niczym się od siebie nie różnią – westchnął Sharen.
Był bliski poddania się. Ti Pring usiadła przy nim po turecku i zamyśliła się. Cisza trwała dość długo. Kobieta musiała dumać intensywnie, pytanie nad czym. Sharen wolał jej nie przeszkadzać. I tak niewiele mógł zrobić.
- To był blef – oznajmiła nagle Ti Pring.
- Że jak?
- Latis blefował. Obie są sprawne.
- Skąd to możesz wiedzieć?
- Mam przeczucie.
Sharen przewrócił oczami.
- Chcesz ryzykować życie, bo masz przeczucie? - rzekł z dezaprobatą.
- Latis wiedział, że w ten sposób nas powstrzyma przed opuszczeniem planety. Był cwany.
- Ale to jeszcze nie dowód.
- Dla mnie wystarczający.
Ti Pring wstała. Ona naprawdę zamierzała to zrobić.
- Poczekaj! Może jest sposób...
- Zaufaj mi, Sharen. Ja zaufałam tobie.
Ten wzrok. To nie był wzrok potwora. To był wzrok przyjaciela. Sharen miał wrażenie, że chyba oszalał. Czemu się już nie bał? Czemu był gotów jej posłuchać?
Objaśniła mu działanie maszyny. Wciąż nie mógł uwierzyć, że zgodził się postawić wszystko na jedną kartę. Czy to był właśnie ten instynkt, o którym kiedyś mówiła Ti Pring?
- Jest tu wewnętrzny system komunikacji, więc będziemy mieli ze sobą łączność, póki się nie rozdzielimy – wytłumaczyła.
Tak, zamierzali to zrobić bez dwóch zdań. Bez strachu, bez wahania, bez zbędnych pytań. Po prostu uciec. I tak też się stało. Wydostali się. Nareszcie. W końcu opuścili to przeklęte miejsce. Sharen poczuł się wspaniale. Wolny, jak nigdy dotąd. I bez żalu. Tak, niczego już nie żałował.
- Wciąż tam jesteś? - spytała Ti Pring, gdy opuścili pole grawitacyjne planety.
- Cały i zdrowy – odparł lekarz beztrosko.
Poczuł się tak błogo.
- Zaraz pójdę w hibernację, więc chyba pora się pożegnać – rzekła kobieta.
- Co dalej? Gdzie się udasz?
- Do domu.
- Na Vulcana? - zdziwił się Sharen.
Niemożliwe. Od razu by ją tam pojmali.
- Nie, do drugiego domu. Tego, co nigdy nie wiedziałam.
- Powodzenia.
- Wzajemnie.
Rozłączyli się. Przygoda dobiegła końca. Tak, przygoda. Choć momentami koszmarna, Sharen nie miał już żadnych wątpliwości: stał się tym, kim zawsze chciał być.
Obrazek

Tagi:

Awatar użytkownika
Anna Nazabi
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 858

[ST/DBZ] Potwór

Post#12 » 2 years temu (23 lut 2016, o 23:23)

Dokładnie takie miałam wrażenie. Bohaterka była zbyt konkretnie wykreowana jak na potrzeby tak krótkiego ficka. Ja z reguły wolę jakąś tajemnicę, zagadkę, filozofowanie, bądź zaskakującą puentę, tego nie było, ale lubię też ciekawie wykreowane postaci, wtedy mogę się skupić tylko na samej międzyludzkiej interakcji. Tego nie zabrakło, więc przyjemnie mi się czytało.I rzeczywiście mało ficka w ficku,co dla mnie bardzo na plus.

Awatar użytkownika
Vampircia
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 193

[ST/DBZ] Potwór

Post#13 » 2 years temu (23 lut 2016, o 23:40)

W sumie to się zastanawiałam, czy nie wrzucić zamiast tego, innego fika, którego akcja dzieje się wcześniej i w sumie bardziej przedstawia postać właśnie wykorzystując element tajemnicy. Ale bałam się, że tam jednak będzie za dużo fika w fiku i nikt tego nie przeczyta. Mimo wszystko cieszę się, że przyjemnie się czytało. To jest generalnie mój problem. Ja nie umiem pisać oneshotów, a nawet jak zacznę tworzyć coś, co ma być oneshotem, to urasta mi to do stu stron albo więcej i kończy się na tym, że oneshoty w moim wydaniu to sidestory do czegoś większego.
Obrazek

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1703

[ST/DBZ] Potwór

Post#14 » 2 years temu (24 lut 2016, o 00:08)

Ja mam odwrotność, głównie jednostrzałowce.
Przeczytałem, nie zaskoczyło, ale zaciekawiło. Dobrze czułem, że w dalszej części będzie więcej z DB. Zgodzę się z tezą: Mało fika w fiku. ;)
Co mogę więcej napisać? Podobało mi się?
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Wróć do „Proza: fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości