Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Post#1 » 1 year temu (1 lis 2016, o 13:32)

No to otwieram... puszkę. Tylko dla cierpliwych.

1

Czternasty maja. Południowa dzielnica miasta, zapomniana, oszczędzana przez zgiełk i hałas metropolii, zasypiała w strugach ciepłego wiosennego deszczu. Stary park, brylant, założony dwieście lat temu, powoli pustoszał. Ostatni, najwytrwalsi spacerowicze i zwolennicy joggingu, pojedynczo lub parami opuszczali alejki.
Ulicą Zacisze biegła wysoka, szczupła dziewczyna. Kaptur sportowej bluzy naciągnęła na głowę. Uważnie obserwowała chodnik. Biegnąc, rozmyślała o porannej scysji. Nie czuła się winna, lecz sumienie nie dawało jej spokoju.
Już niedaleko, jeszcze kilkaset kroków i będę się mogła wysuszyć, wykąpać, by w końcu się położyć, sama. Jak długo będę wracała myślami do kłótni z Richardem? Czy to moja wina, że nie wiem, co ze sobą zrobić? Chciałby, abym podjęła decyzję, wybrała. „Jak możesz w wieku dwudziestu dwóch lat nie wiedzieć, co będziesz robiła w życiu?” – o to ma pretensje. A ja nie jestem pewna – rozmyślała.
Ulica tonęła w deszczu, gdzieniegdzie kałuże rozlewały sę na nierównym chodniku. Lampy rzucały niemrawe światło, ciszę przerywał ledwie słyszalny odgłosbutów rozbryzgujących wodę, to znowu uderzających o płyty chodnika.
Dziewczyna postanowiła przeskakiwać rozlewiska, widać, że sprawiało jej to przyjemność. Kolejny skok i kolejna przeszkoda ominięta. Następna. Biegła swobodnie, pewnie, z wielką lekkością. Kolejna przeszkoda. Wydłużyła krok i upadła.
Cholera, niech to szlag trafi. Skręciłam nogę… znowu… co za ból… to ta sama stopa. Cholera, cholera. A mówił mi, żebym nie biegała po nocy, ostrzegał… Richard, gdzie jesteś, skoro byłeś taki przewidujący, gdzie jesteś, do cholery? Jak boli… dwa, trzy miesiące kuśtykania… niech to szlag. Teraz będziesz szczęśliwy, mając mnie uziemioną. Zaraz cię obudzę… gdzie mój telefon?
Siedziała na krawężniku, usiłując wyjąć komórkę z kieszeni dresowych spodni. W końcu się udało i ponownie głośno zaklęła.
Musiała się potłuc, niech to szlag, jak pech, to na całej linii, a niech to, co ja teraz zrobię?
– Czy mogę pani pomóc?
Gwałtownie podniosła głowę, zrzucając kaptur bluzy. Rude, kręcone, wilgotne włosy prawie całkowicie zasłoniły jej oczy. Zdołała jednak dojrzeć przemokniętego, przyglądającego się jej mężczyznę o dużych niebieskich oczach.
– Skręciłam stopę, znowu będę co najmniej dwa miesiące chodziła o kulach. Za miesiąc mam urodziny, jak ja będę tańczyła na przyjęciu? – odpowiedziała dość chaotycznie.
Mężczyzna uważnie spojrzał na dziewczynę.
– Potrzebna jest pomoc. Ma pani telefon? Ja nie biegam z komórką, nie używam jej.
– Miałam, ale ekran się potłukł podczas upadku.
– Mieszkam tuż obok. – Wskazał ciemny budynek stojący w pobliżu. – Proszę wybaczyć, nie chciałem pani przestraszyć, musimy dotrzeć do telefonu, aby powiadomić pogotowie albo kogoś z pani rodziny.
– Nie mam rodziny… jeszcze - po chwili szybko dodała. Mam znajomego, do którego chciałabym zadzwonić.
Wyciągnął rękę, z wahaniem podała mu dłoń. Gdy się spotkały, przez ułamek sekundy, mgnienie, poczuła delikatny dreszcz. Trwało to bardzo krótko, prawie nie zauważyła, lecz pozostał ślad w jej podświadomości. Spostrzegła nagły błysk w błękitnych oczach nieznajomego. Zauważył jej reakcję.
– Dziwne uczucie – uśmiechnął się. – Czuję, jakbyśmy się kiedyś spotkali – zażartował. – Ale to zapewne niemożliwe – uspokoił ją.
Podniosła się i natychmiast osunęła. Mężczyzna przytrzymał ją i uchronił przed upadkiem.
– Będę musiał panią ponieść. Wiem z własnego doświadczenia, co znaczy ból skręconej stopy. Skręcenie czasami bywa gorsze od złamania. Człowiek ze złamaną nogą nie próbuje postawić stopy na ziemi. Prawdę mówiąc, trochę znam się na tego rodzaju urazach - mówił szybko. - Widzi pani ten budynek? - Ponownie ruchem głowy wskazał dom. - To naprawdę parę kroków. Z zewnątrz nie wygląda interesująco, ale jest tam ciepło i bezpiecznie.
Pomimo tych zapewnień nie wzbudził jej zaufania, rozejrzała się dookoła, szukała pomocy. Panował mrok, deszcz nie ustępował. Byli sami. Wahała się, to nieznajomy, ale z drugiej strony był jedyną osobą, która mogła jej w tej chwili pomóc. Przyglądała mu się, ukrywając swoje zainteresowanie. On natomiast skupił się na stopie.
– Wymaga założenia opatrunku – stwierdził.
– Jest pan lekarzem?
– W pewnym sensie.
– Co znaczy: w pewnym sensie?
– To znaczy, że nie mam dyplomu lekarskiego, ale… trochę studiowałem medycynę i potrafię udzielić pierwszej pomocy.
– Ja też trochę studiowałam medycynę, ale nie potrafię wykonać żadnych praktycznych, użytecznych czynności. Więc nie wiem, czy mogę polegać na pana umiejętnościach.
– Mam na imię Jack.
– Rose.
– Piękne imię, właściwie jedyne odpowiednie. – Uśmiechnął się.
– Boli jak cholera.
Jack nachylił się i lekko podniósł dziewczynę. Zarzuciła mu ręce na szyję, pozwoliła nieść się do domu. Nie czuła bólu, jakby zmalał.
Dziwne, gdy mnie trzyma, ból znika – pomyślała.
– Jaki to adres?
– Zacisze 124.
– Mieszkasz sam?
– Nie.
– Tylko „nie”?
– Mieszkamy we czworo.
– Czworo?
Uśmiechnął się.
– Jeden facet i trzy dziewczyny.
– To ma mnie uspokoić?
– A może powinno przerazić? – Uśmiech nie znikał z jego twarzy. – Nie ma ich w tej chwili w mieszkaniu, gdzieś buszują, trudno mi za nimi nadążyć. Są niezależne, nieuchwytne i mocno postrzelone.
Zbliżyli się do budynku. Rose z zainteresowaniem obserwowała otoczenie. Sprawdziła adres, zgadzał się z tym, jaki jej podał. Posesja ogrodzona z frontu żelaznym kutym płotem osadzonym między kamiennymi słupkami. Szeroka brama wjazdowa, za którą ujrzała duży plac. W oddali majaczyły drzewa, przynajmniej takie odniosła wrażenie w panującym półmroku. Przy drzwiach wejściowych mały kinkiet. Żadnego dzwonka, tylko kołatka wykuta w kształcie podkowy.
Jack nacisnął klamkę i pchnął ciężkie drzwi, jednocześnie trzymając dziewczynę.
Obym tego nie pożałowała – pomyślała.
Przedsionek zalewało ciepłe światło, żadnych mebli, jedynie stylowe lustro. Kolejne pomieszczenie było już sporych rozmiarów. Na środku okrągły stół, a wokół pięć wygodnych na pierwszy rzut oka kanap z poduszkami, przy każdej mały stolik. Kształt pokoju trudny do określenia, ni to okrąg, ni to elipsa z licznymi drzwiami.
Dużo, stanowczo za dużo, jak na mój gust – stwierdziła w myślach. – To zapewne salon.
Kominek wpasowany w środkową ścianę, wygaszony. W powietrzu unosił się zapach świeżo ściętego drewna, które zapełniło kosz. Na podłodze majestatycznie rozpostarty gruby dywan.
Jack posadził Rose na pierwszej z brzegu kanapie. Skrzywiła usta, ból ponownie dał znać o sobie.
– Zaraz wracam, przyniosę bandaż.
Zniknął, wymykając się z salonu. Zdążyła jedynie zauważyć, że wszedł do pokoju, w którym stało solidne biurko zastawione fajkami. Nie zdążyła zapytać o telefon, była zajęta poznawaniem otoczenia. Teraz intensywnie go szukała. Stał na kominku – stylowy, starodawny, czarny, ebonitowy z tarczą numerową.
Ciekawe, czy działa?
Próbowała wstać, ból ponownie zaatakował.
Poczekam.
Wrócił Jack, trzymając małą podręczną apteczkę.
– Czy możesz mi podać telefon? Chcę zadzwonić do Richarda.
– To ten znajomy, o którym wspomniałaś?
– Tak.
Jack podszedł do kominka i podniósł telefon. Okazało się, że ma bardzo długi sznur, nie był to telefon bezprzewodowy. Podał dziewczynie. Podziękowała i zaczęła wykręcać numer.
– Na obudowie masz napisany numer – poinformował i wycofał się z pokoju, zostawił ją samą.
– Richard, obudź się, miałam mały wypadek. Czy mógłbyś teraz po mnie przyjechać?
– Gdzie jesteś, dlaczego dzwonisz o tak późnej porze? Co się stało? Czy nic ci nie jest? – zadał kilka pytań, jakby w ogóle jej nie zrozumiał.
– Biegałam w parku i skręciłam nogę. Tę samą.
– Mówiłem ci, żebyś zrezygnowała z joggingu, szczególnie po nocach. Gdzie jesteś? Skąd dzwonisz? Nie wyświetliła mi się twoja komórka.
– Zacisze 124. Zapisz adres. Powtarzam: Zacisze 124. Przyjedź po mnie. Telefon… zaraz podam ci numer… pięć, pięć, zapisujesz?
Rose dwukrotnie podała dziewięć cyfr.
– Ostatnie cyfry to sześć i pięć. Zapisałeś? Pytam: czy masz mój numer?
– Tak, mam. Będę za pół godziny.
– Do zobaczenia i… wybacz. Jack, jesteś?
Do pokoju wszedł Jack. Dopiero teraz dokładnie mu się przyjrzała. Wysoki, nienagannie wysportowana sylwetka. Szatyn o dużych, przenikliwych, niebieskich oczach. Przystojny, lecz nie typ modela z okładek czasopism. Twarz pociągła, sympatyczna. Włosy mokre, potargane.
Zapewne często się uśmiecha – pomyślała.
– Przyjedzie? – zapytał.
– Tak, za jakieś pół godziny.
– To świetnie, a teraz pokaż stopę.
– Na pewno wiesz, co trzeba zrobić? Mój lekarz mówił, żebym ją oszczędzała, ale to było ponad rok temu i ja już nie odczuwałam żadnych dolegliwości. A dzisiaj ten wypadek, musiałam na coś skoczyć.
– Na kulę bilardową, nie mam pojęcia, jakim cudem się tam znalazła. Zobaczyłem ją wciśniętą pomiędzy płyty chodnikowe. Pokaż nogę. Naprawdę wiem, jak obandażować i przyłożyć kompres.
Ujął stopę w dłonie, ból ustąpił. Zaczął delikatnie obwiązywać, jednocześnie polewając tkaninę jakąś miksturą.
– Co to za bandaż? Miałam już do czynienia z bandażami, ale takiego jeszcze nie widziałam.
– To jest taki… jak by to powiedzieć, specjalny, który można nasączyć i nie będzie przemakał, a jednocześnie stworzy odpowiedni ucisk. Bandaż będzie się kurczył wraz ze zmniejszaniem się opuchlizny. Nie będziesz czuła bólu. Kostka mocno spuchła, ale ten bandaż poradzi sobie z tym problemem.
Minęło kilka minut i miała precyzyjnie zabandażowaną stopę. Rzeczywiście nie czuła bólu. Bała się jednak postawić nogę. Pamiętała, jak to było rok temu.
– Wszystko gotowe. Teraz czekamy na znajomego, radzę skorzystać z łazienki. Nie ma żadnych przeciwwskazań, możesz się wykąpać, woda nie zaszkodzi opatrunkowi.
Po tych słowach spojrzała na siebie. Wyglądała koszmarnie. Cała ubłocona, rozczochrana. Zawstydziła się, gdy zobaczyła mokre plamy na kanapie. Spostrzegł jej reakcję i się uśmiechnął.
– Nie przejmuj się, weź prysznic, a ja ogarnę pokój, bo jak wrócą dziewczyny, to będę się musiał ewakuować. Przyniosę ci kule. Zaraz wracam. Łazienka jest za tą sypialnią. – Pokazał dłonią sąsiednie drzwi pokoju, w którym znikał.
Gdy powrócił, odebrała od niego kule i ostrożnie wstała. Ból ustąpił, lecz nadal nie odważyła się postawić stopy. Pokuśtykała i weszła do wskazanego pokoju. Był duży. Na pewno przeznaczony dla kobiety. Cały wystrój o tym świadczył: pastelowe kolory ścian, damska toaletka, ozdobne lustro. Nie zauważyła jednak śladów mieszkanki. Nie było żadnych fotografii, obrazków. Rozejrzała się, poszukując kolejnych drzwi.
Tam zapewne jest łazienka - domyślała się.
Weszła i znowu niespodzianka. Duża, z wanną i prysznicem. Gotowa na przyjęcie gościa, kosmetyki, przybory do mycia, jednym słowem – wszystko na miejscu. Postanowiła się wykąpać, zostało niewiele czasu do przyjścia Richarda. Napełniła do jednej czwartej wannę, dodała płynów – powstała gęsta, pachnąca piana. Rozebrała się i ostrożnie zanurzyła, ciągle oczekiwała na jakiś symptom bólu, nic. Po trzydziestu minutach, wykąpana, odświeżona, stała o kulach przed lustrem.
Jak tu się ubrać w te brudne ciuchy? Szkoda, że nie powiedziałam Richardowi, by przywiózł mi coś do ubrania, może sam na to wpadnie. No tak, ale co wtedy sobie pomyśli?
Rozejrzała się i chwyciła szlafrok. Nie namyślając się, włożyła go. Po chwili była w salonie. Kanapa, na której poprzednio siedziała, nie nosiła już żadnych śladów. Jack stał w pobliżu kominka.
– Widzę, że kąpiel dobrze ci zrobiła, zaraz pożyczę coś od dziewczyn, byś mogła się ubrać. Strój sportowy, czy może kreacja wieczorowa? – zażartował.
– Wolę sportowy. Skąd wiesz, czy rozmiar będzie pasował?
Tylko się uśmiechnął i zniknął za następnymi drzwiami. To już były trzecie, które otwierał w jej obecności. Powrócił, niosąc komplet bielizny i dres.
– Chyba oberwiesz od właścicielki – stwierdziła z lekkim uśmiechem.
– Nie będzie tak źle.
Podziękowała i wróciła do „swojego” pokoju. Bielizna idealnie pasowała. Na pewno nie była używana, miała metki, oderwała je.
Skąd on ją wytrzasnął? – pomyślała. – Minęło pół godziny. Dlaczego nie ma Richarda?
Wróciła do salonu, nadal nie stawiała stopy na podłodze.
– Czy mogę znowu zadzwonić? Richard powinien już tu być. Nic z tego nie rozumiem.
– Oczywiście, nie krępuj się.
Rose wykręciła numer, ale tym razem nikt nie odpowiadał. W słuchawce powtarzał się sygnał dzwonienia.
– Nie odbiera.
– Może po twoim telefonie tak szybko się zbierał, że zapomniał go zabrać.
– Ma drugi telefon w samochodzie. Zadzwonię.
Kilkakrotnie wybierała numer, coraz bardziej zdenerwowana.
– Tego też nie odbiera. Dziwne. To do niego niepodobne.
Zauważyła oznaki niepokoju na twarzy gospodarza.
– Nie wiem, jak ci to powiedzieć… Richard powinien już tu być co najmniej od pół godziny. Nie tego oczekiwałem. Płyn, którym nasączyłem opatrunek, po godzinie zadziała jak środek usypiający. Miałem nadzieję, że będziesz już w tym czasie w domu. Wybacz. Najlepiej zrobisz, jeśli udasz się teraz do sypialni. Nie bój się. Drzwi mają zamek od wewnątrz, jeżeli ma cię to uspokoić. Rano na pewno pojawi się Richard i będzie po kłopocie, a noga powinna być w porządku… to znaczy w stanie umożliwiającym spacerowanie.
Wyraz twarzy Rose dawał wyraźnie do zrozumienia, co myśli o Jacku i całym tym zdarzeniu, lecz poczuła pierwsze symptomy ogarniającej ją senności. Nie czekała, aż uśnie w tym miejscu. Bez słowa wstała i zamknęła się w „swoim” pokoju. Po chwili leżała na łóżku. Dla poczucia bezpieczeństwa pozostała w ubraniu. Trzy minuty później spała.
Rano obudziła się w pełni wypoczęta. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest, po sekundzie cały wczorajszy wieczór, jak na filmie, przemknął jej przed oczami. Spojrzała na stopę – nadal była obandażowana, lecz opuchlizna wyraźnie zmalała. Wszystko sprawiało wrażenie normalności. Poruszyła palcami. OK. Delikatnie postawiła nogę na dywanie – nic. Podniosła się – nadal nic. Dłużej nie eksperymentowała. Ujęła kule i powędrowała do łazienki. Odświeżona, odważyła się opuścić sypialnię, mocno trzymając kule, gotowa w każdej chwili do ich użycia.
W salonie nie zastała Jacka.
– Zapraszam na śniadanie. Mała przekąska i będziesz mogła w pełni sił powrócić do życia.
Odwróciła się na głos Jacka. Stał w czwartych już drzwiach – tam musiała być kuchnia. Miał na sobie koszulę i spodnie dżinsowe. Wykonał zapraszający gest. Przekroczyła próg. Kuchnia zrobiła na niej wrażenie. Nie było w niej typowej nowoczesnej zabudowy. Sprawiała wrażenie średniowiecznej, wszędzie porozwieszane przyprawy, patelnie, na półkach słoje. Jednakże sprzęt jak najbardziej nowoczesny. Ściany bez tynku, stare, wiekowe, nierówne cegły nadawały kuchni specyficzny klimat. Na środku stół, tym razem prostokątny, pięć krzeseł. Blat z grubych desek, dębowy, na nim ustawiona stara klepsydra. W kilku miejscach ślady po nożu, krawędzie lekko wytarte. Krzesła drewniane, na siedzeniu poduszki, oparcia także wyłożone miękkim materiałem. Podłoga ułożona ze starych, szerokich, mocno podniszczonych desek.
Mieszkają podobno we czworo, ale wszystko przygotowane dla pięciu osób. Intrygujące – pomyślała.
Skromne śniadanie. Jajko po wiedeńsku, kilka kromek pieczywa, ser, parę plasterków wędliny, masło i kawa. Jedli w milczeniu.
– Ciągle nie możesz mi darować tego snu – uśmiechnął się.
– Mogłeś mnie wcześniej uprzedzić, powinieneś zapytać o moją zgodę, a nie samemu podejmować decyzję.
– Mogłem, ale nie zrobiłem tego, zależało mi na wyleczeniu twojej stopy. Gdybym zapytał o zgodę, mogłaś po prostu uciec Powinnaś się była wyspać i nie nadwyrężać stopy. Teraz z twoją nogą jest już wszystko w porządku. Uwierz mi.
– Jak na… niedouczonego lekarza jesteś bardzo pewny efektów swojego „leczenia”.
Skwitował jej uwagę tylko uśmiechem. Często się uśmiechał, za często w jej odczuciu. Zapadła chwila milczenia, którą przerwało kołatanie do drzwi.
– To zapewne Richard – stwierdził, opuszczając kuchnię.
Rose podreptała za nim. Nim dotarła do pokoju, usłyszała ostre słowa Richarda.
– Czy jest tu moja znajoma?
– Tak, zapraszam do środka.
Zobaczyła, jak Richard przepycha Jacka i szybkim krokiem wchodzi do salonu.
– Dlaczego spędziłaś tutaj noc? Dlaczego podałaś mi zły adres? Czy na tym ci zależało?
– Przecież jesteś, więc jak mogłam podać zły adres? A ty, dlaczego nie odbierałeś kolejnych telefonów?
– Chodź, wracamy do domu.
– Zachowuj się jak człowiek, a nie jak pajac. Podziękuj Jackowi za to, że mi pomógł, gdy ciebie zabrakło.
– Nie kpij sobie. Dzięki Jack. Żegnam, a właściwie żegnamy.
Obydwoje opuścili mieszkanie. Rose zostawiła swój dres i bieliznę. Zabrała ze sobą kule. Gdy wyszli, Jack jak zwykle się uśmiechnął i był to uśmiech człowieka niesamowicie szczęśliwego, człowieka, któremu spadł kamień z serca.
No to dotarliśmy do celu, teraz wszystko zależy od moich dziewczyn – pomyślał, domykając drzwi.

Tagi:

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4819

Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Post#2 » 1 year temu (1 lis 2016, o 14:27)

„Jak możesz w wieku dwudziestu dwóch lat nie wiedzieć, co będziesz robiła w życiu?” – o to ma pretensje. A ja nie jestem pewna – rozmyślała.

Można mieć i więcej i wciąż się zastanawiać ;))


Nietypowe, by w miejscowości posiadającej ulicę Zacisze mieszkali Jack, Rose i Richard. Nie trzyma się to kupy.

Całość nie w moim guście. Nie wiem, czy to tylko moje wrażenie - może tak być - ale cały tekst wydał mi się przegadany i zmierzający bardzo wolno do meritum. Czytało się płynnie ze względu na styl, ale treść mnie znużyła; czytając miałam wrażenie, że akcja jest rozciągnięta jak mordoklejka i że musiałabym przeczytać dobre 20 stron, by dowiedzieć się czegoś konkretniejszego. A tytuł mnie zaintrygował, byłam ciekawa twojego nawiązania do Tyche, ale, szczerze powiedziawszy, jednak nie ciekawi mnie ciąg dalszy.
Przy tym tekst jest poprawnie, płynnie napisany, nie widziałam potknięć, dialogi są przekonujące, opisy zgrabne.
Przydałyby się wcięcia akapitowe, wtedy lepiej prezentowałby się na forum, ale to taka drobna uwaga estetyczna. W razie czego tu znajduje się krótki poradnik, jak je najszybciej ustawić: viewtopic.php?p=48162#p48162


PS Dopiero teraz przypomniałam sobie dopisek "dla cierpliwych" - i faktycznie ;))
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Post#3 » 1 year temu (1 lis 2016, o 14:40)

Oczywiście w oryginale są akapity. Tutaj po wklejeniu ich nie ma. Nie bardzo widzę możliwość edytowania tekstu. Postaram się kolejny(e) rozdziały umieścić z akapitami. Giną także pauzy.
Zacisze. Zastanawiałem się nad wprowadzeniem nazwy angielskiej, jednak postanowiłem ją pisać w języku polskim.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4819

Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Post#4 » 1 year temu (1 lis 2016, o 14:47)

Edytor forumowy nie przyjmuje formatowania z Worda, trzeba je ustawiać ręcznie ;)) Niestety forum nie wyświetla też półpauz, więc polecam korzystać z myślników.
Edytować jak najbardziej można, w prawym górnym rogu posta powinna wyświetlać się ikonka długopisu.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Post#5 » 1 year temu (1 lis 2016, o 15:10)

No tak, trzeba się pobawić.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4819

Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Post#6 » 1 year temu (1 lis 2016, o 15:11)

Czasem warto - tekst od razu ładniej wygląda :)
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Alicja
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 25

Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Post#7 » 1 year temu (1 lis 2016, o 15:34)

Poczytałam:) Rozumiem, że jest kolejny rozdział? Nie lubię, gdy w polskim tekście nie ma polskich imion:) Reszta zaciekawiła mnie i chętnie dowiem się, kim jest Jack.
Alicja Jonasz

"Idź dalej niezłomnie, a mnie zostaw sny.
Nic nie jest stracone, skończone też nie,
Gdy droga przed tobą, a sam jesteś w tle."
Edward Stachura

burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Post#8 » 1 year temu (2 lis 2016, o 14:15)

2
– Co to za facet?
– Poznałam go wczoraj dość przypadkowo, gdy skręciłam nogę. Pomógł mi.
– Zaciągając cię do łóżka. Ładna mi pomoc. Wykorzystał cię pod pozorem pomocy. Cwaniaczek.
– Żaden cwaniaczek, zachowywał się fair i wcale z nim nie spałam.
– To dlaczego tam nocowałaś?
– Bo mnie uśpił.
– Co? Uśpił, i mówisz, że nie spał z tobą.
– Nie, nie spał i odwieź mnie do lekarza. Chcę wiedzieć, co z moją stopą.
Przez dalszą drogę obydwoje milczeli. Rose zaczęła się zastanawiać, co się z nią działo, gdy spała. Próbowała sobie przypomnieć wszystko, co robiła, gdy się dowiedziała o środku nasennym, jak zamykała pokój, jak go otwierała po przebudzeniu. Była pewna, że nic się nie wydarzyło. Uspokoiła się. Teraz przypomniała sobie o pozostawionej bieliźnie i dresie. Będzie musiała odebrać swoje rzeczy, ale obawiała się ponownego spotkania z Jackiem, a przede wszystkim reakcji Richarda. Spojrzała na niego. Był nachmurzony. Niewątpliwie przystojny, brunet o brązowych oczach. Niejedna dziewczyna zazdrościła jej tej znajomości… no, nie tylko znajomości.
Po przyjeździe do szpitala pokuśtykała do lekarza. Richard szedł obok niej w milczeniu, nie starał się jej pomóc. Nie liczyła na to. Była przyzwyczajona do chodzenia o kulach i nie stanowiło to dla niej żadnego problemu. Radziła sobie doskonale. Pod gabinetem czekali dobre pół godziny. Gdy doktor Sanders zaprosił ją do siebie, wstała. Richard również się podniósł, chcąc jej pomóc. Odmówiła.
– Witam panią ponownie. Znowu skręciła pani nóżkę, widzę, że ktoś już się nią zajął.
– Tak, ale to była amatorszczyzna. Czy może pan ją dokładnie obejrzeć?
– Oczywiście. Proszę tu usiąść i pokazać stopę. Hmmm… bandaż profesjonalnie zawinięty, mówiła pani „amatorszczyzna”… ciekawe, a zwłaszcza ciekawy jest ten bandaż. Kiedyś czytałem o tym materiale, gdzieś w jakimś wydawnictwie o eksperymentalnych tkaninach wykorzystywanych w medycynie. Odwiniemy i popatrzymy. Brak opuchlizny. Kiedy ją pani zwichnęła?
– W nocy, dokładnie około północy.
– Opuchlizny nie ma. Pozwoli pani, że lekko poruszam stopą. Czuje pani coś, jakiś ból?
– Nie, kompletnie nic, żadnego bólu, tylko pana zimne dłonie.
– Zimne? Czyli ma pani lekko podniesioną temperaturę. Zbadajmy ją, zatem.
Dotknął termometrem.
– Temperatura w normie – stwierdził po chwili.
Po wykonaniu kilku coraz szerszych ruchów poprosił, aby wstała i oparła stopę o ziemię. Nic nie poczuła, wszystko w normie.
– Dla świętego spokoju zrobię prześwietlenie.
Po kilkunastu minutach doktor Sanders trzymał w rękach kliszę z prześwietleniem. Przyglądał się z zainteresowaniem.
– Nie widzę żadnych śladów świadczących o przebytym urazie. Nie ma też śladów po pierwszym skręceniu stopy, chociaż na poprzednim badaniu kontrolnym były drobne zniekształcenia. Jest pani całkowicie zdrowa, a stopa w stanie idealnym. Kto zrobił ten opatrunek?
– Przypadkowy znajomy, nazywa się… Jack, ma na imię Jack. Twierdził, że trochę studiował medycynę.
– Ładne mi trochę, z tego, co widziałem, to był bardzo profesjonalny opatrunek. Według mnie pani nie skręciła stopy. Nie widzę tutaj żadnej ingerencji lekarskiej, gdybym zobaczył, powinienem złożyć zawiadomienie o nielegalnej praktyce. Musiałaby pani składać zeznania. Jest pani zdrowa, a to chyba najważniejsze.
– Dziękuję, kule nie są mi już potrzebne. Do zobaczenia, mam nadzieję, że poza gabinetem.
Po opuszczeniu przychodni obydwoje nadal milczeli. Rose oddała kule Richardowi.
– Musisz mi więcej opowiedzieć o tym tajemniczym Jacku – zaczął. – Powiedz, dlaczego podałaś mi zły adres? Zacisze dwadzieścia cztery, gdy naprawdę to było 124. Całą noc chodziłem od domu do domu, starając się ciebie odnaleźć. W końcu trafiłem na właściwy adres.
– Podałam 124, to ty źle zrozumiałeś.
– Przy tej ulicy było tylko kilkanaście budynków mieszkalnych, a pod dwudziestym czwartym jakieś magazyny. Budziłem ludzi w nocy w poszukiwaniu ciebie. W końcu przestałem, bo grozili mi policją.
– Dlaczego zatem nie odbierałeś telefonów?
– Komórkę zostawiłem w domu, spieszyłem się do ciebie.
– A w samochodzie? Przecież tu masz drugą.
– Szukałem ciebie i nie siedziałem w samochodzie, mogłaś zostawić wiadomość. Gdy wróciłem do samochodu, na telefonie miałem informacje o kilku próbach połączenia, ale z nieznanego numeru. Twoja komórka nie odpowiadała.
– Właściwie powinnam, ale już zasypiałam.
– Dlaczego on cię uśpił?
– Powiedział, że powinnam spać, aby stopa wyzdrowiała, chyba miał rację.
– Bronisz tego cwaniaczka. Sprawdzę, co to za jeden.
– Sprawdzaj sobie, ale gdy go spotkasz, to przeproś za swoje zachowanie i podziękuj za opiekę nade mną.
– Niedoczekanie twoje.
Kolejny przejaw nieuzasadnionej zazdrości – pomyślała.
To jest to, co ją najbardziej denerwuje u Richarda. Zazdrość z byle powodu, zazdrość, która niszczy związek. Spojrzała na niego z wyrzutem, lecz powstrzymała się od komentarza. Nie chciała kolejnej awantury. Pragnęła dotrzeć do swojego mieszkania, chciała wszystko na spokojnie przemyśleć.
Podjechali pod dom, w którym mieszkała, ostatnio przez większość czasu raczej sama. Po każdej awanturze Richard znikał na kilka dni, by po długich przeprosinach powrócić. Te przerwy w ich związku były coraz częstsze. Dzisiaj nie powinien wchodzić razem z nią, nadal czekała na kolejny bukiet. Wysadził ją, podał kule i poinformował, że tym razem ma coś do załatwienia. Nie oczekiwała od niego niczego więcej. Z ulgą odebrała dwa kije i ruszyła coraz pewniejszym krokiem do mieszkania. Kule zostawiła w kącie przy drzwiach i wpadła do sypialni. Rzuciła się na łóżko. Dzisiejsze zajęcia na uczelni odpuściła sobie, lecz jutro musi zaliczyć ćwiczenia z informatyki. Informatyka. To była jej pasja od roku. Pasja podobna do tej, jaka ją opanowała trzy lata temu na medycynie, a rok później na biotechnologii. Medycyna zaczęła ją nudzić na drugim roku, wtedy poznała Richarda. Była dumna, że tak interesujący mężczyzna zwrócił na nią uwagę. Tworzyli dobraną parę do pierwszych objawów jego zaborczości. Nie dawała mu żadnych podstaw, ale ich związek powoli się rozpadał. Już nie była pewna swoich uczuć, zaczęła dostrzegać jego wady. Nie miała jednak nikogo innego. Szybko musiała zacząć radzić sobie sama. Jedyną pamiątkę po rodzicach, wyblakłą fotografię, straciła jeszcze przed studiami.
Do tej pory trzymała na szafce przy łóżku pustą ramkę po zdjęciu. Teraz znowu na nią spojrzała, tak bardzo jej tego zdjęcia brakowało. Przypomniała sobie, jak je utraciła. Mieszkała wtedy z Formanami. Pewnego dnia wróciła do domu, a fotografia zniknęła. Pytała przybranych rodziców, co się z nią stało, nie otrzymała odpowiedzi. Po kilku tygodniach kolejny raz uciekła. Miała wtedy siedemnaście lat. Od tego czasu była sama, ale dała sobie radę. Była przecież nieprzeciętnie inteligentna, jedna z najwyższych wartości IQ, znacznie powyżej stu pięćdziesięciu. Gdy mając dwanaście lat, przeszła test, stwierdzono, że oszukiwała. To jej wystarczyło, nie poddała się kolejnemu.
Usnęła.
Obudziła się późnym wieczorem. Stwierdziła, że za późno na składanie wizyt. Richard nie zadzwonił. Postanowiła się wykąpać. Gdy się rozbierała, przypomniała sobie o bieliźnie. Ta, którą teraz zdjęła, idealnie na nią pasowała. Stanik podkreślał jej jędrne, kształtne piersi.
Skąd on wiedział, jaki noszę rozmiar? – zastanowiła się ponownie nad dziwnym zbiegiem okoliczności.
Weszła do wanny i powoli obmyła ciało. Nie odczuwała bólu w stopie. Przeleżała pół godziny. Przyjrzała się sobie w lustrze. Fryzura lekko potargana. Wzięła grzebień i zaczęła rozczesywać bujne rude włosy. Nie chciały się ułożyć. Zrezygnowała. Spojrzała na piersi. Znamię w kształcie róży umiejscowione na prawej piersi było jakby wyraźniejsze. Niedobrze. Czyżby to był objaw raka? Krawędzie jednak równe, rysunek delikatny, widoczne płatki. Dawno nie przyglądała się sobie, więc może to tylko naturalny proces. Przecież ma już dwadzieścia dwa lata. Niedługo, konkretnie za miesiąc, kolejne urodziny. Czy jest ładna? Raczej przeciętna z tymi licznymi piegami, które są nieodzownym atrybutem rudzielca. Jedynie co do sylwetki nie może mieć zastrzeżeń, na pewno jest zgrabna, przecież oglądają się za nią mężczyźni. Próżność. Która kobieta nie jest próżna?
– Ja nie – powiedziała głośno.
Noc przespała spokojnie. Rano kąpiel, szybkie śniadanko i biegiem na uczelnię. Nawet nie zajrzała do książek i notatek.
- Dam radę – stwierdziła.
Miała rację. Kilkugodzinne ćwiczenia przebiegły bez zgrzytów. Zaliczyła je tak, aby się nie wyróżnić, lecz i tak był to najlepszy wynik. Wiedziała, że mógł być wyższy, specjalnie kilka razy popełniła drobne błędy. Po zajęciach poleciała do biblioteki, w której przesiedziała do późnych godzin. Richard milczał. A niech mu - pomyśłała. Kolejny dzień przebiegł według utartego schematu. Zajęcia na wydziale, biblioteka, powrót do domu. Zbliżał się weekend. Nie lubiła tych dni. Dotychczas większość z nich spędzała w samotności, do czasu, gdy poznała Richarda. Zaczęła odczuwać jego brak. Nie odzywał się już trzy dni.
W sobotę postanowiła zrobić porządki. Zaczęła od przedpokoju i od razu natrafiła na kule.
O kurczę, powinnam je oddać i odebrać swoje ciuchy – pomyślała.
Odszukała bieliznę, którą otrzymała od Jacka, spakowała, ale po chwili postanowiła ją zostawić. Zabrała kule i popędziła na Zacisze 124. Zbliżając się do budynku, zamierzała dokładnie obejrzeć otoczenie. Zaczęła od miejsca, gdzie upadła. Dość długo szukała bili: była wciśnięta między płyty chodnikowe, jedna z nich miała oderwany róg. Kula bilardowa była czarna i nie odbiegała zbytnio kolorem od płyty.
Nie dziwię się, że jej nie zauważyłam, musiała jednak być na krawędzi i sama ją wcisnęłam.
Podniosła bilę, zważyła ją w ręce i schowała do kieszeni. Zrobiła to odruchowo, myśląc już o budynku. Stał lekko cofnięty od ulicy, szary, bez wyrazu. Na pierwszy rzut oka trudno było go uznać za zamieszkany. Podjazd do bramy raczej rzadko używany. Brama solidna, sprawiająca wrażenie ciężko się otwierającej. Dobrze wtedy zauważyła – za nią był plac z drzewami. Nie były to jednak typowe drzewa, raczej ozdobne, dość rzadko występujące w tym rejonie. Świadczyły o tym, że w przeszłości ktoś zadał sobie dużo trudu, sprowadzając je tutaj i sadząc. Zasadzono je według określonego schematu, przez chwilę go analizowała. Gdy poznała zasadę, na jej ustach pojawił się uśmiech. Właściciel, czy też właściciele, wiedzieli, co czynią. Wzbudzili jej sympatię.
Sam budynek stanowił mieszankę różnych stylów architektonicznych, co wyraźnie kolidowało z parkiem, o ile tak można było go nazwać. Starała się zrozumieć, dlaczego powstał taki kontrast. Dla zwykłego obserwatora była to brzydota. Dla niej ta odpowiedź była zbytnim uproszczeniem. To było coś więcej. Stała zafascynowana, analizowała każde wgłębienie, każde okno.
Jednokondygnacyjna budowla z wysokim strychem. Od frontu stosunkowo wąska, lecz czuło się wyraźnie, że sięga głęboko w ogród. Fasada miała za zadanie tylko zamaskować jej ogrom, nie miała co do tego wątpliwości. Nie miała szans, aby obejść dom z boku. Front budynku blokował drogę, a za podjazdem stał parkan. Parkan, którego praktycznie nie było widać z ulicy.
No cóż, trzeba wejść do środka.
Energicznym ruchem chwyciła kołatkę i zastukała trzy razy. Cisza. Odczekała pół minuty i zakołatała ponownie. Nagle drzwi się otworzyły, za nimi stała dziewczyna.
– Witaj. Ty pewnie jesteś Rose, Jack mówił, że wpadniesz do nas. Wejdź, proszę. Przepraszam za mój wygląd, ale ja dzisiaj odwalam tu robotę sprzątaczki. Stąd ten fartuszek i lateksowe rękawiczki. Wejdź, zaraz przywitamy się jak należy.
Rose przez chwilę przyglądała się sprzątaczce. Śliczna blondynka o kręconych, bujnych włosach. Podobnie jak u Jacka, duże niebieskie oczy.
Czyżby byli rodzeństwem?– zastanowiła się.
Powoli przekroczyła próg. Gdy tylko znalazła się za nim, wpadła w ramiona sprzątaczki, która przytuliła ją do siebie i pocałowała w oba policzki. Pocałunki trwały trochę za długo jak na taką okoliczność, nie mówiąc o tym, że były raczej niewskazane. Rose poczuła lekki dreszczyk przebiegający przez jej ciało.
Co jest grane? To samo uczucie – pomyślała
– Anne – przedstawiła się blondynka, uwalniając ją z uścisku. – Proszę, wejdź do saloniku, pogadamy sobie. Jak poznałaś Jacka?
– Nie opowiadał? – zapytała Rose lekko zdziwiona.
– Powiedział tylko, że do nas wpadniesz i że mamy cię nie przestraszyć, boś jest płochliwą istotką. Mamy cię mile powitać, tego nie musiał nam mówić, zawsze jesteśmy miłe i uprzejme – stwierdziła z uśmiechem.
Zaprowadziła gościa do salonu i posadziła na tej samej kanapie, na której Rose siedziała poprzednio. Po chwili do pokoju wpadła druga dziewczyna. Równie śliczna, ale brunetka, tak przynajmniej można było ocenić na podstawie kilku kosmyków włosów wystających spod turbanu. Miała na sobie szlafrok. Nie zdążyła się wytrzeć, na smukłych nogach pozostały krople wody. Musiała pospiesznie zakończyć kąpiel.
– Monica – przedstawiła się dość szybko.
Ledwo Rose podniosła się z kanapy, już tkwiła w jej ramionach. Dwa delikatne, trochę dłuższe pocałunki i… lekki dreszczyk.
To już staje się niebezpieczne i co najmniej dziwne. Jest jeszcze jedna. Wykrakałam.
– Zeni.
Wysoka, najwyższa z nich, o hebanowej skórze powoli zbliżała się do Rose.
– Nie bój się mnie – poprosiła.
Biel delikatnych zębów uwydatniała idealnie skrojone usta.
– Nie uciekniesz przede mną i tak cię uściskam – tym razem ostrzegła.
Rose zrezygnowała, pozwoliła się wycałować i kolejny raz poczuć dreszcz. Dreszczyk, na którym teraz się skupiła. Wyraźne wyczuła, że kierował się do jej znamienia na piersi. Powoli, lekko oszołomiona opadła na kanapę. Rozejrzała się po nieznajomych, a właściwie już znajomych. Przez jakiś czas wszystkie przyglądały się sobie z wyraźnym zaciekawieniem, by po chwili usiąść na przeciwko siebie.
– A więc to jest Rose – rozpoczęła Zeni. – Witamy w naszej oazie.
– Przyszłam zwrócić rzeczy, które dał mi Jack. Przyniosłam jedynie kule, za bieliznę zapłacę - wyjaśniła. Chcę mu podziękować osobiście. Przepraszam, że tak późno. Czy jest tutaj?
– Jacka nie ma.
– Nie wiemy, gdzie się znowu włóczy.
– Jest nieobliczalny.
– Postrzelony – dodała trzecia.
– To samo powiedział o was – zauważyła Rose.
– No to sama widzisz, że jest nieobliczalny, skoro takie głupoty o nas opowiada. Przecież jesteśmy rozważne, urocze, miłe i wiesz… Same dobre rzeczy można o nas powiedzieć – stwierdziła Zeni.
– Opowiedz nam, jak go poznałaś, w jakich okolicznościach – kolejny raz zapytała Anne.
– Biegałam w nocy i przed tym budynkiem skręciłam nogę. Jack akurat był w pobliżu i mi pomógł. To wszystko, najzwyklejszy w świecie przypadek.
– Miał szczęście – stwierdziła Monica.
– Chyba ja miałam.
Skwitowały jej słowa uśmiechami. A potem zaczęły się pytania i odpowiedzi. Czuły się w swoim towarzystwie coraz swobodniej. Rose pozbyła się uprzedzeń i chętnie mówiła o sobie. Po pewnym czasie zorientowała się, że opowiedziała im całą historię swojego życia, w zamian zdobywając jedynie ogólne informacje na temat zajęć lokatorek. Jednak nie przeszkadzało jej to. Czuła się bardzo dobrze. Jedynym tematem, którego nie dotknęły, był Jack. Umiejętnie zmieniały temat, jakby on w ogóle tu nie mieszkał, jakby ich nie interesował. Nim się zorientowała, minęła północ.
Zaproponowały jej, aby po raz drugi spędziła noc w ich mieszkaniu. Zaoferowały pokój, który już znała. Nie odmówiła. Poczuła, jakby odzyskała coś, co utraciła dawno temu. Wiedziała już, co się kryje za poszczególnymi drzwiami. To były sypialnie. Każda miała swoją. Najdalszą, jeżeli można to tak określić, zajmowała Zeni, obok niej Monica, w środku była sypialnia Jacka, następnie jej i Anne. Co się kryło za pozostałymi drzwiami, pozostało tajemnicą.
W pokoju odnalazła umieszczoną w szafkach swoją bieliznę, idealnie wypraną. Na dresie nie było śladu po wypadku. Wykąpała się i położyła spać. Po raz pierwszy nie rozmyślała o Richardzie. Usiłowała zrozumieć „delikatny dreszczyk”. Nie zdążyła rozwiązać zagadki, nim usnęła. Spała głębokim, spokojnym snem.
Rano obudził ją rwetes dobiegający z kuchni. Szybko się umyła i poszła na śniadanie. Nie miała wyrzutów sumienia. Poczuła się jak gość, więc pora na posiłek. Jak najbardziej jej się należał, no, chyba powinna się do niego przyłożyć. Gdy weszła do jadalni, na stole stały już cztery nakrycia – brakowało ostatniego – Jack był nieobecny. Dziewczyny ubrały się w stroje domowe, luźne spodnie i bluzki. Czuły się swobodnie i nie zauważyły wejścia Rose, albo przynajmniej doskonale to ukrywały.
– Dzisiaj śniadanie przygotowała Anne – stwierdziła Monica – więc będzie trochę… trochę… Będziesz mogła sama je ocenić.
– Wczoraj sprzątaczka, dzisiaj kucharka. Czy tylko ja prowadzę ten dom? – zapytała lekko zirytowana Anne. – Im mniej zjecie, tym więcej dla tych, co potrafią docenić mój kunszt – dodała z promiennym uśmiechem.
– Czyli dla ciebie – odparowała Zeni.
Wbrew zapowiedziom śniadanie było wykwintne. Dziewczyny pałaszowały, aż im się uszy trzęsły. Nie zostało nic. Anne mogła teraz ogłosić z figlarnym uśmiechem:
– Nareszcie z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że dyżur pomywaczki obejmuje… Zeni.
– Może ja pozmywam – zaproponowała Rose.
– Ty jesteś tu gościem i… milcz dziewczyno – oświadczyła Anne.
– Na razie – szepnęła cichutko Monica.
Dziewczyny szybko spojrzały po sobie. Mimo ich starań nie umknęło to uwadze Rose.
Co one mają na myśli? Faktem jest, że wszystkie pomyślały to samo. Nie zwiodą mnie.
– Dziewczyny, miło było, ale na mnie już czas. Dzisiaj muszę posprzątać w domu, tam mam zapewnione wszystkie etaty, i to bez zwolnień czy zastępstw.
– Więc sama widzisz, że tutaj jest łatwiej – odparła Anne, okraszając swoją wypowiedź niewinnym uśmiechem.
Wszystkie trzy odprowadziły gościa do drzwi. Na koniec każda ją ucałowała, ale tym razem Rose nie poczuła żadnego dreszczyku, nic, pomimo że bardzo się starała. Normalny pocałunek przyjaciółek.
Wracając do domu, dużo rozmyślała o wieczorze spędzonym z dziewczynami.
Przyjęły mnie z otwartymi sercami. Potrafiły słuchać i umiejętnie sterowały rozmową, uzupełniały się bezbłędnie. Rozumiały się bez słów. Gdy jedna gdzieś się zapędziła, dwie pozostałe natychmiast jej pomagały. Cały czas były jednak czułe i wyrozumiałe. Na pewno są inteligentne, bardzo inteligentne. Nie miałam dotychczas do czynienia z takimi dziewczynami. Poczuła, że stanowią dla niej pewne wyzwanie.
Wyzwanie? Czy to na pewno wyzwanie, czy potrzeba rywalizacji, a może zrozumienia? Nie zaproponowały jednak kolejnego spotkania. Dlaczego? Czyżbym nie pasowała do nich? Nie była taka piękna, taka kobieca jak one. Każda z nich to szczyt urody w swoim typie. Anne to… Słowianka, Zeni – śliczna czarnoskóra dziewczyna, a Monica urocza latynoska.
Podejrzewała Anne, że jest siostrą Jacka – teraz była już pewna swojej pomyłki.
Co je połączyło? Czyżby Jack? Lecz o nim nic nie mówiły. Chroniły go. Wyraźnie chroniły go przed mną. Czyżby były zazdrosne? Nie, przecież nie miały o co być zazdrosne. Znowu zazdrość, ta okropna cecha, źródło wszelkiego zła. Wyraźnie uczucie to mnie prześladuje, ale to wynik doświadczenia, efekt utrzymywania kontaktu z Richardem. Zazdrość i one? Nie, to niemożliwe. Ich zachowanie to pełne wzajemne zaufanie, miłość. Miłość? Czyżby to była miłość? Jeżeli miłość, to jaka? Siostrzana? Pochodzą z różnych kultur, więc jak tu można mówić o miłości siostrzanej. Są piękne i tajemnicze. Na pewno mają coś do ukrycia. I dlaczego te sugestie o jej miejscu w tamtym domu. Właściwie nie sugestie, lecz jedno wyrwane słowo, komentarz.
Gdy dotarła pod swoje drzwi, zastała siedzącego na schodach Richarda.
– Dlaczego tu siedzisz, a nie w mieszkaniu?
– Bo zgubiłem klucz.
– Coś za dużo ostatnio tych twoich zgub. Najpierw telefon, no tak, telefonu nie zgubiłeś, ale zostawiłeś.
– Gdzie spędziłaś noc? Znowu u Jacka? A może powinienem powiedzieć: z Jackiem? – zaatakował ją bezpardonowo.
– Skończ już z tymi oskarżeniami. Tak, spędziłam noc u Jacka, ale go nie było, wyjechał gdzieś. Były za to jego trzy współlokatorki i zostałam u nich.
– O Boże, tylko nie to. Wiesz, co robiłem przez ostatnie dni? Usiłowałem ustalić, co to za facet. I wiesz, czego się dowiedziałem? Niczego. Kompletnie niczego. Nikt go nie zna osobiście. Każdy tylko coś słyszał. Jakieś plotki, niesprawdzone informacje. Ten gość nie istnieje, a właściwie istnieje niebytem. Mieszka z jakimiś trzema lesbijkami, o których też niewiele wiadomo poza tym, że kręcą się po bibliotekach i knajpach. Ekskluzywnych knajpach, drogich. Knajpach, które nie są dostępne dla plebsu, lecz dla bardzo bogatych. Doskonale wiesz, jaki typ kobiet bywa w takich lokalach. To są ekskluzywne prostytutki.
– Tak? Ekskluzywne prostytutki? A od kiedy to ekskluzywne prostytutki bywają w bibliotekach?
Richard zaniemówił. Nie znalazł żadnej sensownej odpowiedzi.
– Powtórzyłeś plotki i na ich podstawie wyciągasz wnioski. Powiedz mi, ile kosztują te prostytutki?
– Nie wiem.
– Nie wiesz? Ale wiesz, że to prostytutki. Znasz facetów, którzy im płacili?
– Nie znam.
– Ja je poznałam i nie sądzę, aby były prostytutkami.
– To są lesbijkami.
Rose nie zaoponowała. Zastanawiała się.
– Widzisz, nie zaprzeczasz. Są lesbijkami.
– A jeśli nawet są, to co z tego? Co z tolerancją? Wiesz w ogóle, co oznacza to słowo? Wiesz?
– Jack ma powiązania z mafią. Nikt nie wie, skąd ma majątek, a ma, tego wszyscy są pewni. Ma duże pieniądze, nie wiadomo, jak je zdobył. Ukrywa swoje dobra.
– Znowu jacyś „wszyscy”. Kto konkretnie naopowiadał ci tych bzdur i co właściwie o nim wiadomo?
– Czyżbym wzbudził twoje zainteresowanie? Po co ci te informacje? Powinno ci wystarczyć to, co ja mówię. To człowiek mafii i masz z nim zerwać!
– Po pierwsze, nie mam czego zrywać, bo niczego nie ma, a po drugie, nie będziesz mi mówił, co mogę, a czego nie mogę. Wyrosłam już z tego. A teraz daj mi spokój, muszę lecieć na zajęcia.
– Dobrze, rób, co chcesz, ale dopóki nie zerwiesz z całą tą bandą, nie licz na mnie i nie wydzwaniaj po nocach, gdy stanie ci się jakaś krzywda. – Odwrócił się i szybko oddalił.
Rose przez chwilę patrzyła za nim, a potem otworzyła drzwi i z hukiem je zatrzasnęła. To, co powiedział jej Richard, pozostawiło ślad. Postanowiła jednak nie analizować usłyszanych słów. Pozbierała swoje materiały i pobiegła na uczelnię.

AnnKate
Użytkownik zbanowany
Posty: 227

Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Post#9 » 1 year temu (3 lis 2016, o 19:46)

Witaj.
Postać partnera dziewczyny nierealistyczna - facet zachowuje się jak urażony gimnazjalista. Zamiast cieszyć się, że nic jej nie jest, zaczyna robić bardzo nieodpowiednie i absurdalne wyrzuty. Dalsze jego postępowanie również nierealistyczne.

Zachowanie dziewczyny także dziwne - po tej akcji z uśpieniem jej, powinna jednak być bardziej powściągliwa, podziękować, ale mieć mieszane uczucia i ochotę jak najszybciej stamtąd się zmyć, a co przede wszystkim - już tam nie wrócić. Na pewno nie po to by... oddać bieliznę. Bielizny się nie pożycza (jak żony, czy też męża). Mogłaby tam zostawić przez przypadek jakieś swoje dokumenty, telefon - wtedy tak.
"Nachmurzony" - zgrzyta mi ten wyraz.
Przychodzi do obcych kobiet i się z nimi spoufala bez żadnych granic, nocuje tam???

Fantastyka nie jest moim ulubionym gatunkiem zdecydowanie. Jednak i ona wymaga logiki i pewnego realizmu.
To mnie jakoś nie podeszło, choć początek był naprawdę dobry i trzymał w napięciu.
Poczytam inne twoje teksty.
"Rozebrany cały świat,
A ja chcę patrzeć.
A ja popatrzeć chcę.
Wszystkim piątej klepki brak..."

burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Gniazda. Naznaczeni przez Tyche

Post#10 » 1 year temu (3 lis 2016, o 21:59)

Dziękuję za zainteresowanie.
Z czytaniem innych moich tekstów będziesz miała pewien problem. Jeden tekst to opowieść surrealistyczna a drugi to satyra na współczesność w przyszłości ( znowu zazgrzyta).
Masz rację - bielizny się nie pożycza. Podobnie żony i męża. Gdyby jednak nie było tych pożyczeń nie byłoby zdrad małżeńskich a pewne instytucje byłyby w pełnym rozkwicie. :)
Co do zachowania Rose, Nie odpowiem, chociaż mógłbym dokładnie wyjaśnić przyczyny takiego a nie innego zachowania.
Zachowanie Richarda. Czy tak do końca jest nierealne? Wątpię. Widocznie nie miałaś kontaktów z osobami charakteryzującymi się wysokim stopniem zazdrości.
pozdrawiam

Wróć do „Proza: fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości