Barnim Kamienie

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Bernard Berg
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 1

Barnim Kamienie

Post#1 » 15 gru 2016, o 13:21

„Barnim Kamienie”, Bernard Berg.

Bujne, idealnie ukształtowane piersi Zuzanny doskonale pasują do moich dłoni. Ciemne sutki na jasnym tle prowokują do całowania. Daję się sprowokować. Dziewczyna mruczy rozkosznie. Wsuwa mi palce we włosy i wtula moją twarz w swój biust. Przytrzymuje tak długo, że, aby zaczerpnąć tchu, muszę ją lekko ugryźć. Chichocze, ale nie zwalnia uścisku. Nie widzę innego wyjścia, więc przechodzę do bardziej ofensywnych działań. Dłonie przesuwam wzdłuż kształtnych pleców aż na pośladki. Podnosząc filigranową dziewczynę, sadzam ją sobie okrakiem na kolanach. W zasadzie trochę wyżej niż na kolanach.

Głęboki wdech przechodzi w jęk, kiedy Zuzanna przesuwa się jeszcze bliżej i zaczyna wolno, rytmicznie poruszać biodrami. Jeszcze chwilę temu wydawało mi się, że dni, kiedy trzy razy z rzędu nie były niczym wyjątkowym, minęły bezpowrotnie. Teraz, korzystając z wigoru i młodości dziewczyny, nie zastanawiam się nad swoją metryką, tylko cieszę życiem.

Jednak wiek i liczne noce spędzone na gołej ziemi dają mi się we znaki. Coś mi strzyka w krzyżu, więc zanim położy się to cieniem na mojej sprawności na innych polach, padam na plecy, pociągając Zuzannę za sobą. Miękki materac i puchowa pierzyna w pokoju, którego właścicielka ewidentnie przywykła do wygód, przyjemnie otulają plecy. Ból przechodzi w delikatne ćmienie, a i to po chwili ginie w natłoku innych wrażeń.

Zuzannie też chyba odpowiada zmiana pozycji. Jej paznokcie zostawiają czerwone pręgi na mojej piersi, kiedy z głową odchyloną w tył wydaje coraz głośniejsze jęki. Sam też jestem już u progu szczęścia, kiedy dziewczyna, wydając przeciągłe westchnienie, pochyla się nade mną. Jej włosy łaskoczą mnie w nos. Kichnięcie przychodzi razem z wytryskiem. Dziwaczne uczucie.

Zuzanna wybucha szczerym śmiechem. Mi tymczasem przez głowę przebiega kuriozalna myśl: dobrze, że zwieracze nie puściły. Jakoś mój śmiech nie brzmi szczerze, kiedy dołączam do dziewczyny.

– Oooj... – Zuzanna ociera łzy, mam nadzieję z radości. – Dobrze mi z tobą.

– Ja też nie narzekam. Au! – Piąstka uderza mnie w mostek z zaskakującą siłą. – Nie wiesz, że tak bijąc, możesz komuś wstrzymać akcję serca? Aaau! – Kolejny cios jest jeszcze mocniejszy.

– Najpierw musiałbyś mieć serce, a nie kamień! Ja ci tu oddaję ciało i duszę, a wszystko, na co cię stać, to „nie narzekam"?! – Nie jestem w stanie stwierdzić, czy poznana ledwie dobę temu dziewczyna żartuje, czy mówi serio. Wątpliwości rozwiewa dopiero jej figlarny uśmiech.

– Bo ja, prosty wędrowiec, to i tak serce mam na dłoni. W tors możesz mnie tłuc do woli. Aaaau! Przestań! Żartowałem!

Wierzgnięciem zrzucam dziewczynę z siebie. Ląduje z gracją tuż obok. Jej pełne piersi zataczają bliźniacze łuki, kiedy przetacza się na plecy. Zupełnie nie krępuje jej ani moja, ani jej własna nagość. Dłonie zaplata pod głową, co jeszcze uwydatnia piękny kształt piersi. Jedną nogę zgina, podciągając stopę pod sam pośladek. Drugą, tę bliżej mnie, odrzuca lekko w bok, eksponując zaróżowiony srom. Młodość ma swoje prawa. I potrzeby. Mam nadzieję, że jej potrzeby zaspokoiłem, bo jeśli nie, to mamy problem. Żałuję, ale nie mam już siły.

– Dobrze mi. – Zuzanna jakby wbrew słowom troszkę bardziej rozszerza nogi, a jedna jej dłoń ląduje między nimi.

Czuję się wywołany do odpowiedzi. Niestety na konwencjonalne metody przez kilka godzin, a może nawet dni nie mam co liczyć, muszę więc sięgnąć do pomysłowości. Przetaczam się tak, żeby pocałować dziewczynę w pełne, lekko rozszerzone usta, a jednocześnie kładę swoją dłoń obok jej dłoni. Nie tej, która została pod głową. Mruczenie aprobaty utwierdza mnie w determinacji, żeby sprostać zadaniu. Całując Zuzannę to w usta, to w szyję, to w punkt między obojczykami, jednocześnie ciężko pracuję. Nagrodą za wysiłek jest kolejny dreszcz rozkoszy, który ledwie kilkadziesiąt sekund później wstrząsa ciałem dziewczyny. Robota wykonana. Może pójdziemy w końcu spać.

– Nooo... teraz to chyba możemy iść spać. – Zuzanna obraca się na bok, zarzucając nogę na moją. Na udzie czuję wilgoć i ciepło. Ku własnemu zdziwieniu odnotowuję ożywienie w kroku. Szybko kładę się tak, żeby dziewczyna tego nie zauważyła. Jeszcze chciałaby sprawdzić, czy są szanse na kolejną powtórkę, a tego już bym chyba nie wytrzymał. – Dobranoc!

– Dobranoc. – Całuję Zuzannę w czoło.

Czekam, aż zaśnie. Po kilku minutach jej oddech wyrównuje się. Dla pewności czekam jeszcze chwilę. Ostrożnie wyplątuję się z objęć dziewczyny i wstaję powoli. Staram się nie robić hałasu, kiedy zbieram części swojej garderoby. Na szczęście, rozbierając się, kolejne warstwy rzucałem mniej więcej w jedno miejsce. Kiedy mam już wszystko, i to na sobie, staję przed trudnym wyborem: okno czy drzwi. Pokój jest na piętrze, ale do ziemi nie ma daleko. Parter małego domku, w którym Zuzanna mieszka z rodzicami, wpuszczono w ziemię na dobry metr. Można spróbować oknem. Tyle tylko, że nie wiem, co jest pod nim. Może klomb, a może kamienna cembrowina studni. Poza tym, jeśli mnie ktoś zauważy wymykającego się jak złodziej, może wyciągnąć niewłaściwe wnioski. Czyli drzwi.

Ledwie robię krok w ich stronę, kiedy szparę dookoła źle dopasowanego skrzydła rozjaśnia światło. A mówiło dziewczę, że rodzice wyjechali. Może złodziej? Ostrożnie cofam się do uchylonego okna. Wychodzę na mały balkonik, ale zatrzymuję się przed skokiem. Powietrze pachnie deszczem. Nie zdziwię się, jeśli jeszcze tej nocy przyjdzie burza. Noc jest ciemna. Księżyc i gwiazdy zasłania gruba warstwa ciężkich, letnich chmur. Odwracam się tak, żeby widzieć pokój, samemu pozostając w mroku. Po chwilach uniesień, których mi dostarczyła Zuzanna, czuję się zobowiązany przynajmniej sprawdzić, czy to nie włamywacz i czy dziewczyna jest bezpieczna. Drzwi do pokoju uchylają się lekko. W świetle małej lampki na owej widzę twarz mężczyzny, który zagląda do wnętrza. Jest w sile wieku. Twarde rysy, orli nos, duże oczy i kasztanowe włosy. Identyczne jak u Zuzanny. Ojciec. Wygląda na krewkiego. Dobrze, że chroni mnie mrok.

W tym momencie przyroda postanawia wykazać się złośliwością. Błyska się. I to nie tak krótko, niepewnie, ale po całości. Przez nieboskłon, jakby w poprzek, przetacza się błyskawica i na dobre trzy sekundy robi się jasno jak w dzień. Ojciec Zuzanny, który już wychodził z pokoju, zamiera, patrząc prosto na mnie. Nie zastanawiam się ani chwili. Przesadzam barierkę, licząc na łut szczęścia. Tym razem los jest łaskawy połowicznie. Prawą nogą ląduję w grządce jakiegoś zielska, a lewa, po tym jak tra a na kamień, albo jakieś inne cholerstwo, chrupie w kostce. Boli, ale na szczęście nie tak, jak przy złamaniu. Czyli skręcenie.

Zbieram się najpierw na klęczki, potem do pełnego wyprostu. Staram się odkuśtykać w cień rosnących niedaleko krzewów. Za sobą słyszę, jak drzwi balkonowe otwierają się z trzaskiem. Tym razem panującego mroku nie rozprasza błyskawica. Jestem bezpieczny w ciemności. Z krzaków zerkam jeszcze, jak na balkoniku, z którego skakałem, postawny mężczyzna usiłuje rozpędzić mrok siłą woli. Wciskam się głębiej w zarośla. Nie zauważył mnie.

Dla pewności czekam jeszcze dobrych kilka minut. W świetle kolejnych błyskawic odnotowuję, że balkonik jest już pusty, a mężczyzna, wracając do domu, szczelnie zamknął drzwi. Zrywa się wiatr. Co prawda nadal nie pada, ale smagające mnie po plecach gałęzie wydają się sugerować, że już czas udać się na zasłużony spoczynek.

Dom, do którego zaprowadziła mnie Zuzanna, stoi niemal w samym środku miasteczka, ledwie kilka kroków od centralnego placu. Przez chwilę waham się, czy wybrać się na rynek i sprawdzić, czy gdzieś uda mi się o tej porze strzelić kielicha i zagryźć czymś treściwym.

Łóżkowe igraszki kosztowały mnie sporo energii. Niby mam w bagażu zabunkrowane na czarną godzinę dwa bukłaczki doskonałego miodu pitnego, ale szkoda mi go trochę. Godzina może i ciemna, ale żeby zaraz czarna? Wolno, nadal lekko kulejąc, ruszam w stronę placu. Błyska się już tylko sporadycznie. Wiatr nie rozwiał chmur. Noc nadal jest mroczna, ale nieliczne latarnie gdzieniegdzie tworzą jaśniejsze plamy. Staram się trzymać najgłębszych cieni. Ot tak, na wszelki wypadek. Pamiętam wzrok i wyraz twarzy ojca Zuzanny, kiedy zauważył mnie na balkonie. Takiemu to może nawet przyjść do głowy zorganizowanie pościgu. Wolę nie ryzykować. Mimo obaw do rynku docieram bez problemów. Zatrzymuję się na chwilę u wylotu uliczki. Pozwalam odpocząć nadwyrężonej nodze, a przy okazji rozglądam się po placu.

Fronty domów stojących dookoła są ciemne. Nie widać żadnych ludzi. Karczma, w której poznałem Zuzannę, jest zamknięta na głucho. Okiennice zawarte, lampa podświetlająca szyld zgaszona. Raczej nie ma szansy, żeby ktoś podjął mnie strawą i napitkiem. Szkoda, bo piwo mieli niezłe, a golonkę wybitną. Nic to, może jutro uda się tu wpaść o normalniejszej porze.

Odwracam się na zdrowej nodze z zamiarem powrotu do siebie i odszpuntowania bukłaka, kiedy kątem oka zauważam nagły ruch. Wyglądało to tak, jakby drgnął jeden z głębszych cieni na ścianie tuż przy bogato rzeźbionych drzwiach kościoła. Wolno, ostrożnie przesuwam się tak, żeby patrzeć na plac zza węgła. Nic się nie dzieje.

Wykorzystuję chwilę, żeby przyjrzeć się budowli. Masywne ściany wzniesiono mniej więcej do połowy wysokości z ogromnych głazów. Niektóre wydają się mieć dobrze ponad metr średnicy. Połączono je zaprawą, wykorzystując do spasowania mniejsze polne kamienie. Mur wygląda solidnie. „Na tej opoce zbuduję swój kościół" potraktowano tu dość dosłownie. Ponad linią kamieni, na wysokości dobrych dwóch metrów ściany, wcale nie robią się delikatniejsze. Wykorzystano bale z kilkusetletnich modrzewi. To trudny materiał, ale jeśli trafi w ręce zdolnego cieśli, przetrwać może całe wieki. Cały budynek ma przyjemne dla oka proporcje.

Kontemplację architektury przerywa mi kolejne poruszenie. To, co brałem za jeden z omszałych kamieni podmurówki, wolno przemieszcza się teraz wzdłuż ściany, oddalając się od wejścia do budowli. Ze swojej pozycji mam dobry widok na front i boczną ścianę, więc kiedy postać skręca za węgieł kościoła i rusza biegiem, mogę nadal ją obserwować. Czarny albo ciemnoszary płaszcz z głębokim kapturem maskuje sylwetkę, jednak biegnący wydaje się bardzo drobny. Dziecko? Może kobieta? Słyszę stukot kroków o bruk. Chyba trudno się biega na obcasach, więc to raczej podkucia butów. Ta refleksja zajmuje akurat tyle czasu, żeby postać zdążyła zniknąć między zabudowaniami daleko po mojej lewej.

Nie mam pojęcia, o co tu może chodzić, ale też nieszczególnie mnie to interesuje. Może to kolejny lowelas wraca po nocy pełnej przygód? Uśmiecham się do siebie. Powoli, oszczędzając kostkę, zbieram się do powrotu na kwaterę. Miód pitny czeka.





Bijący od okna blask poranka niemiłosiernie kłuje mnie w oczy. Nawet zmiana pozycji nie pomaga. Musiałem jakoś krzywo zaciągnąć zasłonę, bo, jakbym się nie ułożył, letnie słońce świeci mi prosto w twarz. Zrezygnowany decyduję się rozpocząć dzień. Powoli podnoszę się do siadu i przeciągam, aż chrupią kości. Ostrożnie, asekurując się o stolik, na którym leży sflaczały bukłak – pamiątka po rozpitym w nocy pysznym dwójniaku, sprawdzam, jak kilka godzin snu wpłynęło na stan mojej nogi. Boli, ale nie jest źle. Nie ma też opuchlizny, jedynie wokół kostki rozlał się fioletowy siniak. Kilka dni i będę jak nowy.

Wciągam koszulę i spodnie i ostrożnie schodzę do jadalni. Olga, gospodyni, od której wynajmuję pokoik, krząta się w kuchni. To piękna kobieta w trudnym do oszacowania wieku. Długi warkocz kruczoczarnych włosów i wesołe oczy z powodzeniem pasowałyby do dwudziestolatki. Spracowane dłonie i zmarszczki na ogorzałej twarzy sugerują przynajmniej dwie, jeśli nie trzy dodatkowe dekady. Przez łączące pomieszczenia okienko ma doskonały widok na salę i schody.

– A, wstałeś w końcu! – mówi z przyganą.
– Jak to „w końcu"? Przecież ledwie chwilę po świcie! – Jakbyś się nie szlajał bóg wie gdzie po nocach, to więcej pożytku z dnia byś miał. A tak nie wiem, czy śniadanie, czy obiad podać.

– Droga gospodyni, dajcie jedno i drugie. Głodny jestem, bo spać szedłem bez kolacji.

– Jak to tak? To gdzieś ty był?

– Nie wypada mówić. Dość powiem, że jak wracałem, to już karczma była na głucho zamknięta.

– Bo stary Zygmunt to zaraz po zmroku zamyka.

– A to mu w interesach nie szkodzi? Toż wieczorem najraźniej!

– Burmistrz zakazał po tym, jak mu pijani, wracając z karczmy, burdę pod domem urządzili. Zeźlił się tak, że chciał koncesję Zygmuntowi zabrać i przybytek zamknąć, ale go radni ugłaskali. Tyle tylko, że teraz po zmroku to ani się napić, ani najeść w gospodzie. Wstyd trochę, że takie u nas małomiasteczkowe porządki.

– Miasteczko małe, to jakie porządki mają być? – Na widok marsa na czole gospodyni dorzucam szybko: – Ale toż to cały urok takich miasteczek. Cisza i spokój.

– Co racja, to racja. Idź się umyć, a ja w tym czasie coś do jedzenia podam.


Bawię się kubkiem z kwasem chlebowym umyty i pokrzepiony sutym posiłkiem. Zastanawiam się, co począć z resztą tak dobrze rozpoczętego dnia.

Już wczoraj próbowałem zajrzeć do kościoła. Niestety zamknięte na głucho drzwi nie pozostawiały złudzeń. Od uczynnej staruszki, która uważnie przyglądała się moim próbom wtargnięcia do świątyni, dowiedziałem się, że przyjdzie mi zaczekać, aż „ksiundz wrócom". Trudno. Miałem nadzieję, że z kontraktu wywiążę się w ekspresowym tempie.

Właśnie. Kontrakt. Niby prosta sprawa: potwierdź istnienie, potwierdź autentyczność. Rzadko biorę takie zlecenia, ale tu, wstyd przyznać, przycisnęła mnie proza życia. Oferowane wynagrodzenie zdjęłoby ze mnie wszelkie problemy finansowe na ładnych kilka miesięcy. Oczywiście zanim zdecydowałem się zaangażować w tę sprawę, sprawdziłem zleceniodawcę. Edgar Ert. Łowca sensacji, filantrop, znawca kultury. Osoba, której się nie odmawia. Nie odmówiłem i ja. I teraz siedzę w Rączu, czekając, aż wpuszczą mnie do kościoła, w którym ponoć przechowywany jest kamienny ołtarzyk z portatylu sprzed ośmiu wieków. Takie artefakty należą do rzadkości. Te znane zawsze były drewniane. Znalezienie kamiennego to byłoby coś wręcz niesłychanego. Mój zleceniodawca nie chciał zdradzić swoich źródeł. Nie mam pojęcia, skąd przyszedł mu do głowy pomysł, że tu należy szukać obiektu, którego samo istnienie jest dalece wątpliwe. Kiedy zapytałem, co zamierza zrobić, jeśli znalezisko okaże się autentyczne, odparł bez wahania: „zabezpieczyć dla przyszłych pokoleń". Im dłużej o tym myślę, tym bardziej nabieram przekonania, że było to eufemistyczne określenie na „włączę do swojej kolekcji". Tak czy inaczej zobaczenie takiego cudeńka na własne oczy warte było wycieczki w tę głuszę. Ertowi zawsze mogę powiedzieć, że autentyczność obiektu budzi wątpliwości. To zdanie skutecznie studzi zapał każdego kolekcjonera. Łapię się na tym, że podświadomie zakładam, że kamienny portatyl faktycznie istnieje i znajduje się w rączańskim kościele. Pożyjemy, zobaczymy.

Tymczasem to nie jest mój jedyny problem. Wypadałoby odezwać się do Zuzanny, tyle że natknięcie się na jej rodzica mocno mi nie w smak. Jeszcze wczoraj myślałem, żeby ze względu na dziewczynę w Rączu zabawić trochę dłużej, ale teraz sam nie wiem. Pannica ewidentnie wie, co robi, a po nocnych igraszkach wnioskując, robi to nie pierwszy raz. Jednak srogi ojciec skutecznie studzi wszelką chuć. Mimo to mam opory, żeby tak się zwinąć bez pożegnania. I tak muszę zostać tu przynajmniej do jutra, żeby odbębnić zlecenie. Później spróbuję złapać jakiś transport na północ, na niziny. Może tam ludzie mniej swarliwi...

Oto i jest dobre rozwiązanie, efekt spokojnych rozmyślań: pójść do karczmy, w której poznałem Zuzannę, i sącząc piwo, zaczekać, aż dziewczyna się zjawi. No przebłysk geniuszu, normalnie. Dopijam, co mam w kubku, już myśląc o bardziej atrakcyjnych napitkach. Macham ręką do gospodyni, która w odpowiedzi tylko kiwa mi głową.


Bywałem w życiu na wielu festynach i poruszenie, na które trafiam na centralnym placu, jednoznacznie kojarzy mi się z kolejnym. Tłumy wokół kościoła, gwar ludzkiej ciżby, ogólne zamieszanie. Staram się dotrzeć do karczmy jak najmniej zatłoczoną drogą. Im dalej od kościoła, tym wydaje się luźniej, więc przemykam pod samymi budynkami okalającymi plac. Ledwie kilka kroków dzieli mnie od drzwi przybytku, kiedy ktoś łapie mnie za nogawkę. Przystaję zdumiony i spoglądam w dół.

– Panicz to przyjezdny, prawda? – Pytanie pada z ust siedzącego pod murem staruszka. Jego szary przyodziewek tak zlewa się z szarym murem, że gdyby mnie nie ucapił, pewnie minąłbym go bezwiednie.

– To aż tak widać? – pytam z przekąsem.

– Widać, widać! – Dziadek nie wychwycił sarkazmu. – Ubrany panicz ładnie, wystrzyżony miastowo. Pomyślałam sobie, zagadnę.

– A w czym to mogę pomóc? – pytam z lekkim wahaniem.

– O pomoc prosić nie przywykłem, ale potrzeba niezwykła, więc może obcy pomoże. Nie wiem, jak zacząć. Nie wygląda, żebym miał szanse pozbyć się uczepionego mych spodni staruszka. Poza tym coś w jego oczach powoduje, że wydaje mi się intrygujący. Duma kontrastująca ze słowami? Determinacja?
– Taki mam pomysł: chodźmy do karczmy i tam mi wszystko opowiecie. Ja sobie piwa wypiję, a i wam kufelek nie zaszkodzi. – Łapię się na tym, że zaczynam podłapywać manieryzmy językowe lokalnej ludności. Muszę uważać, bo mi się to na dobre przyczepi.

Przytrzymuję drzwi i wpuszczam staruszka przodem. Po ożywieniu na placu spodziewałem się, że karczma będzie pełna po brzegi, tymczasem jesteśmy jedynymi gośćmi. Ruszam w stronę stołu w środku sali. Dziadek idzie za mną. Siadam, rozglądając się za właścicielem, ale za kontuarem jest pusto.

– Córka mi pochorowała. – Przerywam przepatrywanie sali i skupiam wzrok na pomarszczonej, zafrasowanej twarzy siedzącego przede mną mężczyzny.
– Żaden ze mnie lekarz – mówię, myśląc jednocześnie, jak dziwaczna jest ta sytuacja.

– Lekarz nie pomoże. Byliśmy u lekarzy. – A to jak ja mam pomóc?
– Dobrze wam z oczu patrzy.
– I to wystarczy?

– Czasem tak.

– A może powiecie, co waszej córce dolega? – pytam, nadal szukając kogoś z obsługi. Przerwę mają czy co?

– Gaśnie w oczach. Marnieje. Siła z niej uchodzi. Dziecko jej obumarło w połogu i tak wygląda, jakby za swoją córcią z tego świata uciec chciała. Nie je, nie pije.

– I co ja mogę dla niej zrobić?

– Dla niej pewnie niewiele. Dla mnie już panicz dużo zrobił. Wysłuchał.

– Toż to przecież nic.

– Oj, zdziwiłby się panicz. U ludzi znieczulica. Nikt się losem bliźnich nie martwi. Przyjechałem tu z córką, żeby się przy świętej ikonie pomodlić. Może to coś pomoże.

– To tu świętą ikonę mają? – pytam zaskoczony, bo jeszcze o tym nie słyszałem.

– Mają, mają. Leczy niemoce wszelkie. Czekamy, aż ksiądz wróci, żeby do kościoła wpuścił.

– A nie słyszeliście przypadkiem, żeby tu jakiś kamienny ołtarzyk mieli? Taki wysokości dłoni. Trójdzielny. Z gurkami świętych – pytam o to, co mnie żywo interesuje zanim chłop wda się w dygresje.

– Pierwsze słyszę. Ale może być i tak, że święta ikona całą uwagę skupia. Ksiądz ma się jutro pojawić. A może przez to, co się stało, już dziś wieczorem. Będzie okazja spytać o ten wasz ołtarzyk. – Dziadek zamilkł i teraz siedzi z opuszczoną głową, bawiąc się drzazgą wydłubaną z podniszczonej ławy.

– Ksiądz na festyn przyjeżdża? – Z trudem podtrzymuję rozmowę. Przydałoby się czymś usta zwilżyć.

– To nie festyn. Ktoś...

– Hej tam! Karczmarzu! – Wpadam w słowo staruszkowi, bo za kontuarem mignęła mi zwalista postać właściciela przybytku. – Podajcie z łaski swojej dwa kufle tego waszego pszeniczniaka!

Zza kotary nieokreślonego koloru zasłaniającej wejście na zaplecze dobiega mnie chrząknięcie, które postanawiam zinterpretować jako przyjęcie zamówienia. Wracam uwagą do pogrążonego w zadumie dziadka. Chyba mocno go krzywdzę tym określeniem. Zmartwienia wygięły mu plecy w pałąk, poorały twarz zmarszczkami, ale to nadal silny mężczyzna. Pokryte gęstymi siwymi włosami przed- ramiona znaczą węzły mięśni.

– Mówiliście o festynie, a ja przerwałem. Nieładnie to z mojej strony. Wybaczcie.

– Ot i nie ma czego wybaczać. Mówiłem, że to nie festyn, ale...

Tym razem to nie ja przerywam, ale dwie szklanice cudnie mętnego złotego piwa udekorowane czapami perfekcyjnej piany, postawione między nami przez samego karczmarza.

– A pijcie panowie na zdrowie.

– Zaraz, zaraz! – Łapię uciekającego już w stronę szynkwasu karczmarza za połę fartucha, ale puszczam natychmiast, czując na sobie karcące spojrzenie. Nie żeby łatwo mnie było zbić z pantałyku, ale krzaczaste brwi marszczą się właśnie na wysokości dobrych dwóch metrów. Łapska chłop ma takie, że wykidajły w swoim przybytku raczej nie potrzebuje. – Wybaczcie, proszę, że tak obcesowo, ale usiłujemy ustalić, co to za poruszenie na placu. Już wiem, że nie festyn...

– Kradzież była. –

Zamieram ze szklanicą w połowie drogi do ust. Widząc ruch zwalistej sylwetki w stronę baru, dopytuję szybko:

– Powiedzcie, proszę, coś więcej. – Karczmarz w reakcji na moje pytanie wzdycha ciężko. Zwiesza ramiona i milczy chwilę, jakby oceniając, czy warto z nami gadać. Chyba ocena wypada pozytywnie, bo po chwili odzywa się znużonym głosem.
– Dobrze. Tylko i sobie piwa naleję. Zaczekajcie chwilę.
– Próbowałem wam powiedzieć, że się do kościoła włamali, ale nie daliście dokończyć. – Starszy mężczyzna nie kryje rozczarowania. – Oby tylko ikony nie ukradli. Bo jeśli wzięli święty obraz, to cała nasza wyprawa na nic. A dla córci nadziei nie będzie. Wszystkie prawie oszczędności poszły.
– Taką moc ta ikona ma, że to dla waszej córki ostatnia nadzieja?
– To Matka Pocieszycielka. Siła w niej taka, że z darów, które w podzięce ludzie zostawiali, szatkę jej całą złotą, kamieniami szlachetnymi zdobioną wyszykowali. Już całe lata temu.
– I takie bogactwo w kościółku trzymali?
– Przecie nikt by ręki na święty obrazek nie podniósł!
– No oby... – mówię do siebie. Głośniej dodaję: – A szczegóły tego włamania jakieś znacie?
– Po prawdzie, to nie. Może i dobrze, że Zygmunt opowie. On zawsze wszystko wie najlepiej.
Jakby na zawołanie karczmarz wynurza się z zaplecza ze szklanicą dwa razy taką jak nasza. Patrzę na nią z zazdrością, ale zaraz myślę, że w sumie chłop też dwa razy taki, jak każdy z nas, to pewnie mu się należy. Zygmunt siada ciężko u szczytu ławy, długim łykiem opróżnia jedną trzecią szklanicy, beka donośnie, rękawem ściera z zarostu pianę po piwie. Wodzi oczami między mną a siedzącym naprzeciwko mnie staruszkiem.

– Nie znam was. Ciebie, chłopcze, to wczoraj widziałem, jak żeś smalił cholewki do Zuzanny. Nie za wysokie progi?

– W sam raz, bym powiedział. – Nie mam pojęcia, o co mu może chodzić. Dziewczę sympatyczne, ale żaden rarytas. – Barnim jestem. Tylko przejazdem.

– A wy? Też tu od kilku dni przychodzicie, ale nie było okazji pogadać – pyta, spoglądając w prawo, w pomarszczone oblicze.

– Ja też przyjezdny. Córkę chorą do ikony przywiozłem parę dni temu. Czekaliśmy na księdza, żeby do kościoła wpuścił. Józef mnie wołają.

– No to pecha macie, Józefie. Ikonę ukradli.

– O matko! Niemożliwe! Jak? Święty obraz ukradli? Bezbożnicy! – Starszy mężczyzna na przemian blednie i oblewa się czerwienią. Kiedy Zygmunt z niejaką beztroską poinformował o zniknięciu ikony, Józef zgarbił się, jakby ktoś mu na plecy wrzucił wór mąki. Na mnie informacja też zrobiła nieliche wrażenie. Zamieszanie wokół kościoła może mi utrudnić realizację kontraktu.

– Znacie może jakieś szczegóły? – dopytuję. Piwo przestało mi smakować.

– No, dużo to nie wiadomo. W nocy pod osłoną burzy ktoś wyłamał boczne drzwiczki. Ukradł parę drobiazgów, ale chyba chodziło właśnie o malowidło. A może nawet bardziej o złotą sukienkę.

– A co jeszcze skradziono? – Boję się odpowiedzi na to pytanie.

– Ot, takie tam drobiazgi. Kielich mszalny, skarbonę, świątka...

– Świątka?



– Ano był tu taki. Starsi mówią, że od zarania dziejów pilnował, żeby w okolicy zgoda panowała i dostatek. Na podłużnym płaskim kamieniu wykuty był udatnie. Z jakąś księgą w ręce. Szczegóły to czas zatarł, ale ładne toto było. Pewnie bez wartości, ale taka pamiątka po przodkach.
– A miał skrzydła?
– Świątek? No co wy. Przecież mówię, że to świątek, a nie anioł jaki.
– Zrozumiałem, że świątek. O ołtarzyk pytam. Czy po obu stronach tego płaskiego kamienia były podobne mniejsze? Też rzeźbione?
– A gdzie tam. Jeden świątek był. Na kamieniu wykuty takim jak pół mojej dłoni... Albo jak cała wasza. Nie zgadza mi się to. Ołtarzyk, główna część portatylu, o którym mówił Ert i którego szkice mi pokazywał, miał być trójdzielny. Niby pasuje motyw centralnej części, ale jeśli nie ma skrzydeł? Może to faktycznie fałszywy trop? Tak czy owak, jeśli zniknął, to nie mam jak zrealizować kontraktu.
– A wiadomo już, kto ukradł?
– No przecie, że nie. Toż to ledwie kilka godzin minęło. Musi być, że jakiś przyjezdny, bo nikt stąd by ręki na święty obraz nie podniósł. – Nie podoba mi się spojrzenie, jakim mnie obrzuca znad szklanicy. – A wy to coście w nocy robili?
– Zuzanna wam może opowiedzieć, karczmarzu. Może i jestem przyjezdny, ale w moich stronach też świętość to świętość.
– Jakby tak było, to Zuzannę byście szerokim łukiem omijali... Ale nie mnie komentować. Już burmistrz wszystko wyjaśni.

– Niech wyjaśnia. Mam nadzieję, że winnego kradzieży złapie, a skradzione dobra odzyska.

– Ja też. – Józef dopija swoje piwo i zbiera się do wyjścia. – Dziękuję wam, panie Barnim, za poczęstunek. Jak byście mieli ochotę, to na herbatę albo coś mocniejszego zapraszam. Córcię byście poznali. Może nowa twarz i nowe historie by ją zaciekawiły. Mieszkam kątem u dalekiego krewniaka. W takiej chałupie przy szlaku parę kilometrów na wschód. Pomylić nie sposób, bo sama jedna przy kapliczce stoi. Gość w dom, Bóg w dom. Zaczekamy jeszcze parę dni. Może złodzieja złapią, a obraz odzyskają. – Kłania się i wolno odchodzi w stronę wyjścia.

W pośpiechu kończę swoje piwo, bo perspektywa picia w towarzystwie łypiącego spode łba Zygmunta wcale mi się nie uśmiecha.

– Na mnie też już pora. Może jeszcze zajrzę później skosztować piwa i zagryźć golonką.

– Zostajecie w Rączu?

– Jeszcze jedną noc na pewno. Potem pewnie będę ruszał dalej. Myślałem, żeby na niziny pojechać.

– To dobrze, że jeszcze zostajecie...

Nie dopytuję o intencje, bo nie jestem pewien, czy chcę je poznać. Zbieram się do wyjścia, kiedy drzwi do karczmy otwierają się z rozmachem. Do środka wpada dwóch byczków, a zaraz za nimi dumnym krokiem do karczmy wchodzi ostatnia osoba, na którą chciałbym się nadziać. Twarde rysy, orli nos i oczy, w których najpierw błyska zaskoczenie, potem rozpoznanie, a na końcu zła satysfakcja. Mam przesrane.

Zygmunt kłania się nisko i nasze głowy przez moment znajdują się na tej samej wysokości.

– Witajcie, burmistrzu. – Oj, mam przesrane.

– Witaj, Zygmuncie. Widzę, że przytrzymałeś, świadomie czy nie, ptaszka, z którym chętnie porozmawiam. O wydarzeniach dzisiejszej nocy. – Sukinkot celowo tak to sformułował, żeby zabrzmiało dwuznacznie. Krzywy uśmieszek nie pozostawia wątpliwości. – Bierzcie go i do ratusza. Do ciemnicy.

Pachołkowie chyba nie potrzebowali zachęty. Nie mam nawet czasu zasłonić głowy, kiedy twardy jak kamień kułak tego z lewej ląduje na mojej skroni. Kolana mi miękną, przed oczami tańczą czarne kołtuny. Odechciewa mi się próbowania czegokolwiek. Byczek musi być mistrzem w swoim silnoręckim fachu. Tak dobiera siłę, żeby wybić mi z głowy głupie pomysły, ale żeby do aresztu nie musieli mnie nieść.

Burmistrz nie czeka, aż jego obstawa weźmie mnie pod ręce i wyprowadzi. Wychodzi pierwszy. Cieszę się, że mam się na kim wesprzeć, bo nogi mi się odrobinę plączą. Zaraz za drzwiami karczmy wita nas gęsty tłum, który rozstępuje się przed burmistrzem idącym kilka kroków przed nami. Nikt nie krzyczy, nikt się nie odzywa. Tylko patrzą na mnie ze złością.

Okazały budynek ratusza znajduje się dokładnie na przeciwległym końcu placu. Przemarsz dłuży mi się niemiłosiernie.



Biją tak, żeby nie było śladów. Pękiem witek po piętach, owiniętą w sukno dechą po głowie i plecach. Nie zadają żadnych pytań. Drugi byczek też zna się na rzeczy. Pilnują, żebym ani na chwilę nie stracił przytomności. Kiedy odpływam, traktują mnie lodowatą wodą z wiadra. Zawsze leją na twarz. Na głowę mam naciągnięty jutowy wór, więc każda taka kąpiel oznacza kilkadziesiąt sekund walki o oddech. Rozebrali mnie niemal do naga, powiesili za związane ręce na kołku pod powałą tak, że aby nie wywichnąć barków, muszę stać na czubkach palców, ślizgając się na mokrej, kamiennej podłodze. Nie jest miło.

Domyślam się, że przygotowują mnie do przesłuchania. Mam też chyba przeczucie, czego będzie dotyczyć. Ciekawe, czy karczmarz podrzucił burmistrzowi informację, że ma u siebie podejrzanego obcego, czy sami mnie znaleźli.

Kolejny cios w potylicę sprawia, że takie dywagacje tracą na znaczeniu. Nie wiem, czy to moje rojenia, ale słyszę kroki. Po chwili skrzypią drzwi. Któryś z byczków ściąga mi worek z głowy. Światło bijące od maleńkiego zakratowanego okienka razi boleśnie. Pomyśleć, że ledwie kilka godzin temu narzekałem na oślepiające słońce, leżąc w ciepłym łóżku...

– Gdzie ukryłeś łup? – Burmistrz zadaje to pytanie cichym, niemal przyjaznym tonem. Gdyby nie to, co ma w oczach, brzmiałoby to bardziej przekonywująco.

– Czep się słupa. – Ledwie kończę mówić, kiedy cios pod kolana powoduje, że całym ciężarem zawisam na rękach. Boli. Chyba widać to na mojej twarzy, bo burmistrz uśmiecha się szeroko. Jeszcze jedno bujnięcie i udaje mi się wrócić do chwiejnej równowagi.

– Nieładnie. Jak powiesz, to cię rozwiążemy, nakarmimy i zaczekasz na proces we względnej wygodzie.

– A po co mam czekać na proces, skoro wyrok ewidentnie już zapadł?

– Zawsze go można złagodzić. Albo zaostrzyć. Powiedz, gdzie ukryłeś łup, to każę cię rozwiązać.

– Chłopie, przykro mi, że cię rozczaruję, ale o kradzieży dowiedziałem się od Zygmunta karczmarza.

– Tak? A co robiłeś w nocy?

– Córki spytaj. – Ruch głowy burmistrza i cios w nerki. Znowu tracę równowagę.

– O tym pogadamy później. Może ci jaja utnę? Chociaż nie, bo nie będzie za co powiesić. To może utnę fiuta, a jaja zostawię? Ot, dylemat. – Puentą tego wywodu jest kopniak w genitalia. Kompletnie zaskoczony na chwilę tracę kontakt z rzeczywistością. Cały składam się wyłącznie z bólu umiejscowionego gdzieś między krzyżem a pępkiem. Marzę o tym, żeby zwinąć się w kłębek. Niestety mogę tylko płakać.

– Przyjmijmy, że te łzy to szczery żal za grzechy. To dobry punkt wyjścia. Teraz mów, gdzie ukryłeś łup!

– Słup...
– Co? Nie rozumiem
– Czep się, gnoju. Niczego nie ukradłem. No może poza serduszkiem córci... – Na kolejne kopnięcie jestem przygotowany, wywijam lekko nogę tak, że burmistrz trafia piszczelą w moje kolano. Jego boli bardziej niż mnie. Krzywi się, ale zachowuje fason. Pozornie. W oczach widać furię. Kiwa na byczków. Biorą się do roboty. Na twarzy burmistrza błąka się uśmieszek. Daje kolejny znak, bicie ustaje.

– No to porozmawiajmy poważnie. Co zrobiłeś ze skradzionymi przedmiotami?

– Jak poważnie, to poważnie. Nic nie zrobiłem. Na oczy ich nie widziałem.

– Mam świadków, którzy twierdzą, że wypytywałeś o kościół.

– Wypytywałem, bo może faktycznie macie... mieliście tu coś interesującego.

– Czyli przyznajesz się do kradzieży?

– Mówię niewyraźnie? Może za dużo razów po głowie. NIC NIE UKRADŁEM! Przyjechałem zobaczyć kamienny ołtarzyk, który ponoć był w kościele. To potencjalna ciekawostka i tyle. Nie jestem złodziejem.

– Jasne. – Burmistrz odwraca się do wyjścia. Na odchodnym rzuca jeszcze: – Panowie, nie żałujcie sobie.

Spadają kolejne ciosy. Stopy, nerki, głowa. Za którymś razem deska chyba zamiast płasko trafia mnie kantem w skroń, bo najpierw czuję ostry ból, a potem gasną wszelkie odczucia.


Rana na głowie przestała krwawić chwilę temu. Rozcięcie musiało być spore, bo na kamiennej podłodze zebrała się kałuża zakrzepłej krwi. Próbuję się podnieść na czworaki, ale nagły zawrót głowy i fala nudności skłaniają mnie do zrewidowania tej koncepcji. No to chyba sobie jeszcze poleżę. Pierdolone wioskowe obesrańce załatwiły mnie na cacy.

Burmistrz, kurwa jego mać, dopasował sobie winnego do przestępstwa. Przy okazji pewnie sobie umyślił dać prztyczka w zadarty nosek swojej córce. Ciekawe, czy Zuzanna wie, że jej tatko trzyma mnie w zamknięciu.

W sumie nic to nie zmienia. Są ważniejsze sprawy niż dupczenie, a i tak chciałem się ulotnić z Rącza. Niestety cały mój sprzęt został w pokoju u Olgi. Mam nadzieję, że burmistrz ze swoją obstawą jeszcze do niej nie zawitał.

Powoli podnoszę się do siadu. Zawroty głowy atakują, ale jakby z mniejszą siłą. Siedząc, przekładam związane za plecami ręce pod pośladkami. Odrobina pracy zębami i ręce mam wolne. Nóg nie miałem związanych. I tak nie miałbym z nich pożytku. Moja cela ma dwa kroki na dwa. Okno, przez które do celi wpadało światło, teraz jest ciemne. Wyciągam ręce, żeby sprawdzić, czy sięgnę krat. Muszę podskoczyć. Obciążenie nadwyrężonych barków boli jak cholera. Ale to dobry ból. Ból robienia czegoś, a nie dostawania łomotu. Krata to w zasadzie dwa pręty grube jak mój kciuk, wmurowane w odległości może trzydziestu centymetrów od siebie. Po ich bokach pozostawiono podobną przestrzeń. Podciągam się, żeby móc wyjrzeć na świat. Dziś dla odmiany noc jest pogodna. Światło księżyca wystarcza, żebym zorientował się w sytuacji. Krawędź okienka jest niemal na wysokości bruku pokrywającego niewielki zaśmiecony podwórzec. Pewnie to tyły ratusza. Wszystkie okna dookoła dziedzińca są ciemne.

Podciągam nogi, kolanami wspinając się jak najwyżej. Udaje mi się tak przyciągnąć stopy, że pchając z całej siły, mogę sprawdzić wytrzymałość krat. Ani drgną, więc z rezygnacją opadam na podłogę. Siadam w kącie w kucki. Obejmuję się ramionami, bo od okienka wieje chłodem. Staram się nie popadać w rezygnację, ale, kurna, nie jest łatwo.

Z nudów robię przegląd posiadanych dóbr. Drewniana prycza. Śmierdzące wiadro. Zetlały siennik. I to wszystko. Zaraz. Pod pryczą, w najciemniejszym kącie, coś leży. Podpełzam w tę stronę i zyskuję argument w walce z rezygnacją. Moje ubranie. Widać bezmózgi, kiedy przygotowywali mnie do bicia, rzucili ciuchy na podłogę i o nich zapomnieli. Albo nie robiło im różnicy. Mi robi. W pośpiechu ubieram spodnie i koszulę. Są nawet buty. Mam problem, żeby wcisnąć w nie opuchnięte stopy.

Mogę ruszać w drogę. Tylko nie bardzo mam dokąd. Jednak poprawa samopoczucia wpływa też na zdolność twórczego myślenia. Szalony pomysł, ale może warto spróbować.

Podchodzę do siennika. Bez większych problemów rozpruwam go, wyciągając cuchnące, przegniłe wypełnienie. Zostaje mi w dłoniach podwójna płachta materiału o wymiarach dwa metry na jeden. Na moje potrzeby aż za dużo. O ile wytrzyma. Potrzebuję jeszcze poprzeczki. Solidne nóżki pryczy będą idealne. Muszę się trochę namęczyć, żeby wyłamać jedną z nich, nie robiąc przy tym zbyt dużo hałasu. Materiał siennika zwijam w ciasny rulon. Kiedyś czytałem, że mokry materiał ma większą wytrzymałość, ale jakoś nie mogę się przemóc, żeby wykorzystać jedyną ciecz, jaką mam do dyspozycji. Pocieszam się tym, że chyba łóżko załapało się na porcję wody z wiadra, bo tkanina wydaje się wilgotna. Może to wystarczy.

Trzymając zwinięty materiał w jednej dłoni, podskakuję, drugą łapiąc się kraty w okienku. Przekładam prowizoryczną linę za prętami tak, że oba końce wiszą wewnątrz celi. Chyba dostałem po głowie mocniej, niżby się wydawało. Przecież nie musiałem nadwyrężać barków. Wystarczyło przyciągnąć pryczę pod okno. Bez jednej nóżki jest nieco chybotliwa, ale i tak z dwoma rękoma do dyspozycji pracuje mi się o niebo wygodniej. Końce udającego linę siennika związuję tak blisko kraty, jak się da. W powstałą pętlę wkładam nóżkę od pryczy i zaczynam kręcić. Materiał trzeszczy, ale nie puszcza. Jeden obrót, drugi, trzeci. Tynk u podstawy jednego z prętów zaczyna się kruszyć. Jeszcze dwa obroty i mogę zdemontować fragment kraty. W powstały otwór powinienem się zmieścić. Chudy jestem i żylasty.

Styl ucieczki raczej nie jest dla mnie powodem do dumy. Przekładam ręce przez okienko i udaje mi się podciągnąć. Im dalej, tym trudniej. Dobre kilka minut wierzgam nogami, próbując wydostać brzuch i uda. Każde wierzgnięcie przybliża mnie do wolności. Po kilku minutach jestem spocony jak mysz, ale wolny. Nagły zawrót głowy rzuca mnie na kolana. Zaraz za nim przychodzi atak torsji. Chyba to tłuczenie po głowie nie wyszło mi na dobre. Zbieram się w sobie i ruszam w drogę.

W pierwszym odruchu chcę po prostu uciekać. Byle dalej od nadpobudliwego burmistrza i całego tego rączańskiego pierdolnika. Tyle że szkoda mi sprzętu. Głównie noży. Jeśli burmistrz z pomagierami nie trafili jeszcze do Olgi, to mam szansę je odzyskać. Oj, zły byłbym, gdybym je stracił. Lata kompletowania. Każde ostrze to jak przyjaciel. Zatem na kwaterę.


Rącz nocą nie tętni życiem. Po prawdzie, życia w nim tyle, co w kilkudniowym ścierwie. Takim zasuszonym, bez robactwa. W końcu ścierwnik to też życie, a tu nawet tego nie ma. Znaczy, pewnie są ścierwniki, ale... Kurna, myśli się plączą, porównanie nie klei. Nie jest dobrze.

Przemykając od jednej plamy cienia do drugiej, w kilka minut docieram do domu mojej gospodyni. Wszystkie okna są ciemne. Korzystam z klucza, który Olga kazała mi zostawiać w jednej z donic z ziołami zdobiących parapety jej domu. Staram się możliwie cicho otworzyć drzwi, ale kiedy próbuję bezgłośnie zamknąć je za sobą, zawiasy skrzypią niemiłosiernie. Zamieram w bezruchu, nasłuchując. Nic. Cisza. Ruszam w stronę schodów, kiedy z sypialni położonej obok kuchni na parterze wychodzi gospodyni, dzierżąc w jednej dłoni lampę na ową, a w drugiej sporą lagę.

– Ożeżkurna! Aleś mnie wystraszyła! – mówię, łapiąc się za skołatane serce.

– To ty? Zbóju jeden! Kogo ja pod dach wpuściłam! – Daj spokój. Żaden zbój ze mnie.
– To może ikony nie ukradłeś, hultaju?
– Nie ukradłem.

– Aha. To dobrze.
– Już? Wierzysz mi? Tak na słowo?
– No bo jakoś ci tak dobrze z oczu patrzy. Jak burmistrz przyszedł i powiedział, żeś złodziej, to wiary dać nie chciałam. Ale kazał, to go do twojego pokoju wpuściłam. Wybacz.

– Zabrał coś?

– Nie. Tylko poprzerzucał wszystko, kipisz zrobił. Jak ikony nie znalazł, to wszystko inne zostawił.

– A to chuj jeden miodem natarty i w mrowisko wetknięty... Eee... Nie narzekam, że nic nie zabrał, tylko że cię po nocy niepokoił – wyjaśniam, bo wyszło trochę dwuznacznie. – Zbiorę graty i biorę dupsko w troki.

– Teraz? W nocy?

– Muszę. Kurwi syn, który tu za burmistrza robi, uwziął się na mnie, bo mu niby córkę zbałamuciłem. Kto kogo,



ja się pytam! Wczoraj nas przydybał, a dziś dostał okazję, żeby się odegrać. Ma w dupie, gdzie są zrabowane rzeczy, ważne, że jest kogo obwinić. Nie piszę się na taką sprawiedliwość.

– I dokąd pójdziesz?

– Lepiej, żebyś nie wiedziała. Jak znowu przyjdą, to powiesz, że cię nastraszyłem, rzeczy zabrałem i uciekłem. Nie będziesz musiała kłamać.

– Może tak faktycznie lepiej. Uważaj na siebie. Szkoda. Zaczynałam cię lubić. – Odwraca się i idzie do swojej sypialni. Światło lampy, którą niesie przed sobą, wydobywa kształt jej sylwetki pod luźną koszulą nocną. Bardzo zgrabnej sylwetki. Rozważam właśnie, czy nie podziękować Oldze należną atencją, kiedy odzywają się obolałe po kopniaku jądra. Wszelkie kosmate myśli pierzchają jak dziwki przed księdzem.

Nieco zrezygnowany w kilku krokach pokonuję schody wiodące do mojego pokoju. Gospodyni musiała posprzątać po wizycie burmistrza, bo wszystkie rzeczy leżą ułożone na łóżku. Spakowanie ich zajmuje mi ledwie kilka minut. Drugiego bukłaka miodu pitnego nie chowam do plecaka. Zostawiam go na stole. Wychodzę przed dom.

No tak. Tylko co teraz? Na niziny? Jeśli burmistrz się zaweźmie, to tam będzie szukać w pierwszej kolejności. Wśród ludzi niby łatwiej zgubić ślad, ale im więcej oczu, tym większa szansa, że ktoś zapamięta. Czyli w góry. Podjąwszy decyzję ruszam, ku przedmieściom Rącza. Zostawiam tę dziurę bez żalu.



Budzę się przemoczony i przemarznięty w przydrożnym rowie. Wydarzenia ostatnich godzin pamiętam jak przez mgłę. Zawroty głowy i powracające nudności dają mi pewne pojęcie na temat tego, co mogło się wydarzyć. Walcząc z wymiotami, wracam na drogę. Słońce jeszcze nie wstało, ale musi być tuż przed świtem, bo gwiazdy już blakną w oczekiwaniu nadchodzącego dnia. Po lewej, w sporej odległości majaczą zabudowania Rącza. To nie jest dobry kierunek. Zwracam się tyłem do miasteczka. Przede mną niebo zaczynają malować barwy przedświtu. Robi się coraz jaśniej. Ruszam wolniutko. Każdy krok boli. Stopy palą żywym ogniem.

Kawałek dalej, przy drodze, rośnie kępa młodych buków. Rozejrzę się za jakimś kosturem. Może będzie się szło łatwiej. Kuśtykając jak staruszek, po kilku minutach docieram do zarośli. Udaje mi się pokonać rów, na dnie którego zebrała się warstewka wody. Wśród bujnej zieleni drzewek dostrzegam suche rudobrązowe liście. Jeden z młodych buków złamał się niemal u podstawy. Dobrze, nie będę musiał ścinać żywego drzewka. Zdejmuję plecak, wyciągam i przypinam pas z nożami. Troczę też duże ostrze, które noszę na udzie. Może z powodzeniem służyć za maczetę, więc wykorzystuję je do oczyszczenia z mniejszych gałęzi suchego drzewka. Po chwili mam dwu- metrowy prościuteńki kostur o niemal jednolitej średnicy na całej długości. Mogę iść dalej.

Pokonanie przydrożnego rowu z kosturem powinno być znacznie łatwiejsze. Najprościej będzie zaprzeć się tyczką o dno i wykorzystać ją jako podparcie przy skoku. Kiedy koniec kija zanurza się w zakrywającej dno wodzie, zamiast spodziewanego błocka wyczuwam coś twardego. Zaintrygowany zsuwam się do rowu, nie dbając o to, że zamoczę buty. Wyschną. Macam dłonią wśród gnijących liści. Palcami trafiam na deskę. Ostrożnie wyciągam ją z brei i spoglądam w brudne, ale wyraźne oblicze.

Jeśli wrócę do Rącza z ikoną, burmistrz zinterpretuje to jako potwierdzenie mojej winy. Nie mogę też jej zostawić na zmarnowanie. Stoję bezradny na środku drogi, próbując ostrożnie rękawem doczyścić zafrasowane lico, kiedy zaczyna mi w głowie świtać pewna myśl. Biorę ikonę pod pachę i podpierając się kosturem, ruszam w kierunku kryjącego się jeszcze za wzgórzami porannego słońca. Stopy i całe ciało bolą jakby mniej.


Bielona wapnem, maleńka przydrożna kapliczka stoi otoczona zwiędłymi kwiatami na zakręcie drogi. Na kamiennej podmurówce wzniesiono prostą, kamienną konstrukcję. Drewniana figurka, która kiedyś zdobiła centralną wnękę, została niemal całkowicie zeżarta przez korniki. Patrzę na nierozpoznawalne resztki, kiedy przed pobliską chatę wychodzi Józef. Zauważa mnie.

– Barnim?
– Tak.
– Ale jak? Przecież widziałem, jak cię aresztowali.
– Uciekłem.
– Czyli ukradłeś...
– Nie. Ale w oczach burmistrza to nie ma znaczenia, bo i tak jestem winny. Jak córka?
– Źle.

– Może to pomoże. – Podaję starszemu mężczyźnie ikonę. Patrzy na nią zdumiony.

– To ona?
– Tak.
– Nie może być. Przecież mówisz, że nie ukradłeś! – Złodziej zabrał, co dla niego wartościowe, a resztę wyrzucił. Przypadek zrządził, że znalazłem.
– Nie przypadek.
– Jak tam sobie chcesz. Widzę, że wam się figurka zmarnowała – mówię, wskazując na kapliczkę. – Może ją Matką Pocieszycielką zastąpić?

– Toż ludzie poznają.
– Myślisz? Bez złotej sukienki? Kto ją rozpozna?
– Niby racja. Dobry z ciebie człowiek.
– Dobry, nie dobry. Prośbę mam. W góry idę. Przydałoby mi się trochę zapasów i informacje, czego się mogę dalej na szlaku spodziewać.

– Uciekasz, znaczy się?

– Tak. Też. Jeśli złodziej przy tej drodze ikonę porzucił, znaczy szedł tędy. Może na szlaku na niego trafię.

– Przed chatą siądź sobie, zaczekaj.

Staruszek żwawym krokiem rusza w kierunku chaty. Ja idę nieco wolniej. Siadam na ławeczce, opieram się o ścianę chałupy i przymykam oczy. Po chwili dołącza do mnie Józef.

– Naszykowałem ci sucharów, sera, kiełbasy i trochę orzechów. Dorzuciłem też naleweczki domowej. Na parę dni wystarczy.

– Dziękuję bardzo. A co w kwestii informacji?

– Ponoć dalej na szlaku niewiele się dzieje. Kilka dni drogi do najbliższej wsi. To mała osada żyjąca z wyrębu drewna. Drwalinko się nazywa. Dalej jeszcze parę wiosek,



a potem głusza całkowita. Ciekawe, czego też ten złodziej w takiej dziczy szuka.

– Jak go dorwę, to zapytam.
– Powodzenia.
– Dziękuję. Pójdę już. – Podnoszę się z ławeczki, podpierając kosturem. Dobrze leży w dłoni. Józef też wstaje. Kładzie mi rękę na ramieniu.

– Uważaj na siebie. – Będę.


Babka lekarska i rumianek gęsto porastają kamienistą ścieżkę. Szlak wiedzie lekko pod górę. Po kilkuset metrach wychodzę na sporą polanę. Odwracam się, żeby raz jeszcze rzucić okiem na chatę. Przy kapliczce klęczą dwie postacie. Staruszek obejmuje córkę. Kiedy mnie zauważa, macha mi na pożegnanie. Unoszę dłoń w odpowiedzi.

Słońce właśnie wychynęło znad wzgórza i grzeje przyjemnie. Odwracam się w stronę odległego szczytu wzniesienia i ruszam pod górę spokojnym krokiem, pomagając sobie kosturem. Po kilku chwilach wpadam w rytm. Perspektywa wędrówki powoduje, że się uśmiecham. Sporo czasu minęło od ostatniego razu.




Czy Barnimowi uda się wyjaśnić sprawę kradzieży w Rączu? A może wplącze się w zupełnie nową historię? Odpowiedzi na te pytania znajdziesz w powieści
Barnim: Ogień



Kiedy przy górskim szlaku płonie wieś, a ślady wskazują na niezwykłe okoliczności pożaru, Barnim wbrew sobie angażuje się w wyjaśnienie tajemnicy. Pomagają mu w tym wyjątkowi sprzymierzeńcy.

– Witam! – rzucam neutralnie.
– Masz ziemniaki? – Buhaj zatrzymuje się kilka kroków ode mnie. Nawet te szeroko osadzone oczy i widoczne w nich upór i determinacja upodabniają go do byka. No i ten byczy kark... He. Ale pytanie o ziemniaki zbija mnie z tropu.
– Jakie ziemniaki? – pytam niepewnie.
– No z ogniska. Czułem zapach dymu. Głodny jestem. – Chłopak rozgląda się po polanie.
Albo robi ze mnie idiotę, albo sam jest idiotą. Jest jeszcze opcja, że ma chore poczucie humoru, chociaż nie wygląda.
– To, co czułeś, to chyba nie było ognisko – mówię spokojnie, przygotowany na każdą ewentualność. – Widziałeś? Byłeś tu w nocy? – dopytuję.

– Nie, widziałem tylko z daleka. Ogień duży. Może nie tylko ziemniaki piekli. Mmmm, mięsko...

Ewidentnie się rozmarzył. Ja tymczasem walczę z falą nudności. Przypomniał mi się słodki smród i widok zębów. – Słuchaj, to nie było ognisko. Spłonęła wieś. Chaty, kościół. W kościele byli ludzie – staram się mówić dużymi literami, bo chyba jednak mam do czynienia z idiotą.
– A gdzie są teraz? – pyta, potwierdzając moje przy-puszczenia.
– Nadal w kościele – wyjaśniam cierpliwie.
– Jak to? Nie rozumiem. – Na twarzy chłopaka maluje się zagubienie.
– No właśnie... – rzucam bardziej do siebie niż do niego, ale usłyszał.
– Nie lubię, jak nie rozumiem. – Robi groźną minę, co na jego szerokiej twarzy wygląda dziwnie.
– Ludzie spłonęli razem z kościołem – Nie silę się już na wymyślne odpowiedzi. Mówię wprost, co zaszło.


 ! Wiadomość z: Camenne
Działy literackie nie służą do reklamy.

Tagi:

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości