[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Nefariel
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 85

[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Post#1 » 5 sty 2017, o 00:08

A tak się podzielę kawałkiem fanfika do Zewu Prypeci, bo mi się on podoba i nie chcę popaść w samozachwyt. :) Poproszę o trochę krytyki.
Początek to w zasadzie nieco zmodyfikowany opis wydarzeń, które zostały wspomniane w grze, kolejne rozdziały to nieomalże AU.


W dolinie, u stóp stromego stoku, zaległ rzadki kożuszek mgły.
Dla kogoś przebywającego w Zonie od niedawna mógł wyglądać całkiem niewinnie, ale to tylko pozory. Za godzinę, najwyżej dwie mgła zgęstnieje i rozleje się, i jak chmura zalegnie na górze, na drodze, i na samym dole, w lesie. Większość stalkerów unikała gęstej mgły i bała się jej jak ognia. Z jej nieprzeniknionej bieli mogło wyjść wszystko. Anomalii nie sposób było dostrzec, mutanty słuchały i węszyły.
Ludzie pozostawali ślepi, a ślepi ludzie nie strzelali celnie. Zona była przedziwnym miejscem także dlatego: to, co w niej najstraszniejsze, już bardzo dawno przestało być człowiecze.
W zimnym powietrzu zapachniało dymem tytoniowym.
Garri miał szczęście, że znalazł chłopaków, zanim do reszty zbielało. Gdyby wyskoczył na nich z mgły, pewnie zrobiliby z niego sito, zanim zdążyłby się odezwać.
- Hej!
Podbiegł truchtem do siedzącego za skalnym wyłomem stalkera. Stalker był wysoki, barczysty i ciemno zarośnięty. Garri go znał, ale za nic nie mógł sobie przypomnieć imienia.
Tak naprawdę lubił ludzi. Nie lubił tylko z nimi pracować. Ani pić – był niski, mały i chudy, więc nawet ewentualna konieczność wyciągnięcia kogoś czy to spod ostrzału, czy spod stołu była dla niego większą odpowiedzialnością, niż chciałby na siebie wziąć.
Potężny stalker obrócił się na dźwięk głosu; nie ruszył nawet broni. Niespiesznie podniósł papierosa do ust, zaciągnął się głęboko. Był aż za spokojny.
- Dziś jest wesoły dzień – stwierdził ponuro. - Zobacz, co tam ładnego się rusza we mgle, Garri.
Garri spojrzał w dół. Rzeczywiście, coś biegło sobie dolinką, kluczyło i co chwila nikło we mgle, by zaraz pokazać głowę. O ile to była głowa. Nie wszystkie stworzenia w Zonie ją miały.
Ale to konkretne prawie na pewno miało dwie nogi.
Z wyłomu skalnego wychylił się drugi stalker, wychudzony smarkacz z gębą pokrytą prawdopodobnie najbardziej malowniczym przypadkiem trądziku w promieniu dwudziestu kilometrów od dworca w Janowie.
- Kto przyszedł? - mruknął, układając karabin między kolanami. Kiedy zauważył Garriego, uśmiechnął się szeroko. Widocznie go poznał. Garri jego niekoniecznie. - O, cześć.
Stary uniósł brwi, skinął głową w stronę dolinki. Widocznie nie chciał, żeby gówniarz się rozgadywał.
- Wal – polecił zwięźle.
[akapit]Młody zerwał się na równe nogi, porywając karabin, i od razu wypruł serię w stronę, gdzie jakieś trzy sekundy temu kluczył niewyraźny kształt.
- Nie tak! - zbeształ go stary. - Kule marnujesz!
- I tak ma być, niech się boi! - wycedził zimno smarkacz, ale już nie pruł. Strzelał pojedynczo, aż huczało we mgle, ale nadal nie celował. Jakby nawet nie próbował.
Garri zmrużył oczy, spróbował wypatrzyć uciekający w stronę lasu kształt.
- A co to w ogóle jest? - spytał.
- A żołnierz! – Wyszczerzył krzywe zęby stary. - Chyba się, biedny, zgubił. Ejejej, gnojku, zostaw to!
Bo gnojek zdążył niepostrzeżenie wyciągnąć z ładownicy zielone metalowe jajeczko. I miał już palec w zawleczce.
- Niech się boi! - warknął. - Niech wie, jak nasi chłopcy się bali, kiedy tacy jak on strzelali do nich przy Kordonie!
Stary trzepnął go mocno w potylicę, mało nie wytrącając granatu.
- Naszych chłopców! - parsknął, jeszcze szturchając młodego kolbą karabiny w plecy. - Jacy oni twoi, gówniarzu, jak na Kordonie był najgorszy młyn, to ty miałeś pieprzone dwanaście lat. Oddawaj!
Wyrwał mu granat, wepchnął do ładownicy na piersi
- Żywy będzie się bał o wiele, o wiele bardziej – stwierdził sucho. - Zobacz, gdzie poszedł. W tym lesie aż roi się od... ej, Garri? Garri!
Garri już tego nie dosłyszał. A w każdym razie nie był pewien, czy to on jest wołany. Zsunął się miękko po łagodnym zboczu i zapadł w mleczny kożuch mgły.
Mgły, która gęstniała coraz bardziej i bardziej. Czuł się nią otulony jak najlepszym pancerzem, zwłaszcza kiedy pełzł w kucki i kiedy w uszach głucho dudniła mu cisza. Pijawek w tej okolicy od jakiegoś czasu nie było – stalkerzy w Janowie gadali, że przestraszyły się Saszy Diegtiariowa, ale Garri sądził, że prędzej posnęły, bo na jesieni zawsze robiły się jakieś słabe i nieruchawe. Inne mutanty dałby radę usłyszeć z daleka i zwiać przed nimi chociażby na drzewo.
W lesie też zdążyło już zalec gęste mleko. Zrobiło się tak biało, że ciężko byłoby zobaczyć własną dłoń wyciągniętą na długość ramienia. Dlatego Garri nie biegł. Nie chciał wyrżnąć głową w pień.
Nie chciał też dostać kulki od przerażonego żołnierza.
W lesie było tak cicho, jak bywa tylko w Zonie. Żadnych ptaków. Ani owadów. Grubszego zwierza, na szczęście, też nie. Garri słyszał swój oddech. Widział zlewającą się z mgłą parę wodną, którą wypuszczał z ust.
Nie przeszedł nawet stu kroków, kiedy usłyszał jeszcze jeden oddech. Ciężkie dyszenie kogoś, komu nie została już żadna droga ucieczki.
- Słyszę cię – powiedział cicho Garri, a oddech ustał. - Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy.
Wiedział, że nie brzmi za bardzo wiarygodnie, ale co innego mógł powiedzieć? Żołnierz chyba nie mógł już dłużej wstrzymywać oddechu, bo jęknął i zacharczał. Był bardzo blisko. Widocznie nie zamierzał iść dalej, ale to, że się nie pokaże, było bardziej niż oczywiste.
Garri się nie spieszył. Przykucnął po słowiańsku i wyciągnął pistolet, ale nie odbezpieczał go ani nie czyścił. Gdyby żołnierz usłyszał metaliczny szczęk broni, prędzej by się zagłodził niż poruszył.
Czas mijał powoli... chyba powoli, bo ciężko to stwierdzić bez żadnych bodźców z zewnątrz. Minuty... może godziny, a może tylko sekundy – kto wie, ile czasu upłynęło, zanim na zboczu pod drogą rozległ się trzask łamanych gałęzi i chrobot zsuwających się grudek ziemi i kamyków. Żołnierz wypełzł z wykrotu na drogę tak niezdarnie i niezgrabnie, tak zupełnie nie po trepsku, że wprost musiał być ranny albo przynajmniej ciężko obity. Spojrzał bacznie najpierw w jedną stronę, potem w drugą. I wtedy zobaczył Garriego.
- Och... o kurwa – jęknął żałośnie, nawet nie próbując sięgać po broń. W poddańczym geście podniósł trzęsące się jak w febrze ręce.
Garri podszedł do tej kupy nieszczęścia ostrożnie, celując pistoletem w ziemię, ale trzymając go pewnie – tak, żeby w każdej chwili móc strzelić w kolano.
- Nie zrobię ci krzywdy – powtórzył, i teraz może nawet dałoby radę mu uwierzyć. - Zabiorę cię w bezpieczne miejsce. No, ręce za głowę.
Żołnierz posłusznie oparł splecione dłonie o potylicę, a Garri obszukał go dziarsko, szybko i niezbyt dokładnie, uprzednio zatknąwszy pistolet za pas. Może nie powinien był tego robić, ale w tej ciszy i bieli czuł się tak bezpiecznie, że wolał zająć się potencjalnym zagrożeniem, które miał przed sobą.
- O, fajki – zauważył beztrosko, kiedy wyczuł miękki kartonik w kieszeni mokrych od ziemi spodni. - Jak dojdziemy na miejsce, to będą dla mnie.
Żołnierz wymamrotał coś, cicho i spolegliwie. Garri pociągnął go za ramię w rzednącą już mgłę, myśląc przy tym, że może powinni być już ostrożniejsi.
- Zdejmij to – polecił cicho, szarpiąc go za rękaw zszarganej ściery, która kiedyś była górą od munduru. - Zastrzelą nas obu, jak cię tak zobaczą.
On skinął tylko głową, posłusznie spełniając jego żądanie.
- Wyrzuć to – powiedział Garri. - I tak nie będziesz jej tu nosił. Weź to.
Ściągnął swoją kurtkę i podał ją żołnierzowi, który zdążył już zrzucić tamtą szmatę z niskiej skarpy. Teraz wymamrotał niewyraźne podziękowania, naciągając na grzbiet za małą kapotę. Był wprawdzie raczej szczupły i drobny, ale Garriego i tak przewyższał o pół głowy. Dygoczącymi palcami zapinał rozłażące się guziki, nerwowo próbując zakryć wojskowy pasiak.
- Nie martw się. - Garri szturchnął go w ramię i ruszył dalej drogą. - Z daleka nikt tego nie zobaczy. Nie jesteś ranny?
- Nie wiem – wychrypiał żołnierz. - Chyba jestem... powinienem być, prawda? Nie udało się nam wylądować. Spadliśmy z trzydziestu metrów.
Trzymał dobre tempo i nie kulał, ale nogi cały czas pod nim drżały i Garri wiedział, że musi jak najszybciej doprowadzić go w bezpieczne miejsce. Pomyślał, że dobrze byłoby go zagadywać, żeby kontrolować to, czy i jak bardzo kontaktuje, ale stwierdził, że tylko by ich obu naraził. Szli więc w ciszy, a z opadającej mgły wyłaniały się najpierw pnie drzew, potem zarysy zarośli, a w końcu dalsze poszycie.
A potem w zimnym powietrzu zapachniało świeżym, surowym mięsem.
Szli dalej. Zapach nie słabł. Biel rozmyła już prawie całkiem, zresztą nawet gdyby nagle zgęstniała, dla słabego, sponiewieranego żołnierza nie stanowiłaby żadnej ochrony.
Czerwony, pokrwawiony kształt zobaczyli już z daleka, tylko trochę przesłonięty resztkami mglistego kożucha. Żołnierz znów jęknął, a Garri popchnął go do przodu i szepnął natarczywie:
- Nie zatrzymuj się, choćbyś nie wiem co zobaczył. Nażarły się, może dadzą nam spokój.
Minęli rozszarpane truchło, rozdarte i rozniesione po drodze, chaszczach i pniach drzew. Cokolwiek je rozniosło, musiało być już syte. Poza bielejącymi żebrami wszystkie kości wciąż pozostawały nieogryzione i niewidoczne, a wzdłuż zarośli, za ciągnącą się smugą krwi, dalej ciągnęło się wydarte z brzucha jelito.
Truchło było... duże. Bardzo duże.
- Co to było, niedźwiedź? - spytał słabo żołnierz, zakrywając usta wierzchem dłoni.
- Tak myślę... idź! - warknął Garri, niechętnie rzucając okiem na ścierwo.
Pyska nigdzie nie widział – na pewno został pożarty na samym początku – ale wnioskując z resztek gęstego, brązowego futra, to rzeczywiście mógł być niedźwiedź.
Przez opadającą wraz z mgłą ciszę przedarł się niski, gardłowy warkot. Garri zaklął pod nosem i przyspieszył, chowając pistolet i podnosząc karabin.
- Idź! - powtórzył, idąc tak szybko, jak tylko mógł nie biegnąc. Wyminął żołnierza; nie zamierzał go dłużej osłaniać, nie za cenę życia.
- Dobry Boże... - usłyszał jego jękliwy szept, kiedy tuż za nimi coś ciężko opadło na ścieżkę. I warknęło. A potem zawyło.
Nie chciało, żeby ruszali jego zdobycz. Garri nie odwracał się – usłyszałby, gdyby gotowało się do skoku. Zresztą nawet gdyby dał się zaskoczyć, monstrum nie skoczyłoby na niego.
- Co to je...
- Zamknij się! - warknął, przyspieszając do biegu. Było już tak daleko, że ich nie widziało, więc nie popędziłoby za nimi tylko dlatego, że uciekali.
Kiedy zatrzymał się jakieś dwieście metrów dalej i zobaczył, że żołnierz też za nim pobiegł, poczuł pewien rodzaj przyjemnej ulgi. Nagle naszła go głupia w swej oczywistości myśl, że nie po to go ratował przed stalkerami, żeby teraz oddawać mutantom – teraz to był „jego” trep, jego własny-osobisty.
Wyszli z lasu na mokrą łąkę. Mgła zniknęła już całkiem, jakby nigdy się nie pojawiła.
Gdzieś w dole majaczył bezkształtny, szarobury budynek i Garri znów poczuł ulgę, tym razem dużo wyraźniejszą – wreszcie będzie mógł się pozbyć odpowiedzialności za tę roztrzęsioną mameję. Mniejsza, że sam się na nią skazał.
- Co to było? - zapytał żołnierz, znów nerwowo poprawiając guziki. - To nie był niedźwiedź.
- Ależ był – wyjaśnił mu prawie wesoło Garri.
- To nie był żaden niedźwiedź! - sprzeciwił się żołnierz, o jakieś dwa tony za głośno nawet jak na bezpieczne miejsce. - On miał... to coś miało ludzkie dłonie. I miało... niedźwiedzie nie noszą masek przeciwgazowych.
[akapit]- Nie zrozumieliśmy się, żołnierzu.
Przystanął nagle. Chciał odpowiedzieć, ale zabrakło mu języka w gębie. Kiedy wreszcie zrozumiał, reszta krwi odpłynęła mu z przeraźliwie bladej twarzy. Przeżegnał się dygoczącą ręką.
- Chcesz powiedzieć – wymamrotał, obejmując się ramionami, ale dalej mówił coraz głośniej i wyraźniej, wpadając w coraz większą histerię: - Chcesz powiedzieć, że po tym lesie... że w tym miejscu latają sobie pierdolone stwory w gazmaskach, które gołymi rękami polują na niedźwiedzie?! Jezus, kurwa, ja pierdolę, gdybym wiedział, w życiu bym się nie zgodził...
- Zamknij się – uciszył go Garri – bo wcale nie jesteś tak daleko od nich, jak powinieneś. To snorki...
- Snorki – przerwał mu niemrawo żołnierz, na szczęście już ciszej. - Snoo-rki. Jezu, kto to wymyślił. Dużo... dużo ich tu jest?
Otarł pot z wysokiego czoła; nie był wcale stary, trzydziestkę przekroczył pewnie dopiero co albo zgoła wcale, ale łysina wybiegała mu daleko za czubek głowy.
- No dosyć – odpowiedział Garri po chwili wahania. - Ale rzadko wyłażą, tyle dobrego. - Zmrużył oczy, pozwolił sobie na wąski kpiący uśmiech. - A ty co, żołnierzu? Nie powinieneś być odważniejszy?
- Nie jestem żadnym... jestem pieprzonym pilotem! - wyjęczał żołnierz, znów trzęsąc się jak osika. Znów mówiąc za głośno. - Lotnikiem! Nie prosiłem się o te rozkazy, nie wiedziałem...
- ...że spadniesz i że spotkasz snorki – dokończył spokojnie Garri. - No, nie bój się, lotniku. Chodź. Zabiorę cię w bezpieczne miejsce. Żadnych snorków. No już.
Pociągnął go za ramię i poprowadził w dół łagodnego zbocza, przez wysoką, pożółkłą trawę. Trawa moczyła im nogawki spodni aż nad kolanami.
Ponury betonowy bunkier sterczał szpetnie na brązowej łące jak zaśniedziały ćwiek u pasa. Garri przeprowadził żołnierza obok strażników, zupełnie ich ignorując. Skitrawszy pistolet, rozszczelnił śluzę i wszedł do środka.
- No właź – ponaglił stojącego jak kołek trepa. - Czego się znowu boisz, głupolu, naukowców?
Uszczelniwszy śluzę i przywitawszy się z Nowikowem, przeszedł w głąb bunkra.
- Nie mam artefaktów – powiedział przepraszająco, ledwie Herman zdążył otworzyć usta. - Zaszły... niespodziewane okoliczności. Mam dla was coś innego.
Herman zasępił się. Wyglądał całkiem smutno, ale nie z Garrim takie numery – on doskonale wiedział, że stary naukowiec jest wściekły.
- Oby było coś warte – zwątpił, a w odpowiedzi usłyszał:
- Będzie warte dokładnie tyle, ile ktoś zechce ci za to zapłacić. Żołnierzu! Chodź no tutaj!
Żołnierz posłusznie przyczłapał w głąb bunkra, między szumiące, źle wentylowane komputery i inne maszyny, których zastosowania ciężko było się nawet domyślić. Nie trząsł się już. Twarz miał bladosiną jak trup.
Herman omiótł go taksującym spojrzeniem i wydał krótkie polecenie Oziorskiemu, który wyprowadził żołnierza z pomieszczenia, po drodze zgarniając z regału paczkę jakichś prochów. Herman znów spojrzał na Garriego. Garri za to bez krępacji gapił się w sufit.
- Jeszcze dzisiaj coś ci przyniosę – obiecał, chociaż doskonale wiedział, że przysięga krzywo.
Artefaktów, których żądali naukowcy, mogło w pobliskich anomaliach po prostu nie być. A on nie miał szans, żeby przed wieczorem dotrzeć do Betonowej Wanny i jeszcze stamtąd wrócić. Może gdyby spróbował w Zagajniku... Wprawdzie naukowcy twierdzili, że ta anomalia nie wytwarza artefaktów, ale po ostatnich trzech emisjach, w tym jednej bardzo silnej, nikt jej przecież nie sprawdzał. Być może coś się tam urodziło. Być może.
– Już ty mi przyniesiesz, na pewno. – Herman nie dał się nabrać, albo po prostu dalej się boczył. Dziwny był z niego facet. – Skąd wytrzasnąłeś tego żołnierza?
– Znalazłem go kawałek od torowiska. Twierdzi, że jest pilotem, ale chyba dość kiepskim, bo się rozbił. Pewnie wleciał w anomalię, będziesz mógł go wypytać. I błąkał się tak we mgle, jak jakiś jeżyk...
Oziorski wrócił, bez żołnierza i bez prochów.
- Gdzie go zaprowadziłeś? - zapytał Garri.
- Na razie do kanciapy, potem znajdziemy mu jakiś kąt do spania – odparł Oziorski, ściągając z regału ciężką metalową apteczkę. Gmerał w niej jeszcze, kiedy Garri wyszedł.
Żołnierz rzeczywiście siedział w kanciapie, skulony i wciśnięty w kąt. Aż żal patrzeć.
Garri stał przez moment, nie bardzo wiedząc, co mógłby zrobić. W końcu wyciągnął z kołczana prawilności nieduży termos i przelał herbatę. Wyszło może z pół zakrętki.
- Proszę, napij się. - Podał zakrętkę tej biednej sierocie, która przyjęła ją z wdzięcznością i natychmiast opróżniła.
- Dzięki.
- Oziorski ci coś dał?
- Nie – mruknął żołnierz. - Powiedział, że potem mi coś da. On nie jest... oni nie mają tu lekarza.[/akapit]
Ściągnął kurtkę i podał ją Garriemu.
- Twoje. I to też twoje. - Położył mu na przewieszonej przez przedramię kurtce paczkę papierosów. - Coś ci się należy... dziękuję.
Garri uniósł brwi. Wyciągnął z paczki połowę fajek i oddał ją żołnierzowi, a swoją dolę zapakował do wyciągniętej z kieszeni papierośnicy z potwornie kiczowatą czaszką na pokrywce.
- Będę się zbierał – powiedział niewyraźnie, bo właśnie wepchnął papierosa między zęby, chowając termos i papierośnicę. - Podejdę jeszcze z wieczora do Hermana, to i do ciebie zajrzę. A tak w ogóle... Garri.
Podał mu rękę, a żołnierz ją słabo uścisnął.
- Sokołow.
- Kto Sokołow?
Żołnierz zamrugał, odetchnął ciężko. Nie zrozumiał.
- Starszy porucznik Sokołow.

Tagi:

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Post#2 » 13 sty 2017, o 13:58

Przeczytałam i zapomniałam skomentować.
Pamiętam, że w oczy rzuciły mi się powtórzenia określeń podmiotów - żołnierz, stalker etc. - ale teraz przeleciałam wzrokiem tekst i żadnego nie wyłapałam.

Nie grałam w S.T.A.L.K.E.R.a i pewnie nie będę grać, ale coś tam kojarzę - choć myślę, że i bez znajomości serii można dobrze zorientować się w tekście. Postapo tego typu lubię generalnie za klimat, który się z nim wiąże, i z przyjemnością przeczytałam. Chętnie sięgnęłabym zresztą po ciąg dalszy, bo rzeczywiście tekst czyta się nieźle, postać Garriego zdobyła moją sympatię i ogólną ciekawość co do jego dalszych losów.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Kusy
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 95

[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Post#3 » 7 lut 2017, o 11:54

Historia nie w moim stylu, choć napisana zgrabnie. Genialny tytuł ;).

Nefariel
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 85

[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Post#4 » 12 lut 2017, o 01:40

Dziękuję za komentarze!

I chciałabym jedynie zwrócić uwagę, że S.T.A.L.K.E.R., wbrew pozorom, to wcale nie postapo. ;)

Wiktor
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 5

[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Post#5 » 25 lut 2017, o 13:57

Przyjemna historyjka i racja Nafariel zona była pierwotnie miejscem lądowania obcych.
Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty.(A. Sapkowski)

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1743

[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Post#6 » 25 lut 2017, o 20:37

Wiktor pisze:Przyjemna historyjka i racja Nafariel zona była pierwotnie miejscem lądowania obcych.


Zona była obszarem, na który obowiązywał zakaz wstępu, w bratnim kraju za Bugiem. Do lat dziewięćdziesiątych taka zona była min. w katyńskim lesie, więc jest to termin znacznie starszy, niż lata 50 i "polowanie" na UFO.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Rejfi
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 17

[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Post#7 » 25 lut 2017, o 22:53

Przyjemnie się czyta - przynajmniej dla mnie. Nigdy nie grałem w tę grę, choć wiele razy o niej słyszałem.

Nefariel
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 85

[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Post#8 » 26 lut 2017, o 20:21

Dziękuję za komentarze!

Dural - tutaj chodzi o Zonę jako fikcyjne miejsce z książki Strugackich. ;) A S.T.A.L.K.E.R.a nie można nazwać postapokalipsą, bo klimat typowy dla tego gatunku obejmuje tak naprawdę jedno miejsce. Poza Zoną żadnej apokalipsy nie było.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1743

[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Post#9 » 26 lut 2017, o 20:22

Mogli tak nazwać ;) Może kiedyś przeczytam jakąś ich książkę.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
ensamheten
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 76

[S.T.A.L.K.E.R.] Prypeć woła cię po imieniu

Post#10 » 18 mar 2017, o 12:00

Zawsze z ciekawością śledzą wszelką twórczość literacką w uniwersum STALKERa. Nie zgodzę się co prawda z twoją arugmentacją, autorze, że to nie post-apo. IMO to jest post-apo, tylko takie lokalne :) Ale mniejsza z terminologią, przejdźmy do rzeczy.

Najbardziej z całości podobał mi się ten fragment:
ak naprawdę lubił ludzi. Nie lubił tylko z nimi pracować. Ani pić – był niski, mały i chudy, więc nawet ewentualna konieczność wyciągnięcia kogoś czy to spod ostrzału, czy spod stołu była dla niego większą odpowiedzialnością, niż chciałby na siebie wziąć.

:ok:

Tekst czyta się całkiem dobrze, aczkolwiek brakuje mi tu oryginalności. Historia z gry - Garri znalazł Sokołowa etc. Tekst sam w sobie nie ma jakiejś puenty. Jako część czegoś większego byłby OK, jako samodzielny kawałek brzmi trochę jak wyrwany z kontekstu.

Spotkanie Garriego, stalkera i tego młodego wypadło nieco drętwo. Jakoś nienaturalnie mi wygląda ta sytuacja. Stalkerzy raczej woleliby oszczędzać amunicję, niż na pusto strzelać do żołnierza we mgle. Podobnie dialogi - czasem brzmią mało naturalnie (np. "Żołnierzu! Chodź no tutaj!") albo

A ty co, żołnierzu? Nie powinieneś być odważniejszy?
- Nie jestem żadnym... jestem pieprzonym pilotem! - wyjęczał żołnierz, znów trzęsąc się jak osika. Znów mówiąc za głośno. - Lotnikiem! Nie prosiłem się o te rozkazy, nie wiedziałem...
- ...że spadniesz i że spotkasz snorki – dokończył spokojnie Garri. - No, nie bój się, lotniku. Chodź. Zabiorę cię w bezpieczne miejsce. Żadnych snorków. No już.


No i pozmieniałbym tu nieco stylistycznie i językowo. Parę przykładów:

Ludzie pozostawali ślepi, a ślepi ludzie nie strzelali celnie.

"stawali się" ślepi w tej mgle, "pozostawali" sugeruje, że byli już wcześniej. Poza tym takie powtórzenie trąci trochę rymem częstochowskim.

za ciągnącą się smugą krwi, dalej ciągnęło się wydarte z brzucha jelito.



Pisząc o Zonie warto unikać zbyt oczywistego epatowania grozą, rozwleczonymi jelitami, mówieniem wprost, że stworzenia "nie są człowiecze" itd. Lepszy efekt osiagniesz nie dopowiadając pewnych rzeczy.
För några är ensamheten icke en omständighet som de ha råkat i, utan en egenskap.

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość