Boski wiatr

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5025

Boski wiatr

Post#1 » 8 mar 2017, o 21:32

Nazywam się Moira i jestem hybrydą numer AX-143C. Zlepkiem różnych genów w ciele człowieka, tysiące razy bardziej wytrzymałym niż zwykli obywatele Ziemi.
Byliśmy marzeniem wszystkich ludzi, zwłaszcza tych, którzy chcieli, by ktokolwiek — lub cokolwiek — zdjął z ich barków ciężar wykonywania różnych prac. A że niektórzy, ci wybitniejsi, nie należeli do istot poprzestających na marzeniach, pojawiliśmy się my. Zawsze gotowi do pracy. Zawsze pomocni, wypoczęci, skłonni do najbrudniejszych robót. Od budowy statków, rurociągów pod dnem oceanów czy autostrad i stadionów aż po bycie królikami doświadczalnymi. Teoretycznie idealni w każdym calu, a tak niedoskonali, puści.
Byłam tylko hybrydą i robiłam to, co mi kazali. Po to powstaliśmy. Nie wiedziałam jak, ale czy to ważne? Wiedziałam, po co. Każdy wiedział. Byliśmy tylko robolami, mieliśmy pracować i pracować, nasza wiedza nie liczyła się dla nikogo. Wszystkiego musieliśmy dowiadywać się sami, na własną rękę; dla nas przeznaczony był świat plotek, domysłów i starych ksiąg, zapisów czy gazet sprzed lat. Drobne druczki, wąskie kolumny na pożółkłych stronach i układanie wszystkiego w całość. Tak naprawdę mieliśmy tylko tyle, ale i aż tyle.
— AX-143C? Zajmij się tym.
Skinęłam służalczo głową i, tak, zajęłam się tym, czego ode mnie oczekiwali. Prawie po łokcie zanurzyłam ręce w kadzi z parującą cieczą, silnie żrącym kwasem, który wypalał ludzkie ciało do kości; ja jednak nie miałam nawet zaczerwienień na skórze. Później wyjęłam z niej drobną kulę plastycznego metalu, przeszłam do wielkiego kotła. Pięć tysięcy Kelvinów; tam ta odrobinka stopu zostawała obrabiana. Później stygium taśmowo trafiał już do ludzkich pracowników, którzy mogli obrabiać metal w takiej formie. Kwasy i temperatura sprawiały, że inny nie mógł pracować na moim miejscu. Byłam niemal niezastąpiona.
Tak wyglądała moja praca. Wielka huta stygium, które odkryto niedawno, a które od razu stało się najbardziej pożądanym metalem na całej Ziemi. Niezniszczalny, lekki — wspaniały. Czołgi, samoloty, broń, wszystko, co najważniejsze w ludzkim świecie: byleby móc uzbroić się i nie dać prześcignąć wrogowi. Tak naprawdę, mimo spokoju i względnego ładu, wszystko czekało na swoją kolej. Pracowałam, by za kilka lat, dzięki mojemu wkładowi w pracę nad cudem ostatniej chwili, znów mogli walczyć. Wspaniała wizja.
— Moira, skończyłaś na dziś — usłyszałam po siedmiu godzinach. Gdy podniosłam głowę, naukowiec w już cywilnym stroju, lśniącym nowoczesnymi włóknami trenczu i czarnych spodniach, skinął do mnie głową i odwrócił się. Rzucił na odchodne: — Do zobaczenia jutro.
Naukowcy w swoich srebrnych kombinezonach rozeszli się do domów, a ja posłusznie — bo tak mówiło prawo — musiałam opuścić hutę po przepracowaniu dniówki.
— To może i tylko hybrydy — mówili politycy — ale mają sobie coś z człowieka, więc zasługują na swoje prawa. Powinni mieć wolne jak każdy z nas!
Nie wiem, po co to wymyślili, przecież nie mieliśmy uczuć, nie uważaliśmy, że jesteśmy wyzyskiwani czy uciemiężeni. I nie męczyliśmy się, rzecz jasna. Było nam to obojętne i moglibyśmy pracować bez przerwy, gdyby tylko nam nie zabraniali. Takie wyjście pewnie byłoby też dla nas lepsze. Zabrać czas, pozbawić tych momentów ciszy i pustki, którą musieliśmy na siłę czymś wypełnić.
Tak, tak byłoby łatwiej.
Imię nadała mi jedna kobieta-naukowiec, która ze mną pracowała, bo uważała, że „Moira” woła się szybciej niż „AX-143C”. Miała rację, pewnie niektórzy nawet nie zdążyliby krzyknąć: „AX-143C, pomocy!”, poplątaliby się w moim numerze seryjnym i zostaliby zgniecieni.
Oczywiście ze względu na „humanitarność” mieliśmy też wyznaczone mieszkania, a dokładniej małe osiedla czy bloki. Moja skromna kawalerka w dzielnicy Shinjuku zupełnie mi wystarczyła, nie miałam przecież potrzeb. W Tokio jednak było nas naprawdę niewielu. Przez te wszystkie lata rozwoju większość przemysłu przeniosła się do innych miast i w samej stolicy pozostało niewiele zakładów. Pośrednio powodowało to też, że mało które z nas pracowało w okolicy swojego domu, oczywiście. Ja codziennie pokonywałam prawie pięćdziesiąt kilometrów, by znaleźć się w hucie na obrzeżach miasta.
— Cześć, Moira — przywitali mnie. — Jak minął dzień?
Po pracy spotykaliśmy się. Tacy jak ja. Traciliśmy czas, próbując nadać mu nieco znaczenia. Co innego mogliśmy robić? Spać? Nie, nie musieliśmy. Nawet właściwie oddychać nie potrzebowaliśmy, ale ludzie przychylniej na nas patrzyli, gdy mogli stwierdzić, że oddychamy tym samym powietrzem. Chyba wtedy wydawaliśmy się bardziej „ludzcy”.
— Wspaniale, dzięki.
— Kolejny pracowity dzień zakończony — zaśmiał się Uki, wysoki szatyn o zniewalającym uśmiechu. Zniewoliłby mnie, gdyby nie to, że nie mieliśmy uczuć, a co za tym idzie: nie odczuwaliśmy pożądania. — Dacie wiarę, że jutro mam wolne?
— Żartujesz… Hybryda i wolne?
Clara parsknęła wyuczonym, ale brzmiącym całkiem naturalnie śmiechem.
— Pewnie! Sam to nie wierzę, ale nawet awansowałem.
Nina pokręciła głową z podziwem i zaciągnęła się papierosem. Wydęła przy tym swoje pełne usta zrobione na Angelinę Jolie; wyglądała jak jej azjatycka wersja. Może naukowiec kierujący projektem Niny był fanem tej legendy kina? Dzięki temu Nina bywała nawet statystką w filmach czy fotomodelką, gdy inne hybrydy pracowały fizycznie. BS-383 miała szczęście.
— Widzisz, a ja dalej biegam od telefonu do telefonu — zaśmiała się.
— Tak? — zapytał Uki życzliwie. Nina codziennie miała swoją porę narzekania na pracę i właśnie teraz nadeszła.
— Tu spot płatków, tu wycieczek, dzisiaj nawet pozowałam do zdjęć „po” laserowych operacji nosa — parsknęła. — Co za absurd!
Pokręciła głową z ubolewaniem, jakby miała najcięższe życie na całej Ziemi.
Patrząc na nią, nie dziwiłam się, że niektórzy nienawidzili nas już za sam wygląd. Bo jesteśmy niemal piękni. Kobiety-hybrydy stanowiły jednak zdecydowaną mniejszość, być może dlatego, że odwracałyśmy uwagę od pracy. Jak mogli tego nie przewidzieć? Pragnęli taniej siły roboczej, a nadali nam cechy, które były nam zbędne. Bo o ile ja zostałam zrobiona na klasycznej urody Azjatkę i nie wyróżniałam się z tłumu, to podobnie jak Nina wiele innych wyglądało wręcz nieziemsko. Jak boginie.
Wiedziałam, że ludzie także dlatego nas nie lubią. Może i ich wyręczaliśmy, ale co z tego, skoro mężczyźni potrafili się w nas wpatrywać godzinami?
Niektórzy nawet nas prześladowali.
Z różnych względów nie było nas wielu. Może kilkadziesiąt tysięcy? Nikt nie wiedział na pewno, ale z jakiegoś powodu nazywałam się AX-143C, a nie na przykład A12. Czasem zastanawiałam się, czemu nie stworzono nas więcej. Być może nie chcieli pozbawiać ludzi miejsc pracy, ale czy stanowiłoby to aż taki problem? Wątpiłam. Zawsze znalazłaby się najgorsza robota, którą ktoś z przyjemnością odstąpiłby innemu i poszukał spokojniejszej. Koszty? Ryzyko? Oczywiście były, istniała możliwość, że genetycy się pomylą, a efektem okaże się coś niebezpiecznego. My też byliśmy potworami, ale nas kontrolowali, nie stanowiliśmy więc większego zagrożenia.
Może przez niechęć ludzi? Gdybym miała uczucia, pewnie bym ich rozumiała. Jak można tolerować coś, co jest jak żyjący kamień? Może i nikt by nie chciał pracować na naszych stanowiskach, ale przyczynianie się do bezrobocia wciąż było jakimś argumentem. Jednym z wielu.
Uki usiadł obok mnie i zapytał:
— Dalej pracujesz przy stygium?
— I chyba szybko pracy nie zmienię.
— Widzisz — mrugnął do mnie — niektórym wiedzie się lepiej.
— Właśnie, Uki — odezwała się blondynka, Clara — gdzie cię przenieśli?
— Mów — podchwyciłam.
— Do elektrowni atomowej. Tej trzysta kilometrów za Tokio, obok Nagoyi.
— To wspaniale. — Uśmiechnęłam się nieco wymuszenie, ale właściwie tylko tak potrafiłam.
— Ale nie boisz się? Ponoć jest strasznie niestabilna — szepnęła Clara.
O tak, Clara była boginią plotek i informacji zasłyszanych od ludzi.
— Mówią, że to przez to pracuje tam tyle hybryd.
Uki zamilkł na chwilę, jakby się nad tym zastanawiał.
— Wiecie, mam dziwne przeczucie… — mruknął nagle, gładząc dwudniowy zarost. — Kiedy będzie Artur?
Parę osób mruknęło zgodnie: „Nie wiemy”. Nie tylko do Niny uśmiechnęło się szczęście, Artur także nie pracował w fabryce. Był szoferem jakiejś bogatej rodziny. Być może dlatego, że jego wygląd podstarzałego kamerdynera i kurze łapki, których nikt inny z nas nie miał, budziły zaufanie, a dodatkowo niezaprzeczalnie miał wygląd dżentelmena. I był z nas najstarszy, wiedział wiele.
— No, to co dzisiaj robimy?
— Pooglądamy jakiś film, co powiecie na to? — odezwał się Greg, AI-253 o wyglądzie Norwega.
Skinęliśmy głowami. Była nas teraz tylko piątka, bo reszta kończyła pracę dopiero nad samym ranem. Teraz zbliżała osiemnasta, na zewnątrz jeszcze było jasno i ciepło.
W wolnym czasie staraliśmy się zachowywać jak ludzie. Oglądaliśmy filmy, graliśmy w pokera lub cokolwiek innego. Czasem wychodziliśmy z naszego małego świata do świata ludzi. Zdarzało się to jednak rzadko, unikaliśmy tłoku. Może z przyzwyczajenia, bo gdybyśmy tylko zechcieli, moglibyśmy z powodzeniem grać „prawdziwych”, wtopić się w tłum, pójść na zakupy, przejść się po parku czy na koncert. Nie potrafiliśmy jednak udawać uczuć i to nas gubiło. Postępowaliśmy więc tak, a nie inaczej.
— Ma ktoś jakiś pomysł?
— Może coś z klasyki?
I tak obejrzeliśmy „Śniadanie u Tiffany’ego”.


***


Kolejny dzień nie różnił się niczym od poprzedniego — praca, praca aż do osiemnastej, gdy w końcu zebraliśmy się w naszym małym lokalu w Shinjuku. Tym razem dyskutowaliśmy o zmianach. To było na czasie, wszyscy ludzie o tym rozmawiali. Niekoniecznie szczerze nas to interesowało, byliśmy mało ciekawi świata. Czasem zastanawiałam się, czy to zostało w nas zaprogramowane, a może takie konsekwencje niosła nasza bezuczuciowość?
Później stało się coś, czego nikt nie oczekiwał. I nawet nas — bezuczuciowe stwory z probówek — to ruszyło.
Pamiętam, że wydarzyło się to piątego lipca dwa tysiące pięćdziesiątego czwartego roku. Było po dwunastej, parno i duszno. Akurat minęła przerwa na lunch, wszyscy ledwo zdążyliśmy ponownie zająć swoje stanowiska, gdy rozbłysnęła lampa alarmowa.
Początek końca.
Pierwsze odezwały się zakładowe syreny. Ich szybkie, ale ponure „ooo-iii-ooo” rozbrzmiało w pustawej hali; była niedziela i tylko nieliczni pracowali. Z początku wszyscy w milczeniu wpatrywali się w błyszczące czerwienią sygnalizatory, potem zaczęli spoglądać po sobie.
I wtedy z głośników zaczęły się sączyć alarmy.
— Uwaga, uwaga! Wszyscy mają opuścić fabrykę!
Dopiero to sprawiło, że wszyscy poderwali się i odłożyli przyrządy.
— Ewakuacja, ewakuacja!
Szybko wyciągnęłam dłonie z kadzi. Wytarłam je w materiał swojego fartucha, w tkaninie zaczęły pojawiać się pierwsze przepalone ślady, poczułam swąd spalenizny i zobaczyłam małe smużki dymu, ale nie to się liczyło. Musiałam pomóc w takich sytuacjach, wyprowadzić ludzi; zobowiązywały mnie protokoły i ustawy wykalkulowane na to, że mało co potrafiło mnie zniszczyć, a nawet gdyby nie ja byłam najważniejsza.
— Sytuacja kryzysowa, proszę opuścić teren fabryki!
Byliśmy prawie nieśmiertelni, odporni niemal na wszystko. Niemal. Istniał tylko jeden wirus, XC-1, zwany Kamikaze, boski wiatr. Ich jedyna nadzieja. Kolejna chłodna kalkulacja ze strony naukowców, oczywista z ich punktu widzenia. Ludzie prześcignęli samych siebie i wciąż to robili. Oprócz hybryd zaprojektowali też specyficzny szczep genetycznie zmodyfikowany, na który uodpornieni byli wszyscy prócz nas.
Być może był cudem techniki. Wystarczyło go uwolnić, a w dwie doby hybrydy stałyby się historią.
— Ewakuacja, ewakuacja!
Wtedy wybuchło zamieszanie. Nie przez to, że ludzie tratowali siebie nawzajem, byleby tylko uciec z huty, bo jedynie kilka osób faktycznie zaczęło się przepychać. Nie, nie, to było coś znacznie gorszego. Coś, co niezaprzeczalnie zmieniło zwykłą ewakuację w piekło. Najpierw zabrzmiał gdzieś początek „Stairway to heaven”, stary klasyk w modnym ostatnio oldschoolowym stylu ustawiony jako dzwonek, a później nastąpiła cała fala. Rozdzwoniły się telefony. Zaraz wiedzieliśmy, co się stało.
— To elektrownia w Nagoyi! Ona wybucha!
— Co?!
— Boże! Pomocy!
Zaczęły się wrzaski. Tłum tłoczył się jak mrówki, przepychali się gwałtownie, szarpali, kilka osób upadło na ziemię. Potem znowu były krzyki, ale tych tratowanych. W tle dalej słyszałam ciche w tym zamieszaniu dzwonki telefonów, które nie cichły. Tyle wystarczyło, by zaczęli zachowywać się jak zwierzęta.
Stałam w głównej bramie hali, wyciągając ręce i krzycząc:
— Spokojnie! Zachować spokój!
Ale to nic nie dawało. Za każdym razem, gdy ktoś upadał u mych stóp, pomagałam mu wstać. Potem uratowani przeze mnie szli wzdłuż ściany, tam bezpieczni, później znów ginęli w tłumie, a ja wciąż kogoś podnosiłam. Czułam, jak z każdą chwilą tłum napiera na mnie bardziej, ktoś nawet zdzielił mnie ręką w brzuch i pewnie bym się zgięła, gdybym nie była hybrydą.
Pewnie jako jedyna oceniałam sytuację trzeźwo i wiedziałam, co to znaczyło. Setki, tysiące zabitych. Nie, może setki tysięcy? Jeżeli nie fala wybuchowa, to promieniowanie zabije kolejnych. Zawalone budynki, pogrzebani żywcem. Ofiary paniki. Wypadki na drogach, gdy w popłochu wsiądą w swoje samochody i zaczną szturmować autostradę. Ewakuacja Tokio. Klęska. Szum na całym świecie, żałoby za żałobami, pomoce humanitarne, kiczowate gesty. Ale w Tokio wciąż będzie niemal koniec świata. A może i faktycznie koniec?
— Spokojnie! — krzyczałam.
Dopiero po dłuższym czasie wszyscy wybiegli. Mogłam rozejrzeć się po pustej hali. Tylko echo niosło się w przestrzeni i błyskały awaryjne lampy, było trochę krwi na posadzkach, ale żadnych ciał. Westchnęłam z ulgą, mimo że wcale mnie to nie pocieszyło. Wyglądało to naprawdę żałośnie, jakby zwiastun czegoś złego. Gdybym miała uczucia, może bym się wzruszyła — ale nie, pewnie nie. Po prostu bym uciekła jak inni.
Więc po chwili wybiegłam z hali.


***


Na fabrycznym parkingu, a właściwie na pierwszym piętrze z czterech, już tłoczyły się czarne furgonetki o nieco kosmicznym wyglądzie, bardzo gładkich krawędziach i wielkich światłach. To zwiastowało, jak ogromny mógł okazać się wymiar katastrofy. Były to jedne z samochodów zaprojektowanych na takie wypadki, niskie, o wzmocnionym podwoziu oraz nigdy nie niszczejących oponach. I karoserii powleczonej stopem stygium i żelaza, dzięki czemu zyskiwała odporność i nie przepuszczała promieniowania.
Stałam z boku, za filarem, i przyglądałam się. Mimo że furgonetek były dziesiątki i z pewnością zdołałyby pomieścić wszystkich pracowników, nie chciałam pozwolić zamknąć się w blachach między wystraszonymi ludźmi. Tak, bycie hybrydą miało swoje niewątpliwe korzyści — nie musiałam się ukrywać w schronach i takich wynalazkach, by przeżyć. Choć widocznie tylko ja tak uważałam, bo zaraz zauważyłam, jak kilkoro osób mojego rodzaju posłusznie poddało się ewakuacji.
Wyszłam na zewnątrz dopiero, gdy po kilku minutach zamieszania czarny konwój odjechał w stronę któregoś z tokijskich schronów. Czułam kropelki deszczu na twarzy i zastanawiałam się tylko nad tym, czy to zwykła mżawka, czy radioaktywne wyziewy, które zdążyły się skroplić w chmurach. W uszach wciąż brzęczało mi echo syren i awaryjnych ogłoszeń.
Wokół siebie miałam tylko pustkowie, szary, nagrzany piach i grobowiec fabryki. Od jakiejkolwiek cywilizacji dzieliły mnie kilometry, ale wiedziałam, że nikogo nie zastanę na ulicach. Podziwiałam też, jak zgrabnie przeprowadzili całą akcję. Kwadrans, może mniej? Czas płynął inaczej, bardzo wolno, więc z powodzeniem mogło to trwać cztery minuty. Naprawdę czegoś się nauczyli. Ale tak, to przecież Japonia…
Moją jedyną nadzieją był mały lokalik w Shinjuku. Zaczęłam biec w kierunku centrum pustą drogą dojazdową do fabryki. Choć potem nagle przypomniałam sobie, że niedaleko mieszkał Greg, i postanowiłam sprawdzić. Co mi szkodziło?


***


Gdy dzwonek jego drzwi rozdźwięczał się na dobre, zaczęłam wątpić, czy go zastałam. Jasne, wciąż trwały godziny pracy, oczywiście, że ogłoszono ewakuację, a przede wszystkim nie potrzebowałam jego pomocy, ale… Wydawało mi się, że lepiej będzie, jeżeli nie pokonam tego dystansu sama. Że powinnam trzymać się kogoś, kogo sytuacja była podobna. Miałam dziwne przeczucia.
I wtedy mi otworzył.
— Moira? — Jego zdziwienie rozlało się bladej twarzy. Zaraz uśmiechnął się szeroko i mruknął, zasuwając po szyję wiatrówkę: — Co tu robisz? Jest ewakuacja.
— Wiem. Dlatego przyszłam do ciebie.
— Tak? Dlatego nie pojechałaś do schronu?
Kiwnęłam głową. Popatrzył się na mnie dziwnie, więc dodałam:
— Greg, mam naprawdę złe przeczucia. — Gdy to powiedziałam, zdałam sobie sprawę, że dokładnie to dwa dni wcześniej powiedział Uki. — Nie powinniśmy się rozdzielać. Powinniśmy pójść do Shinjuku i tam poczekać.
— Skoro tak uważasz.
Też wzruszył ramionami i wyszedł za próg, wyciągając z kieszeni dżinsów pęk kluczy. Zazgrzytał zamek w drzwiach, zaraz machnął ręką w kierunku schodów i wyszliśmy z bloku. Ponure, betonowe osiedle ziało pustką, pośrodku parkingu stało kilka porzuconych aut, nic się nie działo. Na niebie pojawiły się dziwnie białe, wręcz śnieżnobiałe chmury, znów zaczęły wyrzucać z siebie mżawkę.
— W końcu promieniowanie nas nie zabije — powiedział Greg, też patrząc na niebo.
Uśmiechnęłam się do niego blado, ale zaraz westchnęłam i spoważniałam.
— Wybuch elektrowni? Wierzysz w to?
— Wciąż nie… — przyznał i zmarszczył jasne brwi. — Przecież by nie ogłosili ewakuacji, gdyby nic się nie stało. Choć to i tak… dziwne.
— Właśnie — przytaknęłam. — Nie myślałam, że Czarnobyl się powtórzy.
— Kto myślał?
Miał rację. Nikt nie zakłada najgorszego.
— Może nie będzie tak źle — powiedział i ruszyliśmy powoli w stronę Shinjuku.


***

Już kilka godzin później znów zaczęto nadawać programy informacyjne, a właściwie nawet nic innego nie dało się znaleźć. Wszędzie elektrownia, Nagoya. Reportaże co odważniejszych dziennikarzy w białych kombinezonach ochronnych. Żółte paski u dołu ekranów pokazywały komunikaty o treści w stylu: „O krok od katastrofy” czy „Kadra wyszkolonych naukowców zapobiegła katastrofie nuklearnej”.
Elektrownia nie wybuchła. W ostatniej chwili udało im się zatrzymać i ostudzić reaktor, korzystając z jakiegoś eksperymentalnego systemu, ale to tylko głupie szczęście… Reaktor zapalił się podczas ćwiczeń. Już szukano winnych, reporterzy prześcigali się w teoriach. Ale co stałoby się, gdyby nowy system nie zadziałał? Powtórka z Czarnobyla, prawie siedemdziesiąt lat później. Czy ludzie mieli się czegokolwiek nauczyć? Udało się i to było najważniejsze. Co i tak nie powstrzymało biegu wydarzeń.
Wkrótce zaczęły się prześladowania.
Cały świat mówił o tylko jednym, bo groźba takiej tragedii — nie liczyło się to, że jej unikniono — wstrząsnęła wszystkimi.
— Ekspertyzy wykazały, że przyczyną awarii reaktora atomowego numer siedem był błąd hybrydy. Eksperci twierdzą, że…
Gdybym… Byłabym na pewno oburzona takimi spekulacjami, bo nie wierzyłam, że tak szybko zbadali całą sprawę. Że dowiedzieli się, kto zawinił. Ale tak, tyle wystarczyło. Siódmego lipca wiadomość obiegła całą Ziemię. Gdy nadano to o dziewiątej czternaście na wszystkich kanałach, po kilku kwadransach ulice Tokio już zgromadziły tłum. Od razu narodziły się protesty, marsze.
Grunt, że ludzie uwierzyli. Później sprawy potoczyły się szybko.
— Obawiam się, że może być ciężko — rzekł do nas Artur. Był jednym z prototypów, więc nie funkcjonował tak, jak my, nawet się starzał. Miał siwe, krótkie włosy, kozią bródkę i idealnie wystrzyżone wąsiki. Nosił się też inaczej; klasyczny garnitur i koszula z muszką, elegancko i schludnie. Wyglądaliśmy przy nim niezwykle marnie w naszych dżinsach i zwykłych t-shirtach.
— Wiemy — mruknął Greg.
Gdy tylko w mediach rozbrzmiały stwierdzenia „ekspertów”, zgromadziliśmy się w naszym małym lokalu w starej kamienicy w Shinjuku. Dwa stoły, wielki, choć staromodny już telewizor plazmowy i równie staromodne kino domowe, biblioteczki z książkami — tyle nam zostało. Teraz nie mieliśmy nic innego.
— Tak — westchnął Artur. — Te demonstracje chyba się nie skończą.
Nawet tutaj słyszeliśmy wykrzykiwane hasła w stylu: „Hybrydy na śmierć!”. Tak, chcieli naszej śmierci. Nagle ludzie stwierdzili, że stanowimy dla nich zagrożenie, bo nimi nie jesteśmy — więc nie możemy rozsądnie myśleć i decydować. Tak mówili. Co z tego, że to właśnie my potrafiliśmy ocenić obecną sytuację obiektywnie, trzeźwo… Nic się nie liczyło, zwłaszcza prawda. Staliśmy się potworami, czymś, co trzeba szybko odstrzelić, bo stanie się coś złego. Nawet żądano wypuszczenia Kamikaze. Pod parlamentem zaczynały się strajki, kolej prawie przestała działać, tak samo szpitale i wszystkie szkoły.
Wszystko po to, byśmy zginęli.
Trudno, stwierdzałam w myślach. Przecież nie miałam uczuć. O tyle dobrze, że nie wiedzieli o naszym małym kawałku świata w kamieniczce w Shinjuku.
— Pewnie faktycznie uwolnią Kamikaze.
— Nie bądź głupia — wtrąciła się Nina, mrużąc swoje kocie oczy i patrząc na mnie z pogardą.
— Jestem głupia, zapomniałaś? — wykpiłam ją. — Przecież my nic nie wiemy.
— Ale istnieję dłużej niż ty i wiem trochę więcej o świecie — mruknęła z satysfakcją, przygryzając filtr papierosa. Z lubością zaciągnęła się i wypuściła z ust chmurę dymu.
— Może — przyznałam, ale zaraz dodałam: — Ale przecież rząd nie poradzi sobie z nimi wszystkimi, co mają innego zrobić?
— Dziecko, przestań. Wierzysz, że nas się pozbędą?
— A dlaczego nie? — Quasi-Norweg westchnął prawie że ze zrezygnowaniem.
— Mają w nas siłę roboczą, ot co.
— A nie zauważyłaś, Nina? — mruknął wtedy Artur. — Coś się zmieniło. Rozejrzyj się. Nie widzisz tego?
— Co niby mam widzieć poza waszą głupotą?
— To, Nina. — Machnął ręką, zataczając krąg na cały nasz mały pokój. — Że jest nas czworo. Było nas więcej w Shinjuku. Było nas dwudziestu trzech. Nie wiem, jak w innych dzielnicach… ale jest nas tylko czworo. Nie mówi ci to o niczym?
— Właśnie — przytaknęłam. — Przecież wszystkie zakłady pracy zamknięte, nie pracują. Wyłapali ich.
— I co z tego? Przecież i tak ich nie zabiją!
— Co z tego, Nina, co z tego? Zobacz tylko, że jest inaczej…
— I tak gadasz głupoty. — Wstała wtedy z krzesła, prawie je przewracając, i krzyknęła jeszcze: — Idę, nie będę was słuchać.
Zaraz zniknęła. Rozległo się tylko głuche trzaśnięcie drzwiami, a później nigdy już jej nie zobaczyłam.
— …wypuszczą Kamikaze, tego jednego jestem pewien. Nasza era się kończy.


***


Minęło jeszcze siedem dni, siedem ponurych, cichych dni, podczas których wsłuchiwaliśmy się w narastające krzyki za oknem. Media nie mówiły o niczym innym — o strajkach, wreszcie wielkim bojkocie wojska, które piętnastego zrobiło szturm na parlament. Pokazywali ujęcia, jak wielki gmach stara się bronić, ale i tak nic to nie pomogło. Patrzyliśmy z pewną obojętnością w ekran, wiedząc, co to oznacza. Później były jakieś konferencje, ustalanie warunków…
Czternastego lipca reporter ubrany w schludny, szary garnitur ogłosił:
— Wirus Kamikaze ma zostać wypuszczony.
Tak, jak myśleliśmy.
— Szlag — mruknął Greg.
Popatrzył na pusty rzeźbiony fotel z czerwoną pufą, który zazwyczaj zajmowała Nina. Gdy się odezwał, w jego głosie brzmiały prawie że emocje:
— No i tak to się skończy? Po prostu?
— Widocznie.
Westchnęłam.
— Ciekawe co z innymi — szepnęłam. — Co z Ukim? Clarą? Co z Niną, Bradem, Gwen? A reszta? Nas jest cz… troje, tak?
Śladem Grega popatrzyłam na fotel.
— Innych wyłapali czy też się gdzieś ukrywają?
— Zawsze byliśmy tylko maszynami… Pozbywają się nas, bo już nie jesteśmy potrzebni.
— Oto ludzkość. — Słowa Artura zawisły między nami jak smog. — Piękna, rozwinięta rasa, która rządzi wszystkim wedle siebie.
— I zabija, gdy już się kimś znudzi.
— Czymś, Greg. Czymś.
Gdy tylko słowa Artura zgubiły się w ciszy, poczułam coś dziwnego, dziwne ukłucie. Ale wiedziałam, że ma rację. Cokolwiek nie zrobiliśmy, zawsze byliśmy „czymś”. Udawaliśmy, całe nasze istnienie udawaliśmy ludzi, by tylko zbliżyć się do nich choć na milimetr. Teraz widzieliśmy, ile było to wszystko warte.
— Miło było was poznać.
Uśmiechnęłam się do Grega, a Artur rzekł z powagą:
— Mnie ciebie też, Greg, mnie ciebie też.
— Ile to może trwać?
— Krótko, nie martw się. Śmierć podobno jest jak zasypianie.
Śmierć została nam obiecana. Czekaliśmy na nią może godzinę. W samotności i zapomnieniu. My, tania siła robocza, przyjaciele człowieka, gdy jeszcze było to wygodne.
Pamiętam zmęczone spojrzenie Grega, Artur gładził wąsy w konsternacji. Siedziałam w fotelu jak posąg, nieruchoma, zimna i odrętwiała. Protesty nie cichły, za oknem krzyczano coraz głośniej.
— Wiecie — mruknął pod koniec Artur — gdyby tylko ludzie szanowali życie tak, jak mówią…
Potem zasnęliśmy. Może daleko było śmieci to tego określenia, choć…
Tak, byliśmy marzeniem. Ale już nie ich.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Tagi:

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 528

Boski wiatr

Post#2 » 8 mar 2017, o 22:57

Bardzo ciekawy tekst i fajnie opowiedziany.
Jednak nie jestem pewien, czy dobrze trzymasz się Twojej konwencji.
Np.
1. "Zniewoliłby mnie, gdyby nie to, że nie mieliśmy uczuć, a co za tym idzie: nie odczuwaliśmy pożądania."
Skoro nie "mieliście" uczuć, to skąd "wiedzieliście", że jest coś takiego jak pożądanie?
2. "Gdybym miała uczucia, może bym się wzruszyła — ale nie, pewnie nie."
Znowu, skąd pojęcie wzruszenia kogoś niemającego uczuć?
Takich zdań jest więcej. Możliwe, że ja nie nadążam za Tobą, ale te sprawy uczuć wydają mi się być nie za dobrze rozegrane.

"Oczywiście były, w istniała grę możliwość, że genetycy się pomylą, a efektem okaże się coś niebezpiecznego."
W części zaznaczonej na żółto tego zdania coś nie gra.

W sumie jednak tekst bardzo fajny. :))

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5025

Boski wiatr

Post#3 » 8 mar 2017, o 23:20

Dzięki za pochylenie się nad tekstem ;))

Marian pisze:Np.
1. "Zniewoliłby mnie, gdyby nie to, że nie mieliśmy uczuć, a co za tym idzie: nie odczuwaliśmy pożądania."
Skoro nie "mieliście" uczuć, to skąd "wiedzieliście", że jest coś takiego jak pożądanie?
2. "Gdybym miała uczucia, może bym się wzruszyła — ale nie, pewnie nie."
Znowu, skąd pojęcie wzruszenia kogoś niemającego uczuć?
Takich zdań jest więcej. Możliwe, że ja nie nadążam za Tobą, ale te sprawy uczuć wydają mi się być nie za dobrze rozegrane.

W sumie to ciekawa sprawa, ja widzę ją tak - osoba, która nie ma uczuć, pewnie nie będzie rozumiała samego uczucia, ale będzie świadoma jego istnienia u innych. Bo jak właściwie jest, tak nieco skrajnie, z socjopatami? Nie można o nich powiedzieć, że nie wiedzą, że istnieje smutek, żal czy strach. Same hybrydy znają koncept uczucia - tym bardziej, że to je najbardziej odróżnia i izoluje od ludzi w kontaktach z nimi. Mimo wszystko hybrydy, a właściwie ta grupa opisywanych, z własnej woli poświęcały swój czas na właściwie quasi-studiowanie ludzkich zachowań - jak choćby przez oglądanie starych filmów, czasem wyjścia, generalnie "odtwarzanie" czynności, które dla nich nie miały większego znaczenia i wartości. Dodatkowo są słuchaczami ludzkich rozmów i obserwatorami ich zachowań, w dodatku nie bezmyślnymi. To daje jednak spory pogląd na ludzkie emocje i daje też potencjał do nauki i obserwacji. Wystarczy świadomość istnienia smutku, radości, wzruszenia i innych emocji, niekoniecznie bardzo złożonych, by móc jednak operować nimi jak pojęciami i orientować się, w jakim kontekście dane uczucie może wystąpić.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 528

Boski wiatr

Post#4 » 9 mar 2017, o 10:47

Rozumiem Camenne Twoje wyjaśnienie dotyczące uczuć i zgadzam się z nim. Nie wziąłem takiej opcji pod uwagę.
Natomiast co do zdania: "Oczywiście były, w istniała grę możliwość, że genetycy się pomylą, a efektem okaże się coś niebezpiecznego."
Nadal uważam, że w części zaznaczonej na żółto coś nie gra.
Pozdrawiam. :smiley:

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1744

Boski wiatr

Post#5 » 9 mar 2017, o 10:54

Bardzo dobry tekst, nie mam talentu do wychwytywania błędów, a do tego wcągnąłem się w treść, więc wybacz ;)
Utwór podobał mi się ze względu na wartką akcję, oraz kreację bohaterki, trzeźwo analizującej sytuację. Te hybrydy skojarzyły mi się z androidami, czy miało tak być?
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5025

Boski wiatr

Post#6 » 9 mar 2017, o 11:30

Marianie, to zdanie to chochlik, widzę, że urwało mi część zdania. Dzięki za wskazanie, zaraz się rozprawię z tym potworkiem.

Dural, dzięki za wizytę i cieszę się bardzo, że tekst ci się spodobał :smile:
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Tjereszkowa
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 312

Boski wiatr

Post#7 » 9 mar 2017, o 12:25

Mam mieszane uczucia. Generalnie, poruszyłaś ciekawy temat, z którym niewątpliwie ludzkość, prędzej czy później, będzie musiała się zmierzyć.
Przesłanie utworu - jak najbardziej na plus. Jednak, jak dla mnie, nie dość przekonująco poradziłaś sobie z "psychologią" postaci. Myślę, że to trudna sprawa, do dyskusji. Kiedy czytam taki fragment:
Takie wyjście pewnie byłoby też dla nas lepsze. Zabrać czas, pozbawić tych momentów ciszy i pustki, którą musieliśmy na siłę czymś wypełnić.

to wydaje mi się, że autor takiego spostrzeżenia jednak odczuwa. Oczywiście rozumiem, co miałaś na myśli, ale przekaz, jak dla mnie, w takich momentach (było ich więcej) kuleje. Być może to sprawa kosmetyki, ale w tej chwili po prostu mi to zgrzyta.

A tak poza tym, to naprawdę zajmujący temat. Niedawno oglądałam Ex Machinę (polecam), film, który stawia pytania podobne do Twoich.

mirek13

Boski wiatr

Post#8 » 9 mar 2017, o 12:33

Mi ciebie też, Greg, mi ciebie też.
Wybacz Camm, ale jak widzę "Mi" na początku zdania, to mi się komentować odechciewa... :crying:

Awatar użytkownika
Tjereszkowa
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 312

Boski wiatr

Post#9 » 9 mar 2017, o 12:41

mirek13 pisze:Mi ciebie też, Greg, mi ciebie też.
Wybacz Camm, ale jak widzę "Mi" na początku zdania, to mi się komentować odechciewa... :crying:

I ja strasznie nie lubię błędów z mi/mnie, ci/tobie - są bardzo powszechne. Ale w tym przypadku to jednak dialog, wypowiedź bohatera. Źle hybrydę ktoś nauczył, to i źle mówi.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5025

Boski wiatr

Post#10 » 9 mar 2017, o 15:25

Hybrydy jak widać nie mówią nienagannym językiem, trudno się zresztą dziwić, bo kto by poświęcał czas na nauczenie ich zasad. Ale fakt, irytujący błąd. Może aż zbyt irytujący.

Dzięki za przeczytanie ;))
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości