Ashwar: Smocze Wyspy

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
IwaNow
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 9

Ashwar: Smocze Wyspy

Post#1 » 5 kwie 2017, o 17:54

Rozdział 1: Smocza Jaskinia

Za dopuszczenie się zbrodni niegodziwej i haniebnej, jaką jest morderstwo Agermona Armita, żołnierza stopnia oficerskiego, Kertrad Maridok, dwunastego dnia miesiąca Ishin, zostaje skazany na śmierć poprzez zesłanie do Smoczej Jaskini! Wyrok zostanie wykonany w trybie natychmiastowym na podstawie prawa wojennego! Niech Ashwarowie nie litują się na jego duszą!
Kertrad nadal słyszał w myślach słowa herolda, jakby ten wypowiadał je tu i teraz, kiedy w rzeczywistości minęło kilka dni. Prawie tydzień mycia pokładu, szorowania garów i bycia sługą wszystkich żołnierzy na okręcie wojennym ochrzczonym mianem „Pogrzebacz". Na zwykłym statku on i pozostali siedzieliby w celach, przykuci do ścian i podłogi, ale Pogrzebacz przez ostatnie pięć lat kursował na wyspy i z powrotem i nikt nie bał się już buntu czy niespodziewanego ataku więźniów. Żołnierze byli przygotowani, a skazańcy pilnie strzeżeni.
Płynęli na Wyspę Tchu, z której mieli dotrzeć do jaskini, gdzie przez ostatnie lata wysyłano skazańców za najpoważniejsze zbrodnie. Podobno nikt stamtąd nie wrócił. Kertrad modlił się w duchu, by nastał sztorm, połamał żagle, a legendarny Ważorogan stworzony przez Ashwara Cienia, półboga, który panował nad morzami, pojawił się na horyzoncie. Wtedy miałby czas na ucieczkę, chwyciłby miecz i zaatakował, inni więźniowie płynący na Pogrzebaczu z pewnością również podjęliby walkę. Rozważał tę opcję, ale zakaz jakichkolwiek kontaktów między skazańcami wszystko komplikował. Nawet pracę wykonywali w odległości co najmniej trzech metrów od siebie. Gdyby tylko miał okazję, gdyby ktoś wywołał zamieszanie i udałoby się im ukraść broń... Wykorzystałby szansę, nawet, jeśli byłby zmuszony sam zabić wszystkich żołnierzy na tym statku. Wiedział, że nie ma co liczyć na współwięźniów.
Obserwując innych pracujących skazańców, zastanawiał się, co zrobili, że lordowie postanowili wysłać ich do Jaskini. Czy jak on byli mordercami? Ukradli konie lub skrzynię najdroższych kamieni szlachetnych, mignamów? A może byli zdrajcami królestwa, dezerterami lub więźniami wojennymi? Nie wiedział. I nie chciał wiedzieć. On był mordercą, jedynym wydziedziczonym członkiem rodziny Maridoków od wielu pokoleń i żołnierzem w armii lorda Nageta, który osobiście podpisał wyrok śmierci. Inni skazańcy pewnie nie byli lepsi.
Spojrzał w stronę dziobu, stało tam trzech strażników, każdy trzymający włócznię. Jeden z nich obserwował Kertrada i innych więźniów. Kolejnych dwóch stało na prawej burcie, pięciu z tyłu, trzech kłóciło się o coś przy sterze, reszta na dolnym pokładzie. Zbyt wielu na atak z zaskoczenia.
Kertrad zaczął szorować deski pokładu, kiedy pierwszy oficer wyszedł ze swojej kajuty i zaczął się przechadzać, doglądając więźniów. Maridok po pierwszych dwóch batach, które zerwały skórę z jego pleców, zrozumiał, że jeśli chce przeżyć podróż i dotrzeć na Wyspy Tchu, musi pracować. Jego nadzieje na ucieczkę powoli umierały. Sam, jeszcze tydzień temu, służył w wojsku. Nie znęcał się nad więźniami, ale żadnemu nie pozwolił uciec. Nigdy. Przez całe dziesięć lat.
Szóstego dnia podróży marynarz siedzący na bocianim gnieździe krzyknął, że widzi wyspy. Zaczęły się przygotowania do zejścia na ląd. Wszyscy więźniowie zostali brutalnie oderwani od pracy i ustawieni w ciasnym szeregu. Kertrad gorączkowo szukał drogi ucieczki, ale jej nie znalazł. Tylko żołnierze, bezkresne Morze Cienia i wyspy, na których samotnie nie przeżyłby tygodnia. Nadzieja zniknęła tak szybko jak kamień wrzucony do wody. Zacisnął mocno dłonie, kiedy zobaczył zarys Świątyni Tchu w oddali.
— Spokojnie, chłopcy, odprowadzimy was pod jaskinię i poczekamy, aż zaczniecie krzyczeć. Dopiero później odpłyniemy. Stójcie ładnie w szeregu i czekajcie — powiedział żołnierz w pełnej płytowej zbroi stojący za nimi, kładąc dłoń na rękojeść buławy przyczepionej do pasa, a później zarechotał.
Więzień stojący obok Kertrada, młody szczupły chłopak, z jasnymi włosami sięgającymi ramion, zacisnął szczękę i odwrócił się do niego, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, pięść w metalowej rękawicy trafiła go prosto w nos. Jasnowłosy chłopak zachwiał się mocno, ale nie wywrócił i Kertrad pochwalił go w myślach. Zaraz jednak wrócił do obserwowania wyspy, ostatniej, którą dane było mu zobaczyć. Ich cel podróży był tuż za nią. Zginę tam, pomyślał, nikt nigdy nie wrócił ze Smoczej Jaskini. Nikt.
W końcu dobili do brzegu, a on poczuł, jakby coś ciężkiego usiadło mu na plecach. Zgarbił się i pochylił głowę, jednak instynkt żołnierza kazał mu nadal czujnie obserwować. Skazańców było w sumie ośmiu, sądząc po posturze i spojrzeniu, domyślał się, że tylko on służył w wojsku. Żołnierzy było dwudziestu, czterech ciężkozbrojnych, w płytowych zbrojach utwardzanych mignamem, które były zarezerwowane tylko dla szlachetnie urodzonych. Jednym z nich był ten, który uderzył jasnowłosego. Z tego, co Kertradowi udało się usłyszeć, nazywał się Ausigar Skuld. Należał do pomniejszego rodu, odłamu głównych rodzin królestwa Alwhardu. Nie wiedział, dlaczego akurat jego zapamiętał, podczas gdy na pokładzie usłyszał prawdopodobnie imię każdego z wojaków. Może dlatego, że on, podobnie jak Skuld, miał kiedyś równie paskudną robotę i również należał do pomniejszego rodu? Teraz to chyba było nieistotne.
Zeszli ze statku.
Szli jeden za drugim, pilnowani przez żołnierzy. Nie było drogi ucieczki, nie uda im się ich pobić, zostali skazani. Każdy z nich miał tego dnia trafić na Bagna Trala, boga śmierci, i topić się w nich po kres czasów. Kertrad przez chwilę zastanawiał się, czemu bogowie zaplanowali dla niego taki koniec. Czy zamordowanie Agermona Armita było tego warte? Tak, odpowiedział sobie stanowczo. Gdybym mógł zrobić to drugi raz, nie zawahałbym się. Kertrad, od kiedy tylko poznał Armita, jednego był pewny. To dobry dowódca, ale parszywy człowiek. Byli do siebie bardzo podobni.
Szli na szczyt wyspy, do świątyni, gdzie Skuld miał odebrać mapę prowadzącą do jaskini od kapłanów. Kertradowi krwawiły stopy. Nie miał butów, a kamienie były ostre, zimne i śliskie jak klinga miecza przeszywająca ciało. Jeśli mógłby wybrać, wybrałby ścięcie. Nie myślałby wtedy o ucieczce ze statku ani o żadnych nierealnych scenariuszach następnych kilku dni. Nie miałby nadziei.
— Ruchy! Nie mamy całego dnia! — ryknął żołnierz na przedzie, który szedł już kilka dobrych metrów przed nimi, choć miał na sobie pełną zbroję płytową. Inni natychmiast zaczęli popychać więźniów, którzy niechętnie przyspieszyli, jęcząc i mamrocząc pod nosem obelgi.
— Im i tak już wszystko jedno, Narsech. Równie dobrze mogliby biec — zażartował Skuld, a część żołnierzy zaśmiała się sucho.
— Hm... Chyba masz rację. W takim razie biegiem, panowie! Chyba że chcecie zakończyć podróż już teraz!
Kertrad zacisnął zęby z wściekłości, postąpił duży krok do przodu i uniósł ręce, nie wiedząc, co dokładnie chciał zrobić. Rozległ się metaliczny dźwięk kajdan, a zaraz po nim nastąpiło uderzenie w plecy, które go powaliło.
Krzyknął, kiedy buława go trafiła, żołnierze zaczęli się śmiać, a skazańcy patrzyli beznamiętnie, jak Skuld chwyta go za włosy i podnosi w górę.
— Puszcza... — nie dokończył, bo metalowa rękawica trafiła go w twarz i ponownie powaliła na ziemię. Mimo że buława rozerwała skórę na jego plecach, a dwie długie blizny po bacie otworzyły się, Skuld nie uznał, że to wystarczy. Kopnął go jeszcze w bok i ponownie rąbnął buławą, tym razem w łopatkę. Kertrad miał wrażenie, że słyszy, jak pękają mu kości.
— Będziesz szedł — wysyczał beznamiętnie i bez oznak najmniejszego zmęczenia. — Bez wybryków, albo połamię ci ręce, nogi, wydłubię oczy i zostawię tutaj na pastwę morsów, morderco. — Ostatnie słowo wypowiedział z nienawiścią. Kertrad już słyszał podobny ton z ust ludzi, którym żołnierze odbierali ziemię i rodziny na wojnie, cywile przepełnieni wściekłością, jadem i wrogością. Podniósł się powoli, splunął krwią na ziemię i spojrzał na Skulda. Musiał się opanować. Wziął głęboki oddech i oczyścił umysł, jak to zawsze robił przed bitwą. Nie myśl o niczym, powiedział sobie.
— Morsy nie zabijają ludzi, idioto — szepnął cicho, bardziej do siebie, a Skuld zdawał się nie dosłyszeć.
— Coś nie pasuje, panie Maridok? Jakieś zażalenia? — zapytał żołnierz na przedzie o imieniu Narsech.
— Nie — odpowiedział po chwili, nie odrywając wzroku od Ausigara, jednak jego ton sugerował coś innego. — Wszystko w porządku.
Nic nie jest w porządku, pomyślał wściekle, czując, jak krew spływa mu po plecach, a jego poszarpana koszula nią nasiąka. Jednak to nie miało znaczenia, dotarcie na tę wyspę oznaczało koniec, był martwy. Nikt nie opatrzy martwego. Powoli rodziła się w nim rezygnacja. Nie zostało mu już nic, co mogłoby pchać go w stronę życia. Śmierć czekała.
Ruszył dalej i, jak zaproponował Skuld, zaczęli biec. Skazańcy zdzierali sobie skórę ze stóp, zostawiali krwawe odciski na czarnej ziemi i syczeli z bólu. Jednak byli wytrwali, nikt się nie wywrócił, tylko jeden starszy mężczyzna, wyglądający jakby już dawno przekroczył pięćdziesiątkę, wydawał się osłabiony. Miał szerokie wyćwiczone ramiona, ale był przeraźliwie chudy. Kertrada nie bardzo to dziwiło, na statku jedynym, co dostawali, była kasza z odpadków, pełna glonów i słonej wody.
Kiedy wbiegli na szczyt i zatrzymali się przed świątynią, nie czuł już stóp. Zgiął się, bardziej z bólu niż zmęczenia, i spojrzał na swoje palce. Były całe czerwone, w jednym brakowało mu paznokcia i nie mógł przypomnieć sobie chwili, kiedy go stracił. Nieważne. Nic nie miało już znaczenia.
Świątynia nie była duża, jeden główny budynek ze szpiczastym dachem i dwie dobudówki po bokach. Wszystko z drewna. Żadnych ołtarzy na zewnątrz. Z wnętrza wyszedł kapłan Tchu, wysoki mężczyzną o oczach nieokreślonego koloru i krótkiej brodzie. Był łysy, nosił szarą szatę wlokącą się za nim po ziemi, a długie rękawy zakrywały dłonie. Skuld podszedł do niego prędko, unosząc podbródek i uśmiechając się wrednie. Każdy kapłan uznałby to za brak szacunku, jednak nie kapłani Ashwara Tchu, który, według świętych pism, został odrzucony i potępiony przez bogów za zdradę. Była to jego jedyna znana świątynia.
— Bądź pozdrowiony, niech Pan Tchu czuwa nad tobą — rzekł kapłan cichym, poważnym głosem. Skuld nie odpowiedział, wyprostował się tylko bardziej, próbując nieco dorównać wzrostem o głowę wyższemu kapłanowi, i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń. Jego zbroja wydała z siebie dziwny jęk.
Kapłan skrzywił się i sięgnął prawą ręką za siebie, wyciągnął mapę i podał ją Skuldowi bez słowa. Ten zacisnął pięść, jakby chciał ją zmiażdżyć, po czym bezceremonialnie odszedł.
Sługa Ashwara Tchu nadal stał w miejscu, obserwując, jak więźniowie są prowadzeni na śmierć. Kertrad spojrzał na niego. Oczy kapłana były szare, wydawały się puste i głębokie jak studnie. Nagle uniósł dłoń.
— Stójcie! — powiedział twardym głosem, a oni stanęli.
— Czego chcesz kapłanie? — warknął nienawistnie Skuld. Maridokowi zaczęło się wydawać, że nie ma na tym świecie osoby, do której mógłby odnosić się innym tonem. — Już zbyt wiele czasu nam zabrałeś.
— Zaczekajcie, proszę — odparł, już ciszej. Ku przerażeniu Kertrada, ten ruszył w jego stronę, żołnierze nerwowo sięgnęli po broń, ale jedno uniesienie dłoni Skulda ich powstrzymało.
Kapłan zatrzymał się przed Kertradem, wszyscy skupili na nich wzrok, ale przez dłuższą chwilę nie stało się nic. Skuld i żołnierze zaczęli się niecierpliwić, niektórzy nerwowo gładzili rękojeści mieczy, aż w końcu dłoń kapłana Tchu skierowała się w stronę twarzy Kertrada tak szybko, że ten prawie nie zdążył zarejestrować zdarzenia. Na chwilę krótszą niż jedno uderzenie serca ogarnęła go przerażająca ciemność i chłód, a później wszystko wróciło do normy. Kapłan nie trzymał już dłoni na jego twarzy i wcześniejszy gest wydawał się tylko złudzeniem. Jednak jego twarz była inna, nie utrzymywał już maski powagi. Teraz wydawał się przerażony.
— Jesteś... Błogosławiony — wyszeptał, a te słowa mogli usłyszeć tylko ci, którzy stali najbliżej.
Kertrad otworzył szeroko oczy, a później zaśmiał się głośno i sucho, bez wesołości.
— Nie, kapłanie — odparł, pochylając głowę i unosząc nieznacznie kajdany. — To raczej przekleństwo, nie sądzisz?
Tak, to przekleństwo. Ashwarowie żadnemu Błogosławionemu nie pozwoliliby pójść na pewną śmierć. Nie dopuściliby, żeby wdał się w konflikt i zamordował własnego przełożonego. Nie pozwoliliby mu na takie życie, jakie wiódł. Kapłan musiał się mylić. Błogosławieni byli wzorem dla ludzkości. On z pewnością nie.
— Możliwe — rzekł, już normalnym, stalowym tonem. — Może to faktycznie przekleństwo, Kertradzie Maridoku. Bagienny Tral o tym zadecyduje.
Kapłan spojrzał na niego po raz ostatni, po czym odwrócił się i odszedł w stronę świątyni, jakby stracił zainteresowanie. Kertrad patrzył tępo w jego plecy.
— Skąd? — zapytał za nim. — Skąd znasz moje imię?!
— Morda, morderco.
— Skąd je znasz?! Kapłanie!
I po raz drugi tego dnia stalowa pięść Skulda spotkała się z jego twarzą i posłała na glebę. Czuł jak ostre kamienie ranią go po rękach, na których próbował się podeprzeć. Spojrzał w stronę świątyni. Kapłan zniknął, nie odpowiadając.
Później, znowu biegnąc, znaleźli się na końcu wyspy, przed mostem prowadzącym na kolejną. Nie mogli podpłynąć, Wyspa Tchu była jedyną drogą prowadzącą do Smoczej Jaskini, bo brzegi były najeżone skałami i nawet płynięcie łodzią było śmiertelnie niebezpieczne. W niektórych miejscach nadal można było dostrzec wraki mniejszych statków. Mosty między wysepkami były niestabilne, chwiały się na boki kołysane wiatrem, a kiedy Skuld postawił na pierwszym z nich stopę, ten wydał dźwięk, jakby deski miały pęknąć, a liny zerwać. Wydawał się niezdecydowany, popatrzył na mapę, chcąc się upewnić, że to dobry most, bo po bokach odchodziły jeszcze dwa, prowadzące do innych nieznanych miejsc. Później spojrzał po towarzyszach broni. Zatrzymał spojrzenie na więźniach.
— Maridok, idziesz pierwszy — rozkazał, wskazując buławą most.
Kertrad nie protestował, wiedział też, że stąd już nie będzie ucieczki, mosty prowadziły tylko do jaskini lub na inne wyspy, z których i tak by się nie wydostał. Mógłby skoczyć, ale nie łudził się, że przeżyje. Mimo wszystko wolał wejść do jaskini niż skakać na ostre niczym włócznie skały. Postawił pierwsze kroki na moście, deski skrzypiały ostrzegawczo, a kiedy znalazł się już prawie po drugiej stronie, usłyszał jęk zawodu Skulda. Pewnie sądził, że spadnie, wtedy po prostu zabiliby innych więźniów i wrócili. Teraz musieli iść, a Kertrad jako pierwszy szedł każdym mostem, sprawdzając, czy liny nie puszczą w połowie.
Ostatnia wyspa i widok jaskini było niczym stanięcie samemu przed wrogą armią. Nie. Było nawet gorzej. Stojąc przed wrogiem, zawsze miał miecz, włócznię, tarczę, cokolwiek, czym mógłby się bronić. Przed wielką, ciemną jaskinią miał tylko kajdany. I siedmiu jemu podobnych towarzyszy.
W końcu stanęli przed Smoczą Jaskinią, jedynym wejściem na Smocze Wyspy, prawdopodobnie jedynego miejsca na świecie, na którym człowiek nie postawił stopy.
— A oto, chłopcy, koniec naszej wspólnej wędrówki — rzucił lekceważąco Narsech, ten, który kazał im biec. — Wzruszyłbym się, ale nie żal mi was. Osobiście bym was ściął, powiesił i połamał kołem, ale lordowie życzyli sobie, by tutaj właśnie was zesłać.
Narsech wykonał gest w stronę Skulda, a ten wydał rozkaz swoim ludziom, by ustawili więźniów. Po chwili wszyscy stali w szeregu, a za nimi żołnierze, w każdym momencie gotowi zadać cios. Kertrad znowu stał obok jasnowłosego chłopaka, który teraz miał opuszczoną głowę, a włosy zasłaniały jego twarz.
— Jak wiecie, z jaskini nikt nigdy nie wyszedł. Ostatni skazańcy wytrzymali tylko dziesięć minut, zanim rozpoczęły się wrzaski.
— Może udawali? — zapytał jeden ze skazańców, uśmiechając się drwiąco, czego zaraz pożałował, bo Skuld rąbnął go w bok. Rozległ się jęk i mężczyzna padł na kolana, kaszląc.
— Udawali? Gdybyś kiedyś brał udział w bitwie, słyszał krzyki umierających, paniczne wrzaski mężczyzn, którzy nagle orientują się, że przeciwnik odciął im kończynę... Wiedziałbyś, że tego nie da się udawać. Ostatnia grupa otrzymała od nas broń, możliwe, że sami się pozarzynali, ale i tak żaden nie wrócił. Nadal jest w środku, może przeżyjecie na tyle długo, by się do niej dostać.
Po tym przemówieniu nastała cisza, tylko Skuld parsknął pod nosem. Jasnowłosy chłopak obok Kertrada jęknął żałośnie, starszy mężczyzna stojący na drugim końcu szeregu zaczął cicho szlochać, a reszta zachowała godność. I Kertrad Maridok w swoich ostatnich chwilach nie okazywał strachu. Od początku wiedział, że umrze. W końcu był przeklęty.
Skuld osobiście odpiął im kajdany, Kertrada racząc ostatnim wymuszonym uściskiem dłoni, tak silnym, że prawie zmiażdżył mu palce. Pieprzony sadysta, pomyślał jeszcze, ale nie powiedział mu tego w twarz.
Cała ósemka ruszyła powoli w głąb jaskini. Jej wejście było ogromne, sięgało kilka metrów w górę i przypominało trójkąt. O skały po bokach nie dało się nawet oprzeć, były ostre i wilgotne. Żołnierze ich obserwowali.
— Czekajcie! — krzyknął nagle Narsech. Wszyscy spojrzeli w jego stronę, niektórzy nawet z nadzieją. — Zapomniałem dać wam światło. Zawsze dajemy skazańcom światło.
Kertrad zaśmiał się w myślach. W jaskini panowała ciemność, ale jeśli coś tam się czaiło, nie miało to znaczenia. Jeśli miał być ze sobą szczery, to nawet nie marzył o jakimkolwiek źródle światła.
— Czy ktoś, do kurwy, wziął pochodnię?! — Żołnierze, jeden po drugim, zaczęli zaprzeczać. — Skuld! Zdaje mi się, że to ty miałeś ją zabrać.
I w tym momencie Kertrad odwrócił się i ruszył dalej. Skuld nie miał pochodni. Na koniec słyszał tylko krzyki wśród ciemności, żeby już wchodzili, bo ich wystrzelają. Dwóch z nich miało łuki i wystarczająco strzał, by naszpikować nimi całe wejście.
Kertrad zatrzymał się wśród ciemności, stał po kolana w wodzie i słuchał. Słyszał przekleństwa więźniów, dostrzegał lekki zarys sylwetki chłopaka tuż za nim. Zrozumiał, że to jasnowłosy.
— Jak się zwiesz, chłopcze? — zapytał. Nie widział jego twarzy, nie mógł wiedzieć, czy chłopak się krzywi, czy może uśmiecha, ale jednego był pewien. Jego oczy były pełne łez.
— A... jakie to ma... znaczenie?
— Żadne — odparł cicho.
Stał tak długo, w nadziei, że nic się nie stanie, że przeżyją nieznane i uciekną z jaskini, kiedy żołnierze odejdą. Nie chciał iść do środka, poruszył stopą, by znaleźć wygodniejszy kamień, który nie podrażniałby ran. Syknął, kiedy natrafił na coś ostrego.
— Co się stało? — szepnął nerwowo jasnowłosy.
— Nic, przeciąłem się — odpowiedział i sięgnął ręką do wody. Kiedy tylko dotknął, wiedział, że jego palce trafiły na klingę miecza. Wyszukał rękojeść i wyciągnął go z wody. Był krótki, długości przedramienia dziecka i szeroki na dłoń dorosłego. Poruszył nogą jeszcze raz, tym razem przeniósł ją dalej, zatoczył nią łuk, aż trafił na coś miękkiego i śliskiego. Ciało. Więc tamci dotarli tylko tutaj, pomyślał, ściskając rękojeść.
— Znalazłem miecz — szepnął nagle jasnowłosy, wyciągając go z wody. Po chwili rozległy się podobne słowa gdzieś z tyłu. Kertrada dezorientowało to, że w ciągu kilku dłuższych chwil każdy z nich miał broń. Znowu zanurzył dłoń, tym razem w innym miejscu, po swojej lewej stronie, i trafił prosto na rękojeść drugiego. Szybko zrozumiał. To pole bitwy, miecze i trupy były wszędzie. Przed nimi. Za nimi.
W końcu wśród ciszy rozległ się dźwięk, któremu najbliżej było do syku węża. Coś poruszyło się w oddali, Kertrad już nieco przystosował wzrok do ciemności, udało mu się na krótką chwilę ujrzeć chyba ludzką sylwetkę, nim ta zniknęła. Rozległ się pierwszy przerażający wrzask bólu, trzask łamanych kości i chwila ciszy. Jeden z więźniów uniósł broń i obrócił się, nie wiedząc, że obok niego stoi towarzysz, którego trafił w bok. Krzyk i przekleństwa zwabiły do nich potwora, wrzaski agonii rozdzierały powietrze, a Kertrad milczał, zaciskając szczękę, czując tak wielkie przerażenie, jak nigdy w życiu.
W ciemności coś było, coś, co zabijało w mgnieniu oka. Zginę tu! — pomyślał, unosząc jeden miecz przed siebie, a drugim pilnując boku. Przyjął postawę bojową, jedną nogę wysunął przed siebie, drugą nieco w tył. Nigdy nie walczył dwoma mieczami.
— Co to kur...! — Skazaniec nie zdążył nawet dokończyć, bo niewidoczny potwór skoczył na niego, wywalił i zabił. Słychać było tylko dźwięk szarpanego ciała. Starszy rzucił się do ucieczki, To za nim podążyło, machnęło łapą, a nogi mężczyzny pękły niczym dwie zapałki. Runął i zaraz po tym umilkł. Minęła jeszcze chwila i znowu nastąpiła głucha cisza. Kertrad słyszał, jak młodszy opróżnia pęcherz ze strachu. Bestia w kilka sekund zabiła sześciu ludzi.
— Ja... nazywam się... — Kertrad nigdy nie dowiedział się, jak jasnowłosy miał na imię. Jego spojrzenie zdołało jedynie uchwycić przerażenie na twarzy chłopaka, który z pewnością nie miał jeszcze dwudziestu lat i czerwone ślepia potwora, jego czarną niczym węgiel skórę, która była wyraźna nawet w ciemnościach. Może było to tylko zwykłe wyobrażenie bestii, ale mógł przysiąc, że przypominała człowieka. Wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka, jasnowłosy nie zdążył nawet krzyknąć.
Kertrad czekał, uniósł miecze, stał nieruchomo, a usta nie chciały się otworzyć, by sprowokować bestię. Został sam. Zawsze ostatni. Wiedział, że w ciemnościach nie ma najmniejszych szans, mimo to...
Bestia go znalazła. Czuł jej oddech na plecach, miał tylko ułamek sekundy na reakcję i wykorzystał to. Odwrócił się, machnął szybko mieczem, z ust wyrwał się okrzyk bojowy, ale trafił tylko w powietrze. Słyszał uderzenia o wodę, podążał za nimi. "Za tobą!" — rozległ się krzyk w jego głowię. Instynktownie uniósł oba miecze i odparł atak niemożliwy do sparowania w tej sytuacji. Nie miał czasu na obrót, skrzyżował broń za plecami, bestia trafiła w nie pazurami, ale ostrza wbiły się w skórę Kertada, tnąc głęboko. Ból sprawił, że wypuścił je z rąk i runął. Szybko, ignorując ból, odwrócił się w stronę monstra. Ujrzał je w pełni. Wielkie i chude, czarne niczym smoła, z czerwonymi, jarzącymi się oczami. Jego ręce wydawały się stworzone z samych kości i łuskowej skóry, a pazury miał długie niczym miecz. Nie widział jego nóg.
Na wszystkich Ashwarów i Bogów! Niech Bagienny Tral zmiłuje się nad moją duszą! — pomyślał w ostatniej chwili, bo cios bestii wyrzucił go w powietrze. Trafił w udo, Kertrad widział, jak część jego ciała wiruje w powietrzu, a krew tryska na wszystkie strony. Wylądował w wodzie, głową uderzył w jakiś kamień, ale nie stracił przytomności. Nie miał siły krzyczeć, tracił krew zbyt szybko. Tral powoli, jakby niechętnie zabierał go do swojego bagiennego królestwa. Kertrad Maridok patrzył tylko na sklepienie jaskini, aż powoli ogarnęła go ciemność, a ostatnim, co zobaczył, była szkarłatna para oczu.
Potwór.

Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 1005

Ashwar: Smocze Wyspy

Post#2 » 5 kwie 2017, o 19:19

Przeczytałem. Niezłe. Jest trochę błędów, ale napisane ciekawie, w dobrym rytmie i z wciągającą akcją.

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Ashwar: Smocze Wyspy

Post#3 » 5 kwie 2017, o 22:06

Zaciekawił mnie egzotyczny tytuł. Tekst ciekawy, wciągający. Czyta się przyjemnie.
Końcówka rozbudza chęć poznania dalszych losów bohaterów.
Pozdrawiam,
Graf
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
ensamheten
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 76

Ashwar: Smocze Wyspy

Post#4 » 7 kwie 2017, o 16:28

Sprawnie napisane, całkiem ciekawe. Gdzieniegdzie małe niedociągnięcia warsztatowe.

Ból sprawił, że wypuścił je z rąk i runął. Szybko, ignorując ból, odwrócił się w stronę monstra

powtórzony "ból". Wydaje mi się też, że "monstrum" się tak nie odmienia. "monstra" to by była liczba mnoga.

Wtrącenie psuje nieco dynamikę sceny. Ja bym to napisał np. tak:
"Nie bacząc na ból odwrócił się w stronę potwora".

Czuł jak ostre kamienie ranią go po rękach, na których próbował się podeprzeć.

Ostre kamienie raniły go po rękach, którymi próbował się podeprzeć?

Jestem zwolennikiem unikania czasowników percepcji typu "czuł", "spojrzał", "zobaczył", "ujrzał", bo IMO oddalają czytelnika od tekstu przez zaznaczenie obecności narratora. Ale to może takie moje zboczenie tylko, wiadomo, że czasem nie da się ich uniknąć ;)
För några är ensamheten icke en omständighet som de ha råkat i, utan en egenskap.

Awatar użytkownika
Głodzia
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 332

Ashwar: Smocze Wyspy

Post#5 » 10 maja 2017, o 23:29

Interesujące, chociaż w tych imionach można się było pogubić.
Niebo nad jej głową było tak nieprzeniknione, tak niewyobrażalnie głębokie i bezkresne, że poczuła się malutka i nic nieznacząca.
______________________________
Enya <3
Leo Rojas <3

Shiloh
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 68

Ashwar: Smocze Wyspy

Post#6 » 11 maja 2017, o 00:29

Dość nierówny tekst. Zaczyna się ciekawie, potem jest rozwlekły i przynudza, a koniec przychodzi na szybko. Ostatecznie nie ma tu większej głębi, choć widać, że się starałeś.
Miej nadzieję na najlepsze, szykuj się na najgorsze. - Jack Reacher

Awatar użytkownika
Głodzia
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 332

Ashwar: Smocze Wyspy

Post#7 » 19 cze 2017, o 19:53

Będzie ciąg dalszy? Kiedy? Kiedy? Kiedy?
Niebo nad jej głową było tak nieprzeniknione, tak niewyobrażalnie głębokie i bezkresne, że poczuła się malutka i nic nieznacząca.
______________________________
Enya <3
Leo Rojas <3

Wróć do „Proza: fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości