[S.T.A.L.K.E.R] Ostatni bastion

Wszelkie formy krótkie. Drabble, miniatury, szorty.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować wyłącznie miniatury, drabble i krótkie opowiadania.

Przydatne definicje
drabble: krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story): krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

Teksty dłuższe (fragmenty powieści, długie opowiadania) należy publikować w dziale "Opowiadania i fragmenty powieści".
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
ensamheten
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 76

[S.T.A.L.K.E.R] Ostatni bastion

Post#1 » 31 maja 2017, o 18:42

Hej, zdecydowałem się wrzucić opowiadanie 29k zzs, osadzone z grubsza w uniwersum S.T.A.L.K.E.R.a. Zona, Czarnobyl, mutacje, psychotroniczne eksperymenty, te sprawy. Byłbym wdzięczny za wszelkie uwagi, wytknięcie błędów logicznych, dziur, braków, nudnych fragmentów itd. Zapraszam :smiley:

Ostatni bastion

Nie wiem, jak długo już klęczę pod ścianą korytarza, wsłuchując się w złowrogą ciszę podziemnego laboratorium. Nogi mi zdrętwiały, ale nie odważę się usiąść. Nie w tym przeklętym miejscu, gdzie ułamki sekund decydują o życiu lub śmierci. Ściskam nerwowo chwyt kałasza, jakby ta gówniana broń miała mi w czymkolwiek pomóc. Zanim strzelisz, to mutant cię trzy razy zdąży zabić. Żeby ich szlag trafił, pieprzonych Kacapów. Co oni tu robili, co w tej Zonie przeklętej się dzieje... „Monitorowanie poziomów radiacji”, „rekultywacja obszarów wokół Czarnobyla”, dobre sobie! Poznasz twórcę po jego dziele. Tych, co wypuścili na świat tutejsze potwory można tylko przeklinać. Cholerne Ruski, co my się z nimi mamy. Komunizm, Hołodomor, Krym, a jakby tego było mało, to jeszcze te ohydne eksperymenty na naszej ziemi przeprowadzali. Już nie mówiąc o reaktorze w osiemdziesiątym szóstym. Idioci skończeni!

Gdzieś niedaleko kapie woda. Ohydny, zimny dźwięk rozbrzmiewa echem po całym korytarzu. Podobno jest taka tortura, człowiekowi odbija od ciągłego kapania... I te chrobotanie za ścianą. Tuszkany, tutejsze szczury. Wiadomo, jakie tu są szczury. Z piekła rodem, jak wszystko w tej zasranej Zonie. Sierści brak, skóra schodzi płatami, zęby jak u tygrysa i jeszcze na dwóch nogach zaiwania.

Kilka metrów w prawo tunel kończy się drzwiami na drugi poziom podziemi. Zatrzasnąłem je podczas ucieczki, z niemałym zresztą trudem. Zamek szyfrowy, gruba pancerna stal. Teoretycznie nie do sforsowania dla mutantów, ale jakoś nie jestem tego taki pewny. Zwłaszcza po zgaszeniu latarki.

Boję się ją ponownie zapalić, a ciemno tu jak w grobie. Tylko archaiczna lampka alarmowa rozprasza mrok, miarowo obracając się pod kloszem. Szkarłatny blask pada to na drzwi, to na ściany, a ja za każdym mignięciem mam nadzieję, że nie ujrzę nagle jakiegoś potwora, skąpanego w czerwonym świetle. Swoją drogą ciekawe, skąd tu prąd. Generatory awaryjne? Ale to Zona, tutaj nic mnie już nie zdziwi, nawet lampa działająca bez zasilania. Nie takie cuda są tu możliwe. Aż w człowieka wraca jakiś pierwotny lęk, wszystko to, co cywilizacja niby dawno już wyrzuciła. Duchy, demony, umarli, co wstają z grobów. Sąd Ostateczny. Ot, Bóg nam zrobił apokalipsę na próbę. Taką lokalną, żebyśmy mieli przedsmak.

Misja poszła w diabły. Bo ja już po te dokumenty nie wrócę, choćby mnie mieli za to pod ścianę postawić. Mądrale, tam w sztabie, och, jacy mądrale! Wysłać ludzi do Zony to potrafią, ale ich stamtąd wyciągnąć to już nie bardzo. Pewnie spisali nas na straty. Dranie! Przecież nie jesteśmy jakimś pierwszym lepszym mięsem armatnim, tylko żołnierzami sił specjalnych, do kurwy nędzy!

Siedmiu ludzi mi dali, cała drużyna, więcej do śmigłowca nie wejdzie. I co? Sam zostałem. Na górze zostawiłem Stecenkę i Ilaszczuka, żeby pilnowali wejścia. Może jeszcze żyją, jak ich emisja nie zabiła. Że też musiało to cholerstwo przyjść akurat, jak się już do wyjścia zbieraliśmy.

No i jak tylko uderzyła emisja, to się wszelkie ścierwo zaczęło budzić. Zombiaki, psia ich mać... Fiodora postrzelili, ale że to tępe i powolne, to drani wykosiliśmy. Swoją drogą to szkoda nieboraków, nie tak dawno byli ludźmi. Ale tamci, co potem? Kurwa, z rur zaczęli wyłazić, z szybów wentylacyjnych, na czterech łapach... Snorki, co za nazwa. Ciarki przechodzą. Iwan niósł walizkę, ale Iwana jakieś bydlę włochate ściągnęło po schodach na dół, a walizkę razem z nim. Spadła tam i leży. A jak on krzyczał, Jezu Chryste. Coś czuję, że tego wrzasku to już z głowy nie wyrzucę. Nie wiem, dlaczego akurat tego, w końcu wszyscy się darli, jak ginęli. No, oprócz Gieny, bo ten w „elektrę” wlazł i raz dwa go usmażyło, szybciej, niż zdążył się odezwać. Szczęście, że tylko jego, bo mogło nas wszystkich porazić, jakbyśmy bliżej siebie szli. Ten swąd palonego mięsa i stopionej gumy... Nie, nie myślmy o tym, bo się zaraz porzygam. Potem będzie czas na rozpamiętywanie. Teraz trzeba znaleźć drogę na górę, nawiązać łączność i czekać na ewakuację. Oddział poniósł za duże straty, zostaliśmy zmuszeni do odwrotu. Koniec kropka. Jak chcecie, to mnie zdegradujcie, nawet do kompanii karnej mnie możecie zesłać. Kurwa, już bym wolał siedzieć na Kordonie, trzepać hajs na przemycie, raz na miesiąc ustrzelić jakiegoś mutanta i mieć na wszystko wywalone.

No ale kogoś muszą też w głąb Zony wysyłać. Ciekawe, na czym im tak zależy. Pewnie chcą ustalić, co tu się właściwie dzieje i co się działo wcześniej, przed feralnym rokiem 2006. Rzuciłem okiem na te papiery, ale żeby to pojąć, to trzeba mieć koński łeb. Przynajmniej dysk twardy i kartę magnetyczną mam przy sobie, więc może uznają to za połowiczny sukces.

Tylko trzeba się stąd wydostać. No właśnie, siedzę, mędrkuję, a ruszyć się nie mogę. Kurwa, aż mi wstyd. Testy psychologiczne, mordercze treningi, szkolenia. Najlepsi z najlepszych, twarde chłopy. I wszystko szlag trafił. Nawet ja narobiłem w portki, a co dopiero moi ludzie musieli przeżywać. Przecież „żołnierz zawsze naśladuje dowódcę”. Jest granica, do której można maskować strach. Żeby to było zwykłe pole walki... „Zielonych ludzików” byśmy się nie bali, tego jestem pewien. To tylko ludzie. Ale jak się widzi rzeczy z koszmarów, jak wszelki zdrowy rozsądek zawodzi... Nigdy nas nie szkolili do walki z mutantami. Albo jak przejść przez pole anomalii. Coś tam było, jakiś kurs, ale co to za nauka. Sama teoria. Bo i nie ma jak tego przećwiczyć. Manewrów w Zonie nie zrobisz, straty by były wyższe jak na wojnie. Może kiedyś, dziesiątki trupów później w końcu wypracują jakieś metody. Dadzą nam porządny sprzęt, powiedzą, co i jak. Mam nadzieję. Albo że chociaż przyjdą i nas pomszczą. Wytną w cholerę całe to plugastwo, spalą i wysadzą wszystko w powietrze. I nie będzie już żadnej Zony.

Czemu nie zrzucą atomówki na Elektrownię? Promieniowanie? E tam, to najmniejsze zmartwienie. Reakcja Zony, to by dopiero było! Stalkerzy mówią, że jak człowiek uderza, to ona dwa razy mocniej oddaje. Może i jest jakaś mądrość w tych zabobonach. Weszliśmy tu uzbrojeni po zęby, to zaraz nas wszystko oblazło. A ci chodzą po Zonie w skórzanej kurtce, śrubki rzucają i jakoś żyją...

Zardzewiała rura zaburczała głośno, aż mnie ciarki przeszły na ten nagły dźwięk. Jakby te cholerne podziemia same były jakimś ożywionym tworem, siedmiogłową bestią, która zamiast trzewi ma betonowe tunele. Niezły labirynt się tu ciągnie. Mam zresztą mapę, ale nawet nie muszę zerkać, trasę na pamięć wyryłem. Jak przymknę powieki to ją przed oczami widzę, chyba mi się ze strachu w pamięci wypaliła. Korytarzem w lewo, potem prosto i trzecie drzwi po prawej, na samym końcu. Przejść przez kotłownię i będą schody na górę, te same, którymi tu weszliśmy. Szczęście, że się zdołałem tutaj dowlec w jednym kawałku, po tym, co nas na dole spotkało. Bóg jeden wie, ile to gówno ma poziomów. Jakby człowiek do samych piekieł schodził, ciągle niżej i niżej, a końca nie widać. Tylko mutantów coraz więcej i coraz okropniejsze.

Nagle słyszę skrzypienie uchylanych gdzieś drzwi. Powolne, przeciągłe, ostrożne. Jezu Chryste... Znów się trzęsę, dłonie mam zimne ze stresu. Co prawda, to może być ekipa ratunkowa albo moi ludzie pilnujący wejścia. Skąd mają wiedzieć, że ktoś przeżył, skoro siedzę cicho jak mysz pod miotłą? Odkąd skończyła się ta rzeźnia tam na dole, to ani słowem się nie odezwałem. Nikt nie wołał, nikt nie jęczał, uznałem, że wszyscy zginęli. Tylko ryki, gulgotanie i walenie łapami w rury. Dobry Boże, co te stwory tam potem musiały z nimi robić. Pewnie nawet nie ma co zbierać. Identyfikacja zwłok niemożliwa. Zaginiony w akcji, tyle się rodzina dowie. Może się jeszcze odnajdzie. Tak łatwiej powiedzieć, niż prosto z mostu walnąć, że poległ i potem patrzeć, jak żona mdleje, dzieci w bek, rodzice bledną, a ich oczy raz na zawsze gasną...

Tchórz. Jestem tchórzem. Boję się ruszyć, zdradzić swoją pozycję choćby najlżejszym szmerem. Ale czy to mnie uratuje przed mutantami? I tak mogą mnie pewnie wywęszyć albo wyczuć jakimś innym, nieznanym nauce zmysłem.

Bębnię palcami po łożu AKSa. Gdyby nie lakier, drewno dawno by zbutwiało od potu zgromadzonego na moich dłoniach. Kurwa, przecież jest jakiś limit, ile czasu człowiek może bezczynnie siedzieć i się stresować. Potem trzeba coś zrobić. Uczyli mnie o tym. Dlaczego krasnoarmiejcy biegli na niemieckie karabiny maszynowe, ginąc tysiącami? A co mieli zrobić? Stać w miejscu, a może zrejterować i dostać kulę w łeb od NKWD? Nie mieli wyjścia, więc biegli do ataku. Brak wyboru daje w istocie wolność, bo kiedy jest tylko jedna droga, można iść tylko nią. Wolność od wahań, wolność od myślenia, oczywisty w swej prostocie przymus. No, weźcie się w garść, kapitanie. Liczymy na was. Bądźcie przykładem dla swoich ludzi, Kuzniecow. Nawet jeśli już nie żyją.

Ostatni raz sprawdzam broń, poprawiam na sobie kamizelkę, pociągam łyk wody z manierki i wreszcie się podnoszę. Nogi się pode mną chwieją, zastała w żyłach krew potrzebuje chwili, by znów zacząć krążyć. Odpalam umieszczoną na hełmie latarkę, wąski strumień zimnego światła omiata zmurszałą, pokrytą zaciekami ścianę. Kiedyś było tu pewnie czysto, jasno i schludnie. Przyjemny szum wentylatorów wypełniał pomieszczenia. Naukowcy przechadzali się korytarzami, dyskutując o wynikach ostatnich badań i snując marzenia o Noblu. A potem coś poszło bardzo, ale to bardzo źle. Fala anomalnej energii przewaliła się nad całą Strefą Wykluczenia, zabijając wszystko na swojej drodze i raz na zawsze odmieniając oblicze Zony. Na gruzach starej powstała nowa, o wiele rozleglejsza i tysiąc razy bardziej niebezpieczna. Mutanty, niewidoczne pułapki, niewyjaśnione zaginięcia. Tajemnice, których lepiej nie odkrywać.

A teraz tacy jak ja muszą cały ten burdel posprzątać. Jedni narozrabiali, a drudzy za to płacą. I gdzie tu sprawiedliwość? Dobrze mówili, nie pchaj się do armii. Ale co mogłem zrobić? W domu bieda, w całym kraju bieda, a armia chociaż jeść da i kariera pewna. Lata służby, awanse, przyjęcie w szeregi Specnazu. Rodzice byliby dumni, gdyby jeszcze żyli. W każdym razie wszystko zaczynało się powoli układać. A potem dwie katastrofy na raz: Zona i Lenka, niemal jednocześnie. Diabli, jednej by starczyło, ale ze mną los się oczywiście musiał lepiej zabawić. Lena mnie rzuciła, a ja zamiast wylądować w objęciach nowej panienki, to znalazłem się tutaj, w najgorszym miejscu na Ziemi. Chuj by to strzelił. Równie dobrze mogłem się nigdy nie narodzić.

Wylot korytarza widnieje kilkanaście metrów w lewo, ciemniejszy prostokąt przejścia odcina się na tle powleczonych światłem latarki ścian. Mój pierwszy krok rozlega się echem w całym tunelu, kawałki popękanych płytek chrzęszczą pod twardą podeszwą buta. Wstrzymuję oddech, mam wrażenie, że dźwięk słychać w promieniu kilometra. Nic się jednak nie dzieje, dalej panuje martwa cisza, przerywana tylko kapaniem wody i skrzypieniem lampki pod kloszem. Przekradam się ostrożnie wzdłuż ściany, jednym okiem paranoicznie pilnując drzwi. Jak ja nie cierpię zamkniętych przestrzeni, tej ciasnoty, niepewności...

Powoli zmierzam do skrzyżowania, zaraz wejdę na główny korytarz, kiedy nagle słyszę czyjeś kroki. Zamieram w bezruchu, zatrzymują się wszystkie komórki mojego ciała. Cisza. Pokonuję kolejny metr i znów zamieniam się w słup. Czekam. Zimny pot spływa po karku, staram się rozluźnić napięte mięśnie. Palec na spuście, jestem gotów roznieść na strzępy wszystko, co mogłoby wyskoczyć z korytarza.

Odliczam do zera. Jeżeli nic nie usłyszę, idę dalej. Pewnie przestraszyłem się własnych kroków, wyobraźnia płata mi figle. To normalne w warunkach deprywacji sensorycznej i przy niskiej zawartości tlenu w powietrzu. Cztery, trzy, dwa, jeden...

Znów. Pojedynczy ciężki krok od strony kotłowni. Lodowa kula rośnie mi w żołądku, mam wrażenie, że zaraz rozerwie jego ścianki i wypełni mnie całego, zamrażając krew w żyłach. Nie ma cienia wątpliwości – ktoś skrada się identycznie jak ja, próbując zamaskować własne stąpnięcia moimi. Ja stawiam stopę – tamten robi to samo. Zatrzymuję się – staje i on. Tyle że teraz się zdradził, źle wyliczył moment, w którym spodziewał się usłyszeć mój następny krok.

Teraz obaj wiemy, że ja wiem. Otwieram usta, by dać jakiś znak, że jestem człowiekiem, ale głos grzęźnie mi w krtani. Zbyt ryzykowne. Ale przecież jeśli nie odpowie, to wiadomo, że... Oblizuję wyschłe, pogryzione wargi. Myśli rozpierzchają się w nieładzie, pod czaszką robi się przeraźliwie pusto.

Dość tego. Dłużej nie wytrzymam. Niech się rozstrzygnie. Szybko podkradam się do rogu i przywieram plecami do ściany. Wyraźnie słyszę, jak tamten przyspiesza. Biorę głęboki wdech i wypadam zza osłony. Przyklękam na kolano, lufa skierowana w lewo.

Pusto. Stożek światła wydobywa z mroku obszerny korytarz z szeregiem wyrwanych drzwi, wiodących do bocznych pomieszczeń. Drobiny kurzu wirują leniwie w jasnej smudze, poza tym panuje absolutny bezruch. Rzut oka w prawo. Tutaj również czysto, jedynie radioaktywne kałuże mienią się fluoroscencyjnym blaskiem, nadając upiorne, oniryczne kształty ustawionym wzdłuż ścian szafom. Nieco dalej pusty szyb nieczynnej windy.

Dobrze znany widok, przed paroma godzinami szliśmy tędy całą piątką. Zbadaliśmy wszystkie odnogi i pomieszczenia na tym poziomie. Nie natknęliśmy się na nic poza paroma tuszkanami. Główne wejście zawalone, jedyna droga na zewnątrz wiedzie przez kotłownię i właśnie stamtąd dobiega hałas. Można założyć, że to Stecenka z Ilaszczukiem. Co prawda, kazałem im pilnować wejścia, ale kiedy przyszła emisja, musieli się gdzieś schować. Najprędzej na dole, w kotłowni. Może niepotrzebnie się skradam. Ale pewności nie ma. Zresztą w tym zrujnowanym, podziurawionym anomaliami labiryncie mogły powstać jakieś nowe przejścia. Taki „grawikondensat” rozrywa zbrojny beton jak papier. Dziury w podłodze, w suficie... Stwory mają swoje ścieżki, zawsze wiedzą, gdzie uderzyć, skąd zaatakować. Okropne, dosłownie nigdzie bezpiecznego kąta.

Wślizguję się na korytarz, ruszam przed siebie. Aby szybciej, aby mieć to już z głowy. Podnoszę nieco wzrok. Snop światła prześlizguje się po ścianach i wtedy go dostrzegam. Stoi w drzwiach do kotłowni, na granicy widoczności. Dwa grube paluchy zaciśnięte na framudze, nad nimi pół brzydkiej twarzy. Żadnego ruchu, tylko stoi i obserwuje. Złe przeczucie uderza gorącą falą w przeponę, organizm odpala adrenalinę. Osz kurwa...!

Nie myślę, po prostu rzucam się z powrotem za róg. Wstrętny basowy ryk rozrywa ciszę jak grzmot, już wiem, kto na mnie czeka. Przeklęty kontroler atakuje z całą mocą, wściekle, bezpardonowo. Skronie eksplodują bólem, telepatyczny nacisk gniecie czaszkę. Uciekać! Wiać, zanim nadejdzie fala psychicznego terroru, zanim tamten wyssie ze mnie resztki człowieczeństwa.

Gnam z powrotem do drzwi, głośno dudniąc buciorami. Słyszę i czuję, że mutant rusza za mną. Nie zamierza wypuścić swojej ofiary. Piszczy mi w uszach, widzę jak przez mgłę. Dopadam panelu kontrolnego zamka. Tam na dole roi się od snorków, ale lepsze to, niż paść łupem psionika. Odroczyć, byle odroczyć ten paskudny moment. Nieważne, tu czy tam, tylko dajcie mi jeszcze trochę pożyć, tylko troszeczkę, wtedy na pewno znajdę jakiejś wyjście...
Żałosny głupcze... – głęboki bas dudni mi pod czaszką. Myśli telepaty wdzierają się między zwoje mózgowe, przecinają połączenia między neuronami, zatapiają obie półkule w truciźnie.
– Nie! Zostaw mnie... muszę... – mój zachrypły głos zmienia się w bełkot, nie poznaję go. Serce wali jak młotem. Ciężkie kroki bosych stóp są coraz bliżej, potwór miarowo zmierza do celu. Jakby się nie spieszył, jakby wiedział, że i tak mu nie umknę.
Wracaj i walcz, jak przystało na prawdziwego mężczyznę. Nie pamiętasz, co ci Lenka powiedziała?
Nie, nic mu do tego... Jaki był ten kod?! Trzy, zero, cztery, dziewięć? Wstukuję kolejne cyfry, starte klawisze tańczą mi przed oczami. Naciskam na masywną klamkę, ale nic się nie dzieje. Cholerne drzwi! Pcham, jęczę, dyszę, błagam je, by szybciej ustąpiły. Nic z tego. Zacięły się albo zły kod. Zanim otworzę gródź, tamten mnie wykończy. Muszę go jakoś zatrzymać, choć na chwilę!
Na dole czeka tylko śmierć...
Chwiejnym krokiem ruszam z powrotem do skrzyżowania korytarzy. Ściany dwoją się i troją w oczach, karmazynowy blask lampy alarmowej wiruje w epileptycznym ciągu. Mózg zwalnia. Świat zachodzi sepią, która szybko zmienia się w najstraszliwszą, najbardziej smutną szarość, mrok bezlistnego lasu w ciemną listopadową noc. Idę spojrzeć w oczy najgorszemu z koszmarów Czarnobyla.

Wychylam się zza rogu i widzę go, jak idzie prosto na mnie. Kuśtyka i powłóczy nogami, zgarbiony jak staruszek. Wyciąga łapę w moją stronę, rozcapierzając krzywe palce w ekspresyjnym geście. Szeroki jak dynia łeb tkwi wciśnięty między pałąkowate ramiona, niemal zrośnięty z tułowiem. Pod grubymi łukami brwiowymi płoną małe, ciemne oczy bez źrenic.

Przerażenie przenika mnie do szpiku kości, włosy stają dęba. Ostatkiem woli podnoszę karabin do ramienia. Kałach waży tysiąc ton, czuję się jak dziecko na strzelnicy. Tamten chce zareagować, ale wyprzedzam go o ułamki sekund. Tytanicznym wysiłkiem ściągam spust, huk wystrzału wypełnia korytarz ogłuszającym echem. Kula ze świstem wchodzi w pokryte ropiejącymi owrzodzeniami ramię mutanta. Czarna, gęsta jak żywica krew opryskuje małpią twarz potwora, kontroler wydaje z siebie niski, niemalże ludzki jęk. Ból natychmiast go dekoncentruje. Wracają mi siły, kontury się wyostrzają. Biorę ohydną paszczę na cel. Jeden dobry strzał, może dwadzieścia kroków, nie sposób nie trafić...

Tamten widzi, co się święci i przypuszcza finałowy atak. Wykorzystuje całą swoją nienawiść, ból i głód. Czuję jego cierpienie jak własne. Postrzelone ramię piecze do żywego, puszczam karabin. Padam na kolana, przygwożdżony lawiną obrzydliwych obrazów. Pijany ojciec miota się po mieszkaniu, gdzieś rozbija się z brzękiem szkło. Krzyki, wrzaski, szamotanina, wybijam sobie zęby o kamień. Bicie policyjnymi pałkami pod żebra. Chłopcy przywiązani do łóżek, koszmar bezruchu i psychicznej tortury. Spadam w przepaść bez dna. Czuję wzrok kontrolera na sobie, przepala kości czaszki jak laser. Z piersi wyrywa mi się dziki wrzask. Krzyczy cała moja istota, protestuje wszystko, co we mnie ludzkie.

Pełznę na czworakach z powrotem w stronę drzwi. Ostre krawędzie potrzaskanych płytek ranią mi dłonie. Ból jest dobry, przypomina, że wciąż tu jestem. Kształtuje człowieka, zmienia go. Zbyt twardzi pękną jak naprężony metal, zbyt miękcy roztopią się, raz na zawsze tracąc swój pierwotny charakter. Trzeba wytrzymać... Czołgam się dalej, ściana minimalnie osłabia telepatyczną więź z oprawcą. Teraz już tylko uciekam. Nie dam rady z nim walczyć. Nie spojrzę drugi raz w tę potworną twarz, nie ma mowy.

Uderzam głową w drzwi. Mylą mi się kierunki. On jest tuż za zakrętem, warczy i mamrocze swoje zaklęcia. Uczepiam się dłońmi klawiatury zamka. Drżącymi rękami raz po raz wbijam ten sam kod. Zero reakcji. Napieram barkiem na stal. Walę pięściami w metal, walcząc o życie i duszę. Trzy, zero, cztery, dziewięć, na litość boską! Rzucam się na gródź jak dzik na drzewo, wreszcie przeklęte wrota ustępują, otwierając się na całą szerokość. Przede mną schody na dół, ratunek, zbawienie.

Wlokę się przez próg. Jestem już po drugiej stronie, kiedy dociera do mnie, że kontroler pokonał zakręt. Od zdobyczy dzieli go już tylko ostatnia prosta. Wwierca się spojrzeniem w moją potylicę. Widzi mnie, żałosnego robaka pełznącego w brudzie ziemi. Boże, jak ciężko wykonać jakikolwiek ruch. Kończyny odmawiają posłuszeństwa, jak we śnie, kiedy człowiek chce uciekać, a nie może. Grzęznę, duszę się, brnę jak mucha w smole. Moje chwile są policzone. On jest już we mnie. Rozmawia ze mną, wypełnia nędzny człowieczy umysł swoim potężnym intelektem. Echo jego myśli rezonuje w pustce mojej jaźni, słyszę go coraz wyraźniej. Słowa i obrazy zatapiają resztki rozumnej myśli, ostatnie skrawki świadomości tłuką się pod czaszką jak przerażone owady w pułapce. Jasna cholera, musi być jakiś sposób, by mu się oprzeć. Jakaś ostatnia cytadela, do której można by się wycofać. Twierdza umysłu, której nie dosięgną jego macki. Wszystko zależy od silnej woli. Dalej, naprzód. Muszę zamknąć drzwi, za wszelką cenę. Wytrzymam! Na pewno jest we mnie to coś... kurwa, trzeba to tylko znaleźć, tylko wytrzymać ten okropny skowyt. Przecież nie jestem nim, on nigdy nie będzie mną. Lenka... Pamiętasz? Zawsze jesteśmy sami. Nie ma zrozumienia, nie ma przebaczenia, nie ma zbawienia. Zamknięty w czterech ścianach własnego umysłu. Iluzją jest wiara w zbliżenie, w zjednoczenie z drugim człowiekiem. Nikt nie może strzaskać barier tego więzienia, jakim...

To nie pomaga, nie pokrzepia. Z tego źródła nie zaczerpnę sił. On zresztą nie jest człowiekiem. Ech, trzeba było zostać przy drzwiach, po co się cofałem... omotał mnie, on wiedział... ale to już bez znaczenia. Koniec. Przegrałem.

Pęka krucha skorupka mojej świadomości, tej śmiesznej, hodowanej przez tyle lat wiary w podmiotowość, odrębność, niezależność. Staję się narzędziem, zabawką w jego rękach. Tym, czym zresztą zawsze byłem. Zmieniłem tylko właściciela.

Ślina leci mi strugą z ust, jak wściekłemu psu. Podnoszę się z kolan do nowego życia jako jego sługa.


***

Otwieram oczy. Klęczę w kręgu światła na zimnej, mokrej posadzce korytarza, obejmując głowę rękami. Białe płytki podłogi przypominają powierzchnię Księżyca. Na piersi wciąż dynda mi karabinek, obok leży kilka łusek.

Nadmiar wrażeń wylał się z przepełnionej świadomości jak sok z rozbitego arbuza. Próbuję pozbierać potrzaskane kawałki samego siebie. Pod powiekami tańczą obrazy, dźwięki i emocje. Pot, krew i łzy na treningach. Przepustka, spacer z Lenką po parku. Siedzimy na ławce, ujmuję jej delikatny, blady policzek w moją szorstką, żołnierską dłoń. Pierwszy pocałunek, szczęście eksplodujące fontanną złotych iskier gdzieś pod przeponą. A potem wszystko rozwiewa się jak dym. Zazdrość, awantury, wyrzuty. „Ty wracasz z tej Zony jakiś odmieniony, nie poznaję cię”... Patrole, misje, odznaczenia, koszmar służby za Kordonem. Wreszcie widzę już tylko twarz kontrolera, która rośnie i rośnie, pochłaniając cały świat, aż w końcu wpadam do jego oczu, do tej czarnej jak węgiel, pełnej nienawiści otchłani.

Potrząsam głową, jakbym mógł wyrzucić ze środka całe to piekło. Ból pulsuje miarowym rytmem, zamykając skronie w żelaznej obręczy.
– Jasny gwint... – klnę i spluwam. Ślina jest gęsta i kwaśna. Mdli mnie. Cieknie mi z nosa, policzki mam mokre od łez. Mrugam kilka razy jak jaskiniowiec, który wychodzi na słońce.
– Kapitanie? – Ktoś podbiega i szarpie mnie za ramię.
– Czekaj! – syczy drugi facet, ale ten pierwszy lekceważy ostrzeżenia.
– Ste... Stecenka? – bełkoczę, rozpoznając charakterystyczny głos młodszego sierżanta.
– Dobra nasza, wraca do żywych! – melduje Stecenka. Teraz podbiega i tamten. Kucają obok, sierżant delikatnie łapie mnie za brodę.
– Nie po oczach... – protestuję, kiedy któryś przypadkiem oślepia mnie swoją latarką. Po chwili wraca mi wzrok, rozpoznaję moich ludzi. Patrzę to na jednego, to na drugiego, nic nie rozumiejąc.
– Jak się czujecie, dowódco? – pyta lejtnant Ilaszczuk, na jego surowej twarzy widać troskę.
Odpowiedziałbym, że bywało gorzej, ale nie mam siły kłamać. Szukam ręką plecaka, grzebię w nim w poszukiwaniu apteczki. Ilaszczuk mnie wyręcza, szybko podając przeciwbólowe. Połykam tabletki, zapijam wodą z manierki. Na moment przytykam czoło do podłogi, jakbym odprawiał modły do Allacha. Chłodna powierzchnia przynosi ulgę.
– Skąd wy tutaj? – bełkoczę mało gramatyczne pytanie, ale składanie słów wciąż przychodzi mi z trudem. Czekam, aż leki zaczną działać.
– No... usłyszeliśmy wrzaski, więc pomyśleliśmy, że ktoś tam jeszcze żyje... – zaczyna Ilaszczuk, Stecenka kiwa twierdząco głową. – Na dole szybko się okazało, że to ten cały kontroler.
– Bydlak cholerny. Najgorsze gówno w Zonie – wtrąca sierżant, czyniąc szybki znak krzyża na piersi.
– Wzięliśmy go w krzyżowy ogień. Raz jeden strzelał, raz drugi. Ja z kotłowni, Stecenka z sali po drugiej stronie korytarza. Skurwiel się chyba rozkojarzył, bo ta jego manipulacja osłabła. Chciał się schować, ale byłem szybszy. Udało mi się gada prosto w łeb trafić. W samą porę, bo i mnie zaczynało już odbijać... – Lejtnant odwraca wzrok przy tych słowach.
– I wam, Ilaszczuk? To znaczy, że ja... że on mnie... – urywam, przymykam oczy. Świadomość tego faktu jest zbyt okropna. Zwieszam głowę w geście pokuty, czuję się jak ostatni śmieć.
– Strzelaliście do nas, kapitanie. Coś okropnego. Szliście jak lalka na sznurku... – zaczyna sierżant, ale Ilaszczuk szybko go ucisza.

Nic z tego nie pamiętam. Pustka, zupełna próżnia. Przeżuwam słowa Stecenki. Kontroler przejął nade mną władzę, całkowicie. Powinni mnie zlikwidować, stwarzałem zagrożenie dla oddziału. W Zonie nie możesz ufać własnym zmysłom, a co dopiero drugiemu człowiekowi. Złamali instrukcje. Jak im się w ogóle udało... Co ja bym zrobił na ich miejscu?
– Dzięki, żeście mnie nie zastrzelili – mamroczę, wbijając wzrok w ziemię. – Złożę wniosek, żeby wam order dali... – gadam dalej, byle tylko przełamać drętwą ciszę.
– Możecie iść, kapitanie? – Lejtnant zmienia temat.
– Tak, nic mi nie jest... – Podnoszę się ciężko i niezgrabnie. Lekko kręci mi się w głowie, ale poza tym motoryka sprawna. Ilaszczuk dla wszystkiego podpiera mnie własnym ramieniem. Ruszamy do wyjścia, ale po chwili coś mi się przypomina. Zatrzymuję się i oglądam za siebie. Na środku korytarza w kałuży krwi leży ścierwo kontrolera.
– Coś nie tak, dowódco?
Zaprzeczam gestem ręki, puszczam ramię lejtnanta. Ostrożnie, na własnych nogach zbliżam się do truchła.
– Jasna cholera, wynośmy się stąd... – Słyszę nerwowy szept Stecenki. Podwładni posłusznie tkwią jednak na swoich pozycjach. Łączy nas braterstwo broni, więź silna jak żadna inna, ale gdybym teraz zrobił choć jeden podejrzany ruch, rozwaliliby mnie na miejscu. Trudno ich za to winić.

Spoglądam w milczeniu na martwego mutanta. Teraz nie wygląda już tak strasznie. W czole zieje dziura po kuli, pośmiertny grymas nadaje twarzy groteskowy wyraz. Potężna potylica pękła, przerośnięty mózg rozlał się szaroróżową breją po podłodze. Okrywające tułów podarte szmaty dobitnie świadczą jednak, że kiedyś był to człowiek. Boże święty, przysiągłbym, że on wygląda jak dziecko. Kalekie dziecko. Dziwnie niski i chudy, tylko twarz ma taką starczą i głowę wielką... Przymykam powieki. Wiem, że do końca życia będę widział ten obraz w koszmarach.
– W porządku. Idziemy, nie ma czasu – wydaję rozkaz, powoli odwracając się do żołnierzy. Widać, że przyjmują te słowa z ulgą. Z głębi podziemi słychać już gulgotanie snorków, zwabionych hałasem. Opuszczamy korytarz, przecinamy długą halę kotłowni. Wychodzimy krętymi, wąskimi schodkami na górę.

Na powierzchni czuję się jak nowo narodzony. Świeże powietrze działa ożywczo. Zatrzymujemy się w zniszczonym baraku, każę Stecence nawiązać łączność radiową z bazą. Czekamy na śmigłowiec.
– Jak myślicie, dowódco, jak to się stało, że on was nie wykończył? – ostrożnie pyta młodszy sierżant.
– Nie wiem. Nic nie pamiętam – odpowiadam półgębkiem, zaciągając się papierosem. – Widocznie mnie potrzebował do walki z wami, jak nadbiegliście – dodaję po chwili.
– Ja to słyszałem, że można mu się oprzeć przez pewien czas – wtrąca Ilaszczuk. – Dobrze, żeście wytrzymali tak długo, kapitanie. Mógł kazać wam się zastrzelić, albo...
– Ano... – potwierdzam, patrząc przez wybite okno w horyzont. Wyczuwam ciekawość podwładnych, ale kompletnie nie mam pojęcia, jak opisać to, co przeżyłem.
– Starałem się pamiętać, że ja to ja... – zaczynam niemrawo. – Myślałem też o Lence. Wiecie.

Wiedzą. Nie pytają o nic więcej. Zapada cisza, każdy pogrąża się we własnych myślach. Stecenka odmawia modlitwę. Gdzieś daleko wyją nibypsy, w krzakach po drugiej stronie kompleksu baraszkuje mięsak, zmutowany krewny świni. Takie stworzenia są jednak niczym. Największe zagrożenie to zawsze człowiek. Oraz to, co wychodzi spod jego rąk. Znów staje mi przed oczami twarz psionika, przypominam sobie jego ból i nienawiść, tak realne, tak podobne do moich. Nie wiem już, kto tu właściwie jest ofiarą. Może on przeklina nas, tak jak my przeklinamy Boga...
– Mnie się wydaje, że to hełm pana ocalił. Dobrze, że nam dali te Sfery. Solidny sprzęt – odzywa się młodszy sierżant po dłuższej chwili.
– No... – potwierdza Ilaszczuk. – Zobaczcie, człowiek w tym kasku wygląda, jakby sam miał łeb niczym kontroler! Okrągły taki. Bania jak wiadro!

Uśmiecham się połową ust, nie mam nastroju do żartów. Wciąż gryzie mnie świadomość, że nie znalazłem w sobie niczego, co mogłoby się oprzeć woli kontrolera. Z drugiej strony, jestem przecież żołnierzem. Uczono mnie posłuszeństwa, nie buntu. Wiary w siłę mięśni, nie ducha, choć to też ważne. Wróg miał być zawsze gdzieś tam, przed lufą, na celowniku. Nie w głowie.

Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś to jeszcze odszukam. Jakąś twierdzę w głębi serca, o murach nie do skruszenia. Coś, co zawsze da mi siłę i zawsze będzie moje.

Czas pokaże.
För några är ensamheten icke en omständighet som de ha råkat i, utan en egenskap.

Tagi:

Wróć do „Proza: miniatury i drabble”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości