Zachęcamy do komentowania tekstów! Na zwycięzcę tytułu Komentatora Kwietnia czeka nagroda książkowa - powieść ''Książę Mgły" - Carlos Ruiz Zafon!

Proza marca: Złodziej wspomnień - prolog | Poezja marca: cztery pory odpustów

Zapraszamy do udziału w zabawie komentatorskiej „Piórko”!
Rozruszajmy forum na wiosnę!

Obrazek

Smocze Opowieści - Cisza po burzy.

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
Kelorth
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 39

Smocze Opowieści - Cisza po burzy.

Post#1 » 30 sie 2017, o 11:49

[Od autora - Jest to szósta część mojej autorskiej powieści. Pomysł powstał kilka miesięcy temu, ale dopiero teraz postanowiłem się za to zabrać. Jeśli opowieść się przyjmie, to z chęcią będę ją z wami kontynuował. Eksperymentalnie piszę w narracji pierwszoosobowej]

Nazywam się Sariot, mam niespełna dwadzieścia osiem lat i jak na kogoś tak młodego, dźwigam całkiem sporą odpowiedzialność. Jestem smoczym władcą, o ile ten tytuł cokolwiek dzisiaj znaczy. Pochodzę z jedynego rodu czarnych smoków. Może niektórzy moi przodkowie mieli na głowie losy całego gatunku, ale na pewno nie przyszło im żyć w takich nietypowych czasach.
Słowem wstępu - minęło kilkadziesiąt lat od dziwnego zjawiska, które najstarsze smoki nazywają Czerwoną Burzą. Większość życia w Karagenie po prostu zniknęło. Nasza piękna kraina zdaje się rozpadać. Ci, którzy przetrwali, próbują dalej żyć, choć wszyscy doskonale wiemy, że nic już nigdy nie będzie takie samo.

***
Ciężkie krople deszczu rozbijały się na moim grzbiecie oraz skrzydłach, gdy przelatywałem przez kotlinę do charakterystycznej, skalistej góry na samym jej końcu. Ukryty pod osłoną nocy martwiłem się tylko i wyłącznie o pozostanie niezauważonym. Brzmi jak jakaś niebezpieczna misja, prawda? Nic z tych rzeczy.
Wracałem do domu, zwanego Murkvaldem. Niestety pomysł na zmianę tej kretyńskiej nazwy nie przeszedł i od tamtej pory z nieukrywanym obrzydzeniem wypowiadam to słowo. Nie mam pojęcia, kto na to wpadł... prawdopodobnie przy ustalaniu imienia dla naszego domu ktoś postanowił się porzygać, i tak pochwycono to słowo. Wspaniale...
Co do samego... Murkvaldu... jest to kompleks pieczołowicie wydrapanych jaskiń i korytarzy, który zamieszkuje mnóstwo smoków. Widocznie setki czy nawet tysiące lat temu smoki nie miały co robić, więc ryły pazurami w kamieniu dla zabicia czasu. Nie mogę jednak tak się wyrażać, ponieważ dzięki temu miejscu nie wyginęliśmy. Istotnym faktem jest, iż panuje zakaz opuszczania Murkvaldu po zmroku. Ma to związek ze zniknięciem mojego ojca - poprzedniego władcy. Wspominałem, że to my rządzimy? Chyba tak.
Ten zakaz obowiązywał również mnie. Jak wszyscy, to wszyscy. Podobno moje bezpieczeństwo jest najważniejsze. Widziałem już w ciemności wlot do jaskini. Zmrużyłem oczy, przypatrując się skalnej półce przed wejściem. Nikogo na niej było, więc tym razem szczęście mi dopisywało. Zazwyczaj ktoś stróżował przez całą noc, aby nikt - podkreślam - NIKT, nie wybrał się na nocną przechadzkę.
Obniżyłem lot. Wylądowałem ciężko na skale i natychmiast zagłębiłem się w tunelu. Stanąłem tylko na moment, aby otrzepać skrzydła z wody. Tylko w nielicznych przypadkach wróciłem niezauważony po ustaleniu tego głupiego zakazu. Czasami po prostu ktoś mnie krył, ale wyjścia pilnowały różne smoki i nie każdy z nich chciał przymknąć oko. Moje groźby niestety nie zawsze pomagały.
Szedłem po cichu korytarzem, wlepiając oczy w światło na samym końcu. Była tam duża "sala" - rozchodziły się stamtąd inne tunele do różnych części Murkvaldu. Źródłem światła były tak zwane Jasnogłazy... to po prostu żółte kamienie, które zawsze świeciły. Nie dawały żadnego ciepła, po prostu emitowały łagodne, żółtawe światło. Będąc już przy końcu tunelu, ujrzałem na ziemi cień - czyiś rogaty łeb. Ktoś siedział za rogiem i najwyraźniej pilnował wyjścia. Pozostało mi tylko mieć nadzieję, że śpi, lub to ktoś, kto nie zwróci na mnie uwagi.
Wkroczyłem w krąg światła, przyjmując bardziej wyprostowaną i godną króla postawę. Zrobiłem zaledwie kilka kroków, a ciszę przerwał niski, charczący głos:
— Latało się po górach, co?
Bardzo powoli odwróciłem głowę w jego stronę. Widziałem go pierwszy raz - starszy, jasnobrązowy smok o znudzonym spojrzeniu. Chyba nie był zadowolony ze swojej roli, bo każdy przecież wolał spać niż tkwić tam jak kołek przez całą noc.
— Bądź tak miły i udaj, że mnie nie widziałeś.
Strażnik w odpowiedzi przechylił lekko łeb, patrząc na mnie z lekką ironią.
— Wygadaj się, a urwę ci ryja — dodałem ostrzegawczo.
Natychmiast odszedłem, goniony jedynie przez krótki, cichy rechot. Brak szacunku spowodowany był moim młodym wiekiem. Musiałem sobie na niego zasłużyć. Powędrowałem do korytarza, który piął się na wyższe partie góry. Krętą drogą mijałem mniejsze groty, gdzie mieszkańcy Murkvaldu smacznie spali. Moje miejsce było na samym szczycie. W zasadzie to moich rodziców, ale odkąd zniknęli, nie pozostało mi nic innego, jak tam po prostu zamieszkać.
Jak przyszło na jamę władcy - była największa. W jednej ścianie widniało szerokie pęknięcie, przez które można było wyjrzeć na zewnątrz. Na podwyższeniu po przeciwnej stronie leżało duże legowisko, przypominające ptasie gniazdo. Tutaj również w ścianach umieszczono Jasnogłazy. Resztki paleniska na samym środku groty zawierały resztki zwęglonego drewna i kości. W takie bezsłoneczne okresy jak te, trzeba znaleźć inne źródło ciepła.
Podszedłem do szczeliny w ścianie, po czym oparłem przednie łapy na schodku i spojrzałem na granatowe, zachmurzone niebo, z którego sączył się bezlitosny deszcz. Padało od kilku dni. Od kilku cholernych dni w tle słyszę tylko ten pieprzony szum i wszędzie jest mokro. Przecież żyję w górach, nie w Puszczy Siedmiu Łez... to jest na drugim końcu kontynentu.
Podobno moi rodzice zginęli. Nie uwierzę w to, dopóki nie zobaczę jakiegoś dowodu. Wiem, że mój ojciec nienawidził tego miejsca - pewnie ze względu na brak większej swobody, czego i ja sam doświadczam. Nigdy nie mówił, że jego rola w Murkvaldzie jest łatwa. Czemu miałby mnie tutaj zostawić? Czemu miałby odejść bez pożegnania? Nic z tego nie rozumiałem. Czasami wątpiłem w to wszystko. Bywały momenty, kiedy całe moje życie i otoczenie wydawało się jedynie iluzją... a potem uderzała mnie rzeczywistość. Tak jak teraz.
Kolejny dzień zapowiadał się naprawdę nieźle. Nie słyszałem szumu deszczu, było jakoś cieplej, milej... wygodniej. Fakt, że po nieprzespanej nocy wstałem dopiero po południu, ale w końcu świeciło słońce. Aż podskoczyłem do tego prymitywnego "okna" i chciałem wystawić głowę na zewnątrz. Dobre samopoczucie zagościło we mnie po raz pierwszy od kilku dni. Nareszcie odrobina radości, możliwość wyjścia z tego więzienia i poczucia ciepła na grzbiecie. Tego mi najbardziej teraz brakowało.
Szybko zszedłem na sam dół i ze wzrokiem utkwionym w wyjściu z Murkvaldu ruszyłem prosto w stronę światła.
— SARIOT!
Jak zepsuć komuś humor jednym słowem? Właśnie w ten sposób. Stanąłem jak wryty i spojrzałem za siebie. Z jednego z korytarzy wyszedł Rovell. Rovell był moim powiernikiem, czy jak to się zawsze nazywało. Gdybym był wredniejszy i bardziej niewdzięczny, to powiedziałbym, że jest moim przydupasem na dobre i na złe. Znamy się w zasadzie od dziecka. Zawsze byliśmy przyjaciółmi, choć czasami żałowałem znajomości z tym upierdliwym, czerwonołuskim gadem.
— Co? — spytałem automatycznie.
Rovell podszedł prosto do mnie.
— Ty doskonale wiesz, co.
— Nie mów, że mam tam iść — mruknąłem, kręcąc głową.
— Ja tylko przekazuję wiadomości.
Popatrzyłem na niego ze złością. Bywały momenty, kiedy chciałem go skrzywdzić.
— To powiedz im, że przekazałeś wieści. Idę nacieszyć się dniem — odpowiedziałem.
Ruszyłem prosto do wyjścia.
— Ty zdajesz sobie sprawę, że nie możesz ich olewać, prawda? — zapytał Rovell, równając ze mną krok.
— Ty zdajesz sobie sprawę, że nie możesz ich olewać, prawda? — powtórzyłem, naśladując go. — Od kiedy tak cię to interesuje?
Rovell zatrzymał mnie.
— Interesuje, bo siedzimy w tym razem — rzekł oschle. — Po prostu idź do nich, wysłuchaj wszystkiego, udaj skruszonego... tylko tym razem się nie kłóć.
Zapadła między nami cisza. Drgnęła mi powieka.
— Temperatura osiąga krytyczny poziom — powiedział żartobliwie Rovell. — Zaraz nastąpi zwolnienie blokady...
— Czemu ja cię jeszcze toleruję? — zadałem sobie pytanie. Odwróciłem się i z zaciśniętą szczęką ruszyłem do korytarza, z którego wyszedł Rovell.
Oni, o których mowa, to tak zwana Rada Pięciu. Nie wspominałem, że od Czerwonej Burzy zaczęliśmy układać wszystko od nowa. Rada pilnowała mnie, bo jestem jeszcze młody i niedoświadczony. Mieli służyć pomocą, dbać o ogólne bezpieczeństwo. Dawniej nie było czegoś takiego...
Na samym końcu tunelu znajdowała się spora, okrągła grota. Rovell poczekał na korytarzu, a ja bez słowa wszedłem do środka. Od razu zauważyłem, że nie wszyscy są obecni... był tylko Griff - najstarszy członek rady, najbardziej zgrzybiały i chyba najwredniejszy smok w tej okolicy - oraz ciemnoniebieska Jastra. Ona jako najmłodsza niedawno dołączyła do tej "elity", którą moim zdaniem należałoby zakopać żywcem w jakiejś dziurze.
Oboje przerwali rozmowę i spojrzeli na mnie. Nastała krótka cisza. Usiadłem w samym centrum pieczary, patrząc na Griffa z nieukrywaną niechęcią.
— Pewnie nie mogłeś dzisiaj spać, skoro wstałeś tak późno — odezwał się Griff swoim ponurym głosem.
Nienawidziłem go - od końcówki ogona, przez złote łuski, po czubek nosa. Czasami myślę, że niektórzy żyją zdecydowanie za długo.
— Jasne, ten brązowy pajac wszystko wam wygadał — prychnąłem, obracając głowę na bok.
— Sariot, przerabialiśmy to już milion razy — zawarczał Griff. Poruszył lekko ogonem, jakby zamierzał mnie zaatakować. — Czego nie rozumiesz w zdaniu "nie opuszczamy Murvaldu nocą"? Nie robimy ci na złość, dbamy o twoje i nasze bezpieczeństwo. Jesteś tutaj najważniejszy i nie możesz się narażać jak twój ojciec. Powinieneś dawać wzorowy przykład.
Spojrzałem wymownie w sufit.
— To moja sprawa, gdzie wychodzę i o jakiej porze — powiedziałem monotonnie.
— Tak? Garen myślał tak samo — przerwał mi Griff. — Do dzisiaj nie możemy znaleźć po nim choćby najmniejszego śladu. Zginął. Zostałeś sam, więc nie schrzań tego, bo wkrótce nie będziesz miał nad niczym kontroli.
— I co? Zabierzecie mi wszystko? — spytałem z niedowierzaniem.
— Sariot... od zniknięcia Garena nie kiwnąłeś nawet pazurem. Zacznij się interesować swoim otoczeniem, bo źle na tym skończysz. Twoją rolą nie jest grzanie dupska na słońcu.
Za każdym razem słyszę to samo. Gdyby obudzono mnie w środku nocy i kazano powtórzyć te słowa, to zrobiłbym to bez najmniejszego zająknięcia.
— Nie drąż tematu — ostrzegła mnie Jastra. Oni też doskonale znali wszystkie moje gadki.
Zapadło milczenie. Marzyłem, aby im coś wygarnąć.
— Jeśli nie masz nic do powiedzenia, to możesz odejść — rzekł Griff.
Zmrużyłem oczy i natychmiast opuściłem salę, spotykając grzebiącego sobie w zębach Rovella. Na mój widok opuścił łapę i zaczął:
— W skali od jednego do...
— Miliard — warknąłem, przysiadając przed nim. Wziąłem z dziury w ścianie nieduży Jasnogłaz i przerzuciłem go z jednej łapy do drugiej. — Też mają problemy...
— Nie przyszło ci na myśl, że mają rację?
O mało nie upuściłem kamienia. W ostatniej chwili złapałem go, po czym ostrożnie odłożyłem na miejsce.
— Rację? Żartujesz sobie? Uważasz, że powinienem przyznać rację temu skretyniałemu grzybowi?
— Skretyniałemu? — usłyszałem za sobą.
Odwróciłem się powoli. Griff patrzył na mnie z nieukrywaną wściekłością. Ogniki w jego oczach przypomniały mi, że pomimo pokaźnego wieku Griff wciąż jest energiczny, i najważniejsze - przerażający.
— Posłuchaj mnie — warknął bez mrugnięcia okiem. Zrobiłem dwa kroki w tył, wpadając zadem na Rovella. — Trzymaj język na wodzy, bo nawet ty możesz stracić głowę.
Wstrzymałem oddech. Każde moje słowo mogło znacznie pogorszyć tę chwilę. Stary smok nie dał mi nic powiedzieć. Ruszył od razu w górę korytarza. Zaraz za nim z sali wyszła Jastra, która tylko popatrzyła na nas, kręcąc głową i odeszła. Rovell odprowadził ją wzrokiem.
— Przestań, jest tak samo zepsuta jak oni — oznajmiłem zrezygnowanym tonem. — Nie wierzę, że tak po prostu dali jej miejsce w Radzie. Suka.
— Ale by ci dała po mordzie...
Uciszyłem Rovella jednym spojrzeniem. Jego komentarze nigdy nie pomagały. Odczekaliśmy jeszcze moment i poszliśmy na górę, skąd dotarłem w końcu do upragnionego wyjścia. Gorące promienie słońca były wybawieniem od złości, którą zasiał we mnie Griff. Przysiadłem na skraju skalnej półki i westchnąłem głęboko, podnosząc głowę do góry. Malownicza kotlina rozciągała się przed Murkvaldem, zachęcając do zeskoczenia na sam dół oraz przespacerowania do jej odległego końca. Wciąż czuć było zapach przeszłego deszczu. Pozostali mieszkańcy również korzystali z dnia.
— Dalej latasz nad kanionem albo zwiedzasz ruiny? — zapytał nagle Rovell, siadając obok mnie.
— Bo co? — zerknąłem na niego jednym okiem.
— Wiesz dobrze, że lepiej nie łazić w pobliżu starych miast. To może być niebezpieczne.
— Bo ci tak nagadali — powiedziałem zrezygnowanym głosem. — Daj spokój. Zawsze się włóczyliśmy gdzie popadnie i wracaliśmy o późnej porze. Czy kiedykolwiek coś nas zaatakowało?
— Ale nie byliśmy poza Żelaznymi Szczytami.
— Nie ciekawi cię, co tam jest? — spytałem poważnie.
— Nie wystarczą ci opowieści, prawda? — Rovell przewrócił oczami. Chyba zauważył mój błysk w oku, bo natychmiast ostro dodał: — Nawet o tym nie myśl, Sariot, nie polecisz tam!
— Nie masz nic do gadania — prychnąłem.
Rovell zbliżył się do mnie.
— Owszem, mam — zawarczał ostrzegawczo, patrząc mi prosto w oczy. — Mam chronić cię od głupich decyzji, a ty je nagminnie popełniasz.
— Dobra — odepchnąłem go od siebie. Rovell zrobił krok do tyłu i rozejrzał się dookoła. — Czemu ty taki jesteś, co? Od kiedy zacząłeś być taki zasadniczy, ostrożny? Brzmisz jak Griff. Może jeszcze powiedz mi, że planujesz do niego dołączyć.
— Nie, nie planuję — odrzekł zdenerwowany smok. — To takie dziwne, że mam na uwadze twoje bezpieczeństwo?
Parsknąłem krótko, choć nie był to przejaw rozbawienia.
— Nie potrzebuję twojej opieki — uciąłem. — Umiem o siebie zadbać.
Nastała chwila ciszy, przerywana jedynie delikatnym szumem wiatru oraz sporadycznym łopotem czyiś skrzydeł.
— Nie powinieneś ryzykować — oznajmił w końcu Rovell.
— Wiem! — wycharczałem, obracając gwałtownie głowę w jego stronę. — Przestaniesz mi to w kółko powtarzać? Jak tak dobrze wczuwasz się w swoją rolę, to może znajdę ci odpowiednie zajęcie, co? Rób tak dalej, a wymienię cię na kogoś, kto będzie bardziej pożyteczny.
Mój towarzysz otworzył paszczę. Nic jednak nie powiedział. Przybrał obrażony wzrok i popatrzył na kotlinę. W oddali do Murkvaldu zmierzały dwa smoki. Muszę przyznać, że jedyną rzeczą jaką zrobiłem, to wysłanie kogoś w celu znalezienia mojego ojca. Każdego dnia szanse na odszukanie mojej rodziny malały, a i tak już uznano ich wszystkich za martwych. To była ostatnia para, którą wysłałem na poszukiwania. Oczekiwałem, że przyniosą mi dobre wieści. Jak zwykle była to stresująca chwila.
Rovell zrobił miejsce, wycofując się do tunelu. Na skale wylądowała dwójka wyraźnie zmęczonych smoków. Szmaragdowa smoczyca mruknęła coś do swojego partnera, po czym odeszła, żałośnie ciągnąc za sobą ogon.
— Powiedz, że znalazłeś cokolwiek — powiedziałem pierwszy.
Niebieskołuski gad wziął głęboki oddech i rzekł wykończonym głosem:
— Zero, nic, brak jakichkolwiek śladów. Byliśmy dalej niż kiedykolwiek, ale to nie ma sensu.
Oklapłem, opuszczając nieco łeb.
— Na pewno? Spotkałeś kogokolwiek?
— Spotkaliśmy, ale inne smoki są wrogo nastawione do nieznajomych. Przykro mi to mówić, ale wszystko wskazuje na to, że Garen nie żyje.
Zerknąłem za siebie na Rovella, który uważnie słuchał naszej rozmowy.
— Niech będzie — mruknąłem. — Jesteście wolni. Przekaż Griffowi, że to koniec poszukiwań.
Odwróciłem się od niego. Zacisnąłem pazury na krawędzi skały. Usłyszałem, jak mój rozmówca odchodzi. Za każdym razem miałem palącą nadzieję, że w końcu coś znaleźli, choćby niewielki ślad po mojej rodzinie... abym przestał trwać w niepewności. Już wolałbym, aby dostarczyli mi dowód na ich śmierć. Co byłoby gorsze? Fakt, że rodzice zabrali moją siostrę i świadomie mnie tutaj zostawili, czy ich śmierć?
— Sariot... — Rovell podszedł do mnie i przysiadł obok.
— Nie pocieszaj mnie — powiedziałem bez emocji. — To wszystko nie ma sensu. To niemożliwe.
— Wiem, że to dla ciebie trudne. Ja na twoim miejscu też nie dopuściłbym myśli...
— Coś mi tutaj śmierdzi — oznajmiłem cicho. — Sam ich znajdę. Mam dosyć czekania.
Rovell wyraźnie się rozzłościł. Szturchnął mnie boleśnie pazurem w bok. Natychmiast poderwałem głowę i spojrzałem na niego groźnie.
— Jaja sobie robisz? — wycedził. — Nie słyszałeś, co ci powiedział? Inne smoki są wrogo nastawione. Do ciebie nie dociera, że jak ty zginiesz, to będziemy mieli problem? Nie chodzi tu tylko o ciebie, ale o wszystkich! O całą resztę!
— Pilnuj swojego nosa — ostrzegłem go. — Spróbuj mnie powstrzymać, a pożałujesz tego do końca życia.
Zeskoczyłem z półki, lądując na samym dole, na miękkiej trawie. Złożyłem skrzydła i ruszyłem powoli przed siebie. Musiałem pozbierać myśli.
Sometimes... I dream about cheese...

Tagi:

Awatar użytkownika
Głodzia
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 330

Smocze Opowieści - Cisza po burzy.

Post#2 » 30 sie 2017, o 20:14

Zaledwie początek przypadł mi do gustu. Potem było gorzej. Nie było dostatecznie ciekawie, główny smok, Sariot, jest dziwny, jakby na siłę wredny, sztuczny. Z nikim się nie liczy.
Żarty, np. ten o zwolnieniu blokady, są sztuczne, wymuszone, nieśmieszne. Użycie słowa "suka" też mnie zraziło, zniesmaczyło. No i tak naprawdę to niewiele się działo, Sariot był po prostu wiecznie z czegoś niezadowolony.
Jeśli chodzi o narrację pierwszoosobową to jest dobrze.
Tak ogólnie to moim zdaniem taka narracja jest interesująca, inna, zwłaszcza jeśli to zwierzę i jeśli można co nieco przemycić z jego prawdziwej natury i w ten sposób ubogacić tekst, a nawet nadać mu dzięki temu większą autentyczność.
Kilka błędów:
Ukryty pod osłoną nocy martwiłem się tylko i wyłącznie o pozostaniu niezauważonym.
o pozostanie niezauważonym
Była tam duża "sala", skąd rozchodziły się inne tunele do różnych części Murkvaldu.
Tu możliwe, że jest dobrze, ale dziwnie mi brzmi to "skąd". Chyba bym zmieniła na "z której'"
— To doskonale wiesz, co.
chyba miało być "Ty"
Niebo nad jej głową było tak nieprzeniknione, tak niewyobrażalnie głębokie i bezkresne, że poczuła się malutka i nic nieznacząca.
______________________________
Enya <3
Leo Rojas <3

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014
Posty: 908

Smocze Opowieści - Cisza po burzy.

Post#3 » 30 sie 2017, o 21:40

Wiesz, początek jest bardzo ważny, w pewnym sensie pełni rolę swoistej wizytówki. A co tutaj znajdujemy?
Mam na imię Sariot. Mam niespełna dwadzieścia osiem lat i jak na kogoś tak młodego, dźwigam całkiem sporą odpowiedzialność.

Dwa zdania maksymalnie nieciekawe, które rozpoczynają się identycznie: Mam. Gdybym czytał to jako opko czy też jako początek książki „w normalnym trybie”, tylko jako standardowy czytelnik, na pewno pi tych zdaniach odłożyłbym dalszą lekturę.

ale na pewno nie przyszło im żyć w takich dziwnych czasach.
Słowem wstępu - minęło kilkadziesiąt lat od dziwnego zjawiska,

„dziwnych – dziwnego”: kolejne powtórzenie.

Istotnym faktem jest, iż panuje zakaz opuszczania Murkvaldu po zmroku. Związane jest to ze zniknięciem mojego ojca - poprzedniego władcy. Wspominałem, że to my rządzimy?

Powtórzone „jest”.

Będąc już przy końcu tunelu ujrzałem na ziemi cień - czyiś rogaty łeb.

Przecinek po „tunelu”.

W zasadzie to moich rodziców, ale odkąd zniknęli nie pozostało mi nic innego, jak tam po prostu zamieszkać.

W zasadzie to moich rodziców, ale odkąd zniknęli, nie pozostało mi nic innego, jak tam po prostu zamieszkać.

Nie uwierzę w to dopóki nie zobaczę jakiegoś dowodu.

Nie uwierzę w to, dopóki nie zobaczę jakiegoś dowodu.

Wiem, że mój ojciec nienawidził tego miejsca,

Był królem i nienawidził swego królestwa? Rzadki przypadek; wypadałoby uzasadnić.

Pozostali mieszańcy również korzystali z dnia.

Chyba miało być „mieszkańcy”.

Rovell przewrócił oczami.

— Nie wystarczą ci opowieści, prawda? — Rovell chyba zauważył mój błysk w oku, bo natychmiast ostro dodał:
Powtórzone „Rovell”.

Pomijając pechowy wstęp, to jest nieźle. Jako początek czegoś dłuższego – może być. Relacja między dwoma smokami, trochę nienaturalna; skoro są przyjaciółmi, to zwłaszcza Rovell niezbyt wczuwa się w tę rolę. Poświęciłbym więcej miejsca opisom, scenografii, aby czytelnik mógł wyrobić sobie bardziej plastyczny obraz. Poza tym smoki są nieco nazbyt antropomorficzne; wiem, że to trudne, ale poszukałbym sposobu ich odczłowieczenia w trochę większym stopniu. Poza tym są „cywilizowane”, myślą, rozmawiają, a mieszkanie władcy wygląda jak nora jaszczurki z naszego świata. To jednak sprzeczność, albo zbyt daleko idące uproszczenie.
W każdym razie chętnie poczytam dalej.

Awatar użytkownika
Kelorth
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 39

Smocze Opowieści - Cisza po burzy.

Post#4 » 31 sie 2017, o 15:43

Dziękuję za opinie, na pewno wezmę je pod uwagę i w przyszłości bardziej skupię się na wyłapywaniu błędów, które wciąż mi umykają.

Tak, planuję to rozwijać, dlatego nie spieszę się tak z akcją. Nie mam zwyczaju zaczynać z tzw. "grubej rury". Zapomniałem dorzucić, że to tekst wieloczęściowy.
Parę rzeczy zostanie wyjaśnionych w przyszłości, m.in nienawiść ojca Sariota do swojego "królestwa". Po prostu wyjawienie tego mogłoby być spojlerem.
Sariot jest niezadowolony z sytuacji, w której się znalazł. Inaczej byłby spokojny. Stracił nagle rodzinę i nie ma pojęcia, co się tak naprawdę z nimi stało. Został sam ze wszystkim na głowie.

A co do tej sprzeczności - zdolność myślenia i świadomość nie równa się rozwojowi, jak to uczynili ludzie. Nie piszę kopii "Skrzydeł Ognia", gdzie smoki biegają z miotłami i robią sobie kolczugi. Nie stworzyłem smoków jako stworzeń, które używają narzędzi lub potrzebują specjalnych udogodnień. Są na swój sposób naturalne, ale nie niezdarne.
Sometimes... I dream about cheese...

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Smocze Opowieści - Cisza po burzy.

Post#5 » 31 sie 2017, o 16:26

Przeczytałem. Miałem coś dorzucić od siebie w kwestii błędów, ale wyprzedził mnie Gorgiasz. :)
Podoba mi się początek, natomiast końcówka zdaje się nieco naiwna. Nie wiem,jak to uzasadnić, ale takie wrażenie odniosłem. Brakuje tu jakiegoś "mocnego akcentu", jest trochę mdło.
Ogółem odniosłem pozytywne wrażenie i fajnie się czytało.
Pozdrawiam,
Graf
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Wróć do „Proza: fantastyka”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość