Kroniki Ashengaar: Wybudzony z wieczności

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
Towne Baws
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 47

Kroniki Ashengaar: Wybudzony z wieczności

Post#1 » 1 lis 2017, o 20:51


„Nie w takim świecie usnąłem, nie w takim chciałem się budzić…
Świat, który pamiętam, różnił się od tego, który zastałem. Wojna?
Owszem, była. I to nie jedna. Ale te wojny czemuś służyły. My czemuś służyliśmy.
Świat potrzebował nas, by zachować równowagę, nie by ją burzyć.
Czuję się zdrajcą, bo miałem moc, by to wszystko powstrzymać.
Teraz… Teraz jest już za późno.”



Rozdział I
Echo Wielkiej Wojny do dziś niesie się lasami Ashengaar. Choć od ostatniej bitwy minęły tysiąclecia, ani elfy, ani ludzie, nie czują się już bezpiecznie. Na samo wspomnienie tamtych wydarzeń, wielu mieszkańców Pradawnego Lądu wzdryga się i chowa do swych domów. Niegdyś niezwyciężone oddziały elfickich armii, dziś baczą na każdy swój ruch, każdy swój krok. Wiedzą, ile kosztuje chwila nieuwagi. Wiedzą, że śmierć nie jest już obojętna. Mówi się jednak, że istnieje coś, co może położyć kres ich obawom raz na zawsze. Legenda głosi, że wystarczy kropla wody z potoku płynącego przez Wymarły Las, by obudzić strażnika Ashengaar. Strażnika równowagi. Wielu odważyło się wyruszyć za rzekomym obrońcą, idąc ślepo w ślad pogłosek, tracąc przy tym życie bądź zmysły. Wyruszyli, nie wiedząc o nim nic. Ani tego, gdzie go szukać, ani jak go rozpoznać.
Mija już trzeci miesiąc, odkąd Garth opuścił Abendale. Misja, której się podjął, była równie niebezpieczna co bezzasadna. Odkąd Rada Najwyższych przestała sprawować pieczę nad losami ludzi, każdy, kto wyruszył w tak długą podróż, zdany był tylko na siebie. Odwaga i kunszt na nic się miały w potyczce z najmroczniejszymi istotami stąpającymi po półwyspie. Ich umysły ogarnięte były czarną magią, mocą dotąd nieznaną żywym istotom. Nie znały strachu, bólu czy zmęczenia. Choć w prastarych zwojach opisane są przypadki, w których podróżnicy wyrwali się ze szponów śmierci, szanse na powodzenie tropiciela malały z każdym dniem. Długa wędrówka i ograniczone zapasy mogą przyczynić się do śmierci Longbearda, nim ten spotka na swojej drodze jakąkolwiek istotę, z którą dane będzie mu się zmierzyć.
"Jesteś coraz bliżej… Coraz bliżej!” – pomyślał, rozkładając swoje podróżne toboły pod jednym z drzew – „Nie wolno ci teraz zawrócić.”
”Droga, którą przebyłeś, świadczy o twoim oddaniu, ale i naiwności, śmiertelniku.” – odezwał się głos w jego głowie.
- Co?! Kim jesteś?! Kto mówi?!
Mężczyzna rozejrzał się nerwowo dookoła. Ani jednej żywej duszy w zasięgu wzroku. Kogo usłyszał? Czy od tej samotnej wyprawy postradał już zmysły?
„Nie ja jestem teraz ważna. To ty się liczysz. To na sobie powinieneś się teraz skupić. Słabniesz.”
Po czole Longbearda zaczęły intensywnie spływać krople potu. Nerwowo rozwinął jeden ze skórzanych worów i wsunął do niego dłoń, natarczywie szukając w nim ostatków pożywienia. Na darmo. Raz jeszcze rozejrzał się dookoła, chwycił przywiązany do pasa sztylet.
- Nie oddam się tobie! - krzyknął - Kimkolwiek jesteś, spojrzę w twoje ślepia, nim na zawsze zakończę twój żywot!
Nastała cisza. Głos, który jeszcze przed chwilą brzmiał w głowie Gartha, nagle ucichł. Być może bawił się z nim, jak wilk bawi się z pokonaną zwierzyną, nim ją pożre. Jedno było pewne - zmysły Longbearda były na tyle wyostrzone, że na atak większości z tutejszych istot zdążyłby zareagować. Przymknął więc oczy, wziął kilka głębszych wdechów i przykucnął, dłonią opierając się o runo. Czuł drgania. Gdzieś niedaleko stąpała zwierzyna. Garth obrócił się ostrożnie, nasłuchując odgłosów niesionych przez wiatr. Coś zmierzało w jego kierunku i na pewno nie był to człowiek. Tropiciel zamarł w bezruchu. Nie poruszał się, wstrzymał oddech. Jedynym, co dobiegało jego uszu, były odgłosy szumiących drzew i nadciągającego z oddali zwierzęcia. Gdy uderzenia o grunt były na tyle wyraźne, by móc oszacować tempo i odległość, Garth wyprostował się gwałtownie i ruszył przed siebie. Gałęzie drzew haczyły o jego włosy, raz po raz nacinając skórę na głowie mężczyzny. Rany nie były głębokie, ale po tak wyczerpującej przeprawie, zdawały się być wyjątkowo uporczywe. Tropiciel biegł coraz szybciej, planując swój atak. Wiedział, że aby przeżyć, to on musi wykonać pierwszy ruch. Nie minęło parę chwil, gdy zza drzew wyłoniła się postać od niego po trzykroć większa. Mężczyzna bez dłuższego namysłu pochylił się, by zaraz odbić się od podłoża, ze sztyletem skierowanym ku gardle przeciwnika. Nim jednak zdążył go ugodzić, ogromne łapy powaliły tropiciela na ziemię. Otoczenie zaczęło cichnąć, świat powoli zanikał.

***

Ciało Gartha pokrywał szereg ran i zadrapań. Obolałe mięśnie dawały się we znaki przy każdej, nawet najmniejszej próbie poruszenia. W głowie tropiciela rodziły się coraz to nowe pytania. Czy żył? Czuł ból, światło raziło jego oczy, a ohydny smród zgnilizny dobiegał jego nozdrzy. Żył. Ale dlaczego? Jedyne, co pamiętał, to łomot ogromnych, prawdopodobnie wilczych łap. Nie zna zwierzyny kroczącej po ziemiach Ashengaar, która ot tak pozostawia ofiarę. Nawet bezlitosne dwugłowe ogary z Potępionych Ziem, pożerały swą zdobycz, nim ta zdołała się ocknąć.
„Przeżyłeś, bo ja tak chciałam.”
Znowu ten głos. Tropiciel podniósł się momentalnie. Niewyobrażalny ból rozrywał klatkę piersiową i mięśnie brzucha, on jednak nie przestawał. Ostrożnie oparł się dłonią o zabłocone podłoże, zmarszczył brwi i podniósł się ociężale, chwytając się najbliższego pałąka.
- Gdzie ja jestem? Gdzie ty jesteś?! – wydukał przez zęby – Pokaż się, potworze!
„Ja?” – odpowiedział głos, zaraz wybuchając śmiechem – „Nazywasz mnie potworem, choć zawdzięczasz mi życie? Cóż za arogancja. Cóż za niewdzięczność…”
Nad głową Longbearda przemknął cień. Był on tak duży, że na krótką chwilę pozbawił otoczenie światła. Tropiciel obrócił się na tyle, na ile pozwoliły mu obolałe mięśnie, wodząc wzrokiem po okolicy. Nic nie widział. Nic nie słyszał.
- Tu jestem, tuż za Tobą, wędrowcze.
Tym razem głos był prawdziwy. Zbyt prawdziwy, by być urojonym. Piękny, kobiecy głos, brzmiący jak idealnie dostrojona harfa. Longbeard pomacał się po skórzanym pasie, chcąc dobyć sztylet, lecz nic tam nie zastał. Wykonał powolny obrót, a to, co ujrzał, zaskoczyłoby każdego. Piękna, niemalże niebiańska istota o długich, jasnych jak piaski półwyspu włosach i dostojnych, szpiczastych uszach wpatrywała się w tropiciela swoim spokojnym, ale nieco przerażającym spojrzeniem.
- Nazywam się Leathrel. Podążam za tobą od kilku poranków. Co sprowadza Cię do Wymarłego Lasu?
- L-Leathrel? Lasu? J-Ja... Ja szukam potoku, strumyka... - wyjąkał zbity z tropu tropiciel - Gdzieś tu płynie strumyk, którego woda jest tak przejrzysta, że nawet Najwyższy nie zobaczy w niej swojego odbicia.
- Szukasz Xelithraza. Strażnika. Dlatego tu jesteś, mam rację?
- Xelithraza? To imię czarnoksiężnika! Ogarniętego szaleństwem wyrzutka!
- Czarnoksiężnika? - skrzywiła się w grymasie niezadowolenia - Xelithraz to smok, tropicielu. To jego szukasz. Pozwól, że Ci wyjaśnię...
Leathrel chwyciła dłoń mężczyzny. Nagle rozległ się błysk. Rażący nawet najwytrzymalsze oczy błysk, który zdawał się trwać całą wieczność. Gdy blask powoli słabł, oczom Longbearda ukazała się nieznana mu dotąd kraina. Nie było tu drzew, strumyków, czy nawet traw, do których zdążył już tak przywyknąć. Wszystko zdawało się być tak nieprawdziwie, że przez moment Garth miał wrażenie, że dał się podejść wrogowi. Że tak właśnie wyglądają zaświaty. Elfka uniosła delikatnie kąciki ust. Doskonale wiedziała, jakie myśli kłębią się w głowie jej towarzysza. Prowadziła mężczyznę za rękę po skalistej ścieżce, która wyryta była na zboczu czarnej jak węgiel skały. Wokół nich wrzała lawa, gorąca tak bardzo, że jedna kropla stopiłaby oręż kilku żołnierzy, nim zdążyłaby ostygnąć.
"Nie lękaj się, nic Ci tu nie grozi."
Garth już chciał otworzyć usta, odburknąć coś Leathrel. Dlaczego nie mówi do niego będąc obok? Kimkolwiek jest, ma specyficzne poczucie humoru. Igra z nim, bawi się jego zmysłami. Ciekawość Gartha jednak była zbyt silna, by spłoszyć przewodniczkę. Nie mógł stracić nad sobą panowania, nie w tej chwili.
Wędrowali tak kilka kwadransów. To, co widział w skalistej krainie, przekraczało jego najśmielsze wyobrażenia. Unoszące się w powietrzu kamienie i niewielkie kratery emanowały dziwną mocą. Pomimo zabójczej natury tego miejsca, czuł się nienaturalnie spokojnie. Aura, która unosiła się dookoła podsycała tylko jego ekscytację. Nagle Elfka stanęła. Garth zrobił jeszcze kilka kroków, nim zorientował się, że zostawił ją w tyle. Odruchowo odskoczył do tyłu, tak jak to miał w zwyczaju robić podczas nocnych polowań. Chwilę zajęło mu, nim spostrzegł, że ten gwałtowny manewr nie wywołał u niego ani kszty bólu. Czyżby wyzdrowiał? Opuścił głowę, wodząc wzrokiem po swoim ciele. Nie było na nim ran, mięśnie nie stawiały najmniejszego nawet oporu. Leathrel zwróciła wzrok ku górze. Na szczycie wielkiej na kilkaset stóp skały, spoczywał ogromny, pokryty lśniącymi jak diament łuskami smok. To jego obecność tak silnie wpływała na otoczenie.
"To tu. Dotarliśmy na miejsce." - zabrzmiał ponownie głos w jego głowie - "To jego szukasz. Ale przybyłeś zbyt wcześnie, wędrowcze. Xelithraz nie jest jeszcze gotowy. Ty nie jesteś jeszcze gotowy."
Tropiciel miał już odpowiedzieć, przekonać Leathrel co do swojej gotowości, gdy nagle aura złocistego światła ponownie uderzyła jego źrenice. Znów był w lesie. Nerwowo rozejrzał się dookoła, szukając swojej towarzyszki, lecz nikogo nie zastał. Był tam naprawdę, czy to kolejna wizja wtłoczona do jego umysłu? Tyle pytań, tyle zagadek, a Leathrel zniknęła wraz z końcem wizji. Piorunujący ból przeszył ciało Longbearda, mężczyzna upadł w agonalnym zgięciu. Znów był śmiertelnikiem. Być może nawet nigdy być nim nie przestał.
Garth usnął, nim słońce zaszło za horyzont. Zapewne rozmyślałby dalej, szukał odpowiedzi na nowe, nurtujące go pytania, gdyby nie ból i zmęczenie, które tak bardzo dawały się we znaki. Jedyne, co wiedział na pewno, to fakt, że szukał smoka. Smoka, który spoczywa w nieodgadnionej krainie, do której tropiciel samodzielnie nigdy się nie dostanie. Znów jedyną osobą, na którą mógł teraz liczyć, był on sam.

c.d.n.
Obrazek

Tagi:

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Kroniki Ashengaar: Wybudzony z wieczności

Post#2 » 1 lis 2017, o 21:41

Przeczytałam, całkiem interesujący pomysł, wciągające pierwsze zdanie. Podoba mi się, chętnie spojrzę na ciąg dalszy. Ale osobiście bardziej rozwinęłabym wstęp, żeby lepiej zobrazować okropieństwa owej wojny.

Towne Baws pisze: Misja, której się podjął, była równie niebezpieczna co bezzasadna.

Nie rozumiem, dlaczego bezzasadna? W końcu wyruszali w misję, żeby zapobiec przyszłym konfliktom, więc chyba jakiś sens w tym był?
Towne Baws pisze:Wyruszyli nie wiedząc o nim nic.

Wyruszyli, nie wiedząc o nim nic.

Pisanie zwrotów typu tobie, twój, ci wielką literą w opowiadaniach jest niepotrzebne.

Towne Baws pisze: Tropiciel biegł coraz szybciej, planując w głowie swój atak. Wiedział, że to on musi zaatakować.

Atak, zaatakować, może byłoby lepiej: Wiedział, że to on musi zadać pierwszy cios?

Towne Baws pisze: Nie ma tu drzew, strumyków, czy nawet traw, do których zdążył już tak przywyknąć.

Chyba jakaś nagła zmiana czasu z przeszłego na teraźniejszy ;)

Towne Baws pisze:Nie minęło parę chwil, gdy zza drzew wyłoniła się postać od niego po trzykroć większa. Mężczyzna bez chwili namysłu[...]
Garth zrobił jeszcze kilka kroków, nim zorientował się, że zostawił ją w tyle. Odruchowo odskoczył do tyłu[...]
Piękna, niemalże niebiańska istota o długich, jasnych jak piaski półwyspu włosach i pięknych[...]

Powtórzenia.

Towne Baws pisze:Był tam na prawdę, czy to kolejna wizja wtłoczona do jego umysłu?

Był tam naprawdę, czy to kolejna wizja wtłoczona do jego umysłu?
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Awatar użytkownika
Towne Baws
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 47

Kroniki Ashengaar: Wybudzony z wieczności

Post#3 » 1 lis 2017, o 21:57

Eneriston pisze:Przeczytałam, całkiem interesujący pomysł, wciągające pierwsze zdanie. Podoba mi się, chętnie spojrzę na ciąg dalszy. Ale osobiście bardziej rozwinęłabym wstęp, żeby lepiej zobrazować okropieństwa owej wojny.


Pomyślę, jak rozwinąć ten wątek w kolejnych rozdziałach.

A co do błędów - poprawiłem już, dzięki :wink:. Czytałem ten tekst kilkadziesiąt razy, zanim go wrzuciłem, a nie zauważyłem tych wpadek :squinting:
Obrazek

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1349

Kroniki Ashengaar: Wybudzony z wieczności

Post#4 » 5 lis 2017, o 08:54

Zgadam się z uwagami Eneriston - już wytknęła najważniejsze rzeczy.
Osobiście, uważam, że chyba trochę za dużo wydarzeń, jak na jeden, niezbyt długi fragment. Za mało szczegółów, emocji. Momentami jakiś taki sztywny styl pisania, który miał zapewne tworzyć atmosferę odpowiednią takiemu uniwersum, ale mnie to nie przekonuje. Chyba nie moje klimaty. ;)
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
Briala
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 175

Kroniki Ashengaar: Wybudzony z wieczności

Post#5 » 8 lis 2017, o 13:34

Hej!~~ Skoro błędy już poprawiłeś, to zrobię post-betę. ;)
Najpierw więc technikalia:
Choć od ostatniej bitwy minęły tysiąclecia, ani elfy, ani ludzie, nie czują się już bezpiecznie.

Niepotrzebny.

Na samo wspomnienie tamtych wydarzeń, wielu mieszkańców Pradawnego Lądu wzdryga się i chowa do swych domów.

Niepotrzebny.

Niegdyś niezwyciężone oddziały elfickich armii, dziś baczą na każdy swój ruch, każdy swój krok.

Powtórzenie. Wystarczy usunąć drugie, sens zostanie, powtórzenia nie będzie. :)

"Jesteś coraz bliżej… Coraz bliżej! – pomyślał, rozkładając swoje podróżne toboły pod jednym z drzew – Nie wolno ci teraz zawrócić.
Droga, którą przebyłeś, świadczy o twoim oddaniu, ale i naiwności, śmiertelniku.– odezwał się głos w jego głowie.

Ale zaszalały Ci tu te cudzysłowy. Powinny być wszędzie takie, jak te zaznaczone na żółto. W programie Word da się włączyć cudzysłowy drukarskie. A jak nie, to na klawiaturze numerycznej: alt + 0132 (otwierający: „) i alt + 0148 (zamykający: ”).
Do tego tekst strasznie niechlujnie wygląda z dywizami. Chyba to forum nie obsługuje półpauz, ale pauzy jak najbardziej. Dlatego można w edytorze tekstu ustawić w autokorekcie pauzę lub, podobnie, wklepać ją na klawiaturze (alt + 0151). W ogóle warto się tych kodów nauczyć. :)
A zaznaczonej kropeczki nie powinno być.
Mężczyzna rozejrzał się nerwowo dookoła. Ani jednej żywej duszy w zasięgu wzroku.

Zabrakło wcięcia akapitowego.
Po czole Longbearda zaczęły intensywnie spływać krople potu.

Jak wyżej.
- Nie oddam się tobie! - krzyknął- Kimkolwiek jesteś, spojrzę w twoje ślepia, nim na zawsze zakończę twój żywot!

Kropka.
Nastała cisza.

Wcięcie. (dalej też dużo ich brakuje, więc nie będę dalej tego wyliczać)
Jedynym, co dobiegało [highlight=red]jego uszu, były odgłosy szumiących drzew i nadciągającego z oddali zwierzęcia.

Wyrzucamy zaimki tam, gdzie to tylko możliwe. Tutaj wiemy, że Garth jest sam, nie ma tam nikogo innego, więc w domyśle będziemy rozumieć, że to o jego uszy chodzi, nie kogoś innego. A i unikniesz nadzaimkozy, jak troszeczkę to uszczuplisz. :D
Gałęzie drzew haczyły o jego włosy, raz po raz nacinając skórę na głowie mężczyzny.

Jak wyżej.
Podobnie „mężczyzny” jest zupełnie niepotrzebne.
Nie minęło parę chwil, gdy zza drzew wyłoniła się postać od niego po trzykroć większa.

Szyk: „wyłoniła się postać po trzykroć od niego większa”. Najpierw zaznaczamy „ilość” dopiero potem wprowadzamy przymiotnik.
Mężczyzna bez dłuższego namysłu pochylił się, by zaraz odbić się od podłoża, ze sztyletem skierowanym ku gardle przeciwnika.

Tropiciel zamarł w bezruchu.

Nim jednak zdążył go ugodzić, ogromne łapy powaliły tropiciela na ziemię.

W głowie tropiciela rodziły się coraz to nowe pytania.

Piszesz w formie narracji trzecioosobowej, ale z ukierunkowaniem na punkt widzenia Gartha. Twój bohater nie pomyśli o sobie raczej per „mężczyzna/tropiciel/łowca”, dlatego lepiej dwa razy powtórzyć imię lub wrzucić zaimek, niż raz za dużo wrzucić niepotrzebne określenie.
Mężczyzna bez dłuższego namysłu pochylił się, by zaraz odbić się od podłoża, ze sztyletem skierowanym ku gardle przeciwnika.

Garth. Gardłu.
W głowie tropiciela rodziły się coraz to nowe pytania.

A tu dałabym dwukropek, dla płynności, bo będziesz wymieniał zaraz te pytania.
Czuł ból, światło raziło jego oczy, a ohydny smród zgnilizny dobiegał jego nozdrzy.

Jak wcześniej. Oba niepotrzebne, a będzie płynniej, poprawniej. I nadal zrozumiale.
Nie zna zwierzyny kroczącej po ziemiach Ashengaar, która ot tak pozostawia ofiarę.

Nie znał. Pozostawiała (lub może nawet lepiej: pozostawiałaby). Skoro całość utrzymujesz w czasie przeszłym, to tak powinno zostać.
Podobnie:
Wiedział, że aby przeżyć, to on musi wykonać pierwszy ruch

Musiał.
Nawet bezlitosne dwugłowe ogary z Potępionych Ziem, pożerały swą zdobycz, nim ta zdołała się ocknąć.

Zbędny.
Tropicielpodniósł się momentalnie.

Lepiej: Garth.
Niewyobrażalny ból rozrywał klatkę piersiową i mięśnie brzucha, on jednak nie przestawał.

Tutaj też wypadałoby użyć ponownie imienia. Ponieważ w podmiocie masz wcześniej „ból”, więc wychodzi na to, że to ból nie przestawał. I czego nie przestawał? Przecież Garth już się podniósł.
Ostrożnie oparł się dłonią o zabłocone podłoże, zmarszczył brwi i podniósł się ociężale, chwytając się najbliższego pałąka.

Ależ nadsiękoza. Proponuję: „Ostrożnie oparł dłoń o zabłocone podłoże. Zmarszczył brwi i podniósł się ociężale, chwytając za najbliższy pałąk”. <- Zauważ też, że podzieliłam zdania na pół. W trakcie opisów wartkiej akcji, warto budować nieco krótsze zdania, bo dodają dynamizmu temu, co chcesz opisać. :) To taka moja propozycja.
- Gdzie ja jestem? Gdzie ty jesteś?! – wydukał przez zęby– Pokaż się, potworze!

Kropka.
„Ja?” – odpowiedział głos, zaraz wybuchając śmiechem– „Nazywasz mnie potworem, choć zawdzięczasz mi życie? Cóż za arogancja. Cóż za niewdzięczność…”

Kropka.
Tropiciel obrócił się na tyle, na ile pozwoliły mu obolałe mięśnie, wodząc wzrokiem po okolicy. Nic nie widział.

Garth/Longbeard. Poza tym: uciekł Ci podmiot. Wychodzi na to, że to mięśnie wodziły po wzrokiem po okolicy. Może lepiej odwrócić? Na przykład: „Wodząc wzrokiem po okolicy, obrócił się na tyle, na ile pozwoliły mu obolałe mięśnie”. I już problem z głowy. :)
- Tu jestem, tuż za Tobą, wędrowcze.

To nie forma epistolarna, użycie dużej litery w zaimkach „Cię/Ci/Tobie” jest w tym przypadku błędem.
Piękna, niemalże niebiańska istota o długich, jasnych jak piaski półwyspu włosach i dostojnych, szpiczastych uszach wpatrywała się w tropiciela swoim spokojnym, ale nieco przerażającym spojrzeniem.

Gartha/Longbearda/niego.
Podążam za tobą od kilku poranków. Co sprowadza Cię do Wymarłego Lasu?

Brakuje nawet konsekwencji w zapisie, najpierw wprowadzasz „tobą”, a obok masz „Cię”. Oczywiście „cię” winno zaczynać się małą literką.
wyjąkał zbity z tropu tropiciel-

Ten „tropiciel” jest tam zupełnie niepotrzebny — wiemy, o kogo chodzi. W żółtym miejscu: kropka.
- Czarnoksiężnika? - skrzywiła się w grymasie niezadowolenia-

Kropka.
Pozwól, że Ci wyjaśnię...

Małą literką.
Wszystko zdawało się być tak nieprawdziwie, że przez moment Garth miał wrażenie, że dał się podejść wrogowi. Że tak właśnie wyglądają zaświaty.

Powtórzenia „że”.
Doskonale wiedziała, jakie myśli kłębią się w głowie jej towarzysza.

Kłębiły. I skoro piszesz z perspektywy Gartha, to Garth mógł się tylko domyślać, że wiedziała. Nie mógł wiedzieć tego na pewno.
Prowadziła mężczyznę za rękę po skalistej ścieżce, która wyryta była na zboczu czarnej jak węgiel skały.

Gartha/go. Piszesz z jego perspektywy, a jednak miejscami, tam, gdzie Ci wygodnie, mieszasz z narratorem wszechwiedzącym.
"Nie lękaj się, nic Ci tu nie grozi."

Złe cudzysłowy. I „ci”.
Dlaczego nie mówido niegobędąc obok?

Imiesłowy przysłówkowe (czyli takie zakończone na „-ąc”, „-łszy”, „-wszy-”) oddzielamy przecinkami od reszty zdania.
Mówiła.
Kimkolwiek jest, ma specyficzne poczucie humoru. Igra z nim, bawi się jego zmysłami.

Była, miała, igrała, bawiła.
Chwilę zajęło mu, nim spostrzegł, że ten gwałtowny manewr nie wywołał u niego ani kszty bólu.

Krzty.
"To tu. Dotarliśmy na miejsce." - zabrzmiał ponownie głos w jego głowie- "To jego szukasz. Ale przybyłeś zbyt wcześnie, wędrowcze. Xelithraz nie jest jeszcze gotowy. Ty nie jesteś jeszcze gotowy."

Złe cudzysłowy i kropka.
Tropiciel miał już odpowiedzieć, przekonać Leathrel co do swojej gotowości, gdy nagle aura złocistego światła ponownie uderzyła jego źrenice.

Garth/Longbeard. Już miał.
Być może nawet nigdy być nim nie przestał.

Wiem, że miało brzmieć wzniośle i głęboko, ale wyszedł tu niezamierzony komizm. Winno być: „Być może nawet nigdy nie przestał nim być”.
Zapewne rozmyślałby dalej, szukał odpowiedzi na nowe, nurtujące go pytania, gdyby nie ból i zmęczenie, które tak bardzo dawały się we znaki.

Niepotrzebny.
Smoka, który spoczywa w nieodgadnionej krainie, do której tropiciel samodzielnie nigdy się nie dostanie.

Nadużywasz wszelkich odmian słowa „który”, kiedy można temu zapobiec. Pokażę Ci, na przykładzie tego zdania, jak: „Smoka spoczywającego w nieodgadnionej krainie, do której Garth samodzielnie nigdy się nie dostanie”.
I właśnie: Garth, zamiast tropiciel.

Teraz uwagi fabularne i logiczne:
Odkąd Rada Najwyższych przestała sprawować pieczę nad losami ludzi, każdy, kto wyruszył w tak długą podróż, zdany był tylko na siebie.

Czytelnik może się czuć trochę zagubiony. Wszak wcześniej ma się wrażenie, że chodzi o elfy? A tu nagle taki przeskok! Czy to zamierzone? Bo trudno mi się odnaleźć.

Być może bawił się z nim, jak wilk bawi się z pokonaną zwierzyną, nim ją pożre.

Zabawa jedzeniem to domena kotowatych, nie psowatych. Ale to tylko taka kosmetyczna uwaga. :)

Nie minęło parę chwil, gdy zza drzew wyłoniła się postać od niego po trzykroć większa. Mężczyzna bez dłuższego namysłu pochylił się, by zaraz odbić się od podłoża, ze sztyletem skierowanym ku gardle przeciwnika.

Brzmi to troszeczkę, jakby pojawienie się tego zwierzęcia nie było poparte niczym, poza tym, że autor tak chciał. Wydarzeniom trzeba nadać sens, zbudować pod nie podwaliny. Podrzucić czytelnikowi kilka wskazówek, które naprowadzą go na to, co może się niebawem stać.

I teraz coś odnośnie całości:
Popieram przedmówców. Dzieje się za dużo i za szybko. Jak pisałam chwilę temu: część wydarzeń, mam wrażenie, jest czystą ekspozycją, bo autor jakoś musiał to wprowadzić. Tylko że dałoby się to zrobić w inny, lepszy sposób. Show. Don't tell. To taka żelazna zasada. Zamiast pokazać — na przykład w myślach bohatera — cały ten początek, po prostu go opowiedziałeś. A przecież mogłeś opisać podróż Gartha i pozwolić czytelnikowi odkrywać cały ten świat, wszystkie te złe rzeczy i konieczność odnalezienia bohatera, który temu zaradzi. Mógłby myśleć o tym, jako o czymś, co pchałoby go do celu.
Dalej: Garth nie przeżywa. A my — czytelnicy — nie przeżywamy z nim. Nie czuć w nim strachu. Nie wystarczy napisać „bał się” — to za mało. Pokaż, jak trzęsą mu się dłonie, jak przyspiesza oddech, a wzrok staje się rozbiegany.
Masz nie najgorszy warsztat. To już coś. Nie robisz wielu błędów, jeśli chodzi o interpunkcję. Jeśli dodasz do tego wszystkiego trochę emocji (wspomniałam ciut wyżej), w ogóle będzie super. Jeśli chodzi o zaimki/używanie imion czy ujednolicenie czasu: wydaje mi się, że te błędy wynikają z tego, że po prostu nikt Ci tego wcześniej nie powiedział, nikt nie zwrócił uwagi, a teraz, widząc to wszystko, mocno ruszysz do przodu (i bardzo wierzę, że dzięki temu Twoje teksty będą o wiele, wiele lepsze, a to tylko taki drobiazg tak naprawdę!).
Wrzucasz nas, niestety, w sam środek akcji. Czytelnik potrzebuje się rozpędzić razem z akcją. Tutaj, mimo suchego wprowadzenia (które szybko wylatuje z głowy, bo jest łopatologicznym tekstem, zamiast informacjami sprytnie przemyconymi w fabule — możesz nad tym popracować), ciężko się odnaleźć.
Obawiam się trochę o Leathrel. Boję się, że zrobisz z niej Mary Sue, a z Gartha cudownego wybrańca. Jest taką mityczną mocą, pojawiającą się znikąd. Umie wszystko, jest mistyczna, tajemnicza, niezrozumiana, najpiękniejsza, najcudowniejsza… a przez to strasznie schematyczna oraz wtórna. Z kolei Garth jawi się tu troszkę jako wybraniec: inni umierali, ale on nie, on jest wyjątkowy, specjalny, da radę. Trudno to przedstawić tak, żeby nie powielić pewnych schematów — liczę, że tego unikniesz! — oto pojawia się bohater, sprzyjają mu moce i ratuje świat. Daj mu jakieś słabości. Niech w czymś będzie najlepszy, ale w czymś najgorszy. Jak to faktycznie z ludźmi bywa. :)
Masz podstawy do tego, żeby szybko dopracować warsztat i się wyrobić. Nie zmarnuj tego! :)
Edit: a właśnie, bym zapomniała! Jeszcze narracja! Są w Twoim wypadku dwa rodzaje, Ty wisisz pomiędzy jednym a drugim: narratorem wszechwiedzącym a trzecioosobowym z ukierunkowaniem na danego bohatera. Częściej używasz tej drugiej narracji, ale kiedy Ci pasuje, wplatasz informacje dostępne tylko dla narratora wszechwiedzącego. Lepiej zatrzymać się na tej drugiej, ale wtedy, pisząc, że Garth widział Leathrel, musisz pamiętać, że nie może on wiedzieć, co bohaterka czuje. I nie będzie też myślał o sobie jako o „mężczyźnie/tropicielu”, tylko po prostu: „Garth/zaimek”. Czasem lepiej dawkować czytelnikowi informacje powoli i zostać przy tej narracji Gartha. Załóż, że Twój czytelnik, Twój odbiorca, jest inteligentny. Że nie musisz mu dawać wszystkiego na tacy: części się domyśli sam, część możesz rozwikłać później.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4791

Kroniki Ashengaar: Wybudzony z wieczności

Post#6 » 8 lis 2017, o 13:38

Wąski.. tfu, Briala, jak ty mnie właśnie zaimponowałaś :mrgreen:


Co do tekstu, krótko podsumuję, co myślę, skoro przedmówcy napisali już tak bogate i obszerne komentarze. Twój styl ma potencjał, pomysł też wydaje się go mieć (trochę za wcześnie, by wyrokować o pomyśle, czytając taki krótki fragment, więc taka ostrożna opinia na tego temat). Co najbardziej szkodzi tekstowi, to to, że pozwalasz akcji gnać zamiast snuć opowieść. Razem z tym pospiesznym tempem gubią się emocje i klimat opowieści, plus, chcąc właśnie dalej gnać, zdajesz się na bardzo proste, ale niekoniecznie dobrze rozwiązanie, jakim jest wprowadzanie informacji o świecie na samym początku w niemalże encyklopedycznym tonie. Zwolnij i pozwól sobie opowiedzieć tę historię, a na pewno będzie przyjemniejsza w lekturze.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Briala
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 175

Kroniki Ashengaar: Wybudzony z wieczności

Post#7 » 9 lis 2017, o 12:28

Ojtam. Wychodzę z założenia, że albo porządnie, albo wcale. :D

Awatar użytkownika
Towne Baws
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 47

Kroniki Ashengaar: Wybudzony z wieczności

Post#8 » 9 lis 2017, o 20:02

Chwilowo mam urwanie głowy, ale powoli pisze ciąg dalszy. Wezmę pod uwagę rady, błędy poprawię w wolnej chwili :)
Obrazek

Wróć do „Proza: fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości