Zenrubvik cz.1

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Trako
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 5

Zenrubvik cz.1

Post#1 » 17 lis 2017, o 11:38

Kilka pierwszych stron z ponad trzystu napisanych. Później jest kilka drastycznych scen i wulgaryzmów, więc na razie ograniczyłem się jedynie do tego kawałka.




20 lipca 2019
11:20

"I co ja teraz mam zrobić?" To samo pytanie krążyło mi po głowie od przynajmniej godziny. Kończyłem właśnie obchód głównej ulicy. Z kieszeni jeansowej kurtki wyjąłem mały notatnik i długopis. Mogłem co prawda robić notatki na smartfonie, ale tradycyjne metody były wygodniejsze. Zapisane tam były cztery następujące pozycje: 1 – jedzenie/brak, 2 – woda/jest, 3 – telefon/nie działa, 4 – internet/martwy. Cztery proste cyfry i kilka zwyczajnych słów. Jeszcze wczoraj, nie miałbym żadnego powodu by zapisywać takie rzeczy, a teraz wpatrywałem się w nie, szukając sposobu na wyjście z zaistniałej sytuacji. Pozwalało to zacumować myślami i chroniło przed falą gorąca, która powoli zalewała mnie od środka niczym przypływ.

"Nie jest dobrze." Wyszeptałem pod nosem. "Sprawdziłem telefon, sprawdziłem miasto, sprawdziłem sklepy, sprawdziłem internet, sprawdziłem wszystko co mi przyszło do głowy. Heh." Zakończyłem wyliczankę lekko wzdychając, po czym usiadłem na pobliskiej ławce.

Pomyślmy... co jeszcze mogę zrobić. Która to już godzina?

Wyjąłem z kieszeni telefon, była 11:23, czyli tarcza powinna być już gotowa. Przy okazji, raz jeszcze sprawdziłem czy internet wciąż działa i przejrzałem wszelkie serwisy społecznościowe plus stronki, która zazwyczaj nieustannie zalewane były komentarzami i postami. Niektóre już się nawet nie ładowały, inne miały różne problemy techniczne, a wszystkie działające łączyła jedna rzecz – całkowity brak aktywności ze strony użytkowników.

Minęło 67 minut, czyli w razie czego mam ochronę. Prawie wszystko jeszcze działa, przez najbliższe kilka godzin nie powinno być problemu z prądem. Elektrownie atomowe wytrzymają w trybie awaryjnym góra miesiąc po czym stopią się rdzenie i nastąpią wybuchy. Przynajmniej tak być powinno, o ile moja wiedza wszelaka z wikipedii do czegokolwiek się nadaje. Całe szczęście w pobliżu nie ma żadnej. Heh, nie wiem czy warto się tym w ogóle martwić, skoro nie mogę sobie nawet poradzić ze znalezieniem czegokolwiek do jedzenia. Ugh... Ok, ok, ok. Nie wolno mi się załamywać. Spróbujmy na to spojrzeć z innej perspektywy. Czy jest coś co mogę zrobić w tej sytuacji?

20 lipca 2019
16:42

Jedynym moim osiągnięciem z kilku ostatnich godzin, było wytypowanie dwóch słów kluczy, idealnie odpowiadających na niemal każde postawione pytanie. Nic nie mogę zrobić. Nie ma nic do jedzenia. Nic nie znalazłem. Nic nie wymyśliłem. Nie ma nikogo w pobliżu. Nie ma dla mnie ratunku. Do tego dwa razy byłem też bliski paniki i o mało nie rozkleiłem się na środku chodnika.

Pierwszy raz, gdy zrozumiałem dokładnie skalę tego co się działo. Byłem ostatnim wciąż aktywnym użytkownikiem na facebooku i różnych forach, ostatnią osobą przemierzająca ulice pustego miasta. Zniknęli nie tylko ludzie, zniknęły ptaki, zniknęły psy, zniknęły nawet owady, a wszelkie urządzenia i usługi elektroniczne powoli acz nieubłaganie robiły 'power off'. Jakby tego było mało, oberwało się też roślinom. Zwęglone, bezlistne drzewa szpeciły chodniki. Wiatr wzbijał w powietrze chmury popiołu, które jeszcze wczoraj były zieloną trawą. Park, który od niedawna mijałem w drodze do pracy, wyglądał teraz jak martwa strefa, brakowało jedynie jęków potępionych. W sklepach wszystko co niegdyś było jadalne, teraz nadawało się co najwyżej jako podpałka do pieca.

Drugi raz, gdy pomyślałem o mojej mamie. Czy ona też zniknęła? Poczciwa kobieta zajmowała się mną przez ponad dwadzieścia dziewięć lat, a teraz, gdy los się w końcu zlitował i znalazłem dobrą pracę, dającą możliwość odwdzięczenia się jej za cały ten poświęcony czas, oczywiście coś musiało się spalić w podzespołach wielkiego komputera życia. Od rodzinnego miasta dzieliło mnie kilkaset kilometrów, ale może to i lepiej. Nie chciałbym oglądać go w tym stanie co tutaj.

W sumie, znak o tym, że coś jest nie tak, pojawił się już kilka miesięcy temu. Dodatkowo wyglądało na to, że tarcza była jedyną rzeczą, która uchroniła mnie teraz przed podzieleniem losu pozostałych. Innymi słowy, zostałem wytypowany na osobę, która wychodząc jako ostatnia żywa istota z planety będzie musiała zgasić światło. Brak jakiegokolwiek źródła jedzenia nie wróżył długiego życia. Zajrzałem nawet do Mca, w nadziei, że żarcie które tam serwowali kwalifikowało się bardziej do materii nieorganicznej i jeszcze jakoś się ostało, ale niestety nic z tego.

Westchnąłem ciężko. Zajęło mi to dłużej niż zwykle, ale opanowałem już emocje na tyle, by przełączyć mózg z jazdy po torze o nazwie apokalipsa i poszerzyć trochę pole myślenia.

Pomyślmy, czy są jakieś zalety zaistniałej sytuacji? Czy otwiera jakieś nowe możliwości? Co dokładnie oznacza bycie ostatnim-

W połowie myśli zaświeciła mi się w głowie żarówka. Nie taka malutka żaróweczka, tylko wielka, olbrzymia wręcz, dwu-stuwatowa żarówa.

Właśnie w moje ręce wpadł jedyny w swoim rodzaju bilet. Taki, który pozwalał mi na całkowite wymiganie się od tych wszystkich rzeczy, których tak bardzo nienawidzę. Takie jest życie, nic na to nie poradzisz, lepiej się do tego przyzwyczaj, nie bądź dziecinny, każdy tak robi, tak już jest i już. Powtarzali w kółko. Ile razy marzyłem by móc wyrwać się z tego wszystkiego? Ile razy wzdrygałem się na myśl o wpadnięciu w to bagno zwane społeczeństwem? I teraz, na przysłowiowe pięć minut przed tym jak już miałem się poddać i pogodzić z byciem zwykłym trybikiem w korpo maszynie... to WSZYSTKO straciło jakiekolwiek znaczenie.

W mgnieniu oka zniknęło uczucie niepokoju i strachu, towarzyszące mi przez cały dzień.

"Ha... haha... wygrałem... hahahahaha WYGRAŁEM! I gdzie są teraz ci wszyscy ludzie z fałszywymi uśmiechami? Gdzie są ich nic nie znaczące konwersacje i puste znajomości?!" Wykrzyczałem, śmiejąc się i machając rękoma. Momentalnie wszystkie łańcuchy, które od lat zarzucane były na mnie przez społeczeństwo – rozsypały się w pył.

Trochę szkoda, że nigdy nie znalazłem nikogo, kogo z głębi duszy mógłbym nazwać prawdziwym przyjacielem, ale z drugiej strony pozwala to zasmakować teraz prawdziwej wolności i to na dodatek będąc jeszcze po tej stronie. Mama już jest pewnie w lepszym miejscu. A skoro i tak pozostała mi tylko odrobina czasu, trzeba ją będzie dobrze wykorzystać.

Z uśmiechem na twarzy, nucąc motyw przewodni z Battle Angel Dokuro-chan, wstałem z ławki i skierowałem się do pobliskiego sklepu sportowego. Pośród ochraniaczy, plecaków, nart, rowerów, odżywek i innych rzeczy, których generalnie potrzebują pseudo-sportowcy, znalazłem coś ciekawego.

"Raz! Dwa! Trzy!" Zamachnąłem się.

Ten był trochę za lekki i miałem wrażenie, że nie uzyskam nim odpowiedniego efektu. Odłożyłem kij golfowy na miejsce i rozglądałem się dalej, aż znalazłem to czego szukałem.

"Klasyk." Przyklęknąłem na jedno kolano. "To zaszczyt móc dzierżyć tak potężną broń. Przyjmę ją z pokorą i obiecuję używać tylko do zwalczania zła i obrony niewinnych." Wyrecytowałem donośnym i pełnym chwały głosem, po czym podniosłem ostrożnie z półki aluminiowy kij baseballowy. Uniosłem go jedną ręką nad głowę i kontynuowałem przemowę. "Od dzisiaj ta broń nazywać się będzie Sir Uderzam Tam Gdzie Boli!" Zła do zwalczenia nie trzeba było daleko szukać, aczkolwiek dla bezpieczeństwa ominąłem szerokim łukiem sklep, w którego ścianę wbiła się wielka, wciąż dymiąca ciężarówka. Następnie przystąpiłem do eksterminacji.

"Hiyaaaaa! Giń maszkaro!" Krzyknąłem rozbijając na kawałki kolejny 50-calowy telewizor. "To za te wszystkie zera w twojej cenie!" Tym razem za cel obrałem supernowoczesny sprzęt 8K. "Muahahaha! Ja i Sir tworzymy niepokonany duet. Czy są tu jacyś śmiałkowie, chcący doświadczyć naszej potęgi na własnej skórze?!"

"Ha##, sł###ys# #ni#?"

Odruchowo odwróciłem się i niemal potknąłem o kawałki telewizora, które przed chwilą sam rozrzuciłem. W ciągu jednej sekundy zalały mnie dwa sprzeczne uczucia, fala radości i nadziei, która zaraz potem ustąpiła miejsca złości. Obecność drugiej osoby przeczyłaby głównym założeniom, które aktualnie podtrzymywały mnie na duchu. Z tyłu znajdował się jednak tylko wielki telewizor, który jeszcze jakimś cudem ostał się w jednym kawałku. W przeciwieństwie do pozostałych, które były albo wyłączone, albo pokazywały niebieskie tło, ten wyświetlał jakąś durną reklamę, na której domokrążca z proszkiem wszedł właśnie do czyjegoś domu. Widocznie podczas wcześniejszej wesołej jatki musiałem coś niechcący włączyć.

"Już myślałem..." Powiedziałem ledwo słyszalnym głosem i westchnąłem głęboko, po czym wyprostowałem się i wyciągnąłem przed siebie kij baseballowy. "Więc to ty! Ty wyzywasz mnie na pojedynek! Ha widzę, że zdajesz sobie sprawę, iż w uczciwej walce nie masz szans i uciekasz się do niecnych sztuczek! Broń się!" Rzuciłem wyzwanie do nierównej walki, po czym zacząłem okładać kolejnego osobnika z rodu wielkich telewizorów w tej krainie. Gdy nie było już gdzie uderzać, by usłyszeć satysfakcjonujący dźwięk destrukcji, spojrzałem na swojego wiernego towarzysza. "Dobrze się spisałeś Sir Uderzaku, ale... bohater może być tylko jeden." I wyrzuciłem go na stertę zniszczonych TV, nie pamiętając już nawet jak go oryginalnie nazwałem.

Jest 17:31 czyli urządziłem ponad pół godziny czystego zła i zniszczenia. Heh, trzeba dobrze wykorzystać każdą chwilę. Zanim jednak wprowadzę w życie kolejny pomysł, z chęcią bym się czegoś napił, całe szczęście wody mi nie zabraknie.

Wróciłem do sklepu spożywczego, który sprawdziłem wcześniej. Dziwnie się patrzyło na wszystkie te półki, które jeszcze rano wypełnione było po brzegi wszelkiej maści towarami. Teraz w większości zastąpiły je czarne grudy czegoś dziwnego lub po prostu pył i puste opakowania. Ostały się jedynie butelki z wodą. Wziąłem jedną z nich, odkręciłem i powąchałem.

Wygląda normalnie, żadnego dziwnego zapachu też nie ma. Wręcz przeciwnie, jeśli zniknęły też bakterie i tym podobne mikroby, to powinna być najbardziej sterylna woda na świecie.

Moją teorię popierał fakt, że wszelkie smakowe wody, zmieszane z produktami pochodzenia roślinnego, zmieniły kolor na czarny. Nie namyślając się dłużej wziąłem porządnego łyka i ugasiłem pragnienie.

Kilka dni bez wody, kilkanaście bez jedzenia. Jakoś tak to szło jeśli chodzi o przetrwanie. Cóż, nie planuje się męczyć i czekać aż padnę z głodu, ale zanim zacznę szukać odpowiedniego miejsca by przywołać napis game over, dostęp do wody daje mi jakieś cztery lub pięć dni zabawy. Mam nadzieje, że dzisiejsza noc będzie bezchmurna.

21 lipca 2019
03:02

Z małą latareczką w zębach, ostrożnie, krok po kroku, wspinałem się po schodach na dach dziesięciopiętrowego hotelu, który górował nad całą okolicą. Oburącz trzymałem dość ciężką skrzynkę. Po raz piąty, w ciągu ostatnich kilku godzin, pokonywałem tą samą trasę i o ile za pierwszym razem nie obyło się bez przeszkód, to teraz szło w miarę gładko. Trochę pomogły klucze zakoszone z recepcji. Dużo większym wyzwaniem był brak prądu, czyli otaczająca mnie całkowita ciemność, niedziałające windy i kapiący z czoła pot.

Hueeee... od lat się tak nie zmęczyłem. Dobrze, że z kondycją u mnie nie najgorzej, bo bym wysiadł znacznie wcześnie,. Tylko po co przygotowałem ponad dziesięć skrzyń, skoro ledwo połowę z nich dałem radę wtaszczyć na górę.

Po dotarciu na dach i złapaniu oddechu, rozejrzałem się dookoła. Tu i ówdzie dostrzegłem malutkie, pojedyncze światełka. Wciąż działające, dzięki awaryjnemu zasilaniu lub innym źródłom energii. W oddali dość dobrze oświetlony był szpital główny, lecz poza tymi wyjątkami miasto spowijał mrok. Efekt dodatkowo potęgował księżyc w nowiu. Idealna okazja, by za jednym zamachem skreślić dwie pozycje z listy rzeczy do zrobienia. Po zakończeniu ostatnich przygotowań, które zajęły niecałe piętnaście minut, rozłożyłem się wygodnie na jednym z hotelowych leżaków i po raz pierwszy, od ponad dziesięciu lat, spojrzałem na nieskażone sztucznym światłem rozgwieżdżone niebo. Widok był podobny do tego z moich wspomnień, gdy na jakimś biwaku, czy obozie szkolnym, nocowaliśmy pod namiotami w górach. Tryliony gwiazd wypełniały niemal każdą wolną przestrzeń nieboskłonu, połyskiwały i świeciły w różnych barwach. Nie znałem nazw nawet tych najbardziej podstawowych, jednak nie było to wymagane by po prostu docenić piękno nieskażonego nocnego nieba.

"Wow..." Szepnąłem, rozkoszując się widokiem.

Zawsze miałem nadzieję, że pewnego dnia ludzkości uda się dosięgnąć chociaż tych najbliższych. Chciałem dożyć do momentu kolonizacji i terraformacji marsa, lecz wygląda na to, że po bramce strzelonej przez Armstronga w pierwszych minutach meczu ludzkość-kosmos, spotkanie zostało przerwane z powodu nagłego zniknięcia jednego z zawodników. Szkoda, otworzyłoby to tyle możliwości i na nowo rozpaliło serca odkrywców. No nic, skoro odległe gwiazdy i planety na zawsze pozostaną już niedostępne, czas przejść do drugiego punktu programu dzisiejszej nocy.

Przeciągnąłem się leniwie i wyjąłem z kieszeni zapalniczkę. Złote zippo z grawerowanym smokiem, czyli coś co normalnie uważałbym za zupełne marnotrawstwo pieniędzy, ale teraz gdy wszystkie sklepy rozdawały rzeczy za darmo, z radością powiększyłem zawartość ekwipunku o kilka drobiazgów. Skrzynie, które wcześniej przyniosłem, były po brzegi wypełnione fajerwerkami, wszystkie firmy ExTREME FLAME, które według reklamy wzbijały się wysoko w powietrze i eksplodowały burzą płomieni.

W odpalaniu fajerwerków jest coś fascynującego, wszyscy zawsze walczyli o ten przywilej. Wystrzelić je wszystkie na raz, czy po jednej? Może najpierw przetestuje kilka sztuk.

Pierwsza rakieta eksplodowała wachlarzem żółtych iskier i ognia, druga zaraz po niej wzbiła się ciut wyżej i namalowała na niebie czerwony okrąg. Zdałem sobie sprawę, że nie zdołam odpalić wszystkich na raz. Przytachałem ich grubo ponad setkę, a od zapłonu do wystrzału miałem jedynie kilkanaście sekund. Wizja szukania po ciemku czegoś, co nadawałoby się na lont i ponowna wspinaczka na dach nie była zbyt zachęcająca. Kolejnych kilka sztuk rozbłysnęło na niebie.

Pomysł wydawał się spoko, ale bez kogokolwiek do towarzystwa i bez możliwości zrobienia czegoś spektakularnego, to już takie fajne nie jest.

Jedna z rakiet wystrzeliła pod złym kątem i wybuchła dość nisko, oświetlając przy okazji znajdujące się na dole martwe miasto. Popatrzyłem przez chwilę w tamtą stronę, po czym skierowałem pozostałe fajerwerki w dół.

Skoro i tak tam nikogo nie ma... mogę się chociaż pobawić w artylerię.

"Żołnierze! Wiem, że wielu z was straciło już nadzieję. Jesteśmy otoczeni przez przeważające siły wroga, ale czy to powód by się poddać?! Wciąż mamy pociski i rakiety, wciąż oddychamy i wciąż mamy bliskich, których chcemy chronić! Dla nas nie ma już ratunku, ale każdy wróg, którego teraz pokonamy to iskra przewagi dla reszty naszej armii! Każdy pokonany przeciwnik zwiększa bezpieczeństwo waszych rodzin! Czy nadal chcecie się poddać bez walki i patrzeć jak bezczeszczone są nasze miasta i kultura?! Jak gwałcone są nasze żony i córki?! Nie! Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi, do ostatniego oddechu!" Wygłosiłem stojąc na pobliskim stoliku i zasalutowałem. Oczyma wyobraźni widziałem twarze ludzi pogodzonych ze śmiercią, gotowych na walkę do samego końca.

Hmm... przemowa całkiem, całkiem, jak na spontan, a teraz czas na salwę artylerii.

Po wyjęciu wszystkich pozostałych rakiet i wycelowaniu ich w różne zakątki miasta, postanowiłem odpalić je jak najszybciej, by chociaż trochę przypominało to salwę artylerii, czy wystrzały z karabinu.

"Ognia!" Krzyknąłem i rozpocząłem dziki bieg z zapalniczką. Nim zapaliłem chociaż ćwiartkę przygotowanej amunicji, już dało się słyszeć świst startujących rakiet. W momencie gdy tlił się lont ostatniej, cała okolica spowita była światłem i iskrami fajerwerków. Oparłem się o poręcz, by podziwiać chociaż końcówkę całej salwy. Jedna z rakiet trafiła prosto w okno pobliskiego budynku.

Oooo... critical hit.

Kilka rozbiło się na ulicy. Inna poleciała dokładnie w wielki billboard, reklamujący jakiś nowy model samochodu, zrobiła w nim sporą dziurę i pociągnęła za sobą kawałki tlącego się materiału. Pozostały już tylko trzy, gotowe do startu w każdej sekundzie, przy czym jednej oberwało się przy transporcie i była lekko skrzywiona.

Zobaczmy w co teraz trafię. Hmmm numer jeden zaliczył znak drogowy. Nummmeeeerrrr dwwaaaaaaaaa, jest! Kolejny critical hit, znowu okno jakiegoś mieszkania. Gdzie jest numer trzy? O tam leci. Parabola? Skubaniec zawrócił w połowie drogi i wbił się w mój hotel. Mamy wśród nas zdrajcę!

Stałem tak jeszcze kilka minut, obserwując iskierki pozostawione przez fajerwerki.

Dziwne, czy one powinny świecić tak długo? Dałbym głowę, że niektóre świecą się coraz mocniej zamiast gas- shit.

"Ha… haha… naprawdę?" Rzuciłem z lekkim niedowierzaniem. Jeszcze nigdy wcześniej, w całym życiu, nie zalałem się zimnym potem tyle razy co w ciągu ostatnich kilkunastu godzin.

Jakie są szanse, że to się rozniesie? Niemal wszystkie budynki są z betonu i stali, z drugiej strony tutaj wszystko zbite jest jedno przy drugim. Mam to gasić? Zignorować?

Niegasnące iskierki okazały się być w rzeczywistości pożarami, co gorsza rozrzuconymi w co najmniej trzech czy czterech różnych punktach miasta i ciągle przybierały na sile. Współczesne miasto nie powinno doszczętnie się spalić, ale pożar o odpowiedniej temperaturze i to jednocześnie w kilku kluczowych miejscach, ma spore szanse roznieść się po okolicznych budynkach. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nawet jeśli puszczę całe miasto z dymem, to i tak bez znaczenia skoro tylko ja w nim pozostałem.

"Hehe, ostatnia żywa istota we wszechświecie o mało sama się nie upiekła. Wiesz, że trzecie i czwarte piętro budynku na którym aktualnie stoimy, skwierczy już radośnie od płomieni?" Zapytał zadowolony z siebie głos za moimi plecami.

Odwróciłem się jak oparzony, lecz nikogo tam nie było. Zdziwiony i zdezorientowany, zacząłem badać wątłym światełkiem latarki dach hotelu.

"Huh? Dziwne... nadal mnie nie widzisz?" Zapytał ponownie nieznany męski głos.

"A powinienem?" Odpowiedziałam, wciąż rozglądając się nerwowo na wszystkie strony. Pomimo braku oświetlenia, dach i tak nie oferował żadnych miejsc w których można było się schować.

"Słuchaj mnie uważnie. Jest czwarta czterdzieści siedem, pozostało nam jedynie siedem godzin, ja potrzebuję jeszcze pięciu by się całkowicie dostroić. Budynek tyle nie wytrzyma, płomienie dotrą na dach za jakieś czterdzieści minut, więc skacz."

"Skacz?"

"Tak, skacz. Masz swoją tarczę, wytrzyma obrażenia od upadku, ale powolnego pieczenia w ogniu już nie. Jeśli chcesz zacząć nowe życie, skacz tu i teraz, z dziesiątego piętra. Potem ulokuj się w bezpiecznym miejscu i czekaj na mnie. Obiecuję, że mam plan, który pozwoli nam obu przetrwać. Jak więc będzie? Skoczysz i przeżyjesz?”

Rozmowa z niewidzialnym rozmówcą przeciążyła mój i tak nadwyrężony już mózg. Pożar? Płomienie? Szansa przeżycia? Nie jestem ostatni? Te i im podobne myśli krążyły po głowie.

"Nie myśl tyle! Prosta odpowiedź. Skoczysz i przeżyjesz czy oboje zginiemy?"

Jeśli budynek faktycznie się pali to tarcza na nic się nie zda, z drugiej strony, błyskawiczne uderzenie w ziemię powinno zostać całkowicie zniwelowan, przynajmniej w teorii... uaaa, nogi się pode mną uginają na samą myśl o skoku z tej wysokości.

"Prosta odpowiedź!" Ponaglał niewidzialny rozmówca.

Jeśli nie skoczę to albo się spalę, albo jeśli hotel mimo wszystko się nie pali - umrę z głodu za parę dni. Jeśli zaś skoczę to albo zginę od upadku, albo uratuje mnie tarcza. Jeśli uratuje mnie tarcza to albo zginę z głodu w niedługim czasie albo faktycznie ten niewidzialny głos da mi szansę na przetrwanie. Jeden happy end i cztery bad endy. Zawsze mogę też sprawdzić czy faktycznie na dole szaleje pożar, a następnie szukać drogi ucieczki, ale czym to się różni od opcji bez pożaru i śmierci głodowej?

"Musisz skoczyć jeśli chcesz przeżyć! Musisz uwierzyć, że twoja moc ochroni cię przed wszystkim!"

Niewidzialny głos stał się niesamowicie przekonywujący i miałem ochotę niezwłocznie wykonać polecenie.

"Huh? Ochroni mnie przed wszystkim? Ale przed pieczeniem w ogniu to już nie?" Po tym jak zdałem sobie sprawę, że w tym co mówił była sprzeczność, ocknąłem się o parę kroków bliżej krawędzi.

"Arghhh! Dobrze wiesz o co mi chodzi! Czy naprawdę musimy teraz rozprawiać o wszystkich szczegółach? Powiem to inaczej... Nie chciałem używać sekretnej broni, ale nie pozostawiasz mi wyboru. Jeśli skoczysz tu i teraz..."

"Jeśli skoczę to co?"

"... to w nowym życiu czeka na ciebie..."

"Czeka?"

"... twin-tail..."

Moje serce zaczęło bić szybciej.

"... blond ..."

Szybciej, szybciej.

"... legal ..."

Pojawiło się słowo klucz! Klucz do mojego osobistego raju! Brakuje już tylko jednego elementu!

"... loli."

"Naprawdę?" Czas dla mnie zamarł, odpowiedź na to jedno pytanie stanowiła o moim być albo nie być. Jakaś mała część mózgu krzyczała w rogu, że popadam w obłęd, ale wszystkie normalnie niemożliwe zdarzenia z dzisiaj, rozchwiane emocje po wyrwaniu się z błędnego koła społeczeństwa i nadzieja oferowana przez ten głos, stworzyły wir nad którym logika właśnie straciła panowanie.

"Naprawdę."

Jednym płynnym ruchem przeskoczyłem barierkę wyznaczającą krawędź dachu.

Jeśli czegokolwiek się nauczyłem podczas mojego dwudziesto dziewięcio letniego życia, spędzonego na grach i oglądaniu anime, to fakt, że w takich okolicznościach zawsze należy podążać za własnym pragnieniem i tajemniczymi głosami! Twin-tail-blond-legal-loli. Ahhh... czy będzie to imouto czy może tsundere type?

To wszystko o czym zdążyłem pomyśleć, nim z wielkim impetem gruchnąłem o chodnik.

Tagi:

Awatar użytkownika
Briala
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 126

Zenrubvik cz.1

Post#2 » 17 lis 2017, o 17:25

O, świeżynka. :D Akurat mam chwilkę, to spróbuję wypunktować co nieco.
Najpierw technikalia:
1. Cudzysłowy. W Polsce używamy drukarskich („”), nie prostych ("). W edytorze „Word” można to zmienić (instrukcja jest w sieci), „Writer” od OpenOffice chyba ma to ustawione od razu.
2. Dialogi w języku polskim zapisujemy inaczej. Zdaje się, że na forum jest odnośnie tego fajny poradnik.
3. Mieszasz czasy, jeśli decydujesz się na jakiś, to powinieneś się go trzymać (wyjątkiem są oczywiście dialogi). Czyli jak wszystko w przeszłym, to w przeszłym. Jak w teraźniejszym to w teraźniejszym. Bez mieszania jednego i drugiego.
4. Bardzo, bardzo dużo powtarzasz wszelkie odmiany słowa „który” — dobrze byłoby to wyeliminować lub przeredagować zdania. Nadmierne posługiwanie się tym zaimkiem może świadczyć o nieporadności. Sporo zdań da się przebudować bez uszczerbku tak, żeby nie zawierały tego słowa. Czasem wystarczy je nawet podzielić na pół, skrócić. Nie trzeba ciągle budować długich, wielokrotnie złożonych zdań.

Czerwone do usunięcia, zielone do wstawienia, żółte powtórzenia, fioletowe szyk, różowe inne błędy. Jeśli raz już coś wytłumaczę poniżej kolorowanki, to później na analogicznych przykładach nie będę tego opisywać.

Błędy:
Jeszcze wczoraj, nie miałbym żadnego powodu, by zapisywać takie rzeczy

^„Zapisywać” jest tu w formie orzeczenia, więc oddzielamy je od drugiego orzeczenia, tj. „nie miałbym”
sprawdziłem wszystko, co mi przyszło do głowy

Zakończyłem wyliczankę, lekko wzdychając, po czym usiadłem na pobliskiej ławce.

^przecinek bierze się stąd, że oddzielamy nimi przysłówki przymiotnikowe (w tym przypadku „wzdychając”) od orzeczeń.
Przy okazji, raz jeszcze sprawdziłem, czy internet wciąż działa i przejrzałem wszelkie serwisy społecznościowe plus stronki, która zazwyczaj nieustannie zalewane były komentarzami i postami.

^Generalnie przed „czy” wstawiamy przecinek (nie tyczy się to konstrukcji typu: „chcesz jabłko czy śliwkę?”).
^Zła forma, mówisz o [kilku] stronkach, więc „które”, nie „która”.
Elektrownie atomowe wytrzymają w trybie awaryjnym góra miesiąc, po czym stopią się rdzenie i nastąpią wybuchy.

^Oddzielamy orzeczenia.
Przynajmniej tak być powinno, o ile moja wiedza wszelaka z wikipedii do czegokolwiek się nadaje.

^Wikipedia to nazwa własna. Od dużej literki.
Heh, nie wiem, czy warto się tym w ogóle martwić

Czy jest coś, co mogę zrobić w tej sytuacji?

Jedynym moim osiągnięciem z kilku ostatnich godzin, było wytypowanie dwóch słów kluczy

^Podmiotów nie oddzielamy od reszty zdania.
Byłem ostatnim wciąż aktywnym użytkownikiem na facebooku

^Facebooku, nazwa własna.
Zniknęli nie tylko ludzie, zniknęły ptaki, zniknęły psy, zniknęły nawet owady,

^Mimo że widać, że powtórzenia miały być celowe, zdecydowanie bardziej naturalnie wyglądałoby po prostu wytypowanie: „zniknęli nie tylko ludzie, zniknęły ptaki, psy, nawet owady”. Dodałoby zdaniu płynności i lekkości.
nieubłaganie robiły 'power off'.

^Powinny się tu znaleźć cudzysłowy, nie apostrofy. W dodatku apostrof powinien wyglądać w języku polskim tak: ’ a nie tak: '
W sklepach wszystko, co niegdyś było

Nie chciałbym oglądać go w tym stanie, co tutaj.

Zajrzałem nawet do Mca, w nadziei, że żarcie, które tam serwowali, kwalifikowało się bardziej do materii nieorganicznej i jeszcze jakoś się ostało, ale niestety, nic z tego.

^Jeśli zależy Ci na „Mca” powinno być właśnie w cudzysłowie. Albo „maca/maka”. Jeśli nie, winno być „Mc Donald’s”.
^^Po pierwsze: przecinek. Po drugie (pisałam Ci już w uwagach na początku) zdanie można łatwo przerobić na takie, żeby nie zawierało słowa „które”, przykładowo: „Zajrzałem nawet do Mc Donald’s, w nadziei, że serwowane tam żarcie kwalifikowało się bardziej...” — pomyślałam, że dobrze byłoby poprzeć taką uwagę przykładem. :)
dwu-stuwatowa

^Dwustuwatowa.
Taki, który pozwalał mi na całkowite wymiganie się od tych wszystkich rzeczy, których tak bardzo nienawidzę.

Ile razy marzyłem, by móc wyrwać się z tego wszystkiego?

I teraz, na przysłowiowe pięć minut przed tym, jak już miałem się poddać i pogodzić z byciem zwykłym trybikiem w korpo maszynie...

^Korpomaszynie.
Mama już jest pewnie w lepszym miejscu.

^Jest już
Z uśmiechem na twarzy, nucąc motyw przewodni z Battle Angel Dokuro-chan

^To tytuł, więc w cudzysłów albo kursywę.
pseudo-sportowcy

aż znalazłem to, czego szukałem.

Giń, maszkaro!

^Wołacze oddzielamy przecinkiem od reszty zdania.
Ha, widzę,

nie pamiętając już nawet, jak go oryginalnie nazwałem.

Jest 17:31, czyli urządziłem ponad pół godziny czystego zła i zniszczenia.

Nie namyślając się dłużej, wziąłem porządnego łyka i ugasiłem pragnienie.

Jakoś tak to szło, jeśli chodzi o przetrwanie.

Cóż, nie planuje się męczyć i czekać, aż padnę z głodu, ale zanim zacznę szukać odpowiedniego miejsca, by przywołać napis game over, dostęp do wody daje mi jakieś cztery lub pięć dni zabawy.

^Wtrącenia z obcego języka powinny być zaznaczone np. kursywą.
pokonywałem samą trasę

^Tę.
bo bym wysiadł znacznie wcześnie,.

^Wcześniej.
gdy na jakimś biwaku, czy obozie szkolnym, nocowaliśmy pod namiotami w górach.

jednak nie było to wymagane, by po prostu docenić piękno nieskażonego nocnego nieba.

czyli coś, co normalnie uważałbym za zupełne marnotrawstwo pieniędzy, ale teraz, gdy wszystkie sklepy rozdawały rzeczy za darmo, z radością powiększyłem zawartość ekwipunku o kilka drobiazgów.

Wystrzelić je wszystkie na raz, czy po jednej?

Może najpierw przetestuje kilka sztuk.

^Przetestuję.
ale każdy wróg, którego teraz pokonamy, to iskra przewagi dla reszty naszej armii!

Czy nadal chcecie się poddać bez walki i patrzeć, jak bezczeszczone są nasze miasta i kultura?!

Wygłosiłem, stojąc na pobliskim stoliku, i zasalutowałem.

Zobaczmy, w co teraz trafię.

Kolejny critical hit

O, tam leci.

nie zalałem się zimnym potem tyle razy, co w ciągu ostatnich kilkunastu godzin.

^Zalać można mieszkanie, zimnym potem można być zlanym. Powinno być „Nie byłem zlany zimnym potem tyle razy, co...”
Niegasnące iskierki okazały się być w rzeczywistości pożarami,

to i tak bez znaczenia, skoro tylko ja w nim pozostałem.

Wiesz, że trzecie i czwarte piętro budynku, na którym aktualnie stoimy, skwierczy już radośnie od płomieni?

dach i tak nie oferował żadnych miejsc, w których można było się schować.

ja potrzebuję jeszcze pięciu, by się całkowicie dostroić.

Skoczysz i przeżyjesz, czy oboje zginiemy

^Jeśli to mężczyźni, to obaj.
Jeśli budynek faktycznie się pali, to tarcza na nic się nie zda, z drugiej strony, błyskawiczne uderzenie w ziemię powinno zostać całkowicie zniwelowan, przynajmniej w teorii...

^Zniwelowane.
Jeśli nie skoczę, to albo się spalę, albo jeśli hotel mimo wszystko się nie pali - umrę z głodu za parę dni. Jeśli zaś skoczę, to albo zginę od upadku, albo uratuje mnie tarcza. Jeśli uratuje mnie tarcza to albo zginę z głodu w niedługim czasie, albo faktycznie ten niewidzialny głos da mi szansę na przetrwanie.

Jeden happy end i cztery bad endy.

Zawsze mogę też sprawdzić, czy faktycznie na dole szaleje pożar, a następnie szukać drogi ucieczki, ale czym to się różni od opcji bez pożaru i śmierci głodowej?

"Musisz skoczyć, jeśli chcesz przeżyć!

Po tym, jak zdałem sobie sprawę, że w tym co mówił, była sprzeczność, ocknąłem się o parę kroków bliżej krawędzi.

Dobrze wiesz, o co mi chodzi!

"Jeśli skoczę, to co?"

"... blond ..."

Powinno być bez spacji. I tak w całej tej wyliczance.
stworzyły wir, nad którym logika właśnie straciła panowanie.

To wszystko, o czym zdążyłem pomyśleć, nim z wielkim impetem gruchnąłem o chodnik.


Odnośnie logiki/spójności:
Z tego, co rozumiem, wyparowała wszelka organika, w takim razie:
wstałem z ławki

Ławki często robi się z drewna. Drewno jest organiczne. Dobrze by było doprecyzować, że była np. metalowa.
Zdziwiony i zdezorientowany, zacząłem badać wątłym światełkiem latarki dach hotelu.

Miał do wyboru cokolwiek. Nie mógł wybrać jakiejś wypaśnej czołówki o supersilnym świetle? Tym bardziej, że był w sklepie sportowym.
Te wszystkie wstawki typu „Uaaa” czy „hue”, „huh”, „arghhh” i inne, są zupełnie niepotrzebne. Pokazuj, nie mów. To taka żelazna zasad. Pokaż, że bohater jest zaskoczony. Pokaż, że tkwi w niedowierzaniu. Pokaż, że sarkastycznie się z czegoś śmieje.
Częste wstawki z angielskiego są męczące, poza tym wypadałoby wrzucić je w cudzysłowy lub potraktować kursywą.

Odnośnie całego tekstu:
Czytało mi się bardzo ciężko. Sporo masz błędów. Bohatera ciężko polubić. Nie przeżywamy z nim żadnych emocji, bo 3/4 tego tekstu to jedna, wielka ekspozycja. Nie pokazujesz, tylko mówisz. Zresztą nawet i nie mówisz. Po prostu odklepujesz kolejne czynności. Nie widać szaleństwa Twojego bohatera. Jest zupełnie pusty, jak maszyna. Nie towarzyszą jego działaniom żadne, ale to żadne emocje.
Wpadamy w środek akcji i... nic. Tej akcji w zasadzie nie ma. Nic się nie dzieje. Wleczemy się przez całe to nudne „szaleństwo” z bohaterem. To takie kilka stron o niczym. I w tych kilku stronach nie dowiadujemy się niczego innego niż to, że była apokalipsa i wszystko co żywe, wyparowało. Nie wiemy, na jakich zasadach działa tarcza, dlaczego w ogóle działa, skąd się wzięła. Ot, jest i już. Czytelnik gubi się, bez pojęcia, skąd ta tarcza się w ogóle wzięła. Nie poznajemy przyczyn apokalipsy. Nic. Skupiasz się na rozpisywaniu przez milion stron głupot wyczynianych przez bohatera, zamiast opisać jedną czy dwie, a porządnie, a potem pchnąć akcję dalej.
Strasznie zmęczyłam się przy czytaniu tego tekstu. Wątpię, żebym chciała zajrzeć do kolejnych części.

Trako
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 5

Zenrubvik cz.1

Post#3 » 18 lis 2017, o 09:28

Dziękuję za odpowiedź i poświęcenie czasu na wypunktowanie potknięć. Przyznam szczerze, że tekst poprawiałem i zmieniałem wiele razy, a w nim nadal tyle byków. No nic, wracam do pisania do szuflady, przynajmniej do czasu, aż będzie mnie stać na profesjonalną korektę.

Nie zgodzę się tylko z końcowymi zarzutami, ale patrzę na to przez pryzmat całości, która ma już ponad trzysta stron. Z czasem wszystko się wyjaśnia.

Awatar użytkownika
Briala
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 126

Zenrubvik cz.1

Post#4 » 18 lis 2017, o 14:12

Nie pisz do szuflady. ;p Przejrzyj uwagi, wyciągnij wnioski, człowiek uczy się całe życie. Ja też robię błędy. Swoich się nie widzi, poza tym często, jak się coś przerabia, wchodzą inne błędy, bo umknie forma albo zapomni się dokończyć zdania. Właśnie po to są takie fora. Żeby się uczyć i ćwiczyć. :D

Wróć do „Fantastyka”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości