Zachęcamy do głosowania! Na zwycięzcę tytułu Komentatora Maja czeka nagroda książkowa - powieść ''W imię dziecka'' autorstwa Iana McEwana!

Ogłaszamy czas wielkich wyborów na Autora Miesiąca w dziale prozy!

Pan Zielonego Zamku

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
Palmer
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Pan Zielonego Zamku

Post#1 » 13 sty 2018, o 00:11

Ja

– Słyszałem to od ojca mego, a on od własnego ojca – rzekł poważnie ojciec mój z wysokości fotela obitego skórą niedźwiedzią. Ja siedziałem u stóp jego na kiepskim drewnianym zydelku.

Spytałbym skąd wie, że mówili prawdę, ale powątpiewanie w szczerość przodków nie było dobrze widziane. Było, powiem wprost, źle widziane, więc mógłbym skończyć w ojcowskim lochu, który wydrążył pod Szarym Zamkiem jego ojciec, albo nawet ojciec tamtego ojca. Loch to wprawdzie ostateczność, ale śmiało mógłbym być przez sługi ojca wybatożonym, jak i ojca sługi jego ojca batożyły za drobniejsze przewiny, a on z kolei dostawał baty od sług ojca swego.

A ja nie chcialem być batożonym przez sługi ojca, co więcej nigdy nie byłem, nie licząc rózeg w dzieciństwie, którymi uspokajała mnie mamka, ale nie porównujmy rózeg mamki do batogów sług ojca! Nigdy nie byłem wybatożony, albowiem taki mam charakter, że cicho siedzę, a to co mnie gryzie spisuję tutaj.

– Rozumiem, ojcze! – przytaknąłem, choć nawet nie pamiętałem o czym właśnie opowiadał. Zrobiłem za to minę rozumną a zainteresowaną wielce wywodem ojca na temat tego co kiedyś tam słyszał od swojego ojca.

Ucieszyło go to, więc podjął opowieść, zamiast wołać sługi z batogami.
– Zdarzyło się to dobre sto lat temu, u naszych sąsiadów.
– U kmieci? – spytałem.
– Ech, głupi ty – zdenerwował się ojciec, ale sług nie wołał, bo głupoty batem nie wyleczysz... – Nie u żadnych kmieci, jeno u sąsiadów z sąsiedniego zamku, u tych kurwich synów znad Ciepłego Potoku.
– A, u tych kurwich synów...
– Wyrażaj się, smarkaczu, bo to szlachetnie urodzeni panowie – warknął ojciec i już jakby się za sługami rozglądał.
– Wybacz, ojcze!
– Wybaczam. Otóż, zdarzyło się, że nad Ciepły Potok trafił samotny wędrowiec, całkiem obcy, na pewno nie z Wyspy, co po gębie było widać. Ze trzydzieści wiosen sobie liczył, przynajmniej na tyle wyglądał i tak go zapamiętano.

Usta aż ze zdumienia otworzyłem:
– Samotny? Bez niewiasty żadnej?
Ojciec zaśmiał się. – Ano, sam jak palec. I wcale się nie zgubił, nie zabłądził, specjalnie do tych kurwich synów przyszedł...

I

Zamek nad Ciepłym Potokiem cały był zielony, gdyż go bluszcz porastał, a to dlatego, iż Ciepły Potok był ciepły. Zielony zamek nazywano z tego powodu Zielonym Zamkiem, bo jakże by inaczej?

Sługi Pana Zielonego Zamku wypatrzyły z baszty samotego wędrowca.
– Panie! Obcy człowiek stoi pod bramą!
– Z iloma sługami? – spytał przebudzony rycerz. Lepiej było go nie budzić, każdy o tym wiedział, bo zły był wtedy okrutnie, ale co było robić w tej sytuacji...?
– Sam jeden.
– Z niewiastą jedną?
– Nie, sam jeden.
– Jakże to? – zdumiał się Pan Zielonego Zamku i pospiesznie wdział galoty, a żona jego całkiem przykryła się kołdrą, bo nic jej to nie interesowało.

Pan nie był zły na sługę, mimo wczesnej pobudki. Jakże mógł być, skoro tamten taką nowinę przyniósł? Jeszcze mu małego srebrnika wręczył, za co będzie mógł obdarowany z pół beczki piwa wychlać, albo dzban wina, albo garść żywicy z kręćka kupić i wypalić.
Biegiem, niczym jurny młodzieniec, poleciał Pan Zielonego Zamku ku baszcie, żeby ów dziw zobaczyć.

– Coś ty za jeden? – spytał z wysokości.
– W pokoju przychodzę – odparł godnie wędrowiec.
– Tyle to widzę bez gadania, sam przecie jesteś i zamku nie zdobędziesz!
Słudzy chórem zarechotali i zadzwonili okuciami włóczni o kamienie. Pewnie liczyli na jaką monetę od Pana, choćby miedzianą, bo co tu dużo gadać – pić im się chciało, a żołd miesięczny przepijali w trzy-cztery dni, albo i we dwa, jak dobrze poszło.

– Sam jestem – potwierdził wędrowiec.
– A gdzie twoja niewiasta?
– Nie mam żadnej.
– Żadna cię nie chciała? – zaśmiał się Pan. Słudzy padli ze śmiechu trzymając się za brzuchy (jedną ręką, bo drugą za włócznie).
– Uhuhuhu, a to mu Pan dogadał! – krzyczeli jeden przez drugiego oblizując spragnione wargi. Widmo brzęczącej monety zbliżało się wielkimi krokami.
– Chciała! Niejedna nawet – odpowiedział bezczelnie włóczęga.
– Zmyślasz! – prychnął Pan. – Zmyśla, zmyśla! – potwierdziły sługi pańskie również prychając.

Dobrze wszystkim było wiadomo, że zdrowych niewiast brakowało na całej Wyspie...
Przyszła zaraza i ćwierć zabrała, drugie ćwierć tak oszpeciła, że je trzeba było na bagna wyganiać, a te co zostały cenne były jak złoto, zaś złota na wyspie prawie nie widywano, byle sygnet kosztował dwadzieścia dużych srebrników! Skądże by taki co łazi od bramy do bramy miał złoto?

– Aha, niejedna... Pewnie szpetne wszystkie? – przygadał Pan, a jego otoczenie niemal poumierało z tej wesołości.
– Uhuhuhu, pewnie je na bagnach znalazł – śmiały się sługi jeden przez drugiego.

Pan Zielonego Zamku rozrechotał się całą gębą i już do sakiewki sięgał, ale nie miał jej przy sobie. Sługi pomarkotniały jak nożem uciął...
– Gadaj czego chcesz? I czego sam łazisz? Nie wiesz, że nie wolno? – krzyknął Pan, a sługi dalejże dogadywać:
– Jak dzikus jakiś! Nikt sam nie łazi! Nie wolno, nie wypada, nikt sam nie łazi, bo złych duchów nałapie!
– Duchów się nie boję! – rzucił tamten spod bramy, jak szaleniec co najmniej.
– Szalony! – gadały sługi. – Cichajta! – przerwał im Pan i znów się zwrócił ku przybyszowi.
– Jakże to duchów się nie boisz? Ślepy i głuchy jesteś? Mało opętańców widziałeś?
– Całkiem sporo! Ale duchów się nie boję!
– Czapkę-niewidkę masz? I tak by cię duchy widziały, bo czapka jeno ludzi zwodzi... – powiedział Pan i spojrzał na sługi. Zaśmiały się, ale cienko, bo sakiewki zapomniał.
– Nie mam czapki. Przyszedłem tu z Bogiem!

Sługi znów padły ze śmiechu, wcale nie dla miedzi czy srebra, bo tym razem naprawdę wędrowiec ich rozśmieszył aż do przesady.
Jednak szalony, pomyślał Pan Zielonego Zamku. Samotnik usłyszał myśl jego i rzekł:
– Nie jestem szalony, duchów się nie boję, bo idę z Bogiem. Otwórzcie! Ile jeszcze mam tu stać? Widzicie, że sam jestem, sług nie mam, zamku wam siłą nie odbiorę.
Pan, jakby zbaraniał, gębę na moment rozdziawił, w końcu zamknął, przełknął ślinę i rozkazał:
– Otwórzcie mu, żywo!

Tamten wszedł, jak do siebie.
Pan Zielonego Zamku zaprosił szaleńca na śniadanie, a sam poleciał po sakiewkę, żeby wszystkim sługom dać po małym srebrniku, bo dziwne rzeczy się działy i wolał by byli zadowoleni. Nie miał aż piętnastu monet w komnacie, a do lochu nie chciało mu się pędzić, więc chcąc niechcąc dał im dużego srebrnika, wielkiego jak podkowa. Do podziału.
Więcej im do szczęścia nie było trzeba, tylko czekać wieczora!

– Z Bogiem idziesz, powiadasz? A z którym? – zapytał Pan, gdy już podjedli i wysiorbali garniec dobrego piwa.
– Jeden jest – zaśmiał się przybysz łagodnie.
– Reszty nie ma?
– Nie ma.

Wstrząsnęło to Panem Zielonego Zamku, bo dotąd myślał, że albo wszyscy są, albo żadnego nie ma, a niekiedy jak się głębiej zastanowił, to mu przychodziło do głowy, że może być i tak, że wszyscy na raz są i ich nie ma. Tyle, że nieczęsto o nich myślał, bo czasu brakowało.
– I ten jeden... – zawahał się Pan po chwili milczenia – sam się wszystkim zajmuje? Orką, polowaniem, wojną, grą w kości... zasiewem i żniwami, mężami i niewiastami, dzieciakami i starcami, kuciem żelaza i lepieniem garnków?
– I tak, i nie.
– Jakże to?
– On stworzył cały świat, ale to ludzie sieją, orzą, żniwują, biją się na wojnach, rodzą dzieci, kują żelazo i lepią garnki.
Dwie nowiny niesłychane odnalazł w tym Pan Zielonego Zamku.
– Raz, że stworzył? A to świat nie jest starszy od bogów?! Dwa, że ludzie sami sieją i orzą? A kto zsyła deszcz po zasiewach i daje słońce na żniwa?!
– Raz, że stworzył, a świat jest młodszy od Boga. Dwa: tak stworzył, żeby siał człowiek przed deszczami, a żniwował w słońcu.
Pan po raz pierwszy słyszał taką opowieść. Aż głową potrząsnął i oczy przymrużył.
– Czekaj, czekaj...
– Powoli, Panie Zielonego Zamku! Nie spieszymy się. Wiem, że to dla ciebie niełatwe i możesz mieć wrażenie, że stawiam świat do góry nogami, ale jak dobrze sprawę przemyślisz, powtarzam, powolutku, to ujrzysz, że właśnie odwrotnie: świat stał w twej duszy do góry nogami, a ja go teraz na nogi stawiam...

Pan wcale głupi nie był i w duchu przyznał mu rację.
A jak już pomyślał, zapytał:
– Ten jeden Bóg tak ustawił świat, że deszcz pada jak trza siać, a słońce jak żniwować? Teraz już tylko patrzy jak siejemy i żniwujemy?
Wędrowiec pokiwał głową z uznaniem.
– Mądre pytanie! Patrzy, prawda, bo wszystko widzi. Czasem jednak... dotyka świat palcem, żeby go ulepszyć.
– Palec Boży... – zamyślił się Pan Zielonego Zamku. – A dlaczego nie ustawił świata od razu lepiej, najlepiej? Żeby, bo ja wiem... żeby samo rosło zboże, bez żniw i zasiewów!
– Ależ ustawił! Tak było na początku...
– A później?
– Później ludzie zgrzeszyli.
– Co to znaczy?
– Już ci opowiadam, Panie...

II

Świt.
Ostatnie życzenia trzech skazańców.

Pierwszy mówi, że by zjadł i porypał, drugi że wypiłby dobrze i też zjadł i porypał. Obu jeść dobrze dali i wypić, rypania nie, nie było nawet mowy, bo jakże to, publicznie, na szafocie?

W końcu ich powiesili, a trzeci z kolei, rzecze głównemu katu półgłosem:
– Takie jest moje ostatnie życzenie, że powieście mnie teraz prędko na oczach tego tłumu, a po szybkim „Ojcze nasz” odetnijcie. Chcę zobaczyć jak to jest. Ale po szybkim „Ojcze nasz”, nie jak stare baby zawodzą, ino żwawo!
Zdziwili się, ale zrobili jak chciał: powiesili, pomodlili się i odcięli.

A on zaraz wstaje, gardło masuje, po czym rzecze do kata, do Burgermeistra, opata, sędziego i innych oficjeli, ale tak żeby i pospólstwo słyszało, więc gromko i gębą na prawo zwrócony:
– Ejże, dwa razy za to samo nie można być wieszanym!

I się tumult podniósł i wrzawa, a najgłośniej dawne kompany jego rżały, przez co puścić go musiano, a on wziął, poleciał w uliczki, nie czekał aż zdanie zmienią, komuś tam szkapę ukradł spod gospody, zwiał na niej poza mury miejskie – wszyscy gwardziści egzekucyjom asystowali, więc nikt bram nie pilnował – no i zniknął.
Później musiał ze szkapy zsiąść, albo może spaść, gdyż wróciła w półtora-dwa pacierze, a jak zając była spłoszona…

Nikt się nie garnął, by go ścigać, aż po dobrej godzinie imć Burgermeister wypowiedział magiczną formułę, a dokładnie rzecz biorąc, to heroldzik ją wykrzyczał w Burgermajstra imieniu, a brzmiała owa magiczna formuła nastepująco:
– Tuzin tularów za martwego, dwa tuziny za żywego!
A wobec braku entuzjazmu, po drugiej godzinie ofertę podwoił i… nadal nic.
Wreszcie przemówił po raz trzeci:
– Oreusz za martwego, a dwa za żywego!
– Złoto, złoto – przez tłum przebiegł pomruk ożywiony.
Wtedy wstało kilku i się wybrało w drogę, w pościg za tamtym.

Ale co tu dużo mówić – nie złapali go, mimo iż przez cały księżyc szukali, ale jak kamień w wodę przepadł, tylko sznura kawałek znaleźli katowskiego – warto też wiedzieć, że sam kat miejski się po ucieczce tamtego, ze sromoty, powiesił, właśnie na tym krótkim kawałku (jak on to zrobił?!)

Nazajutrz ktoś mu ten sznur do grobu wrzucił, grobu za murem cmentarza, murem, który zresztą sam ongiś murował…
Ot, dygresyja o losach ludzkich, losach istot bliźnich, bo nawet kacisko podłe, było bliźnim naszym i wierzyło w Hezosa przecie, więc Sąd Żywota go czeka, jak i króla, i biskupa, i woja, i wójta, i dziwę albo kmiecia. Jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą, i panom i sługom sprawiedliwie.
I bardzo dobrze, że choć po śmierci jest równość, bo wiadomo, że za życia równo być nie może: ktoś musi być królem, a ktoś inny siano kosić i jakby tak chłopa spytać, którego grzbiet od sianokosów boli:
– Wolisz zawsze już siano kosić, czy może zechcesz nam królować? – To co on niby odpowie?
A co taki wiedziałby o królowaniu i korony ciężarze?
Piłby i bił po gębie, ot co by wiedział o królowaniu… Rychło królestwo diabli by wzięli, a sąsiedzi rozszarpaliby resztki. Temu też, chłop czy kucharka do panowania się nie pcha i każden swoje miejsce zna, żyje i drugim żyć daje.

A z innej beczki… Wiecie kto stał w tłumie i egzekucyję oglądał, a nawet tumult robił, żeby trzeciego powieszonego, tego co go odcięli, wypuścić?

Pewien żak.
I inni żacy. Ale nasz żak się wyróżniał, bo był przebraną dziewoją, o czym nie wiedział nikt, oprócz połowy żaków i kilku uczonych autorytetów, dziewoją brzydką, jak koza od tyłu, ale ze złotym sercem i szczodrą vaginą.
Toteż niezmiernie ją lubiano i przymykano oko na nieoficyalność całej tej żakowskiej zabawy w Zodomę i Khomorę. Nie ma też co ukrywać, że zdolna była, bystra i w naukowym ksiąg studiowaniu nadzwyczaj biegła.
Po co jej to było? Ot, zdarza się jedna na tysiąc tysięcy, że żadna siła jej nie powstrzyma, a uda jej się wszystko na co się uprze.
Taka też była Geria udająca Gerrona, która głośno mówiła, że jej pragnieniem najwyższym jest zbliżyć się do Boga poprzez poznanie rozumowe i experymenta naukowe.
I wiarą, wiadomo, ale wiary w Hezosa Gerii nie brakowało, za to rozumu nigdy za wiele… No i dla rozumu trzeba sporo czytać oraz słuchać wykładów i dysputować umiejętnie, albo li-tylko słuchać dysput, byle bzdur nie gadać i samemu się nie ośmieszać.

Jedynym Gerii problemem musiała się w końcu okazać szczodrość jej vaginy i tak też się stało, ale nie, że jakaś mała wybuchła afera, tylko potężne zderzenie żywiołów! Było to akurat wtedy jak się kat powiesił.
Oto dwaj, a po chwili trzej szacowni doktores zawzięcie na siebie krzyczą w refektarzu, bo obaj, a po chwili już we trzech, sądzili że są „tymi jedynymi”…
Oto biją się żacy pod karczmą, na pięści, na kufle, na stołki, ze czternastu i nie wiadomo kto z kim…
Oto jakieś matki i jacyś ojcowie, na szczęście za ogrodzeniem, bo wejść im na campus nie wolno, ojcowie wygrażający stamtąd kułakami, coś gestykulujący i walący się otwartą dłonią w łeb, no i matki w różnych stadiach histerii, maligny i gorączki, czasem łkające zza płotu, a czasem coś wrzeszczące, ale regułą było, że jeśli któregoś studenta matka wrzeszczała, to ten się chował jak najdalej, a koledzy wołali go gdy już sobie poszła.

III

Jego Magnificencja Rektor dostał piany przez to wszystko, ale nie wiedział co robić, bo nie miał nawet kim sprawy spacyfikować, gdyż straż uczelniana została pobita i rozbita jeszcze przed południem, w trakcie pierwszych awantur z rozsierdzonymi żakami. Gwardii miejskiej zaś wezwać na teren uczelni nie mógł, ani by nie chciał pod żadnym pozorem.

Jego Magnificencja Rektor poszedł w końcu po radę do Jego Eminencji Opata, a ten polecił mu zaproszenie młodych kleryków z miejscowego seminarium, którzy z żakami od zawsze mieli na pieńku. Problem wyszedł jednak, ponieważ akurat tego dnia, tak się złożyło, biedniejsi klerycy zaczęli vacationes, jedyne w roku, całe sześć dni na odwiedzenie bliskich i powrót.

W seminarium pozostali wyłącznie klerycy z majętnych rodzin, bo vacationes odbywali w innych terminach i to dwukrotnie. Owszem, przywilej, ale kosztowny dla ich ojców, lub matek, o ile były wdowami.
Mniejsza o to, ważne, że w seminarium pozostali wyłącznie klerycy z majętnych rodzin i od razu zaczęli marudzić o broń jakąś porządną, żeby żakerię móc sprać na kwaśne jabłko.
Jego Eminencja Opat był na to gotowy, posłał wcześniej pachołków, by nawycinali w lesie solidnych pał, czterdzieści sztuk, a później je klerykom zanieśli.
Zaczęli na to młodzi bogacze szemrać i grymasić, że takim czymś oni walczyć nie będą, bo to kije dla pastuchów od krów, albo dziadów co łażą po bagnach-uroczyskach, a oni by chcieli, no przynajmniej, jakieś okute buławy, najlepiej inkrustowane srebrem, żeby nie wstyd było później…
– Wstyd, nie wstyd – ryknął Rektor, ale się zreflektował, że tak z nimi nie wygra.
„Buławy, kurwa ich mać, buławy okute, inkrustowane srebrem…” – zamyślił się i nagle sobie przypomniał, że ma takich od cholery, w Muzeum, leżą tam od dwudziestu lat, czy może dłużej, jako vota od… od kogo? Chyba od kmieci kooperujących z naszym biskupem.

No dobra, wskazał im drogę, uzbroili się w buławy, a do tego połyskujące srebrem hełmy, też vota, zdaje się od gwardzistów miejskich.
Klerycy z pieśnią „O Wspólnocie z Hezosem” na ustach, wyłamali zachodnią bramę i zaatakowali zdezorientowanych i mocno pijanych żaków. Kilku dostało srogie lanie, ale zaraz okazało się, że buławy są do kitu, za lekkie, rozlatują się i lepsze byłyby zwykłe kije. Żakeria się ocknęła prędko i z przypadkowym orężem, tłumnie wyprowadziła kontrataki oskrzydlające, wybiegając grupkami z różnych budynków i zakamarków campusu.

Zatańczyły nogi od stołów, krzesła, grabie, łańcuchy i twarde żackie podeszwy z prażonej dębiny.
Bogacze dostali straszny łomot i poczęli uciekać we wszystkie świata strony. Jeden z nich zwiał aż do gospody pod wschodnią bramą, wbiega tam, patrzy, a to bidni klerycy całym stadem siedzą, czarne piwo piją, żrą tłusto, bo donikąd nie pojechali, tylko urządzili sobie vacationes na mieście.

Zdziwili się bardzo na jego widok, widzą też, że ich bogaty kolega kleryk zmęczony, przestraszony i dobrze obity, koszula poszarpana…
– Kto pobił? – spytał jeden z bidaków, a reszta już wstawała i szybko dopijała co tam miała.
– Żaki zapowietrzone!

Pobiegli lać żaków, a jeszcze po drodze wyszukali kogo się dało ze swoich i dogadali się bystro, że zbiórka pod seminarium. Wzięli kijów czterdzieści, co je Jego Ekscelencja Opat kazał wyciąć wcześniej i znienacka wpadli na campus, który w tym czasie świętował zwycięstwo osiągnięte w trakcie odpierania poprzedniego szturmu.

Ciemno się już robiło, więc zaskoczenie było kompletne.
Tym razem żacy dostali łomot i na czas dwóch pacierzy to klerycy rządzili na cudzych śmieciach, wyszukując i tłukąc kijami pojedynczych zapowietrzeńców rozsianych po kryjówkach na całym terenie.
Później, powoli, z godnością, tempem procesyjnym, śpiewając gromko „Oto Dom Hezosa” opuścili campus i rozeszli się po mieście.
Niepokoje zostały uciszone. Jego Magnificencja Rektor kazał lokajowi podarować dzielnym klerykom po srebrnym tularze i mógł wreszcie położyć się spać.

Gdy zasypiał, wojna o Gerię wybuchła na nowo, tyle że tym razem zaczęło się podobno od awantury między drwalami a kupcami drewna, w wielkiej piwiarni na rynku, dzięki czemu nie była to już sprawa Rektora, tylko Burgermeistra i miejskiej gwardii.
Ale tak naprawdę, co najdowcipniejsze, nikt nie skojarzył tych wydarzeń z osobą Gerii, która właśnie pielęgnowała pobitych studentów. Ci zebrali się nad ranem, wokół niej, wstyd poczuli i hańbę bojową, po czym wzięli co kto miał do walki wręcz i ruszyli wielkim tłumem w miasto, gdzie zasadniczo szukali kleryków, ale tłukli, summa summarum, każdego kto się nawinął.
Wkrótce trafili na bitwę gwardii miejskiej z kupcami i drwalami z targu. Dołączyli do kupców i drwali, dzięki czemu wyparli gwardzistów z najbliższej okolicy.

Burmistrz zebrał posiłki i nie pozostawiając sobie żadnego odwodu, całą sotnią uderzył na buntowników. W ruch poszły dębowe pały, którymi gwardziści całkiem sprawnie się posługiwali. Szybko złamaliby opór, ale wtem na targowisku pojawiło się ze dwudziestu, a może i trzydziestu chłopaków z seminarium. Przybyli, by lać studentów, lecz zobaczywszy znienawidzoną gwardię, zaatakowali ją od prawego skrzydła bez długiego namysłu. Bitka była taka, że szum szedł, łupanina jak w tartaku, co chwilę ktoś dostawał w łeb drągiem i padał bez czucia na ziemię.

Wreszcie gwardziści pękli, dali nogę, na co żacy, klerycy i kupcy rozpoczęli triumfalną i wrzaskliwą ucztę zwycięstwa na rynku.
Burgermeister zapadł się pod ziemię, zresztą nawet go nie szukano, bo nikomu się nie chciało nic działać, jeno żreć, chlać i rabować, jeśli coś się akurat nadarzy.

Żacy dobrze bawili się z klerykami aż do świtu. Oczywiście kłócili się prawie bez przerwy o to kto ma lepsze kadry naukowe.
Klerycy śmiali się z tego, że jedynym poprawnie wykładanym przedmiotem na Uniwersytecie jest teologia, za to astronomia, geografia i experymentologia leżą i kwiczą. Gdy żacy się zaperzali, że wcale tak nie jest, to im przypomniano tego professora, który powątpiewał do niedawna, że Ferra krąży wokół Słońca. Tymczasem, w seminarium nikt taki nie mógłby pracować, gdyż zostałby wyrzucony przez okno do gnojówki. Studenci zarzucili klerykom naginanie faktów, bo professor stary był już, zwariowany i wszędzie wietrzył spiski krypto-pogańskie. Dogadywali też klerykom, że ich alchemicus wysadził ongiś drewnianą szopę, bo chyba źle zrozumiał podstawy experymentologii.

I tak sobie wesoło siedzieli na zdobytym rynku i chyba nawet wszyscy o Gerii zapomnieli, aż do czasu, gdy jeden z kleryków, przegadany przez współbiesiadnika zabełkotał:
– A u was studiuje baba w przebraniu, co ma vaginę szczodrą dla doctores…
Zamieszki wybuchły ze zdwojoną siłą!

A co robiła w tym czasie Geria? Ano, tuliła się do zbiegłego skazańca, który wcale nie uciekł żadną szkapą z miasta – to była jakaś durna plotka. Od księżyca mieszkał potajemnie u niej. Nie uciekł, bo bał się strażników przy bramie. Nie wiedział, że żadnych akurat tam nie było, no bo skąd miał niby wiedzieć, wszak miano go powiesić a nie mianować rajcą…
Uciekł wtedy z szafotu na campus, chował się w pokrzywach, aż po południu wypatrzył Gerię, spacerującą niespiesznie przy ogrodzeniu. Przywołał ją, bo dobrze się znali, ona zaś kazała mu się tam kryć do zmroku, po czym dyskretnie zaprowadziła go do swojej izby.
Luksusów tam nie miał, ale dobrze mu było, i to jak!
Kiedy była z nim, gzili się namiętnie, a gdy wychodziła, zaczynał myśleć, roztrząsać, wspominać.
A było co, bo sporo przeżył przez ostatnie lata i wysoko nawet zaszedł, jak na takiego dzikusa z prowincji…

IV

– Palec Boży... – zamyślił się Pan Zielonego Zamku. – A dlaczego nie ustawił świata od razu lepiej, najlepiej? Żeby, bo ja wiem... żeby samo rosło zboże, bez żniw i zasiewów!
– Ależ ustawił! Tak było na początku...
– A później?
– Później ludzie zgrzeszyli.
– Co to znaczy?
– Już ci opowiadam, Panie...

Bóg, gdy już stworzył cały świat: ziemię i niebo, słońce i księżyc, dzień i noc, wody i lądy, rośliny i zwierzęta, ryby i ptactwo, bydło i dziką zwierzynę, postanowił stworzyć kogoś kto będzie do Niego podobny, kto będzie Boga czcił a zarazem Mu towarzyszył, kogoś kto w Imię Boże uczyni sobie świat poddanym.
I stworzył mężczyznę i kobietę. Praojca i Pramatkę. I dał im wszystko czego potrzebowali.
Jako, że Bóg jest najmądrzejszy, postawił jeden warunek:
– Nie wolno wam jeść prostych bananów!
Pan Zielonego Zamku aż klasnął w ręce ze zdziwnienia – miał je wymalowany na twarzy:
– I co? Pewnie zjedli?
– Zjedli... No i teraz trzeba siać i żniwować.

Pan się zafrasował...
– No tak, każdy by prędzej czy później zjadł te proste banany, bo widzi się po nich ostrzej, słyszy lepiej, czuje wyraźniej i wie się kędy iść, a kędy nie...
– No dobra, a teraz z innej beczki... Skąd to wszystko wiesz? – spytał wędrowca.
– Bo wierzę w Boga i...
– Sam Bóg ci to powiedział?
– Nie. Ludzie. Wierzący.
– To skąd wiesz, że nie kłamią? – zatriumfował Pan, który przecież kpem nie był i na sprawach politycznych znał się całkiem nieźle, jak wiadomo, bo dotychczas ani swego zamku ani ziemi nie utracił. A sąsiedzi na Wyspie bywali pazerni. Trzech ich miał, ale mniejsza o to.
– Ludzie mogą kłamać – przytaknął wędrowiec – ale wiara nie może, tym bardziej – tu podniósł nieco głos – gdy wsparta jest dziełami rozumu!

– Jakie to dzieła rozumu masz na myśli?
Wierzący przybysz odetchnął, złożył ręce, spojrzał w oczy Panu Zielonego Zamku, uśmiechnął się i rzekł:
– Wyobraź sobie, Panie, najwspanialszą istotę na świecie, której wszystkie przymioty są najlepsze, najwyższe, naj... doskonalsze! Jaka ona będzie?
– No, wielka na pewno – myślał i mówił – bardzo wielka, jeszcze większa, nie będzie miała końca... ani początku.
– Tak! A co by mogła zrobić?
– No... wszystko chyba. Na pewno wszystko, co by chciała, skoro najdoskonalsza.
– Wszechmocna!
– O, tak... I co dalej? – spytał gospodarz.
– I taki jest Bóg!
– Ale, ale... My to sobie tylko wyobraziliśmy! – oburzył się.
– Wcale nie! – zaprzeczył raźno gość. – Przecież gdybyśmy sobie tę istotę tylko wyobrażali, to nie byłaby najlepsza! Lepsza od niej jest taka, która istnieje naprawdę!

Pana zamurowało. Cały Zielony Zamek zamurowało!
Chwilę wcześniej wszedł sługa zapytać czy czego nie trzeba, ale nie doczekał się odpowiedzi. Bez słowa wymienił pochodnie, które dogasały, po czym stanął cicho w kącie izby.
Pan Zielonego Zamku wreszcie się odezwał:
– To prawda! Najdoskonalsza istota istnieje, bo gdyby nie istniała, to nie byłaby najdoskonalsza...
Po chwili zadał niespodziewane pytanie:
– A co z kapłanami?
– Z jakimi kapłanami?
– Różnymi. Kapłanami różnych bogów... Kłamią?
– Jedni kłamią, inni tkwią w ciemności, bo nikt nie przekazał im światła, jeszcze inni z przyzwyczajenia. Nie wiem, nie mnie sądzić.

Oblicze Pana Zielonego Zamku przybrało posępny wyraz.
– Dlaczego Bóg ich nie pozabija?
– Bo jest najdoskonalszy, więc też miłosierny, bo miłosierdzie jest doskonalsze od niemiłosierdzia. Poza tym, stworzył człowieka wolnego w wyborze dobra lub zła. Praojciec i Pramatka nie musieli jeść prostych bananów, ale zjedli. A On ich nie zgładził, tylko wypędził ze świata, w którym mieli wszystko, do takiego, w którym muszą siać i żniwować... w pocie czoła.

V

Żak, którego omal nie powieszono dalej by wspominał samotnie dawne dzieje, ale Geria wróciła, nie taka wesoła jak zwykle, ani też przejęta jak niekiedy, tylko bardzo bardzo tajemnicza, wystraszona w jakiś niezwykle wzniosły sposób…
I mówi mu, że Rektor przeszukiwał będzie izby akademika w poszukiwaniu przebranej niewiasty.

Żacy zaś naradzali się co począć w tej sytuacji, albowiem plotki obiegły całe miasto, że Zodoma i Khomora, że grzechy ciężkie i zamtuz na uniwersytecie.

Wtem jeden z żaków, najbardziej chyba ze wszystkich w trunkach biegły, aż tak biegły, że nikt się po nim dobrego pomysłu nie spodziewał, wstał i jak nie wrzaśnie:
– Piękniś! Piękniś!

Nie zoryentowali się żacy co też ten opój bredzi i czemu przywołuje Pięknisia, czyli dobrze
wszystkim znanego studenta, który dziwnym był nieco, gdyż nosił się prawie jak panna, bo i
kolczyki w uszach miewał, i poliki pudrem pokraśniał, i ozdóbki lubił: a to cekiny, a to
bransoletki, pierścionki i tak dalej.
– Co, Piękniś? Co ty chcesz? Co bredzisz, opoju?
– No Piękniś, Pięknisia im pokażcie, że to ta przebrana niewiasta!
Zrozumieli. Śmiechem wybuchnęli, jęli opoja na rękach podrzucać, aż po powałę w gospodzie.
– Piękniś! Powiemy, że to o nim te plotki, a on przecie żadna niewiasta, tylko gębę pudruje i
kolczyki nosi!

Poszedł przeto Piękniś przed oblicze Rektora i Wysokiej Kommisyi, a jak spytali czy udowodni
im, że kawalerem jest, a nie panną, to portki ściągnął i udowodnił!
Jeszcze jak udowodnił, bo z zapałem pomachał tym i owym przed oczyma czcigodnych członków (nomen omen) Kommisyi!

Sprawę wyciszono, nie chcieli już Jego Magnificencja Rektor, Jego Eminencja Opat i Jego Głupkowatość Burmistrz żadnych plotek słuchać: ani o żaku-niewieście ze szczodrą vaginą, co się okazał zwykłym durnym Pięknisiem z wielkim przyrodzeniem, ani o zamieszkach na mieście, które niby wybuchły a teraz nikt nic o nich nie wiedział, o spalonej do fundamentów gospodzie i wielkim pożarze składu drewna, który miał to nieszczęście wyrastać tuż obok.

Ot, piorun strzelił, zdarza się. Odszkodowanie trzeba właścicielom zapłacić, żeby nie poszli z torbami, ale po co dalej jątrzyć i jakichś winnych szukać? Dobrze, że nic więcej się złego nie stało. Do Niebios mieć pretensje o burzę z piorunami?
Nie. Tacy ciemni, to ci ważni panowie nie byli...

VI

Pan Zielonego Zamku usłyszał od samotnego wędrowca jeszcze jeden dowód na istnienie Boga, a mianowicie taki, że podobnie jak Zielony Zamek ktoś zbudował, skały najpierw pokruszył, później przewiózł je wraz z gliną nad Ciepły Potok, zamczysko zaplanował, rozpoczął i ukończył budowę, tak i każda rzecz na świecie, czy żywa czy nieruchoma, musi mieć jakąś przyczynę, a sama też bywa przyczyną dla kolejnych rzeczy.

Nie ma rzeczy bez przyczyny, przeto musi istnieć najwcześniejsza Przyczyna, Praprzyczyna.
– No i kto tylko może być Praprzyczyną? Byt najdoskonalszy, najwspanialszy, posiadający same najdoskonalsze przymioty, czyli...
– Bóg! – westchnął Pan Zielonego Zamku. – Znów masz rację... No to co ja mam zrobić?
– Uwierzyć w Boga! Przyjąć Sakrament Wiary!
– Dobrze, ale najpierw ty mi powiedz dlaczego wędrujesz sam? Przecie wiesz, że nie przystoi...
Przybysza wytrąciło z rytmu to pytanie. Ucichł całkiem i nieco zakwitł rumieńcem na policzkach.
– Dalej pójdę już z tobą...

Pan Zielonego Zamku jakby na to czekał. Chlasnął przybysza na odlew po twarzy,
– Ty szubrawcu! Chciałeś mnie wyprowadzić z domu. Kto cię przysłał, który sąsiad?! Ta gnida z Szarego Zamku?! – wrzeszczał.
– Nie, Panie, nigdy. Ja przyszedłem z Bogiem – przeraził się przybysz i szybko tłumaczył: – Chciałem byś poszedł ze mną do swoich sąsiadów, byśmy razem im opowiedzieli o Bogu, a także o jego Synu Hezosie, który Uratował Świat i Duchu, który Jest Ich Głosem. O Nich jeszcze ci nie mówiłem Panie, ale opowiem po drodze...
– Straże! Brać go i do lochu! – sługi wbiegły do izby z łoskotem i wyprowadziły zdumionego przybysza. Dwa tuziny kuksańców dostał i trzy razy wywrócił się na kamienną podłogę.
– Panie, pozwól mi opowiedzieć jeszcze o Synu i Duchu, a wtedy możesz mnie wypędzić, albo nawet zabić – jęczał.
– Z zamku chciał mnie wywlec swoją gadaniną – wściekał się Pan Zielonego Zamku schodząc za sługami do lochu.

Usłyszał głośne tupanie. Obejrzał się. Goniła go jego niewiasta.
– Stój! On mi się śnił kilka razy. Chcę do niego iść.
Kazał sługom drzwi ciężkie otworzyć, by wejść z nią do niego. Niewiastę trzymał mocno za rękę.
Pobity wędrowiec spojrzał na jej twarz. Była tragicznie oszpecona przez zarazę. Wyrwała się mężowi, przypadła do stóp wędrowca.
– Śniłam, że mnie uleczyłeś. Zrób to, błagam!
– Wierzysz, że mogę to zrobić, w Imię Boże? – spytał ocierając łzę.
– Tak! – szlochała. – Wierzę!

Pan Zielonego Zamku wyglądał jakby oszalał.
– Ty głupia kobieto! Wstawaj natychmiast – podskoczył do niej, szarpnął mocno, a uwięziony wędrowiec krzyknął:
– Nie krzywdź jej, przestań w Imię Boże!

Na co rozjuszony jak byk mężczyzna wyciągnął zza paska czekan i zdzielił tamtego obuchem w głowę. W skroń.
Pielgrzym padł i ducha wyzionął. Wspólnocie Hezosa przybył kolejny święty męczennik. Rozległy się niebiańskie dźwięki, rozbłysły światła nieziemskie, sklepienie lochu się otworzyło by przepuścić jego duszę, a później wszystko przygasło nagle i przycichło.
W mdłym świetle pochodni ujrzał pan Zielonego Zamku pogodne oblicze zabitego wędrowca, a zaraz później zdrową, piękną jak była przed zarazą, twarz jego własnej żony.

Była uleczona.

Nigdy więcej się do niego nie odezwała. Ani słowem do końca życia! Zresztą nie żył długo, bo w głowie mu się pomieszało najdoskonalej jak można to sobie wyobrazić, po tym jak zwłoki męczennika nie dały się spalić, na widok czego wszyscy słudzy uciekli, a on jakiś czas później, sam mieczem się przebił.

Uleczona niewiasta złożyła zwłoki wędrowca w łodzi żaglowej, sama też do niej wsiadła i popłynęła z prądem rzeki ku morzu. Nie miała pojęcia o żeglowaniu, ale kolejny cud sprawił, że łódź bezpiecznie dopłynęła aż do Portu na północnym wybrzeżu Wielkiej Ziemi, gdzie zwłoki świętego rozpoznano, otoczono czcią i złożono w bocznej nawie pięknej katedry.

Zielony Zamek dostał się niespodzianie prędko w ręce syna Pana Zielonego Zamku. Chłopiec ten, podczas tamtych pamiętnych dni polował w towarzystwie kilku sług. Polując bał się ojcowskiej kary, bo sługi wziął bez pytania, ale gdy wrócił do domu, okazało się, że oto on jest teraz tutaj Panem.


Znów ja

– Słyszałem to od ojca, a on od własnego ojca – rzekł poważnie mój ojciec z wysokości fotela obitego skórą niedźwiedzią. Siedziałem u stóp jego na kiepskim drewnianym zydelku.

Milczałem pokornie. Wyrażałem swą postawą co następuje: słucham cię, ojcze, jak opowiadasz o tym co opowiadał twój ojciec...
– Czy masz jakieś pytania, synu? – spytał półgłosem.
– Tak, ojcze... Dlaczego właściwie mi o tym opowiadasz?

Oj, teraz będą sługi i batogi, pomyślałem gryząc się w język.
Ale ojciec tylko zachichotał.
– Zdziwisz się, synu. Oto trafił dziś o świcie pod bramę naszego Zamku pewien samotny wędrowiec... z Wielkiej Ziemi. Ale nie będzie wracał sam. Zabierze cię ze sobą.

Nie wierzyłem własnym uszom.
– Opuszczę Wyspę? Popłynę na Wielką Ziemię?
– Tak. Rozmawiałem z nim przez cały dzień, od pierwszego śniadania do trzeciej kolacji. Od dziś wierzę w Hezjosa, który Uratował Świat!
W kogo? – pomyślałem, ale się nie odezwałem.
– A ty wyruszysz z nim – kontynuował ojciec ku wielkiej mej radości.

– Zobaczysz wielki świat, wyjedziesz z tej zapchlonej dziury i zobaczysz Ziemską Stolicę Urządzoną po Bożemu. Później wrócisz i powiesz nam dlaczego oni są tacy wspaniali, a my tacy nędzni? Oni mają uniwersytety (co mają? – pomyślałem, ale się nie odezwałem), rozprawiają o ruchach gwiazd (to gwiazdy się ruszają? – pomyślałem, ale się nie odezwałem), o naturze jedynego Boga (o czym? – pomyślałem, ale się nie odezwałem, i poczułem, że zaprawdę, zaprawdę nic nie wiem o świecie). O tym jak wznosić budynki piękne, kształtne, strzeliste, a nie takie paskudne, rozlazłe kupy kamienia z gliną jak nasz zamek i wszystkie trzy sąsiednie, albo jak zrobić instrument wydający niebiańskie dźwięki, na którym gra się rękami i nogami, który sam jeden brzmi lepiej niż tuzin grajków z piszczałkami i bębnami, albo szkło przez które lepiej widać gwiazdy i dalekie okręty na morzu... Zobaczysz to wszystko na własne oczy, po czym wrócisz tu, by objąć władzę nad Szarym Zamkiem, a kto wie, jak Bóg da, to i nad całą Wyspą. Uczynisz z niej Wyspę Urządzoną po Bożemu!

Ona

Dobrze pamiętam, co do słowa, to co powiedział mi ojciec. Teraz wracam z Wiarą i Wiedzą. Oraz z niewiastą, która nie dość, że uratowała mi życie, to była najmędrszym żakiem w całej Ziemskiej Stolicy Urządzonej po Bożemu, tak wiedzy chciwym i tak silną wiarę posiadającym, o tak wielkiej do nich miłości jakby były najcenniejszymi skarbami. Była na tyle doskonałym studentem, że aż sami Czcigodni Professores nie mogli wyjść z podziwu, przy czym woleli trzymać język za zębami.

Oboje przenicujemy Wyspę na właściwą stronę. Sprytnie i po dobroci.

Bogu chwała!

Tagi:

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4785

Pan Zielonego Zamku

Post#2 » 13 sty 2018, o 09:42

Długi kawałek prozy :)

Twój tekst podpada pod tę część regulaminu:
§ 3: Publikacja długich tekstów
1. Teksty dłuższe niż 10 stron znormalizowanego maszynopisu - długie opowiadania i powieści - należy publikować w częściach, które nie przekraczają wyżej określonej objętości [10 stron znormalizowanego maszynopisu].
2. Publikacja ciągu dalszego polega na założeniu nowego tematu. W nazwie tematu należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 13", a w treści odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli są dodane).
3. Dodatkowo dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje tag tekst wieloczęściowy.


I komentarz co do regulaminu:
Znormalizowany maszynopis to specyficzne formatowanie (Times New Roman 13, interlinia 2), w którym twój tekst ma prawie 30 stron. Wiem, że opowiadanie chce się wrzucać w całości, ale te zasady regulaminu wychodzą naprzeciw możliwościom czytelników i oczekiwaniom autorów - bo mało kto ma tyle czasu, by na raz przeczytać tak długie opowiadanie i napisać komentarz, prawdopodobnie czytelników byłoby niewielu, a z kolei autorzy chcą oczywiście otrzymać jakąś informację zwrotną o opowiadaniu.
Dlatego prosiłabym o podzielenie tekstu na trzy części ;))
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Palmer
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Pan Zielonego Zamku

Post#3 » 13 sty 2018, o 15:20

Ach, tnr13 i interlinia 2... :)
I stąd całe zamieszanie. Ja zwykle piszę 11, a interlinię daję 1,25.

Przepraszam i miłego dnia życzę. :)

Wróć do „Proza: fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość