Honorowe zlecenie [Wiedźmin]

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1678

Honorowe zlecenie [Wiedźmin]

Post#1 » 5 lut 2018, o 15:34

Wersja 1.2 Hotfix

Ruiny wioski ziały pustką. Rozszarpane zwłoki mieszkańców zdobiły, na swój przerażający sposób, pustą zabudowę. Widać, że napastnik się nie śpieszył. Nadszedł od strony południowo-wschodniej, wraz ze słońcem, by trudniej go było dostrzec. Systematycznie mordował mieszkańców, najpierw zabijał, a później konsumował co smaczniejsze kąski. Wskazywały na to liczne ślady łap, umoczonych w posoce poległych. Ogon, najpewniej długi do ziemi, pozostawił abstrakcyjne obrazy, namalowane czerwoną farbą, na zabudowaniach. Działał jak pędzel rozchlapujący farbę. Obrzydliwie to wglądało, a jeszcze gorzej pachniało.
Osada leżała przy jednej z królewskich dróg, obecnie zamkniętej dla kupców, dzięki staraniom miast położonych przy głównym szlaku łączącym Toussant z Geso i Metinną. Przez pazerności mieszczan, handlarze nie przejeżdżali już tą drogą i nie trafili w środek rzezi. To z jednej strony pocieszające, a z drugiej zatrważające, ze względu na to, że nie wiadomo po jak długim okresie czasu, w okolicy pojawiłby się wiedźmin. Ciekawym jest, ile wiosek zostanie zgładzonych, nim okoliczny władyka ogłosi nagrodę za potwora?
Azamir w milczeniu kontemplował rozpościerające się przed nim pobojowisko. Spokojnie analizował wszystkie dostępne mu ślady i próbował wyciągnąć konstruktywne wnioski. Atak potwora nastąpił, nie później niż dwa dni temu, jednak nie wcześniej jak parę godzin, przed przybyciem wiedźmina. Chłopstwo powinno już wrócić do sadyb i zacząć zajmować się poległymi. Nie wróciło jednak. Jeździec zastanawiał się, co mogło być tego przyczyną. Zsiadł z konia, wysłużonej karej klaczy i ponownie przyjrzał się z bliska śladom zostawionym przez napastnika.
Niewątpliwie stał za tym gryf, taki sam jak jego znak cechowy. Azamir był wiedźminem, zabójcą potworów, narzędziem wykorzystywanym przez ludzi do ochrony przed reliktami koniunkcji sfer. Znał się na każdym monstrum, a przynajmniej tak uważał, lecz w szczególności na hybrydach, stanowiącym coś w rodzaju połączenia różnych stworzeń. Najpospoliciej znany gryf, będący czołowym przedstawicielem tego gatunku, dzielił się na kolejne rasy.
Zataczając kręgi, Azamir przyjrzał się uważnie okalającemu sadyby borowi, w którym mogli kryć się wieśniacy. Wolałby usłyszeć potwierdzenie z ich ust, niż w ciemno zgadywać, z czym ma do czynienia. W duszy również pragnął mieć pewność, że nic nie zagraża kmiotkom, a ci, którzy przeżyli atak potwora, są cali i bezpieczni. Jego podejście było sprokurowane szkołą i edukacją, jaką otrzymał podczas szkolenia. W porównaniu do innych cechów wiedźmińskich ten nie próbował wypalić człowieczeństwa w swoim adepcie. Byli więc idealni do eskorty osadników w niezamieszkałe regiony. Powolna emigracja ludzi na dziki wschód, tworzenie cywilizacji na rubieżach wymagało strażników przed zagrożeniami, takimi jak to, które nawiedziło tę wioskę.
— Widzisz Jaźka, w cośmy wpadli? — zapytał się klaczy gryfita. Kobyła swoim zwyczajem nie odzywała się. Wiedziała więcej, niż wydawało się jej właścicielowi, pomimo czego milczała, wszak milczenie jest złotem. — Tutaj nie napadł ich zwykły gryf, brak śladów na murach po wzbijanym w niebo pyle, mógłby odlecieć poza wioskę, ale tego nie mają w zwyczaju. Gdy się najedzą, wracają do gniazda. Zresztą one rzadko kiedy napadają na osiedla, raczej porywają trzodę, by się najeść kawałek dalej. Albo jedzą na miejscu, albo niedaleko, nigdy nie mieszają tych wariantów. Nie zostawiają też resztek... — zasępił się. Nie widział śladów żrącego roztworu, więc nie był to gryf królewski, zwany archegryfem, plujący kwasem.
Zostawał, więc jeden krewny pasujący do śladów, diabelnie agresywny i ciężki do wyeliminowania. Keythong. Rzadko który wiedźmin podejmował się na niego zleceń, ze względu na trudność w zabiciu go. Jeśli protektorowi danych ziem naprawdę zależało na wyeliminowaniu monstrum, to płacił więcej złota niż wynosiła masa ciała stwora. Jak wiadomo takie przypadki szczodrych władców, są nielicznym wyjątkiem, z tego powodu prawie nigdy nie zdarzały się zlecenia na tę hybrydę.
Azamir musiał pogodzić się z faktem, że gdyby chciał uratować okolicę przed potworem, stanąłby do nierównej walki sam i do tego nie otrzymałby za nią godziwej zapłaty. Szkoła gryfa, tytułowana była, nie bez przyczyny, szkołą wiedźmińskich rycerzy. Gdy ludzie wzywają, ich honorem jest walka.
Bijąc się z myślami i klnąc na swoje dobre serce, wiedźmin zaczął tropić, podążając za śladami potwora, leżę osobnika, który napadł na wioskę.

***

Keythong był gryfem pozbawionym skrzydeł, to tyle z pozytywnych dla zabójców potworów wiadomości. W porównaniu do swoich kuzynów nie był jednak pokryty piórami, a swe ciało ochraniał przy pomocy długich, ostrych kolców, które potrafił złożyć, tak by przypominały zbroję. Diabelnie ostry dziób pozostawał nadal najniebezpieczniejszą częścią, jednak to właśnie ta ochrona kostnymi igłami przysporzyła mu złowieszczej sławy. Pospolity gryf jest trudny do zabicia, z powodu grubej skóry, ale w połączeniu z potężnymi kolcami jest to kombinacja nie do przebicia przez stalowe ostrze.
Azamir po wytropieniu leża stwora, który jako nielot preferował jaskinię, zaczął przygotowania do nierównej walki. Jedyną przewagą, jaką posiadał wiedźmin były dekokty, które wzmacniały jego percepcję, żywotność i siłę ciosu. Był mistrzem w tworzeniu eliksirów, które jednak miały wielką toksyczność, nawet dla zmutowanego organizmu. Przed zażyciem różnego rodzaju odwarów, umieścił petardy w przybocznej sakwie, którą dowcipnie nazywał chlebakiem, oraz wysmarował stalowe ostrze olejem przeciw hybrydom.
Wybuchy wstrząsnęły pogrążoną w nocnych ciemnościach okolicą. Petardy bezbłędnie uderzyły w śpiącego stwora i wykurzyły go z jamy. Gdy wybiegał na wpół orlich, na wpół lwich łapach, powitała go chmura gazu, z kolejnej z petard. Oczy wiedźmina, pobudzone eliksirem ułatwiającym widzenie w ciemności, bezbłędnie wykalkulowały czas i odległość, z jaką należało zsynchronizować znak Igni, z ulatnianiem się gazu z podłożonych wcześniej ładunków. Kolejna symfonia dźwięków nawiedziła okolicę, ogień zranił Keythonga, ale jedynie w niewielkim stopniu. Nadwęglił jednak miejsca osłabione wybuchami kartaczy w jaskini, co jednak było trudno dostrzegalne w nocy. Tylko dzięki zwiększeniu precyzji widzenia Azamir dostrzegał te punkty.
Nie czekając na reakcję, zwinnie zaatakował na bok potwora, wcześniej osłaniając się znakiem. Udało mu się zaledwie drasnąć jedno z odsłoniętych miejsc, gdy już musiał rejterować przed orlim dziobem. Następna próba uderzenia, tym razem celując w lwi ogon spełzła na niczym, a monstrum tylnymi pazurami zahaczył o zbroję wiedźmina, przerywając ją, lecz nie raniąc ciała. Zabójca potworów wiedział, że czas nie jest jego najlepszym sojusznikiem, ponieważ tak drobne rany, jakie zadał, dość szybko się regenerują. Postanowił więc rozpaczliwie uderzyć w niekonwencjonalny sposób. Udał atak na lewy bok Keythonga, tylko po to, by przeskoczyć nad nim i uderzyć w prawą stronę ciała. Prawie mu się to udało. Prawie.
Z impetem uderzył w ziemię, po tym, jak spodnie i wraz z nim jego noga, nadziały się na jeden z kolców monstrum. Powstrzymując syknięcie z bólu, zrobił przewrót w przód, po czym starał się wstać. W tej chwili uświadomił sobie, że nie ma w ręku miecza. Był on wbity, szczęśliwym trafem, w prawy bok potwora. Na nieszczęście jednak pozostał w ranie, blokując krwawienie. Azamir jęknął z powodu zranienia, zwracając uwagę kuzyna gryfa, ujawniając położenie, w jakim się znajdował. Keythong wściekle zaszarżował na wiedźmina, na co ten użył znaku Aard, zatrzymując go podmuchem powietrza i skoczył by wyjąć miecz. Udało mu się go wydobyć, uprzednio poszerzając dodatkowo ranę, ale otrzymał bolesne chlaśnięcie ogonem w twarz, które na chwilę go zamroczyło. Na chwilę wystarczającą, by potwór uderzył.
Keythong celował w zbieg szyi i barków, miejsce to było osłonięte zbroją, ale cieńszą niż na przednim pancerzu. Przednim pancerzu, który został rozryty dziobem monstrum, które z powodu utraty krwi, zachwiało się. po czym straciło równowagę. Uratowało to życie Azamirowi, który dzięki osłabieniu potwora i zatruciu jego organizmu przez olej nałożony na ostrze, odciął przeciwnikowi łeb.

***

Wiedźminowi nie udało się odnaleźć mieszkańców napadniętej wsi, by poinformować ich o pozbyciu się zagrożenia. Nie szukał ich z resztą za długo, ponieważ sam potrzebował pomocy medycznej, jak najszybciej musiał zszyć ranę biegnącą przez pierś i brzuch. Nie naruszyła ona witalnych organów, lecz mogła spowodować inne problemy. Co najważniejsze potrzebował zbrojmistrza, by naprawić bądź kupić nowy pancerz. Pożyczył, zostawiając mały mieszek z pieniędzmi, wóz, na który zapakował truchło monstrum. Czarodzieje powinni kupić z niego składniki, a resztę przerobi się na wypchanego stwora.
— No trudno, będzie to musiało mi wystarczyć jako honorarium. — Azamir podsumował sarkastycznie całą sytuację, kierując swoje słowa do klaczy. Troć, pieszczotliwie nazywana przez mutanta Troćką, parsknęła niezadowolona. Była koniem pod wierzch, a nie pociągowym, lecz jej właściciel nie znał tej różnicy.

Początkowo pisałem to jako wyzwanie zmieszczenia się w tysiącu wyrazów, nie wyszło mi, ponieważ odrobinę się rozpisałem i wolałem wyjaśnić więcej rzeczy, by tekst był klarowniejszy. Jeśli są jakieś uwagi, to będę bardzo wdzięczny.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Tagi:

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1326

Honorowe zlecenie [Wiedźmin]

Post#2 » 5 lut 2018, o 21:39

Dobra, to lecimy z koksem!

Pierwsza uwaga - na początku poodzielanych fragmentów brak Ci akapitów. Nie wiem, czy to zabieg celowy, bo kiedyś/chyba/gdzieś widziałam taki sposób zapisu, ale tak czy siak według mnie tekst lepiej wyglądałby z nimi.
*Pogrubioną czcionką powtórzenia

Rozszarpane resztki zwłok jej mieszkańców zdobiły, na swój przerażający sposób, pustą zabudowę.
Myślę, że zarówno ''jej'' jak i ''resztki'' to słowa zbędne w tym zdaniu. Nie musisz wszystkiego dosłownie pisać, wystarczy, że pokażesz to czytelnikowi. Jak poszarpane, to już się trochę samo przez się rozumie, że raczej nie wszystko, a tylko części.
Widoczne było, że napastnik się nie śpieszył.
Bardziej zgrabnie brzmiałoby po prostu ''widać, że''
Nadszedł od strony południowo wschodniej, wraz ze słońcem, by trudniej go było dostrzec.
''południowo-wschodniej''
Zaczął systematycznie mordować mieszkańców, najpierw zabijając, a dopiero później konsumując, co smaczniejsze kąski.
Wskazywały na to liczne ślady łap, umoczonych w posoce poległych. Ogon, najpewniej długi do ziemi, pozostawił abstrakcyjne obrazy, namalowane czerwoną farbą, na zabudowaniach. Działał jak pędzel rozchlapujący farbę.

''Zaczął'' jak dla mnie niepotrzebne; najpierw zabijał, a następnie konsumował co smaczniejsze kąski - przecinek przed ''co'' zbędny
Osada leżała na jednym z królewskich szlaków, obecnie zamkniętym dla kupców, dzięki staraniom miast położonych przy głównym szlaku łączącym Toussant z Geso i Metinną.

Było to z jednej strony pocieszające, a z drugiej zatrważające, ze względu na to, że nie wiadomo jak długo by zajęło, nim w okolicy pojawiłby się wiedźmin. Ile wiosek musiałoby zostać zgładzonych, by okoliczni władycy ogłosiliby nagrodę za potwora?
bymbyrymbymbym!
Potwór uderzył nie dalej jak dwa dni temu, ale nie wcześniej niż parę godzin.
Ja rozumiem, że (chyba?) chodzi Ci o domniemany rozstrzał czasowy typu ''umarł od 12 do 24 godzin temu czy coś w ten deseń, ale to zdanie brzmi co najmniej dziwacznie. Ubierz to w słowa jakoś inaczej.
Zsiadł z konia, wysłużonej karej klaczy i ponownie przyjrzał się z bliska śladom zostawionym przez monstrum.
Niewątpliwie był to gryf, taki sam jak jego znak cechowy. Był wiedźminem, zabójcą potworów, służącym ludziom do eliminacji zagrożenia (jakoś dziwnie to brzmi - ja rozumiem, że ludzie traktowali wiedźminów z góry, trochę jak creepy parobków do czarnej roboty, ale jednak - mało zgrabnie - może oddał swoje życie ochronie ludzkiego życia czy coś w ten deseń?). Znał się na każdym monstrum, a przynajmniej tak uważał, lecz w szczególności na hybrydach, będącym czymś w rodzaju połączenia różnych stworzeń. Najpospoliciej znany gryf, był czołowym przedstawicielem tego rodzaju, lecz nawet on dzielił się na kolejne gatunki i rasy.
a i chyba kolejno na gatunki i rasy, bo to gatunki dzielą się na rasy, a nie, że obydwa dzielą się równolegle, na tym samym poziomie gałęzi (if ju noł łat aj min xD)
Zataczając kręgi, Azamir przyjrzał się uważnie otaczającemu borowi, w którym mogli kryć się wieśniacy.
- może osadę, a nie osiedle? Osiedle, przez wzgląd na teraźniejszość, kojarzy mi się z blokowiskiem, ewentualnie ładnym zamkniętym osiedlem - w tej b. optymistycznej wersji :kuku:
Kobyła swoim zwyczajem milczała. Wiedziała więcej, niż wydawało się jej właścicielowi, pomimo czego milczała, wszak milczenie jest złotem.
chyba za dużo tego milczenia, nawet jak na powtórzenie celowe; poza tym ''pomimo czego'' brzmi mi trochę topornie, szczególnie w połączeniu z ''wszak''
klasyczny gryf
to określenie nie pasuje mi do zwierza; klasyczna to literatura, muzyka, a zwierz to bardziej chyba zwyczajny, typowy przedstawiciel swojego gatunku.
mógłby odlecieć poza wioskę, ale tego nie mają w zwyczaju. Gdy się najedzą, odlatują.

Albo jedzą na miejscu, albo niedaleko go
''go'' zbędne
rzadko, kiedy
Rzadko, który
nie jestem mistrzem interpunkcji, ale wydaje mi się, że przy takich wyrażeniach nie stawiamy przecinków
Jeśli protektorowi danych ziem naprawdę zależało na wyeliminowaniu monstrum, to płacić więcej złota niż wynosiła masa ciała stwora.
czo ten czasownik? :kuku:
drapieżnym potworem
myślę, że potwory raczej roślinożerne nie są, a więc, po krótkim zastanowieniu epitet brzmi jak maślane masło, nie sądzisz? ;)
ta ochrona kostnymi promieniami
nietrafione określenie - do zmiany
Pospolity gryf jest trudny do zabicia, z powodu grubej skóry, ale w połączeniu z potężnymi kolcami jest to mieszanka nie do przebicia przez stalowe ostrze
mieszanka nie do przebicia... Też dziwaczne, nietrafione określenie. Przemyśl to zdanie. Może kombinacja, a nie mieszanka?
Był mistrzem w tworzeniu i wykorzystaniu eliksirów, które jednak miały wielką toksyczność, nawet dla zmutowanego organizmu.
olejem przeciw hybrydom
Wcześniej wspominasz, że wspomagał się eliksirami, więc serio nie musisz pisać, ze w wykorzystywaniu był mistrzem, to się rozumie samo przez się, że korzystał z nich.
Gdy wybiegał na pół lwich łapach, a na pół orlich szponach powitała go chmura gazu, z kolejnej z petard.
Nadwęglił jednak miejsca osłabione wybuchami kartaczy w jaskini, co jednak było trudno dostrzegalne w nocy. Tylko dzięki zwiększeniu precyzji widzenia Azamir dostrzegał te miejsca.
Topornie brzmi ten opis gryfowych kończyn. Ja wiem, że orzeł to tak nie do końca łapcie ma, ale jednak bym to chyba określiła krócej ''na wpół orlich, na wpół lwich łapach'' - i tak każdy będzie wiedział, o co kaman, a szybciej, lepiej się czyta, zgrabniej brzmi. Tak mi się wydaje.
Nie stojąc w bezruchu, zaszarżował na bok potwora, wcześniej osłaniając się znakiem.
Skoro biegnie, to rejczel, że nie stoi w bezruchu xD Poza tym to słowo jest dla mnie złe. ZASZARŻOWAŁ. Ja przepraszam, ale parskłam, wyobrażając sobie faceta patajającego jak kuń. <3
Następna próba uderzenia, tym razem w lwi ogon się nie powiodła, a ten tylnymi pazurami zahaczył o zbroję wiedźmina, przerywając ją, lecz nie raniąc.
Topornie.
Powstrzymując syknięcie z bólu, zrobił przewrót w przód i postarał się wstać.
może lepiej ''spróbował/próbując wstać''?
Azamir syknął z bólu, zwracając uwagę kuzyna gryfa, na swoją osobę i ujawniając położenie, w jakim się znajdował.
Keythong wściekle zaszarżował na wiedźmina, na co ten użył znaku Aard, by zatrzymać go podmuchem powietrza i skoczyć, by wyjąć miecz.
skoro zahałasował, to zwrócił uwagę gryfa na siebie - nie musisz dodawać, że ''na swoją osobę'' - to się rozumie samo przez się
Udało mu się go wydobyć, nawet pogłębiając ranę, ale otrzymał bolesne chlaśnięcie ogonem w twarz, które na chwilę go zamroczyło.
Może by tak wspomnieć, jak pogłębił ranę, wyjmując nóż? Może bardziej ''uprzednio pogłębiając dodatkowo ranę''
Przednim pancerzu, który został rozryty dziobem monstrum, po tym, jak się zachwiało i straciło równowagę. Uratowało to życie Azamirowi, który dzięki osłabieniu potwora i zatruciu jego organizmu przez olej nałożony na ostrze, odciął potworowi łeb, wraz ze śmiercionośnym dziobem.
pogrubiony też fragment, który brzmi dla mnie totalnie nieforemnie
Pożyczył, zostawiając mały mieszek z pieniędzmi, wóz, na który zapakował truchło stwora. Czarodzieje powinni kupić z niego składniki, a resztę przerobi się na wypchanego stwora. Może to wystarczy jako honorarium?
Ja bym tutaj, przez wzgląd na poprzednią wspominkę, że w sumie, to nie ma co liczyć nawet na honorarium adekwatne do ryzyka bardziej sarkastycznie podsumowała, coś w stylu "No trudno, będzie to musiało mu wystarczyć jako honorarium".

Podsumowanie: ogólnie całkiem nieźle, wiedźmińskie klimaty, które lubię, ale momentami piszesz topornie, w niektórych miejscach upychasz zbędne słowa, przez które zdania tracą na ''zgrabności'', ciężej się je czyta. Szczególnie widać to w opisie walki, czemu trudno sie dziwić, bo takie sceny nie są łatwe do zręcznego napisania. No i miejscami totalnie nietrafione określenia, które pewnie są owocem szukania synonimów, żeby nie było powtórzeń. ;)
PS. Ja wiem, że momentami sobie heheszkuję, ale to tak z sympatią. Nie obrażaj się. :D
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
Palmer
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Honorowe zlecenie [Wiedźmin]

Post#3 » 5 lut 2018, o 23:05

Moim zdaniem marnujesz czas. Lepiej pracuj nad własnym "universum", zamiast uzupełniać sapkowszczyznę. :)
Pilne studia historyczne na pewno otworzyły Ci już oczy na szereg nieprawdopodobnych absurdów czających się w świecie "wiedźmina", po co więc je pogłębiać? :)

Umiesz pisać, masz wyobraźnię - brakuje tylko pomysłu i cierpliwości w wykuciu go z surowego kamienia.
Mam rację ? :)

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1678

Honorowe zlecenie [Wiedźmin]

Post#4 » 6 lut 2018, o 05:05

Palmer pisze:Moim zdaniem marnujesz czas. Lepiej pracuj nad własnym "universum", zamiast uzupełniać sapkowszczyznę. :)
Pilne studia historyczne na pewno otworzyły Ci już oczy na szereg nieprawdopodobnych absurdów czających się w świecie "wiedźmina", po co więc je pogłębiać? :)

Umiesz pisać, masz wyobraźnię - brakuje tylko pomysłu i cierpliwości w wykuciu go z surowego kamienia.
Mam rację ? :)

Kamień też można szlifować. Dlaczego nie miałbym doskonalić się na znanym mi uniwersum? Do tego służy fanfiction. Stworzeniu coś dodatkowego, gdzieś ponad zwykłą treścią dzieła. Ten świat zasługuje na kontynuację, nawet nie proporcjonalną do pierwowzoru, lecz jednak na pewnym poziomie, który staram się osiągnąć własnymi siłami.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Palmer
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Honorowe zlecenie [Wiedźmin]

Post#5 » 6 lut 2018, o 10:14

Ale to Ci nie wyjdzie, bo nie spełniasz polit-poprawnych założeń. :)
Pamiętaj: to co swoje jest zawsze złe, a to co obce dobre. Ot, fundament sapkowszczyzny. :P

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1678

Honorowe zlecenie [Wiedźmin]

Post#6 » 6 lut 2018, o 12:21

Palmer pisze:Ale to Ci nie wyjdzie, bo nie spełniasz polit-poprawnych założeń. :)
Pamiętaj: to co swoje jest zawsze złe, a to co obce dobre. Ot, fundament sapkowszczyzny. :P

Nie zawsze, z resztą u Sapkowskiego ciężko mówić o polit-poprawnych tezach, ze względu na zmiany ich pomiędzy dziełami. Nie zaprzeczę, że serce ma po lewej stronie, ale ciężko wymagać od twórcy wychowanego w PRLowskiej rzeczywistości, by był radykalnym monarchistą.

Dodano po 1 godzinie 14 minutach 57 sekundach:
Karen pisze:Dobra, to lecimy z koksem!

Pierwsza uwaga - na początku poodzielanych fragmentów brak Ci akapitów. Nie wiem, czy to zabieg celowy, bo kiedyś/chyba/gdzieś widziałam taki sposób zapisu, ale tak czy siak według mnie tekst lepiej wyglądałby z nimi.
*Pogrubioną czcionką powtórzenia

Rozszarpane resztki zwłok jej mieszkańców zdobiły, na swój przerażający sposób, pustą zabudowę.
Myślę, że zarówno ''jej'' jak i ''resztki'' to słowa zbędne w tym zdaniu. Nie musisz wszystkiego dosłownie pisać, wystarczy, że pokażesz to czytelnikowi. Jak poszarpane, to już się trochę samo przez się rozumie, że raczej nie wszystko, a tylko części.
Widoczne było, że napastnik się nie śpieszył.
Bardziej zgrabnie brzmiałoby po prostu ''widać, że''
Nadszedł od strony południowo wschodniej, wraz ze słońcem, by trudniej go było dostrzec.
''południowo-wschodniej''
Zaczął systematycznie mordować mieszkańców, najpierw zabijając, a dopiero później konsumując, co smaczniejsze kąski.
Wskazywały na to liczne ślady łap, umoczonych w posoce poległych. Ogon, najpewniej długi do ziemi, pozostawił abstrakcyjne obrazy, namalowane czerwoną farbą, na zabudowaniach. Działał jak pędzel rozchlapujący farbę.

''Zaczął'' jak dla mnie niepotrzebne; najpierw zabijał, a następnie konsumował co smaczniejsze kąski - przecinek przed ''co'' zbędny
Osada leżała na jednym z królewskich szlaków, obecnie zamkniętym dla kupców, dzięki staraniom miast położonych przy głównym szlaku łączącym Toussant z Geso i Metinną.

Było to z jednej strony pocieszające, a z drugiej zatrważające, ze względu na to, że nie wiadomo jak długo by zajęło, nim w okolicy pojawiłby się wiedźmin. Ile wiosek musiałoby zostać zgładzonych, by okoliczni władycy ogłosiliby nagrodę za potwora?
bymbyrymbymbym!
Potwór uderzył nie dalej jak dwa dni temu, ale nie wcześniej niż parę godzin.
Ja rozumiem, że (chyba?) chodzi Ci o domniemany rozstrzał czasowy typu ''umarł od 12 do 24 godzin temu czy coś w ten deseń, ale to zdanie brzmi co najmniej dziwacznie. Ubierz to w słowa jakoś inaczej.
Zsiadł z konia, wysłużonej karej klaczy i ponownie przyjrzał się z bliska śladom zostawionym przez monstrum.
Niewątpliwie był to gryf, taki sam jak jego znak cechowy. Był wiedźminem, zabójcą potworów, służącym ludziom do eliminacji zagrożenia (jakoś dziwnie to brzmi - ja rozumiem, że ludzie traktowali wiedźminów z góry, trochę jak creepy parobków do czarnej roboty, ale jednak - mało zgrabnie - może oddał swoje życie ochronie ludzkiego życia czy coś w ten deseń?). Znał się na każdym monstrum, a przynajmniej tak uważał, lecz w szczególności na hybrydach, będącym czymś w rodzaju połączenia różnych stworzeń. Najpospoliciej znany gryf, był czołowym przedstawicielem tego rodzaju, lecz nawet on dzielił się na kolejne gatunki i rasy.
a i chyba kolejno na gatunki i rasy, bo to gatunki dzielą się na rasy, a nie, że obydwa dzielą się równolegle, na tym samym poziomie gałęzi (if ju noł łat aj min xD)
Zataczając kręgi, Azamir przyjrzał się uważnie otaczającemu borowi, w którym mogli kryć się wieśniacy.
- może osadę, a nie osiedle? Osiedle, przez wzgląd na teraźniejszość, kojarzy mi się z blokowiskiem, ewentualnie ładnym zamkniętym osiedlem - w tej b. optymistycznej wersji :kuku:
Kobyła swoim zwyczajem milczała. Wiedziała więcej, niż wydawało się jej właścicielowi, pomimo czego milczała, wszak milczenie jest złotem.
chyba za dużo tego milczenia, nawet jak na powtórzenie celowe; poza tym ''pomimo czego'' brzmi mi trochę topornie, szczególnie w połączeniu z ''wszak''
klasyczny gryf
to określenie nie pasuje mi do zwierza; klasyczna to literatura, muzyka, a zwierz to bardziej chyba zwyczajny, typowy przedstawiciel swojego gatunku.
mógłby odlecieć poza wioskę, ale tego nie mają w zwyczaju. Gdy się najedzą, odlatują.

Albo jedzą na miejscu, albo niedaleko go
''go'' zbędne
rzadko, kiedy
Rzadko, który
nie jestem mistrzem interpunkcji, ale wydaje mi się, że przy takich wyrażeniach nie stawiamy przecinków
Jeśli protektorowi danych ziem naprawdę zależało na wyeliminowaniu monstrum, to płacić więcej złota niż wynosiła masa ciała stwora.
czo ten czasownik? :kuku:
drapieżnym potworem
myślę, że potwory raczej roślinożerne nie są, a więc, po krótkim zastanowieniu epitet brzmi jak maślane masło, nie sądzisz? ;)
ta ochrona kostnymi promieniami
nietrafione określenie - do zmiany
Pospolity gryf jest trudny do zabicia, z powodu grubej skóry, ale w połączeniu z potężnymi kolcami jest to mieszanka nie do przebicia przez stalowe ostrze
mieszanka nie do przebicia... Też dziwaczne, nietrafione określenie. Przemyśl to zdanie. Może kombinacja, a nie mieszanka?
Był mistrzem w tworzeniu i wykorzystaniu eliksirów, które jednak miały wielką toksyczność, nawet dla zmutowanego organizmu.
olejem przeciw hybrydom
Wcześniej wspominasz, że wspomagał się eliksirami, więc serio nie musisz pisać, ze w wykorzystywaniu był mistrzem, to się rozumie samo przez się, że korzystał z nich.
Gdy wybiegał na pół lwich łapach, a na pół orlich szponach powitała go chmura gazu, z kolejnej z petard.
Nadwęglił jednak miejsca osłabione wybuchami kartaczy w jaskini, co jednak było trudno dostrzegalne w nocy. Tylko dzięki zwiększeniu precyzji widzenia Azamir dostrzegał te miejsca.
Topornie brzmi ten opis gryfowych kończyn. Ja wiem, że orzeł to tak nie do końca łapcie ma, ale jednak bym to chyba określiła krócej ''na wpół orlich, na wpół lwich łapach'' - i tak każdy będzie wiedział, o co kaman, a szybciej, lepiej się czyta, zgrabniej brzmi. Tak mi się wydaje.
Nie stojąc w bezruchu, zaszarżował na bok potwora, wcześniej osłaniając się znakiem.
Skoro biegnie, to rejczel, że nie stoi w bezruchu xD Poza tym to słowo jest dla mnie złe. ZASZARŻOWAŁ. Ja przepraszam, ale parskłam, wyobrażając sobie faceta patajającego jak kuń. <3
Następna próba uderzenia, tym razem w lwi ogon się nie powiodła, a ten tylnymi pazurami zahaczył o zbroję wiedźmina, przerywając ją, lecz nie raniąc.
Topornie.
Powstrzymując syknięcie z bólu, zrobił przewrót w przód i postarał się wstać.
może lepiej ''spróbował/próbując wstać''?
Azamir syknął z bólu, zwracając uwagę kuzyna gryfa, na swoją osobę i ujawniając położenie, w jakim się znajdował.
Keythong wściekle zaszarżował na wiedźmina, na co ten użył znaku Aard, by zatrzymać go podmuchem powietrza i skoczyć, by wyjąć miecz.
skoro zahałasował, to zwrócił uwagę gryfa na siebie - nie musisz dodawać, że ''na swoją osobę'' - to się rozumie samo przez się
Udało mu się go wydobyć, nawet pogłębiając ranę, ale otrzymał bolesne chlaśnięcie ogonem w twarz, które na chwilę go zamroczyło.
Może by tak wspomnieć, jak pogłębił ranę, wyjmując nóż? Może bardziej ''uprzednio pogłębiając dodatkowo ranę''
Przednim pancerzu, który został rozryty dziobem monstrum, po tym, jak się zachwiało i straciło równowagę. Uratowało to życie Azamirowi, który dzięki osłabieniu potwora i zatruciu jego organizmu przez olej nałożony na ostrze, odciął potworowi łeb, wraz ze śmiercionośnym dziobem.
pogrubiony też fragment, który brzmi dla mnie totalnie nieforemnie
Pożyczył, zostawiając mały mieszek z pieniędzmi, wóz, na który zapakował truchło stwora. Czarodzieje powinni kupić z niego składniki, a resztę przerobi się na wypchanego stwora. Może to wystarczy jako honorarium?
Ja bym tutaj, przez wzgląd na poprzednią wspominkę, że w sumie, to nie ma co liczyć nawet na honorarium adekwatne do ryzyka bardziej sarkastycznie podsumowała, coś w stylu "No trudno, będzie to musiało mu wystarczyć jako honorarium".

Podsumowanie: ogólnie całkiem nieźle, wiedźmińskie klimaty, które lubię, ale momentami piszesz topornie, w niektórych miejscach upychasz zbędne słowa, przez które zdania tracą na ''zgrabności'', ciężej się je czyta. Szczególnie widać to w opisie walki, czemu trudno sie dziwić, bo takie sceny nie są łatwe do zręcznego napisania. No i miejscami totalnie nietrafione określenia, które pewnie są owocem szukania synonimów, żeby nie było powtórzeń. ;)
PS. Ja wiem, że momentami sobie heheszkuję, ale to tak z sympatią. Nie obrażaj się. :D


Ten, który wymyślił, że na kacu najlepiej idzie korekta, popełnił fatalną omyłkę. Mi nie idzie za cholerę. Powoli i znojnie staram się naprostować to i urobić słowa-glinę do konsystencji przewidzianej przez wnikliwego czytelnika. Właśnie z powodu wciskania na siłę pewnych sformułowań, takich jak w tym i poprzedzającym je zdaniu, uznałem, że powinienem od czasu, do czasu coś opublikować, ponieważ bez krytyki warsztat stanie w miejscu.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1326

Honorowe zlecenie [Wiedźmin]

Post#7 » 6 lut 2018, o 17:31

Hahaha, no widzisz, a czyż nie sugerowałam kilka razy, żebyś wrzucił swojego fanficka?
Jak dla mnie pisanie do szuflady nie ma zbytnio sensu, tym bardziej biorąc pod uwagę doskonalenie warsztatu, które idzie nieporównywalnie szybciej, jeśli mamy możliwość zobaczyć swoją twórczość z punktu widzenia kogoś innego. Niestety sami często coś przeoczymy, czytając już tekst po raz n-ty, niemalże z pamięci i wtedy może się już wydawać, że wszystko brzmi dobrze, chociaż wcale tak nie jest. ;)

Publikuj częściej! :D
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1678

Honorowe zlecenie [Wiedźmin]

Post#8 » 6 lut 2018, o 20:22

Będę!

Być może już w następnym tygodniu zacznę upubliczniać jako tekst wieloczęściowy swoje wypociny. Poprawiłem nakreślone mi błędy, ale wcięcia akapitowe zostawiłem tak jak były, wydają mi się one odpowiednie.

Faktycznie, brak wcięcia akapitowego zwłaszcza na początku nowych rozdziałów jest usankcjonowany zasadami typograficznymi (jeśli dobrze pamiętam jeszcze z czasów studiów, pisały o tym „dinozaury” polskiego edytorstwa, m.in. Leon Marszałek czy Jerzy Starnawski w swojej „Pracy wydawcy naukowego”). Wcięcie akapitowe służy temu, by wskazać miejsce, w którym rozpoczyna się nowa myśl (ujęta właśnie w nowy, odrębny akapit). Jeśli jednak początek akapitu jest zasygnalizowany w inny oczywisty sposób, wcięcie nie jest wymagane.

Zarówno pierwszy akapit po tytule, jak i po podtytule jest własnie takim ewidentnym przykładem rozpoczęcia nowej myśli, przez co nie wymaga dodatkowego akcentowania wcięciem akapitowym. Nie jest ono konieczne również w tekstach, w których poszczególne akapity są rozdzielone jakimś elementem graficznym (np. kilka gwiazdek
***** albo ozdobny przerywnik/ornament) lub choćby zwiększoną interlinią – większy odstęp pomiędzy akapitami oddziela je na tyle wyraźnie, że wcięcie nie jest niezbędne.

Maciej Dutko
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1326

Honorowe zlecenie [Wiedźmin]

Post#9 » 6 lut 2018, o 20:29

No to czekam!

Dzięki za uwagę, właśnie tak mi się gdzieś kołatało, że można tak zapisywać, że ''pierwszy akapit bez akapitu'', ale pewna nie byłam. :D
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Wróć do „Proza: fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości