Kto ma nos, niech słucha

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Balibor z Kasztaletu
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 2

Kto ma nos, niech słucha

Post#1 » 13 sie 2018, o 15:24

Kto ma nos, niech słucha

Słońce wzeszło nad horyzontem i święte miasto Gosmos zbudziło się niczym gniazdo robaków odkryte pod kamieniem. Podniósł się trzepot tysięcy kończyn i uliczny kurz. Zawrzało jak w ulu. Ludzie brali się za życie.
Huemaj już był na nogach. Wcześniej niż zwykle wstał, obmył twarz modlitwą, włożył lnianą sukienkę, pokłonił się przodkom z ołtarzyka i na czubkach palców, aby nie zbudzić rodziców, wymknął się z małej chatki w Dzielnicy Marzeń.
Wrócił się jeszcze po ostatniego kołacza na drogę, na cały dzień – długi i trudny, ale (tego był śmiertelnie pewien) ostatni takiego żywota. Dziś bowiem wszystko się zmieni.
Jeszcze spojrzał na śpiących rodziców, jakby chciał ich zapewnić – będzie lepiej, staruszkowie. Lepiej niż zwykle. Bo zwykle to ojciec tylko leży i przyzywa śmierć. Matka nie wie nawet, co się wokół dzieje. Jęczy, narzeka, miesza wspomnienia z bajkami, odlatuje, potem spada i wciąż ma doła. Całkiem oboje potracili serca do życia.
Zamknął za sobą drzwi i wyszedł na wąską uliczkę, po której sunęły już pierwsze cienie.
Dziś się uda. Dziś znajdzie pracę.

***
Dziwny to był chłopak ten Huemaj. Niektórzy mówili, że ma pstro w głowie, inni że bardziej fiu-bździu. Że tam całkiem nierówno pod sufitem, że brakuje mu piątej klepki, ale jednak swoje wie. Co dokładnie, nie wiedział nikt. A Huemaj szedł cuchnącą uliczką slumsów, przeskakiwał dziury i za swoją miał myśl, że dorosłość jest niczym studnia. Wpadasz i lecisz, póki się nie roztrzaskasz. Ale studnia daje wodę, a woda to życie. Nie można ciągle chłeptać z kałuży.
Trzeba umieć znaleźć sobie miejsce. Dlatego wylazł z gosmicznego tyłka i ciągnie teraz ku szlachetniejszym organom miasta. Z dolin slumsów ku wzniesieniom lepszych dzielnic. Szedł lekko, z energią, ale im bardziej oddalał się od nędznego rodzinnego gniazda, tym większy kamień dźwigał w żołądku i mniej miał oliwy w kolanach. Z ulgą przywitał tłum na jednej z ulic, w którym mógł ukryć swoją marną osobę.
Tłum daje odpocząć. Tłum prowadzi. Nie każe myśleć, ani rozglądać się na boki. Tłum daje poczucie bezpieczeństwa. W tłumie możesz zrobić wszystko. Huemaj chciał tylko dotrzeć pod Tablice Rozpaczy. Wpasował się w rytm kroków i szedł. Szedł aż do świątyni Pani Przepysznej, tej z wielką kopułą w kształcie piersi, stamtąd skrótem przez podwórka ortodoksów dotarł na miejsce.
Huemaj nie miał zamiaru czekać tu jak zawsze i wypatrywać świątynnych łowców głów. Od razu zabrał się za poszukiwania. Potrzebował agenta.
Znalazł jednego, zaświecił chłopakowi (trochę obdartus i z bielmem na oku) miedzianą monetą i odwiódł na bok, do szeptu. Wyjaśnił sprawę rozwlekle i nie bez nerwów, chciał bowiem wypaść jak najlepiej podczas pierwszego spotkania.
Agent zrobił minę, jakby nic nie rozumiał i zapytał:
– Umiesz pisać?
Umiał niewiele. Podpisać się i początek modlitwy „O boge, wskaż mi cel i wyznacz drogę, lecz nie zapomogę”.
– Szukają wyjątkowych ludzi do pisania listów otwartych przeciwko zabobonom. Umiesz chociaż przeklinać? Obrazić kogoś słowami?
Huemaj przytaknął, ale bez przekonania.
– Ech… to może chociaż tańczyć? Wiesz, jest taki święty klubik, gdzie chłopcy tacy jak ty tańczą sobie rytualny taniec dla podtrzymania obrotów wszechświata. Łatwa, przyjemna praca i niezła kasa. Mogę cię tam wprowadzić, ale dzielimy się pół na pół.
Podziękował i odszedł. Agent patrzył jeszcze na jego plecy i krzyknął po chwili:
– Idź do Pani Otwartej!
Huemaj podszedł do chodnika i przysiadł w ulicznym pyle. Czuł, że staje się ciężki jak skała, niezdolny do ruchu. Serce wariowało niczym zwierzątko polewane wrzątkiem. Tak parzył wstyd i rozczarowanie. Czy naprawdę myślał, że dostanie pracę za pierwszym razem?
Na pracę trzeba sobie zapracować.
Po długiej chwili wstał i pomaszerował przez tłum na plac przed świątynią Pani Otwartej. Tutaj spędził dwie godziny w kotle, wędrując przed oczami świątynnych łowców głów. Niektórzy biedacy bez pracy przyłazili tu z przyzwyczajenia, nie zależało im na uznaniu w oczach rekruterów. Gadali między sobą, wymieniali plotkami, a nieraz wygłupiali się i stroili żarty.
Huemaj trzymał fason. Wznosił podbródek, mrużył oczy na masce twórczego zamyślenia, kroczył pewnie i z dumą dźwigał ramiona. W końcu wpadł w oko jednemu grubaskowi w świątynnej sukience, który przyzwał go wskazaniem palca.
– Nadajesz się na czyściciela łańcuchów wróżbiarskich. Masz długie ręce.
W odpowiedzi zaczął paplać podziękowania za ofiarowanie szansy i zapewniać, że stać go na więcej, większe ma też ambicje, wierzy, iż potrafi lepiej przysłużyć się Świątyni.
– Możliwe. Zatem specjalista od postu. Oferujemy darmową wodę, darmową matę do leżenia i zgrany zespół. Wynagrodzenie w kromkach suchego chleba.
Odparł, że to stanowczo zbyt lekka praca takie poszczenie. On jest gotów na wysiłek, na ciężar uczciwej harówy, bardziej bowiem od bezpiecznej posadki ceni sobie samorozwój.
– To zostaniesz nosicielem bogini. Zaczniesz z glinianą figurą. Jedna procesja dziennie. Za pół miedziaka. Zgoda?
Wyciągnął dłoń jak do bliźniego, lecz Huemaj wahał się. Zaczął tłumaczyć, że to zaszczytna oferta i wielkie wyróżnienie, ale…
Wtedy świątynny łowca ominął go i poszedł dalej.

***
Kto przy zdrowych zmysłach odrzucałby robotę w Świątyni? To przecież największy i najlepszy pracodawca. Święty personel liczy tysiące dusz. W każdym przybytku Pani, w urzędach, zarządach, szkołach, służbach ludzie dbają o pomyślny los miasta Gosmos. I z tego żyją.
Miał ochotę pobić siebie samego. Złapać kamień i wyrżnąć się w pysk. Z nerwów wpadł na koniec jakiejś kolejki, a chłopak (o którego uderzył) odwrócił się i powiedział:
– Za późno, biedaku, przyjmują tylko stu na dzień próby. A ja jestem setny.
Poszedł więc dalej. U wejścia do dzielnicy Stu Świątyń utknął wraz z tłumem, pędzono bowiem niewolnych. Ruch uliczny zamarł rozdarty na pół przez kordon strażników torujących drogę. Ludzie przyglądali się jeńcom wojennym – bezwolnym i nieświadomym swojego położenia, bo spętanym potężnymi klątwami.
Gdyby chociaż wyglądali obco, łatwiej by się na nich patrzyło. A tak przypominają ludziom z tłumu prawdę od wiele straszniejszą od starej bajki: „dzisiaj ja, jutro ty”. Odkąd bowiem napływają z podbitych krain, trudniej zostać niewolnikiem we własnym mieście. A jeśli klepiesz biedę i nie przynosisz pożytku, a fizyczniaków w bród, nadasz się do jednego – wycisną z ciebie mojo.
– Przeklęte zwierzęta – odezwał się do Huemaja jakiś niski człowieczek z czarnym wąsem – przyjeżdżają i zabierają pracę uczciwym ludziom. Słyszałeś, chłopcze, że w tym miesiącu Wielkie Odchudzanie będzie wcześniej?
Jakże mógł nie słyszeć. Na wielu placach heroldowie ogłaszają, że bogini dość ma ludzkiego tłuszczu, który zalega na zdrowej miejskiej tkance. Kto nie ma za co żyć, ten lepiej żeby nie żył. Każdy jest bowiem kowalem swojego losu i jeśli nie chce kuć żelaza póki gorące, to niech spłonie w ogniu ofiarnym. Do raju nie wchodzi się za darmo.
Huemaj poczuł w piersiach żar paniki. Myśli cięły mu głowę jak wściekłe gzy. Przecież obiecał sobie, że dziś się uda. Od tej pory żadnego wybrzydzania, czas zgiąć ambicji kark, choćby siłą. Teraz bierze każdą robotę – może być balsamierem, obmywaczem ołtarzy ofiarnych. Pieniądz nie śmierdzi. Śmierdzi bieda. I śmierć. O tak, śmierć śmierdzi strachem.
Ruszył wraz z tłumem przez place i ulice. Pod świątynią Pani Spełnionej dotarł na łokciach do połowy kolejki, która rozpadła się, gdy ogłoszono, że koniec, już nie przyjmują do mieszania meghavy – rytualnego napoju oszałamiającego.
– A może to dobrze – powiedział do Huemaja jakiś człowiek bez zębów – ponoć robią tam za darmo. Tylko aby wdychać opary. Tak jakby… też niewolniki, co?
Huemaj nie miał czasu na dyskusje, ruszył dalej. Kolejne kolejki. Wybuchy radości i łzy rozpaczy. Tracił godziny, tracił siły i cierpliwość. Zdążył już wydać miedzianą monetę na kubek wody, inaczej nie zdołałby zjeść kołacza. Słońce przetaczało się po niebie jak wielkie ziarno piachu – ostatnie w klepsydrze.
Z następnej kolejki siłą wyciągnął go jakiś młody chłopak.
– Uwierz, że nie chcesz – splunął krwią i otarł łzawiące oko. – Na kogo uzdrawiacze przerzucają choroby swoich klientów? Na pomocników! Straciłem już nerkę i płuco. Gniję, jestem ludzkim odpadem. Lepiej od razu położyć się na ołtarzu. Idź no stąd, dobrze ci z oczu patrzy, szkoda takiego…
Posłuchał. Usiadł na kamieniu gdzieś na tyłach małej świątynki Pani Wdzięcznej i zapłakał.
Wtedy rozzłościły Huemaja własne łzy, padł więc na kolana i zaczął się modlić. Pytać na głos, dlaczego bogini tak bardzo chce jego śmierci? Mało ma świątyń, złotych figur i wielkich pomników, po co jej jeszcze mojo z jego nędznej duszy? A przecież to właśnie biedacy kochają boginię najmocniej. Nie wybrzydzają, nie szukają pociechy u obcych bożków, przyjmują zły los z pokorą, odwdzięczając się ślepą miłością.
– Dlaczego nasza śmierć warta jest dla ciebie więcej niż życie?!
Ludzie oglądali się, pokazywali sobie chłopaka palcami, ale miał to w nosie. Nic nie było ważniejsze od ulgi, która zaleje go, gdy skończą się łzy.
Wtedy los odwrócił się do Huemaja i iskierka nadziei błysnęła w inkrustowanym złotem uśmiechu świątynnego rekrutera.
– Mam dla ciebie pracę. Zostaniesz posłańcem. Przekażesz wiadomość.

***
Przed posągiem Pani Prawdziwej w ciemnych trzewiach największej świątyni miasta Gosmos patriarcha Polip wysłuchiwał raportu.
– To już czterdziesty trzeci, czcigodny panie. Bogini nadal milczy.
– Róbcie swoje – rzekł, odwracając wzrok od idealnych kształtów oddanych w marmurze.
– Powoli zaczyna nam brakować młodych i niewinnych głupców o czystym sercu. Czy to jest aby najlepsza… – sekretarz przerwał ugodzony wzrokiem patriarchy.
– Nie przestaniemy, dopóki ta suka nie odpowie! Jesteśmy Świątynią do diabła!!! Zacznijcie kolejną rekrutacje.
Najlepsi świątynni łowcy głów pokłonili się i wyszli w milczeniu na poszukiwania nieszczęśnika, którego męczeńska śmierć tym razem poruszy sumienie bogini.

Tagi:

Kawka
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 560

Kto ma nos, niech słucha

Post#2 » 13 sie 2018, o 15:42

Jak dziwne są ludzkie losy.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 1068

Kto ma nos, niech słucha

Post#3 » 13 sie 2018, o 18:45

Na początek należy się przywitać i powiedzieć kilka słów o sobie.
Tutaj:
viewforum.php?f=81

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: kamelia i 2 gości