Walhalla - część pierwsza

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Mszczuj
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 223

Walhalla - część pierwsza

Post#1 » 15 wrz 2018, o 10:17

1.
Nogi utknęły mi w błocie. Nie mogę wyciągnąć ani jednej, ani drugiej. Ogarnia mnie panika. Rozglądam się dookoła.
Ludzie w oblepionych gliną buciorach łażą niezgrabnie tam i z powrotem próbując nie wywrócić się na lekko pochylonej, trawiastej powierzchni. Strugi deszczu zalewają im oczy, przemoknięte kurtki, skórzane pancerze i kolczugi trzeszczą i ciągną łażących ku ziemi. Każdy ma w ręku topór, miecz albo pałę. Każdy zadaje niezdarne ciosy tym co trzyma.

Wielu odrzuciło tarcze po tym jak nasze szeregi starły się, przemieszały i przeszliśmy do regularnej jatki. Między nimi ja. Pomyślałem, że łatwiej będzie w tych trudnych warunkach utrzymać się na nogach. Przeklinam swoją głupotę. Tarcza leży gdzieś o rzut kamieniem ode mnie. Nie mogę się poruszyć o krok. Sterczę z ziemi jak kiepsko zasadzone drzewo. Nie mam się czym zasłonić w razie ataku. Co jakiś czas widzę jak okraszona blond brodą gęba zerka w moją stronę niebieskimi oczami i myśli jakby się do mnie dostać i ukrócić moje cierpienie. Na szczęście żaden nie ma na to czasu. Starają się przeważyć bitwę na swoją stronę. Wyobrażam sobie komiczny widok własnego trupa z rozłupaną głową, leżącego na wznak w kałuży wody i krwi, z zakopanymi po kolana nogami.

Myślę sobie „Połóż się już teraz. Nikt nie będzie patrzył pod nogi, czy żyjesz, czy umarłeś. Przeczekasz bitwę i ulewę, a gdy ziemia stwardnieje, wykopiesz sobie mieczem nogi z gleby i wrócisz do domu, jakby nigdy nic.”
Ale szybko przypominam sobie co mówił mi jeden stary Bjoern o Walhalli. Tchórze i cwaniacy nie mają wstępu. Wracam myślami do żywych.
Widzę jak młody Bjoern przetacza się obok mnie zajęty walką z niższym od siebie o głowę Szwedem. Mam ochotę zawołać po imieniu, żeby wyszarpał mnie z ziemi. Jest wielki jak koń pociągowy, pewnie zrobiłby to jedną ręką. Z drugiej strony nie chcę go rozpraszać, mały Szwed jest wyraźnie szybszy od Bjoerna.

Jestem niemal pewien, że gdybym upadł na kolana i podparł się rękami, nogi wylazłyby z gliny piętami w górę niczym korzenie buku z kamienistego podłoża w norweskim lesie. Podejmuję szybką decyzję. Pora walczyć.
Wbijam miecz w ziemię obok siebie, upadam twardo na wyprostowanych rękach przed sobą. Przez chwilę widzę tylko zielone źdźbła trawy. Czuję, że nogi wyswobodziły się z błota. Stoję na czworaka jak pies. Podnoszę głowę. Przechodzący obok wojak walczy przy użyciu dwóch mieczy, jednym paruje ciosy a drugim próbuje dźgnąć rywala. Sięgam po rękojeść miecza, żeby podeprzeć się na nim przy wstawaniu z tej niegodnej woja pozycji. Chwytam powietrze. Kątem oka widzę, że mój miecz wyparował.
Czuję ukłucie na karku i wydarza się coś niezwykłego. Pokryta trawą, płaska powierzchnia rozmokłej gleby pode mną szybuje w stronę mojego lewego policzka z prędkością kowalskiego młota. Mam wyprostowane ręce, na których się podpieram. Chcę zasłonić się jedną z nich, ale jest już za późno. Zdążam jedynie przymknąć lewe oko i przyjąć mokre uderzenie jak mężczyzna. Boli jakby mi ktoś przyjebał pięścią owiniętą szmatami

Myślę sobie „Upadłem, albo zemdlałem. Albo ktoś dał mi po łbie.” Otwieram oczy i mrugam kilka razy. Leżę płasko na ziemi, nie czuję nic poniżej szyi. Nie mogę wydobyć z siebie głosu. Spoglądając w dół widzę znajomą dłoń, wciąż podpierającą ciało w pozycji na czworaka. „Odynie” myślę sobie ostatnią myśl, zanim obrazy i dźwięki nie obrócą się w nicość „ktoś mi obciął głowę.”



2.
Nastąpiła ciemność. W oddali zamigotało światło, które z początku wziąłem za gwiazdę na czarnym niebie. Minął moment i światło stało się nieco wyraźniejsze, zdawało się rosnąć w oczach. W końcu nie mogłem już na nie patrzeć, takie było jasne. Zmrużyłem oczy a światło ogarnęło mnie z każdej strony. Wyglądało na to, że to nie jasność zbliżała się do mnie tylko ja do niej. I nie była to gwiazda, tylko jakiegoś rodzaju drzwi albo wrota, przez które wleciałem do miejsca, w którym się teraz znajdowałem. Obejrzałem się za siebie spodziewając się ujrzeć przejście do czarnej nicości. Nic takiego nie było. Stałem na środku traktu, po obu moich stronach widniały niskie chaty kryte strzechą.

Byłem ubrany w proste, chłopskie szaty. Miałem głowę na karku i ręce po obu stronach tak, jak do tego przywykłem. Z oddali nadjeżdżał powóz.
Poczekałem dobrą chwilę, zanim nadjechał. Dookoła nie było ani żywej duszy, poza mną, woźnicą i jego starym koniem.
- Czy to Walhalla? - Zapytałem starego Bjoerna siedzącego na koźle.
- A widzisz gdzieś Odyna, jak opierdala kolację? – Odparł woźnica.
- Nie.
- Wsiadaj głąbie, zawiozę cię na sąd.
- Jaki sąd?
- Okręgowy. Jak myślisz? Sąd ostateczny głąbie.
- Chwila, kim ty jesteś?
- Nazywam się Bjoern. Każdej zmarłej duszy przysługuje podwiezienie na miejsce sądu ostatecznego, za które nie pobiera się opłaty. Jeżeli zdecydujesz się nie skorzystać z darmowego transportu zapewnionego przez sąd, nie przysługuje ci zwrot kosztów za podróż innymi środkami transportu. Za spóźnienie na sąd naliczana jest kara potępienia, od której naliczane są odsetki. Wsiadasz czy nie?
- Że co? Odsetki? – Wdrapałem się na siedzisko obok Bjoerna motywowany głównie tym, że nie wiedziałbym dokąd iść, gdzie jestem i co się stało. Zadałem wszystkie trzy pytania gdy tylko ruszyliśmy.
- Nie wiem, pewnie mógłbyś iść z buta, to nie daleko. Jesteś na drodze do sądu i umarłeś. Słowo daję, że płacą mi za wożenie was wozem, a nie podawanie szczegółowych wyjaśnień na temat natury duszy ludzkiej i jej podróży pośmiertnych. Za każdym razem to samo. A gdzie, kurwa, a co? A kim jesteś? Do usranej nieskończoności. Wiesz jak długo ja już siedzę na tym stołku?
- Eee… nie wiem.
- No właśnie, nie wiesz. Zrobili by wam poczekalnię i przetrzymali sto lat na drewnianym stołku obitym cieniutką skórką, to byś kurwa wiedział. W międzyczasie, jakby już was tam było parę tysięcy, zajebałby wam któryś mądrala z góry seminarium na temat gdzie jesteście i co was czeka, żebyście nie zawracali dupy staremu woźnicy. System jak się patrzy, wrzuciłem do skrzynki sugestii pięćset lat temu, nikt nic nie wie, udają, że jeszcze nie czytali. Wożę po jednym, ewentualnie dwóch, jak się jebną jednocześnie po łbach. Też chujowo, zawsze się po takim czymś kłócą o to kto bardziej wygrał. A wiadomo, że…
- Czyli, gdzie ja właściwie jestem? Nie w Walhalli? – Wpadłem mu w słowo. Powoli żałowałem, że skorzystałem z podwiezienia. Wóz toczył się tak wolno, że wyprzedziłbym go na piechotę.
- Ten z tą Walhallą. To jedyne o czym rozmawiacie tam na dole? Walhalla? Uczty z Odynem? Polowania? Głodujecie tam kurwa czy jak? Jesteś w czyśćcu skurwysynu! Trzeba cię wyczyścić zanim wejdziesz do Walhali. Nie słyszeliście na dole o czyśćcu? Nie przemówił żaden dziadek, albo pradziadek zza światów jak zapierdalał w międzyświecie za tchórzostwo, bo nikt go nie chciał w Walhalli? No pewnie, że nie. Zobacz na tych w chatach przy drodze, żaden się nawet nie wychyli. Wstydzą się, że może ktoś znajomy jedzie. Potem jak przy stole z Odynem to każdy, że niby prosto z pola bitwy. - Bjoern wychylił się na koźle i krzyknął w stronę najbliższego domu. - Nigdy nie wejdziecie do nieba, skurwysyny!
Siedziałem na stołku nieco zdezorientowany.
- Bjoern – Postanowiłem pociągnąć temat – Ale polegli w bitwie wchodzą bez problemu prawda?
- W bitwie? No tak – Starzec nieco się uspokoił. Otarł rękawem ślinę z brody. – Zasady to zasady. Dzielny wojownik wchodzi w trybie przyspieszonym. Ale nie ma takich wielu. Większość Bjoernów umiera na przeziębienie. Trzeba się ciepło ubierać. Ot klucz do zbawienia. I jeść warzywa. Jadłeś warzywa, młody?
- Jadłem, oczywiście, że jadłem.
Zginąłem na polu bitwy z ręki Szweda. Nie chciałem się chwalić Bjoernowi, zapewne znalazłby sposób, żeby mi dogryźć pomimo mojego oczywistego bohaterstwa. Poza tym nie wiedziałem czy czasem nie jest Szwedem. Wielu Szwedów ma na imię Bjoern. Kto wie, czy podstępnie nie wywiózłby mnie do lasu i nie wsadził w plecy kozika do patroszenia śledzi. Martwy czy żywy, nie ufałbym Szwedowi nawet przez chwilę.
- A jak zginąłeś?
- A… - Zawahałem się – a ty?
- Jesteś jakiś głupi? Nie chcesz mi powiedzieć jak zginąłeś?
- A dlaczego cię to interesuje?
- Przyjechałeś z Germanii? O chuj ci chodzi? Tak zapytałem. Nie chcesz to możemy nie rozmawiać.
Zamyśliłem się. Chmury na niebie formowały przyjemne dla oka smugi. Słońce padało pod ostrym kątem, powietrze pachniało. Bjoern nie mógł wywozić do lasu każdego Bjoerna, który odjebał Szweda. Żaden las nie pomieściłby tylu Bjoernów.
- Odrąbali mi głowę Szwedzi w bitwie.
- To nie masz się czego wstydzić młody. Opowiadaj o tym komu chcesz, a jak trafi się Szwed to oddaj mu pięknym za nadobne na koniec opowieści. Takich właśnie gagatków Odyn chce w Walhalli. Najgorsi są nudziarze i błazny.
- Błazny? – Przez głowę przemknęła mi mroczna myśl.
- Błazny, pajace… No wiesz. Tacy co z siebie robią głupka. Albo ktoś z nich zrobił. Wszystko jedno. Trzeba ci wiedzieć, a zapewne już o tym słyszałeś, że cwaniactwo wszelkiego rodzaju nie bardzo cenione jest w oczach naszego stwórcy.
Potaknąłem.
- Ale wynik przekrętu albo szwindla, w zależności od tego jak bardzo na dudka został wystrychnięty jego obiekt, obarcza niesławą również ów obiekt.
- Wybacz Bjoern, ale nie byłem nigdy uczony w tych sprawach. Prawa boskie brzmią dla mnie jak totalny bełkot. Nie rozumiem.
- Jak cię ktoś mocno zrobił w chuja, to do Walhalli nie masz wstępu niemal kategorycznie, tak samo jak jeśli zginąłeś w jakiś pożalenia godny sposób. Był w zeszłym stuleciu Bjoern, co przewiązał sobie szyję rzemieniem i odciąwszy sobie dopływ juchy do mózgu, odbył akt seksualny ze swoją świnią. Nie dostał szansy na rundkę po czyśćcu. – Bjoern pokręcił głową - Brunhilda wepchnęła go w najdalszy zakątek piekła.
Przełknąłem ślinę.
- A co jak ktoś podczas walki da się zbyt łatwo załatwić?
- Młody, kurwa, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Bjoern puścił lejce i zwrócił się do mnie twarzą. Miał żółte oczy, znak zniszczonej wątroby. Śmierdziało mu z ust jak z latryny, do której cała łódź wikingów zrobiła kac kupę. – Na górze już mają komplet! Nikt nie chce nowych biesiadników przy stole. Brakuje dla nich, kurwa, krzeseł! Jak dałeś się załatwić w jakiś prosty sposób, bo znudziła ci się żona z trójką dzieci, robota w polu i ustawki ze Szwedami… - Wziął głęboki oddech – Jak opuściłeś ze zmęczenia tarczę, rzuciłeś się bezsensownie samemu na pięciu, potknąłeś się jak głupek i nabiłeś na własny miecz, to nie wejdziesz, nie ma szans.
Drewniane chaty zniknęły. Rozejrzałem się. Nadal nasłuchiwałem uważnie każdego słowa starca. Szczególnie zainteresował mnie fragment o potykaniu się na polu bitwy. Nie podobało mi się to, czego się dowiadywałem o obecnym stanie nieba, oraz o kryteriach przyjmowania nowych członków.
- Mówię ci młody, oni do wszystkiego dojdą i ci to wytkną. Będziesz się bronił, ale bez dobrego adwokata nie masz szans. Zjedzą cię żywcem. Wtrącą cię za byle gówno do piekła. To jest ich nowa polityka. Za dużo dusz przy stole, spalić pozostałe w piekle. Co tam, chuj, że połowa wcześnie obsadzonych miejsc w Walhalli to Bjoerny myśliwi-zbieracze, ranieni przez dzikie świnie w lesie. To była dla nich w tamtych czasach bitwa. Było pusto, to i jaskiniowiec się nadawał… No, młody, dojeżdżamy. Powodzenia przed sądem. Nie denerwuj się, nie stresuj, wyglądasz na porządnego wikinga, jestem przekonany, że rabowałeś i gwałciłeś ile wlazło, a bitwa na koniec, pomimo, że poległeś, przyniosła twojemu imieniu tylko chwałę.
Wiem, że mówiłem na początku podróży, że przysługuje ci darmowy transport i jak najbardziej jest to prawdą. Ale jeśli uważasz, że pogawędka ze starym Bjoernem nieco umiliła ci drogę, to nie obrażę się za drobny napiwek. Ciężko duszy czasami związać koniec z końcem z pensji woźnicy.
- Chętnie bym pomógł Bjoern – Odparłem zeskakując z kozła – ale całe złoto zostawiłem na Ziemi.
- Sprawdź kieszenie, może żona wsadziła ci jakiegoś miedziaka w usta przy pogrzebie. Powinien przedostać się tutaj razem z tobą.
Wsadziłem rękę w kieszeń spodni. Wyczułem grubą, ciężką monetę. Podałem ją z uśmiechem Bjoernowi. Zasłużył na napiwek, bez jego mądrości byłbym nadal zagubiony jak dziecko we mgle.
- Dzięki młody, będę za ciebie trzymał kciuki. Ale jeśliś żył głąbem, to i tutaj nie staniesz się filozofem. Do zobaczenia. Zapewne nie w przyszłości i nie w przeszłości i na sto procent nie ze mną ale nigdy nie wiesz. No, trzymaj się, czopka.

Pomachałem mu. Zniknął. Dookoła panował mrok. Stałem w szczerym polu. Niebo zasłane było gwiazdami, które poustawiane były nie poprawnie. Wielki wóz miał za długi dyszel, mały wóz był zbyt płaski i zwrócony nie tym końcem co trzeba na północ. Horyzont był pofalowany jak wzburzone morze. Zastanawiałem się gdzie mam się udać aby odbyć sąd. Grały świerszcze. Postanowiłem stać w miejscu i czekać na rozwój wydarzeń.

Po paru godzinach zmieniłem postanowienie. Pokręciłem się po łące. Nic się nie działo. Nigdzie nie było ukrytych drzwi, przy drodze nie zmaterializował się żaden budynek. Niebo zasnuło się chmurami i zaczęło padać. Bałem się ruszyć z miejsca. Zaznaczyłem butem na piaszczystej drodze miejsce, gdzie zatrzymał się wóz i postanowiłem, że wytrwam tam tak długo, aż coś się stanie. Rozbolały mnie nogi i plecy. Usiadłem na błotnistym trakcie. Byłem przemoknięty do suchej nitki. Deszcz nabierał na sile z każdą godziną.
Trzęsący się jak osika, skulony na ziemi, przywitałem świt. Podmuch ciepłego powietrza przegonił chmury i odsłonił niebo tak błękitne, że aż prawie turkusowe. Rozebrałem się do naga i rozciągnąłem na ziemi obok rozłożonych do wyschnięcia ubrań. Leżąc z zamkniętymi oczami, nagle usłyszałem tętent kopyt. Zerwałem się na równe nogi.




3.
Niebo przecięła ogromna tęcza, po której galopowało teraz coś, co wyglądało na oddział kawalerii. Dookoła galopujących na koniach postaci fruwało coś przypominającego ogromnego ptaka, albo konia. Gdy zbliżyło się na odległość strzału z łuku, dostrzegłem, że jest to kary koń bojowy o ogromnych, kruczych skrzydłach. Dosiadała go drobnej postury kobieta. Z pewnością nie była wysoka, miała kasztanowe włosy, pełne piersi i drobne ramiona. Patrząc na jej twarz zastanawiałem się, czy jej niebiański urok działał tak mocno w mojej głowie, bo umarłem i wszystko pozaziemskie było dla mojej duszy zniewalające, czy po prostu tak bardzo jej pragnąłem, bo i na ziemi i w piekle nie miałaby konkurencji wśród żywych i potępionych.

Jej skrzydlaty koń wylądował i obrócił się do mnie zadem. Ona sama wpatrzyła się bez słowa w grupkę jeźdźców pędzących po tęczy.
- Jak ci na imię? – Zapytałem podnosząc z ziemi spodnie. Postanowiłem nie okazywać zakłopotania tym, że widziała mnie nago. Wyobrażałem sobie, że jako córka Odyna, nie jest zainteresowana wstydliwymi sobą romantykami.
- Mist – Usłyszałem krótką odpowiedź.
- Jesteś Walkirią?
- Przyjechałeś z Germanii?

Zaśmiałem się. Najwyraźniej niebiańskie istoty lubiły wyzywać nowoprzybyłych od German. Korzystając z okazji, że nie patrzy w moją stronę, podziwiałem krągłości jej pośladków i ud. Nie mogłem oderwać wzroku. Miała na sobie niebieską szatę przylegającą ciasno do ciała, od kolana w dół, jej nogi były nagie, nie nosiła butów. Nie miałem nigdy takich fantazji na Ziemi, ale dałbym się wtrącić do piekła, za to żeby powąchać tą drobną stópkę.

- Nazywam się Bjoern – Krzyknąłem i posłałem jej uśmiech, na wypadek, gdyby zechciała zaszczycić mnie swym nieziemskim spojrzeniem.
Koń zwrócił w moją stronę łeb. Zerknąłem na chwilę w jego czarne ślepia. Były czarniejsze niż jego sierść, były niczym otchłań, w której dryfowałem, zanim pojawiłem się na trakcie poprzedniego dnia. Zdawało mi się, że chce, żebym się zamknął. Miałem uczucie, jakbym był irytującą muszką owocówką, która kręci mu się koło dupy. Gdyby nie to, że nie gryzę jak komar, i nie żądlę jak osa, w zasadzie moje istnienie jest nie groźne i trwa maksymalnie od świtu do zmierzchu, pierdolnąłby mnie skrzydłem i tyle by było z mojej egzystencji pozaziemskiej. Zakończyłby ją, gdyby wiedział, że jestem ostatnim zmartwieniem tego typu w jego życiu, gdyby nie było miliona takich jak ja Bjoernów, którzy padną trupem po mnie i których trzeba będzie osądzić. Do których trzeba przylecieć i wysłuchiwać jak nieudolnie próbują podrywać jego panią.

Odwrócił łeb. Zamachał na boki ogonem jakby odganiał muchę. Zrozumiałem sugestię. Dokończyłem się ubierać, otrzepałem z kurzu i wyprostowany na baczność wyczekiwałem reszty delegacji. Nie trwało to długo.
Na czele jeźdźców był stary Wiking okutany od stóp do głów w ciężkie pancerze. Na tarczy miał prosty, niebieski krzyż, bez tła. Musiał umrzeć długo przede mną, kiedy farby były drogie i wszyscy mieli w dupie jaki masz herb, dopóki dało się rozpoznać cię dzięki niemu na polu walki. Uzbrojenie nosił nowoczesne. Włócznia, miecz, sztylet, łuk i strzały. Wysokiej jakości, ze znakami użytkowania. Widocznie nie przepuszczał polowań z Odynem. W przeciwieństwie do co niektórych z pozostałych, nie miał na głowie korony, ale miałem wrażenie, że reszta czeka ze swoim przywitaniem do momentu, gdy starzec zabierze głos.
- Na imię mi Harald. W imieniu Odyna zadecyduję czy wolno ci wstąpić do Walhalli.
Jeden z jeźdźców za jego plecami szepnął coś drugiemu do ucha. Zachichotali jak małe dziewczynki. Mist zmierzyła ich wzrokiem. Harald nie zwrócił na to nawet uwagi.
- Jak ci na imię?
- Bjoern.
- Jak zginąłeś?
Od razu do sedna. Rozejrzałem się po twarzach moich sędziów. Były stare, poorane zmarszczkami i bliznami. Ojcowie moich ojców. Królowie, władcy, prawdziwi wodzowie. Prowadzili moich ludzi do dobrobytu, w którym i mi przyszło mieszkać. Wzruszyłbym się, gdyby było mi dane więcej czasu na rozmyślanie. Miałem przed oczami opowieści o wygranych bitwach i pojedynkach. O łaskawości bogów, którą na nas sprowadzali swoimi poświęceniami, o zrabowanych Anglikom skarbach, o wymordowanych Szwedach. Naliczyłem piętnastu jeźdźców. Dałbym głowę, że niemal połowa to Szwedzi, ale nie liczyło się to teraz. Nienawiść wyparowała z mojego serca przed ich obliczami.
- Wioskowy głupek, daj go do czyśćca i spadamy na ucztę.
Ocknąłem się. Przemawiał rudobrody Bjoern o posturze niedźwiedzia, siedzący na cętkowanym wierzchowcu.
- Nie, nie, panie. Nie jestem wioskowym głupkiem. Jestem rolnikiem… To znaczy wojem! Wojownik ze mnie jak się patrzy, zginąłem w walce. Bijąc Szweda, jak Odyn przykazał.
Poczułem na sobie palące spojrzenie połowy tuzina par błękitnych oczu.
- Słyszałeś go Harald? Jemu się wydaje, że Szwedzi to nie wikingowie.
Harald pokręcił głową.
- Za każdym razem, kurwa…
- Dobrze mówi w sumie – Rzucił od niechcenia jeden ze stojących dalej królów. – Jebani Szwedzi, za moich czasów też się ich wyżynało.
- A za moich już nie – wtrącił blady jak papier, chudy i odziany w wilczą skórę wojownik o wystających kościach policzkowych. – Lepiej było handlować, zabity Szwed nie popłynie do Araba po przyprawy. Zamiast tępić ostrza, lepiej było otworzyć notatnik, wyjąć liczydło…
Wszyscy władcy stopniowo włączyli się do dyskusji, która przerodziła się w regularną kłótnię. Kilku sięgnęło po miecze. Harald nie panował nad zgromadzeniem. Pozostali władcy za nic mieli jego prośby i groźby. Blondwłosy osiłek chwycił chuderlawego mądralę za łeb i spiął konia do galopu, zapewne, żeby go oskalpować lub ściągnąć z siodła i powlec za sobą po łące. Ten niepostrzeżenie sięgnął po sztylet i wbił mu go pod żebro, po czym przekręcił w ranie. Skrzywiłem się widząc grymas bólu na twarzy blondyna. Nie puścił. Ruszył przed siebie puszczając z ust różową pianę i dzierżąc w ręku drącego się w niebogłosy króla-handlarza.
Szczęknęło żelazo. Zapanował chaos. Niski, drobno zbudowany król o czarnych włosach wskoczył na swoje siodło niczym jarmarczny akrobata, odbił się z obu nóg i wylądował na koniu rudego olbrzyma. Próbując strząsnąć nieproszonego pasażera, ten spiął konia do galopu. Jechali razem przez krótką chwilę, podczas której mały z wrzaskiem dźgał dużego w plecy nożem. Gdy w końcu zepchnął bezwładne ciało na ziemię, przesunął się na siodło, zatrzymał konia w miejscu, odwrócił w kierunku walczących i ruszył do szarży dobywając topora. Twarz miał zalaną krwią swojej ofiary.
Stałem jak zahipnotyzowany. W życiu nie widziałem ludzi walczących w taki sposób. Wspaniałe wiktorie dwóch potyczek, w których uczestniczyłem za życia, polegały na okładaniu się z całej siły toporami, dopóki przewaga liczebna nie była tak wyraźna, że ta druga strona rzuci się do ucieczki.

Kara bestia rozprostowała skrzydła i machnęła nimi dwa razy, wzbijając w powietrze tumany kurzu z drogi. Mist podniosła się na siodle i odezwała głosem tak donośnym, że usłyszeliby ją na końcu tęczy.
- Dość!

Walka ustała. Doliczyłem się pięciu poległych i jednego, który stracił rękę powyżej łokcia. Żałowałem, że poświęciłem małemu królowi tyle uwagi, chciałbym zobaczyć jak doszło do amputacji.
Władcy stanęli w równym szeregu. Harald zdawał się najbardziej zakłopotany sytuacją. Widocznie spoczywała na nim odpowiedzialność za zachowanie grupy przed obliczem córki Odyna.
- Jak małe dzieci. – Głos Mist był słodki i niewinny, ale dźwięczał w uszach głośno i wyraźnie. – Jak nie umiecie sądzić, to powiem tacie i nie będziecie więcej sądzić.
Nikt się nie odezwał. Królowie pozwieszali głowy jak małe dzieci. Harald odezwał się pierwszy.
- Dobra, jak ty się nazywasz?
Mój sąd ostateczny został wznowiony bez względu na to, że kilku sędziów leżało martwych w trawie. Sędzia numer trzy od lewej stracił tyle krwi z odciętej ręki, że ledwo utrzymywał się w siodle.
- Bjoern.
- A no tak. Zginąłeś w walce?
- W bitwie.
- Czyli w walce.
Wszyscy łącznie z Walkirią skierowali na mnie swoje pytające spojrzenia.
- Obcięto mi głowę podczas bitwy.
Kilku królów pokiwało z aprobatą. Wysoki Szwed o surowym spojrzeniu i brodzie zaplecionej w długi warkocz zapytał nagle z mocnym, śpiewnym akcentem.
- Dlaczego nie zasłonił szyja przed cios?
- Nie widziałem atakującego.
- Jak to nie widział? Miał piasek w oczach?
- Nie. Akurat upadłem. Stałem na czworaka.

Sędziowie czekali na wyjaśnienie. Nietypowa śmierć nie była zapewne niczym nowym, wojowie padali na ziemię często. Łatwo pokonać przeciwnika obalając go na ziemię. Z pozycji leżącej nie miał jak się bronić. Zastanowiłem się szybko czy nie skłamać. Mógłbym powiedzieć, że Szwed szarpnął za mój miecz, wytrącił mnie z równowagi, a potem skrócił o głowę. Taka wersja była równie dobra, co utknięcie w błocie po kolana i wygrzebywanie się z niego bez ani jednego skrzyżowania broni z wrogiem.
Zastanawiałem się, czy królewskie oczy potrafiły rozpoznać kłamstwo. Wolą Odyna powinno im to być dane, byli przecież sędziami.
Król z obciętą ręką zsunął się z siodła a jego koń odszedł na bok w kierunku bujniejszej trawy, ciągnąc zwłoki swojego pana po ziemi.
Mist wpatrywała się we mnie z kamienną twarzą. Wiedziałem, że cokolwiek teraz powiem zabrzmi w moich ustach jak kłamstwo albo wymówka. Postanowiłem powiedzieć prawdę.
- Ugrzęzłem w błocie po kolana i padłem do przodu, żeby się z niego wykopać.
Szwed aż klepnął się po udzie z radości.
- Wiedziałem! Ha! Co za pierdoła! Kto łazi po polu bitwy tak, że nie patrzy pod nogi?
- Twój stary tak łaził, zanim go nie poćwiartowałem pod Uppsalą. – Odpowiedział mu któryś z władców.
- Mój ojciec zginął walcząc, kłamco!
Szwed sięgnął po włócznię i wziął zamach aby przebić żartownisia. Mist była szybsza, jej rumak wkroczył pomiędzy wierzchowce sędziów rozkładając skrzydła i uniemożliwiając oddanie celnego rzutu.
- Koniec sądu, daj mu piekło i wszyscy z powrotem do Walhalli.

Popatrzyłem na Haralda błagającym wzrokiem.
- Powiedz mi Bjoern – Zapytał łagodnie. – Miałeś ty chociaż miecz w ręku, kiedy ci obcinali ten łeb?
- Na Odyna, nie miałem… – Do oczu cisnęły mi się łzy. – Ktoś przechodził obok… Zabrał.
- Zabrali ci miecz, a ty, na czterech łapach, jak pies, dałeś sobie obciąć głowę. Z ciebie jest pośmiewisko, nie wiking.
- Proszę, błagam, tylko nie do piekła. Byłem dzielnym wojem… Ja na czworaka to tylko upadłem, żeby dalej walczyć. Jak miałem walczyć z nogami w ziemi? Proszę, dajcie mi drugą szansę… Adwokata! Potrzebuję adwokata… Ponowną rozprawę. Błagam…
Przez załzawione oczy nie widziałem już nic, tylko sylwetkę Haralda Sinozębego na kasztanowym koniu. Słyszałem śmiechy jego kompanów. Tragicznie zakończył się mój sąd ostateczny. Jak ostatnia pierdoła rozkleiłem się przed przodkami. Czułem wstyd i rozpacz. Byłem pewien, że spędzę wieczność w ogniach piekielnych.
- Dobrze. - Usłyszałem w odpowiedzi. – Dostaniesz drugą szansę Bjoern. Ale lepiej jej nie spierdol, bo wrzucę cię do piekła jak lichwiarza, bez mrugnięcia okiem.
Przyjdź do gmachu sądu ostatecznego za równy miesiąc ze swoim adwokatem. Do tego czasu czyściec.
- Do gmachu? To jest jakiś gmach?
- Na drugą instancję przyjmujemy w gmachu sądu ostatecznego, dzień drogi stąd. Przysługuje ci darmowy transport, spróbuj złapać woźnicę idąc tym traktem. Tu jest tylko jeden trakt. I tylko jeden woźnica. Pamiętaj. Tu jest czyściec, tu wszystko jest albo w jedną, albo w drugą stronę.
Wszyscy zwrócili swoje konie w stronę tęczy. Była mniej wyraźna, niż gdy przyjeżdżali. Potężny podmuch zmierzwił mi włosy gdy Mist poderwała się do lotu na swojej bestii. Harald krzyknął jeszcze zanim odjechał.
- Woźnica będzie żebrał napiwku. Nie dawaj mu. Zachowaj sobie monetę na adwokata.

Tagi:

Wróć do „Proza: fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości