Szkatuła

Opowiadanie satyryczne (zawiera wulgaryzmy)

Wszelkie niedługie formy prozatorskie. Drabble, miniatury literackie i szorty ze wszystkich możliwych gatunków, również proza poetycka. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów, zgodnie z jego gatunkiem i formą.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować wyłącznie miniatury, drabble i krótkie opowiadania. 

 

Przydatne definicje 

drabble: krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story): krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

Teksty dłuższe (fragmenty powieści, długie opowiadania) należy publikować w dziale "Opowiadania i fragmenty powieści".  

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.

Szkatuła
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 29
Zobacz teksty użytkownika:

Szkatuła

Post#1 » 29 kwie 2015, o 17:34

Co robić, gdy życie tak cię wytrzepie z pomysłów na spędzenie samotnego wieczoru, że czujesz się jak dywan? Jedynie leżysz i czekasz aż pokryje cię kurz. Tak właśnie wyglądał mój kapitalny dzień. Ograniczałem się do oddychania i spędzania większości czasu w pozycji trumiennej. Do grobu dodatkowo wpędzał mnie fakt, że strasznie często kopciłem fajki. Czułem się jak komin w Auschwitz - przez moje ściany przelatywał swąd śmierci. Zabawne, kiedy palacz zdaje sobie sprawę z zagrożenia płynącego od strony tego czerwonego skorupiaka rzecznego, a mimo wszystko, nierzadko z uśmiechem na ryju, pyka sobie tę fajeczkę. Ale kiedyś rzucę i będę pytał każdego nałogowca: „Po co palisz to ścierwo?”. Tak po prostu, żeby podnieść średnią hipokryzji na świecie. Ale wracając do mojego niesamowitego wieczoru, prokrastynacja (mądre słowo) - oznacza odkładanie niektórych czynności na później. Inaczej, kurwa, lenistwo. To właśnie uprawiałem. Mój wewnętrzny głos, nazwijmy go „Ambicja”, podpowiadał mi jednak, bym zrobił dzisiaj coś, co wymaga jakiegokolwiek ruchu. Stwierdziłem, że udam się na spacer (ambitne w cholerę). Ubrałem się więc w stosowne do sytuacji ciuchy i ruszyłem na podbój poznańskich ulic. Po wyjściu z domu kupiłem setkę cytrynówki, żeby odpłynąć nieco żółtym statkiem od portu trzeźwość. Chciałem jej skosztować w najbliższej bramie, ale napotkałem tam nie lada problem, a mianowicie, w tych wrotach siedział sobie kot. Nie byłoby w tym nic dziwnego, tyle że on, kurwa, siedział na wózku inwalidzkim! Przyznam, że to nieco zbiło mnie z pantałyku, bo co robi w tym miejscu ten sierściuch, na tym pojeździe przeznaczonym dla inwalidów? Może jest niepełnosprawny, nie, na pewno jest niepełnosprawny, ale co to zmienia w gruncie rzeczy. No nic. Poraziła mnie własna dyskryminacja dla takich zjawisk i już byłem zdolny do trzeźwej oceny sytuacji. Po prostu kotek dorobił się swojego miniaturowego czterokołowego pojazdu i teraz siedzi w nim w najlepsze. Zapytałem go, czy nie ma nic przeciwko temu, bym napił się tu swojej setki. Nie czekając na odpowiedź, bo zwierzęta przecież nie gadają, odkręciłem flaszkę. Po chwili usłyszałem dość donośne, gardłowe i niskie „spierdalaj”, zupełnie tak, jakby mówił to Batman ze świata Nolana. Obróciłem się w poszukiwaniu nieoczekiwanego trzeciego towarzysza, ale za moimi plecami, w mroku, siedział tylko kot na wózku inwalidzkim. Zdziwiło mnie to, nie ukrywam, ale uznałem, że wiele już rzeczy roiło się w mojej głowie i ta jest pewnie jedną z nich. Zrobiłem pierwszy łyk, a tu znowu ten sam głos oznajmia: „Spierdalaj mówię albo dawaj fajkę!”. Odwracam się i patrzę na kota. „Pojebało mnie” – pomyślałem. Wyciągam paczkę niebieskich Cameli z kieszeni, kucam i częstuję zwierzę papierosem. Kot wystawia swoją czarną jak źrenica łapę przed siebie i zabiera fajkę. „Teraz ogień frajerze” – usłyszałem. Odpalam mu szluga, po czym wstaję. Przed moimi oczami widnieje obraz czarnego, gadającego kota na wózku inwalidzkim palącego mojego papierosa, którego własnoręcznie mu odpaliłem. „Zdecydowanie mnie pojebało” – uzmysłowiłem sobie. Kot pykał sobie fajeczkę w najlepsze, a ja postanowiłem przerwać niezręczną ciszę. 

- Ty mówisz? – zapytałem. 

- Nie, kurwa, miauczę. 

- Co ci się stało? 

- Z chuja spadłem! Nie bądź taki ciekawski, bo jeszcze kosę pod żebra dostaniesz. 

- Dobra, tak tylko chciałem zagadać. 

- Boże, co za pizda. Tak tylko chciał zagadać. Dawaj tę setę pedalskiej cytrynówki! 

Wyciągam flaszkę i podaję ją kotu. On bierze soczystego łyka, zerując jednocześnie to, co w niej zostało. Jebany ordynarny kot upija się moją pedalską cytrynówką, tego już za wiele.  

- Co ty sobie myślisz, sierściuchu w dupę jebany, że będziesz zerował moją flaszkę i palił moje fajki, jak gdyby nigdy nic? Dawaj pojarę! 

- Taki z ciebie cwaniak? Co, myślisz, że masz jaja? - Wyciągnął mały nożyk zza siedzenia wózka inwalidzkiego. – A teraz dawaj, kurwa, portfel! 

Przestraszyłem się. Ten kot był psychiczny. Ale stwierdziłem, że mu się nie dam. Wsadziłem rękę do tylnej kieszeni i podczas wyciągania, zamaszystym ruchem pokazałem mu środkowy palec. Kot rozwarł mocniej oczy, schował nóż i drugą łapą podał mi pojarę.  

- Nieźle, jak na cwela – powiedział. 

Przejęcie fajki odbyło się bez niespodzianek. Wsadziłem ją do gęby i wziąłem największego bucha, jakiego pomieściły moje płuca, ukucnąłem i wypuściłem powoli dym z ust, kierując go prosto na mordę kota. Z miną wyrażającą jedynie nienawiść wyciągnął znowu nóż. Wolną łapą zakręcił kołem od wózka i podjechał bliżej do mnie, po czym dźgnął mnie w piszczel.  

- Dawaj, kurwa, ten portfel, szmato, albo zobaczysz, co zrobię z twoim ryjem. 

- Dobrze, panie kocie, przepraszam najmocniej. Już daję panu portfel. 

Rzuciłem pulares na ziemię i zacząłem tyłem wychodzić z bramy. 

- Żartowałem, frajerze, bierz ten portfel i zapierdalaj po jakąś normalną flaszkę, napijemy się jak zwierzęta. 

Skonfundowany wziąłem portfel z ziemi. Zastanowiłem się nad tą propozycją. „Gadający, niebezpieczny kot na wózku inwalidzkim chce się napić z tobą wódki w bramie, czy przystaniesz na tę propozycję?” -pomyślałem. Uznałem, że nic ciekawszego nie spotka mnie tego wieczoru i poszedłem do sklepu z krwawiącą raną na lewej nodze. W Żabce Pani zapytała mnie, co mi się stało. Odparłem, że kot mnie zaatakował. Było to na tyle dyplomatyczne, że bez problemu sprzedała mi połówkę czystej De Luxe. Wróciłem do bramy, a mój nowy znajomy znajdował się w tym samym miejscu, w którym go zostawiłem.  

- Ile mam na ciebie czekać? Stój! Pokaż, co masz w dłoni. Toć to, kurwa, De Luxe. No i pięknie, mordo. Dawaj, jedziemy. Napijmy się wreszcie.  

Przedostaliśmy się w głąb bramy, gdzie znajdował się miniaturowy stolik, na którym mogła się zmieścić tylko butelka. Kot podjechał pod niego i łapą wskazał mi miejsce po przeciwnej stronie. Usiadłem po turecku. Nakazał, bym odkręcił nakrętkę i pociągnął pierwszy łyk i tak też zrobiłem. Przekazałem trunek mojemu kompanowi. Przełknął dwa razy więcej ode mnie i odstawił flaszkę na miejsce.  

- Jak się nazywasz? – zagaiłem.  

-Szkatuła, a ty jak się wabisz? 

Nie mogłem powiedzieć mu swojego imienia, bo by mnie wyśmiał. Musiałem szybko wymyślić jakąś uliczną ksywę. 

- Makieta. 

- Makieta, kurwa? Co za beznadziejna ksywa. Masz pewnie miniaturową fujarę, czy co?  

- Nie, po prostu ulica tak mnie nazwała. Nie ma tu żadnych korelacji. 

- Dobra, dobra, już koniec tych ksyw i twojej małej pałki. Bierz grzdyla.  

Wziąłem. Czułem się mały jak mysz przy tym drapieżniku. Jego słowa były ostre jak brzytwa, którą dzierżył za plecami. Do tego barwa jego głosu. To wszystko sprawiało, że autentycznie się go bałem, ale uznałem, że nie pora teraz na strach. Strach jest dla słabych. A Makieta nie należy do takich.  

- Chcesz mi teraz opowiedzieć, Szkatuła, co ci się stało?  

- Mogę. Wszystko zaczęło się od rudej i wcale nie chodzi mi o Żołądkową Gorzką. Więc tak, idę sobie jak gdyby nigdy nic przez miasto z fajeczką w gębie. Nagle przede mną dobra kicia. Ruda, ostra, no po prostu żyleta. Myślę sobie, że podbiję z bajerką. Podchodzę i zagajam: „Mała, ale bym cię zerżnął”. Nie zdążyłem mrugnąć okiem, a ta mi w papę pazurem. „Suka” – pomyślałem i rzuciłem jej dwa grosze pod łapy, mówiąc przy tym: „Dupą do mnie!”. Chciałem dodać, by mi najpierw obciągnęła, a już dostałem takiego soczystego prawego sierpa, że aż mnie zamroczyło. Jestem ogólnie gentelmanem i nie biję płci przeciwnej, więc, co mogłem zrobić? Starałem się robić uniki, ale jej ciosy były coraz szybsze i silniejsze. Tłukła mnie jak szkło. Wskoczyłem na zaparkowany samochód i zacząłem syczeć: „Weź się szmato!”. Szkoda, że nie znałem jej imienia, bo coś czuję, że byłby to klucz do zakończenia tego rozpierdolu. No nic, ja na auto i ona na auto. Goniła mnie i biła po całej dzielnicy, nie mogłem uciec. W końcu się poddałem, stanąłem i powiedziałem: „Przepraszam, kurwa! Nie chciałem cię urazić.”. To były moje pierwsze przeprosiny w życiu. Rozumiesz to? Tylko cipki takie jak ty przepraszają. Ja tego nie robię, ale byłem bezsilny. Po tych magicznych słowach suka odpuściła. Widziałem dumę w jej oczach. Aż ciężko było mi przełknąć ślinę. Można powiedzieć, że już wtedy wsiadłem na ten jebany wózek. Przegrałem. Po całej akcji stwierdziłem, że muszę się napić, ale tak solidnie. Kumpel kupił mi wódkę, bo zgadnij co? Kotom nie sprzedają! Kiedyś rozpierdolę to państwo ludzkich szowinistów! Ale mniejsza, gdy już dostałem flaszkę w łapy, to opróżniłem ją na raz. Ta wóda zmieniła mój mózg w galaretę. Czułem, że wszystkie elektrony mojego ciała krążą wokół innych jąder. Taki napierdolony poszedłem na stary rynek. Wtedy pomyślałem: „Co, ja nie wejdę na ratusz?” i zacząłem się wspinać. Na samym szczycie poczułem się jak król, kurwa, lew. Niestety jakoś tak mną zawiało, że zacząłem spadać. Pamiętam, jak myślałem o moich zbawiennych czterech łapach, ale oczywiście w tym przypadku nie mogły zadziałać. Uderzając w ziemię, straciłem przytomność. Po przebudzeniu oprócz nieziemskiego kaca, uświadomiłem sobie, że nie czuję tylnych łap. Tak znalazłem się na tym szajsie. Ale koniec już tego pierdolenia, napijmy się, bo to smutna historia. 

- Rzeczywiście strasznie smutna.  

- I tylko tyle masz do powiedzenia? To kot ci się zwierza z tajemnicy swej niedoli, a ty potrafisz tylko przytakiwać? Co z ciebie za człowiek? Zapomniałem, że wy wszyscy tacy jesteście. Banda psów pozbawionych współczucia. Wiesz, kogo najbardziej nienawidzę? Właśnie psów. Chodzą tylko z tymi pałkami i klamkami po krawężnikach i myślą, że są panami świata, że oni tu rządzą. CHWDP! Ale porozmawiajmy o czymś innym, bo widzę, że ty jesteś z tych co kochają policję, prawda? Czujesz się bezpieczniej, gdy pan policjant idzie koło ciebie w swoim ładnym mundurku? Nie musisz odpowiadać, znam Cię już dobrze.  

- Wcale mnie nie znasz. Zbyt powierzchownie oceniasz ludzi. Wszystkich wsadzasz do tego samego worka. Czy ty naprawdę kiedyś kogoś poznałeś? Odciąłeś się od swoich uprzedzeń i pozwoliłeś się otworzyć drugiej osobie?  

- Tak, był kiedyś taki jeden. Zwał się moim panem. Poznałem go dobrze, aż za dobrze. Byłem u niego od małego, to on mnie nauczył srać do kuwety. Nie myśl, że była to przyjemna nauka. Bił mnie za każdym razem, kiedy srałem poza obszarem tego śmierdzącego piasku. Ale wiesz jakie są dzieci, nie pojmują od razu, za co dostają lanie. A ten skurwiel karcił mnie dosłownie za wszystko. Za podrapane meble, za to, że przychodzę się przytulić. Za bycie kotem, kurwa. A ja tylko chciałem, by był moim przyjacielem. Od momentu kiedy otworzyłem swoje ślepia chciałem mieć przyjaciela. Takiego, który mnie podrapie po plecach, nakarmi, pozwoli pomruczeć. Myślisz, że zawsze taki byłem? Że zawsze chowałem nóż za plecami? Nie, kurwa! To życie mnie tego nauczyło. Umiesz liczyć, licz na siebie. Gdy dorosłem, od razu od niego uciekłem. Tylko otworzył okno i już mnie nie było. Hasta la vista! Au revoir! Smaż się w piekle skurwysynu! Od tamtej pory nigdy go nie widziałem.  

- I myślisz, że wszyscy ludzie tacy są? 

- Tego nie wiem. Wiem jedynie, że nie można się za bardzo przywiązywać do ludzi, bo mogą cię skrzywdzić. Ja zostałem już skrzywdzony i nie pozwolę na to nikomu więcej. Jestem teraz niezależny. Mam swój stolik, swój kocyk i to mi wystarczy. Jednak powiem ci, że niełatwe jest życie czarnego kota na wózku inwalidzkim. Co z wami jest, że się mnie tak boicie? Za każdym razem, kiedy przejeżdżam przez ulicę, widzę jak robicie kilka kroków wstecz, plujecie, jakbyście zobaczyli jakiegoś diabła dosłownie.  

- Jest u nas taki przesąd, że jak czarny kot przebiegnie nam drogę, to właśnie tak trzeba się zachować, żeby nie mieć pecha.  

- Kurwa, wy i te wasze przesądy. Prędzej się posracie, niż faktycznie coś się spełni. A pechem jest to, że w ogóle istniejecie. Kto to wszystko wymyśla? Jakieś wróżki, czy inne kurwiszcza? Na pewno nikt o zdrowych zmysłach. Te wszystkie wróżby, horoskopy, przesądy, mity, zabobony, przecież to wszystko bzdury wyssane z łapy. Błędem ludzkiego istnienia jest to, że niepotrzebnie komplikujecie sobie życie zbędnymi pierdołami, a macie tylko jedno, w odróżnieniu od moich siedmiu. Ale, co to za siedem żyć na tym pierdolonym wehikule. Nic, tylko pić. Byłem kiedyś naprawdę zwinnym skurwysynem. Potrafiłem przeskakiwać z jednego dachu na drugi, oddalony jeden od drugiego o jakieś pięć metrów. To były czasy. Wszystkie kicie na mnie leciały. Co się naruchałem, to moje. Ty pewnie jesteś prawiczkiem, patrząc na twoją mordę? Czekaj, nie odpowiadaj. Przecież wiem, jak jest. Ty! Właśnie wpadła mi do głowy pewna myśl. Co jeśli teraz zginę? Może zmartwychwstanę ze zdrowym kręgosłupem. Kurwa, to jest myśl. Tylko nie wiem, jak to jest zginąć. Na moim koncie mam jeszcze sześć żyć, ale jedno w tę, czy w tę. Dawaj, Makieta, zrobimy to. Zabijesz mnie? 

- Co? 

- No dalej, nie bądź ciota. Zabij mnie – w tej chwili podaje mi swój nóż – wjeb mi go prosto w serce. Nic nie poczuję. Zobaczysz będzie fajnie. Czekaj, najpierw się napijmy. Muszę się srogo najebać.  

- Nie zabiję cię, Szkatuła. Przecież chyba jesteśmy ziomkami. Pijemy razem wódkę, gadamy. To może jest najbardziej pojebany dzień w moim życiu, ale nie dołożę do tego jeszcze zabójstwa kota na wózku inwalidzkim. 

- Ale wyświadczysz mi właśnie największą przysługę. Nie wiesz przecież, jak to jest na tym jeździć. Zapewniam cię, to nic przyjemnego. Zabijesz mnie i zostanę wyleczony, uwierz mi. Zmarnuję tylko jedno życie, to jak? 

„Co robić? – pomyślałem. - Nigdy nie zrobiłem krzywdy żadnemu zwierzęciu. Morderstwo. I to na kim? Na jedynym, niepowtarzalnym, gadającym kocie. Powinienem go przed jakąś komisją postawić, życie mu uratować. Przecież byłby sławny na cały świat. Ale, czy on się na to zgodzi? Oczywiście, że nie. Za dużo w nim dumy, żeby być małpą w cyrku. Więc mam go zabić i pozostawić tę historię na pastwę mojego mózgu. Bo kto mi uwierzy, że piłem wódkę i rozmawiałem z kotem? Od razu wylądowałbym w szpitalu psychiatrycznym. Chuj, raz się żyje, zabiję go. Może tak wyleczę go z niepełnosprawności.”  

- Dobra, Szkatuła, dawaj nóż. Wsadzę ci go w serce. 

- No! Dziękuję, Makieta. Ratujesz mi życie. Znowu będę zwinny i silny. Dokończmy najpierw flaszkę.  

Wypiliśmy tym razem po równo.  

- Dobra, to na trzy – powiedziałem.  

- Raz. 

- Dwa. 

- Trzy. 

Jeb. Zadźgałem kota. Krew poleciała mi prosto w oczy. Wyzionął ducha w 5 sekund. Widziałem jego gasnące w mroku oczy. Opadł bezwładnie na tył swojego wózka inwalidzkiego. Z otwartym pyskiem wyglądał, jakby chciał mi jeszcze coś powiedzieć. Nic nie powiedział. Postanowiłem, że ułożę go na kocyku znajdującym się niedaleko stolika. Czekałem jakieś dobre 15 minut, aż się obudzi, ale to nie nastąpiło. Kot leżał martwy. Uznałem, że najlepiej będzie, jak przyjdę jutro. Wyciągnąłem chusteczkę i otarłem twarz z krwi. Całkiem zajebany poszedłem do domu spać. Śnił mi się Szkatuła przeskakujący z dachu na dach. Mówił przy tym, że lata. Następnego ranka, gdy tylko otworzyłem oczy, poszedłem zobaczyć, co z moim czarnym, futrzanym ziomkiem. Ku mojemu zdziwieniu kota tam nie było. Zniknął też kocyk i miniaturowy stolik. Tak, jakby moja historia nigdy nie miała miejsca. Choć łydka mnie napierdalała.


Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1481
Zobacz teksty użytkownika:

Szkatuła

Post#2 » 29 kwie 2015, o 19:25

Zdecydowanie moje (czyli kocie) klimaty. Bardzo ciekawa historia z dobrą puentą. Całość sprawia wrażenie starannie przemyślanej i precyzyjnie napisanej, z werwą i humorem. A zdania wcale nie mają zbyt prostej konstrukcji, jest wiele ciekawych metafor, żartobliwych konkluzji i oryginalnych powiedzonek, wartych zresztą zapamiętania. I to już od samego początku – i bardzo dobrze, zachęcają do lektury.  

Mam jednak dwa zarzuty: raz, za dużo wulgaryzmów, przestają robić wrażenie, kocisko mogłoby być bardziej subtelne, wyrafinowane a nawet dystyngowane, a nie tak cały czas na ostro.  

oraz 

Tak to już jest z ludźmi chorymi psychicznie. Nigdy nie wiadomo, kiedy ich historie są prawdziwe.
 

Ta uwaga wydaje mi się zbędna. Usiłuje zburzyć realność tej historii i wpakować ją do powszechnie obowiązujących standardów, tłumacząc ją stanem umysłu narratora. Niepotrzebnie. Niszczy nastrój i urok. A czytelnik sam ją sobie włoży w odpowiednią przegródkę interpretacji i realizmu. 

 

Błędów minimalna ilość, pod tym względem też jest bardzo dobrze; co udało mi się zauważyć: 

 

- Ty mówisz? – Zapytałem.
 

- Ty mówisz? – zapytałem. 

 

- Nie, kurwa, miałczę.
 

„miauczę” 

 

Wolną łapą zakręcił kołem od wózka i podjechał bliżej mnie, po czym dźgnął mnie w piszczel.
 

Wolną łapą zakręcił kołem od wózka i podjechał bliżej do mnie, po czym dźgnął w piszczel. 

 

W żabce Pani zapytała mnie, co mi się stało.
 

„Żabce” - to jednak nazwa. 

 

- Chcesz mi teraz powiedzieć, Szkatuła, co ci się stało?
 

Może lepiej byłoby „opowiedzieć”. 

 

a już dostałem takiego soczystego prawego sierpa, ze aż mnie zamroczyło.
 

„że” - literówka 

 

Goniła mnie i biła po całej dzielnicy, nie mogłem jej uciec.
 

„jej” - niepotrzebne 

 

Nie wiesz przecież, jak to jest jeździć na tym pojeździe.
 

„jeździć na tym pojeździe.” Brzmi niezręcznie. Poza tym to powtórzenie. Może po prostu: Nie wiesz przecież jak to jest na tym jeździć. 

 

Tak, jakby moja historia nigdy nie miała miejsca. Jedyną pamiątką po wczorajszej nocy była rana na mojej lewej nodze. I tu pojawia się pytanie? Czy ta historia kiedykolwiek miała miejsce?
 

„miejsca – miejsce”: powtórzenie, trzeba przeredagować. 

 

P.S. Polecam w temacie mój „Koniec Świata”. Jest aktualnie na początku drugiej strony, też w Fantastyce.


Awatar użytkownika
agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1961
Zobacz teksty użytkownika:

Szkatuła

Post#3 » 29 kwie 2015, o 19:42

Szkatuła pisze:Co robić, gdy życie tak cię wytrzepie z pomysłów na spędzenie samotnego wieczoru, że czujesz się jak dywan? Jedyne co robisz, to metaforyczne gówno. Tak właśnie wyglądał mój kapitalny dzień. Ograniczałem się do oddychania i spędzania większości czasu w pozycji trumiennej.
 

Metafora może i ciekawa, ale porównanie do mnie nie przemawia, albowiem nic mi nie przychodzi do głowy, co właściwie znaczy „czuć się jak dywan”.  

Pozycja trumienna - Ustawienie łóżka na wprost drzwi Chińczycy nazywają pozycją trumienną, więc lepiej z takiego położenia zrezygnować - o to ci chodziło? 

Szkatuła pisze: Tak to już jest z ludźmi chorymi psychicznie. Nigdy nie wiadomo, kiedy ich historie są prawdziwe.
 

Nigdy nie wiadomo, czy „oni nigdy nie wiedzą, czy ich historie są prawdziwe”? Myślę, że psychiatrzy wiedzą.


Szkatuła
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 29
Zobacz teksty użytkownika:

Szkatuła

Post#4 » 29 kwie 2015, o 20:27

agathas pisze:Pozycja trumienna - Ustawienie łóżka na wprost drzwi Chińczycy nazywają pozycją trumienną, więc lepiej z takiego położenia zrezygnować - o to ci chodziło?
 

 

Chodziło mi o pozycję nieboszczyka w trumnie, czyli na plecach i z rękoma wzdłuż ciała. Ale dziękuję za cenną uwagę.


Awatar użytkownika
agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1961
Zobacz teksty użytkownika:

Szkatuła

Post#5 » 29 kwie 2015, o 21:17

Że chodziło ci o nieboszczyka, to ja się domyśliłam, tylko że, jeśli dobrze kojarzę, to nieboszczyk nie ma rąk wzdłuż tułowia, bo trumna musiałaby być szersza, tak mi się wydaje, ale pewna nie jestem. Po drugie, w necie nie znalazłam takiego wytłumaczenia „pozycji trumiennej”, jeżeli znasz stronę na której w ten sposób wyjaśniają to pojęcie, to podaj mi adres. Jak na razie nie jestem przekonana.

Szkatuła
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 29
Zobacz teksty użytkownika:

Szkatuła

Post#6 » 29 kwie 2015, o 22:22

agathas pisze:Że chodziło ci o nieboszczyka, to ja się domyśliłam, tylko że, jeśli dobrze kojarzę, to nieboszczyk nie ma rąk wzdłuż tułowia, bo trumna musiałaby być szersza, tak mi się wydaje, ale pewna nie jestem. Po drugie, w necie nie znalazłam takiego wytłumaczenia „pozycji trumiennej”, jeżeli znasz stronę na której w ten sposób wyjaśniają to pojęcie, to podaj mi adres. Jak na razie nie jestem przekonana.
 

 

Nie sądzę bym znalazł gdziekolwiek w internecie to pojęcie, bo sam je wymyśliłem. Myślałem, że podziała na wyobraźnię i każdy będzie w stanie je sobie zwizualizować w głowie. Jak widać nie spełniło swojego założenia, ale cóż, pozostanę na razie przy swoim. Pozdrawiam


Awatar użytkownika
Maskym
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 110
Zobacz teksty użytkownika:

Szkatuła

Post#7 » 30 kwie 2015, o 00:00

No cóż, muszę przyznać, że to jest niezłe. Przede wszystkim sensowne korelacje między zdaniami, mam na myśli: 

w pozycji trumiennej. Do grobu dodatkowo wpędzał mnie fakt, że strasznie często kopciłem fajki
 

oraz metafory, przykładowo: 

żeby odpłynąć nieco żółtym statkiem od portu trzeźwość
 

<ok>


Wróć do „Miniatury i drabble”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości