Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

...A DZIAD SOBIE

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
tomasz.wolf
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 1

...A DZIAD SOBIE

Post#1 » 11 mar 2017, o 20:39

Siedzę, bo mi się należało, ale zaręczam, że nie z własnej winy.
Tamtego dnia obudził mnie brzęk naczyń. Dziad przygotowywał śniadanie w kuchni, która oddzielała mój odnajmowany pokój od jego salonu. Był siedemdziesięcioletnim starcem z pomiętą cerą, brązowymi plamami na rękach i załzawionymi ślepiami. Sprawiał wrażenie wyrozumiałego i na początku nawet dałem zwieść się pozorom. Teraz miałem ochotę gruchnąć wazonem o ścianę.
Dlaczego taki staruch, któremu nic już do szczęścia nie jest potrzebne, ma tyle, podczas gdy inni, przed którymi jeszcze moc życia, liczą każdy grosz? Dziad zajmował dwupokojowe mieszkanie, pełne antyków i cennych obrazów, z których każdy pozwoliłby mi przeżyć dostatnio pół roku. W szkatułach trzymał biżuterię i byłem pewien, że gdzieś w skarpecie gromadzi też papierowe zwoje ciułanych zaskórniaków. Za nie na pewno żyłbym w luksusie przez lata. Pomyślałem o najlepszym winie i wykwintnych, aromatycznych papierosach – nie takich, jak kołki poupychane w bibułki, które przychodziło mi palić, i bełty, które na samo wspomnienie wywoływały u mnie odruch zwrotny…
Garnki stukały, talerze brzęczały, drzwiczki skrzypiały, szurały kapcie. Dziadowski, poranny koncert.
Po co on gromadzi to wszystko? Jest sam jak palec. Co dzień zrzędzi, że nie ma nikogo na świecie. Sam nie wykorzysta bogactwa, które zgromadził. Zabierze do grobu?…
Skrupulatnie zamyka przede mną pokój. Zaprasza jedynie do kuchni na pięćdziesiątkę pieprzówki, po której dostaję skrętu kiszek. Opowiada, jak to był młody i tchnie od niego śmiercią. Nie zdaje sobie wstrętny staruch sprawy, że żyjąc wspomnieniami jest coraz bliżej śmierci. Oddala się od życia i brata z kostuchą…
Usłyszałem pukanie. Właź dziadu! – cisnęło mi się na usta, jęknąłem jednak: – Proszę. - Wszedł. Rozejrzał się uważnie po pokoju. Wścibsko zajrzał przez ramię, zlustrował kąty, obejrzał regał. Rozczarowany wrócił do drzwi.
- Zapraszam na kieliszek pieprzówki – rzekł i na samą myśl wykręciło mi trzewia. Nie mogłem jednak odmówić. Przeszliśmy do kuchni.
Na stole czekały dwa napełnione stakanki. W popielniczce, ostatkiem sił, tlił się papieros, wydzielając nieziemski aromat. Wypaliłem już wszystkie szlugi i teraz zaciągnąłbym się nawet końcówką filtra. Dziad przyglądał mi się uważnie. Palacz w mig rozpozna cierpienia nikotynowca. Musiał dostrzec moje katusze, nic jednak nie powiedział. Sam po fajurę nie sięgnę. Zdechnę, a nie sięgnę. Tu jestem honorowy. Szlug i alpaga – rzecz święta. Częstują – bierz. Nie twoje – wara. Więzienie uczy zasad.
Podał mi wódkę i sam zaczął sączyć z wyraźnym zadowoleniem.
- Lubię przebywać z młodymi – przemówił – w młodych tętni życie, kochają się, nienawidzą, wierzą i wątpią, wahają się. Starych nie trapią już rozterki…
Nieopatrznie odstawiłem swój pusty stakanek i nalał kolejną porcję. Wcisnął mi ją do ręki: – Pana zdrowie!
Wzniosłem toast ze łzami w oczach. Pieprzony żywot kataryniarza! W istocie, pieprzony – ryj wykrzywiała pieprzówka.
Pastwił się dalej nade mną. Opowiadał, jaki był zdolny i jakich dosięgał zaszczytów. Konfrontował swoją wspaniałą przeszłość z moją – szarą i marną. Mówił wsłuchując się w moje milczenie.
Łyknąłem do dna, prychnąłem i przeprosiłem:
- Proszę wybaczyć. - Skąd u mnie ten ton? - Niestety pora mi iść. – Znów słowa nie moje. - Proszę o wybaczenie. - Przesiąkał mnie sobą, drenował mózg, zmieniał moją osobowość.
Dopiero na zewnątrz mogła skrystalizować się tłumiona we mnie złość i nienawiść. Siąpił jesienny deszcz. W żołądku paliła pieprzówka. Miałem ochotę zapić ten smak zwykłą, poczciwą berbeluchą. W lokalu zwykłej siwuchy nie mieli, zamówiłem więc portera. Ktoś łaskawie poczęstował fajurą.
Siedziałem i myślałem. Myślałem, jak zrzucić brzemię upokorzenia. Czułem – skąd u mnie takie przeczucia? – że jeśli tego nie zrobię „kompleks przerodzi się w natręctwo, które przekształci się w obsesję” – przypomniałem sobie gdzieś zasłyszane (u psychologa, czy potem w Tworkach?) zdanie. Jak jednak miałem to zrobić? Jak mogłem równać się ze staruchem? Nie byłem go w stanie w niczym prześcignąć.
Moja sytuacja była żałosna. Przeszłości, wymazanej z życiorysu i pamięci, nie miałem. Spróbowałem przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach poznałem Ewę. Wstecz patrzyłem jednak, jakbym spoglądał przez okienną szybę zza białej, gęstej firanki. Pamiętałem tylko, że na początku nie zwracała na mnie uwagi. Dopiero później jakoś tak wyszło… Wylądowaliśmy w łóżku na długą, upojną noc, przepełnioną okrzykami rokoszy Ewy i moim szybkim oddechem. Z żadną kobietą tak mi nie było. Wylałem z siebie litry męskiej ikry, równając się osiągnięciami z Casanovą. Nie ja jednak w rzeczywistości tego dokonałem. Było to dziełem wspaniałej, namiętnej, zmysłowej Ewy. Wprowadziłem się do niej i to był błąd. „Dobrze zaspokojona kochanka zaczyna mieć w sobie nieodpartą chęć zawłaszczenia mężczyzny” – znów przypomniały mi się zasłyszane gdzieś (w trakcie rozprawy, czy później w więzieniu?) słowa. Ewa zawłaszczała mnie, kochała i zdradzała. W końcu, po kilku kłótniach, postanowiła odejść. Nie mogła opuścić mnie w ten sposób. Za nic bym nie pozwolił, by zostawiła mnie: kochającego, zdradzonego, upokorzonego. Pozostała moją na zawsze: w mej pamięci martwa – w chwili, gdy ją widziałem, po raz ostatni, bezwładnie leżącą na łóżku – i wiecznie żywa w mym sercu.
Postanowiłem, że zrzucę z siebie kolejne brzemię upokorzenia.
Stali spokojnie w kącie, czujni i nieufni. Ja, stary praktyk, wiedziałem, jak sobie z nimi poradzić. Lipnąłem dyskretnie pod lewe oko najpierw niższego, potem wyższego.
- Potrzeba dwóch charakternych. Będzie chajc, gouda i szlugi. Mieszkanie pełne, zawarte tylko na jalkę.
- Jaka pewność?
- Moja prawilność.
Niższy, z kropką pod lewym okiem, kiwnął głową.
- Gdzie byłeś?
Podałem nazwę więzienia.
- Zobaczy się…
Było już dobrze.
Poznali szczegóły i adres dziada. Uprzedziłem, żeby czekali na sygnał w lokalu.- Kasa potem na trzy.
Przez dwa dni dziad, jak na złość, leżał kichając i kaszląc w swoim salonie. Trzeciego dnia ze snu wyrwał mnie rumor. W kuchni dziad ozdrowiały przygotowywał sobie śniadanie. Spojrzałem na zegarek: wpół do siódmej. Ucieszyłem się nawet, że znów zbudził mnie o świcie. Gdyby choć trochę był delikatniejszy i nie walił tak tymi swoimi rondlami, może opadłyby mnie wątpliwości. A tak byłem utwierdzony we własnych racjach.
Dziad połknął swój pierwszy posiłek i z kuchni ponownie zaczął dochodzić potworny łomot. Puknę dziada, puknę i będzie spokój. Dziad zapukał do mojego pokoju.
Stanął w drzwiach i ni w te, ni we wte, ani be, ani me, ani drgnie. Pytam dziada:
- Słucham pana, czy mogę panu w czymś pomóc. - Uśmiecham się przymilnie i myślę gorączkowo: czynsz chce mi podnieść, albo terminy płatności zaostrzyć, albo chce mi mieszkanie wymówić. Gdzie drugie takie za tyle znajdę? Jak o czynsz zapyta – też mogiła. Dorywczej roboty chwilowo nie mam, a forsa na wyczerpaniu, na dodatek kończą się fajki, bełty – już pal licho. Czynsz podniesie – w ogóle mniej szlugów pojaram i gorszych jeszcze bełtów pochlam. No kiła, kiła-mogiła.
- Czy w czymś mogę panu pomóc? – szczerzę więc zęby do dziada.
Dziad nagle się ożywił.
- Mam wielką prośbę do pana – patrzy błagalnym wzrokiem spod wypełnionych łzami powiek. - Nogi mam chore – mówi – a muszę oddać dług. Pieniędzy to sporo, więc o przysługę mogę prosić kogoś, komu mogę zaufać. Panu, panie Mundku, ufam, więc pana proszę.
Zmroziło mnie, następnie zlało potem i znów zmroziło. Mina, dobra mina do złej gry! Bo się jeszcze dziad pierdolony rozmyśli. Spuściłem wzrok i przybrałem pąsowy kolor twarzy.
- Bardzo dziękuję za zaufanie. Zawsze może pan na mnie liczyć.
Wręczył pieniądze, plik pieniędzy!, furę pieniędzy!, oczyma wyobraźni widziałem słoneczne plaże, kształtne pupy turystek, papierosy i wino – nie żadne tam kołki i bełty. Kazał mamonę zanieść pod wyznaczony adres i zostawić osobie, która mnie pod tym adresem przyjmie.
- A to dla pana, za przysługę. Tylko proszę się nie wzbraniać. To na lampkę dobrego wina i dobre papierosy.
I co staruch chciał przez to powiedzieć? Obraża? Że niby palę śmierdziuchy i piję zanzajer? Rację miał, ale wytykać nie musiał.
Wzbraniałem się krótko, co szkodzi jeden banknot więcej do kolekcji. Wręczył mi równowartość paczki papierosów z filtrem i setki wytrawnego wina.
Kłaniam się i do drzwi idę. A na oczach mam zaćmę. Ledwo we framugę trafiam. Staruch prowadzi mnie do wyjścia, lecz długo jakoś drzwi za mną nie zamyka. W końcu trach! Klik-klak – szczęknął zamek. Gnam w dół na złamanie karku i nic nie widzę. Przed oczami banknoty tylko, pliki, paczki, stosy banknotów.
Na ulicy – w prawo i prosto na dworzec. Niech dziad szuka wiatru w polu. W drodze liczę straty – mienie pozostawione w mieszkaniu starucha: pół paczki papierosów, butelka bełta, parę koszul, sweter i wytarta kurtka, aha, jeszcze para mokasynów i dziurawe kapcie. To równowartość dwóch, najwyżej trzech banknotów. A ile takich w pliku, gdzie tam – furze, którą mam za pazuchą? Liczę w wyobraźni: dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto, sto pięćdziesiąt… Policzę w pociągu, zabarykaduję się w WC, siądę spokojnie na sedesie i policzę. Już czuję ten smród PKP-owskich kibli.
Tymczasem przy dworcowej kasie kolejka, cholerna kolejka. Szybciej, bo się dziad zmityguje i wezwie policję, pomyśli chwilę i wyśle dwóch rosłych funkcjonariuszy na dworzec…
Moja kolej, wyciągam banknot, kładę na ladzie.
- Poproszę bilet do…
No właśnie, dokąd? Nie pomyślałem. Zmieszałem się z lekka. Nie zdążyłem się zdecydować.
- Ten banknot jest fałszywy – słyszę.
- Tak? – moje zdziwienie nie budzi wątpliwości.
Wyciągam drugi – to samo, fałszywy. W zapamiętaniu wyciągam trzeci, czwarty, piąty, szósty. Kasjerka robi wielkie oczy.
- Mam obowiązek taki przypadek zgłosić policji – oznajmia.
Facet z boku przygląda się równie zdziwiony, jak ja i kasjerka. Nagle do niego dociera. Zastępuje mi drogę.
O żesz ty w mordę! Faceta w ryj i szybko do domu, by dziada w łeb… Wpadam do klatki, pędem na górę, mieszkanie otwarte. Z kopa w drzwi kuchni. Dziad początkowo zdziwiony, potem w mig wszystko rozumie. Za gardło dziada, uduszę jak psa! Kaprawe ślepia wylazły na wierzch…
Nagle mnie tknęło, że tak to sobie wszystko obmyślił. Zbrzydło mu życie i mnie wyznaczył na egzekutora.
Grdyka chrupnęła, dziad zwiotczał. Zabrakło sekundy…
Wyzionąłby ducha, jak amen w pacierzu. Dusza, czy to, co – rzekomo – człowiek ma w sobie, uszłaby z niego śmiertelnym tchnieniem. Ale w ostatnim ułamku sekundy, gdy osuwaliśmy się obaj na ziemię, a moje bezwładne palce zsuwały się z krtani dziada, dostrzegłem w jego kaprawych ślepiach iskierkę pozostałego w nim życia, która tli się wytrwale w człowieku, by znów rozbłysnąć jasnym ogniem.
Sekundę był od nicości lub – jak kto woli – wieczności i ta sekunda stała się jego przepustką do życia. Los podarował mu ową sekundę, a mnie tej sekundy poskąpił.
Ocknąłem się z mocnym łupaniem w głowie. Dziad leżał obok na ziemi. Człowiek w białym fartuchu przez chwilę go osłuchiwał, po czym oznajmił: – Żyje.
Wracało mi czucie. Chciałem rozruszać zdrętwiałe ręce, lecz ze zdumieniem stwierdziłem, że ich nie mogę rozdzielić. Leżałem na boku z rękami unieruchomionymi w kajdankach. Pod ścianą siedziały, skute w parę, dwa moje charakterne chłopaki.
Przecież nie dziś mieli robotę… Chcieli odkitrać od działy, łachudry, złamali umowę, to mają…
Dwóch rosłych gliniarzy obserwowało nas z uwagą. Na twarzach mieli wymalowane, że każdy gwałtowny ruch napotka na jeszcze bardziej gwałtowną reakcję.
Więc teraz siedzę. Liczę do końca dni. Ile ich jeszcze zostało? Odfajkowuję pierwszą kreskę szóstej dziesiątki w trzeciej setce pierwszego tysiąca z dwóch tysięcy dni mojej pokuty.
Dziad od pół roku usilnie stara się o widzenie ze mną. Przebaczył mi.
Nie chcę patrzeć w jego kaprawe ślepia, nie chcę słyszeć jego drżącego głosu, nie chcę czuć jego zgniłego oddechu.
Nigdy mu nie przebaczę.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

...A DZIAD SOBIE

Post#2 » 11 mar 2017, o 20:48

Z przykrością stwierdzam, że nie zapoznałeś się z Regulaminem, a w szczególności z § 1.1:
viewtopic.php?f=103&t=557
Zamykam do czasu spełnienia formalnego wymogu.
I przywitać by się wypadało. :smiley:

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4787

...A DZIAD SOBIE

Post#3 » 11 mar 2017, o 21:05

tomaszu, po odblokowaniu tematu należałoby też go odpowiednio otagować.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości