Ten drugi - jedzie...

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Mariusz_Kocon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 48

Ten drugi - jedzie...

Post#1 » 19 mar 2017, o 09:54

Pokonawszy zielony odcinek trasy – przynajmniej na razie zielony – zbliżał się do centrum Łodzi. Jechał niespiesznie, bo pobielony śniegiem las wprawił go w lepszy nastrój. Pomimo jego opóźnienia, nadal było wcześnie, a minimalny ruch na ulicach pozwalał zrelaksować się za kierownicą. Uruchomił radio, lecz żadna stacja nie nadawała muzyki odpowiedniej dla jego nastroju. Zrezygnowany, ustawił na najbardziej przegadaną audycję i w jej towarzystwie jechał ulicami rodzinnego miasta. Radiowe informacje na przemian powodowały jego uśmiech, złość, zdumienie, lecz gdy urwały się komentarze polityczne, rozpoczęły się najświeższe wiadomości z kraju. Zwiększył głośność radia, bo szybkość słyszanych słów świadczyła jedynie, że można je wypowiadać bez zaczerpnięcia powietrza. A może mają inaczej ukształtowany odbyt? – zastanawiał się po kilku minutach nieprzerwanego bombardowania słowami przez spikera. Tak czy inaczej, nie wiadomości spowodowały jego kolejne, choć największe zdumienie. Uczynił to wibrujący w kieszeni spodni telefon, lecz nie dlatego, że wibrował i wydawał z siebie dźwięk dzwonów, ale z powodu nazwiska tego, który właśnie dzwonił.

– Dzień powtórek czy co? – rzucił głośne pytanie, podobnie postąpił z trzymanym telefonem, rzucając go, dosłownie, na siedzenie obok. – Znowu? – Niechęć nie odnosiła się do bezustannie wibrującego telefonu, ale bardziej do tkwiących w pamięci wydarzeń związanych z dzwoniącym.

Niestety, musiał być nad wyraz uparty, bo z czarnej nokii nieustannie wydobywał się sygnał dzwonów, i wyświetlało się za każdym razem to samo nazwisko.

– Czego? Grzecznie pytam! – krzyknął, choć trzymał telefon przy uchu.

– Mam dla ciebie zlecenie. – Usłyszał znajomy głos w głośniku.

– Dla mnie czy na mnie? Podobno chcesz mi nakopać? – zapytał dla pewności. – Swoich ludzi nie masz?

– Mam, ale to jest sprawa dla ciebie. Coś, co lubisz.

– Jasne! Ostatnio jak ci pomogłem, to ledwo z życiem uszedłem, a ty po miesiącu wyskakujesz z propozycją, jakby nic się nie stało?

– Jesteś mi to winien, Kita!

– Rudek! Jedyne, co ci jestem winien, to dwie dychy za pizzę i kawę. Choć nawet jej nie zjadłem… – Ton głosu Marka narastał. – Więc nie wyskakuj z takimi hasłami!

– Ale przez ciebie chcą mnie wpakować do pudła.

– Ja ci kazałem rozwozić prochy? Rudek, obudź się! Jedyny, który w tym wszystkim jest poszkodowany, to Olo, bo na niego się krzywo patrzą w robocie.

– Ale gdyby nie ty…

– Sam chciałeś! Sam chciałeś mnie wkopać w to wszystko. Jeszcze coś? – Marek nie zamierzał dać się zakrzyczeć. – Mów konkret albo kończymy rozmowę.

– Nieważne – odpowiedział Rudecki, ale najwyraźniej odnosiło się to do wersji wydarzeń Marka, bo po chwili kontynuował. – Mam zlecenie, trzeba odnaleźć dziewczynę, podzielę się pół na pół.

– A ty co? Za mojego menago robisz od dzisiaj? – zapytał Marek, z trudem powstrzymując się od śmiechu. – Chyba się koledze numery pomyliły – dodał luźniejszym tonem.

– Ale Kita, przecież to twoja działka. Parę dni i ją wyśledzisz, pewnie i tak nawiała z domu – zaczął przekonywać Rudek. – Jej ojciec płaci kupę kasy, byle tylko odnaleźć wnuczkę.

– To ile ma ta wnuczka? – zapytał, bardziej z ciekawości niż dla dalszych rozważań.

– Roczek, może mniej… Ale czy coś koło tego…

– Roczek? – Tym razem, Marek nie wytrzymał i zaczął się, głośno śmiać. – A patrzyłeś pod łóżeczkiem? Bo ostatnio, to ci nie poszło najlepiej, odpuść sobie małe dzieci. Taka dobra rada, z racji znajomości – dodał, ocierając oczy z łez.

– Matka je zabrała! Znaczy córka zleceniodawcy.

– Rudek, to ile jest osób do odszukania? Bo jak na to patrzę, to się zrobi kasa, jak za pielgrzymkę do Rzymu – prowadził, mówił i przecierał oczy jednocześnie. – To ile jest od łebka?

– Sto! – Rudek rzucił liczbę, ale jakoś szybko stopniała. – To znaczy, to jest za dwie osoby i do podziału.

– Rudek, pełen szacunek, ale patrząc na wydarzenia, które mi zafundowałeś, to odpowiedź może być tylko jedna.

– Bierzesz?

– Nie biorę! – Głośno zaprzeczył mu Marek. – Ale dziękuję za telefon, strasznie się martwiłem o ciebie. Od razu mi lepiej, cześć, Rudek – zakończył rozmowę i wyłączył telefon.

– Taaaa – skomentował całą rozmowę z Rudeckim i podjechał pod kutą bramę wjazdową, tuż za Muzeum Kinematografii. – Czesiu? Co jest? – krzyknął w kierunku ochroniarza, gdy otworzył boczną szybę citroena.

– Pierwszy jesteś, a ja siedzę i serial oglądam. Powtórka jest – odpowiedział mu starszy ochroniarz, otwierając skrzydła bramy i podchodząc do drzwi. – A ty, Maruś, to się doigrasz, jeśli dalej będziesz tak tyrał.

– Czesiu, co ty opowiadasz? Jest przed ósmą, zobacz – pokazał stróżowi ekran telefonu i wyświetloną godzinę. – O kurwa – dodał, gdy przeczytał opis pod wyświetlaną datą.

– Jesteś pierwszy, ale pewnie Beata przyjedzie, bo ona, to taka sama jak ty. Tylko praca jej w głowie, mówię ci – rozpędzał swoje spostrzeżenia, wypowiadając je prawie do jego ucha. – A mówiłem ci, że ładnie razem wyglądacie?

– Nie, dzisiaj nie, ale masz odhaczone. Ale nie męcz tym Beaty, ok? – Zastrzegł patrząc w oczy staruszka i grożąc mu palcem.

– Jasne, Maruś. Jedź, ja wracam do siebie – odpowiedział ochroniarz, powłócząc niezdarnie nogami w kierunku swojej maleńkiej stróżówki.

Marek ruszył, zamykając boczną szybę i skierował auto wzdłuż ceglanego muru. To że był on ceglany, potwierdzał widok odkrywany przez odpadające płaty tynku. Z każdym rokiem jego struktura stawała się coraz bardziej widoczna, i przypominała to, co stało wewnątrz ogrodzonego terenu. Ponad hektarowy plac, wypełniały stare pofabryczne gmachy z czerwonej cegły, pamiętające początki rozkwitu Łodzi. Jechał, powoli mijając parterowe i piętrowe budynki, o dużych, metalowych oknach z charakterystycznymi łukami, i o kwadratowym podziale szyb. Kilkaset metrów dzieliło go od celu, to jest szarych metalowych drzwi garażowych, które skrywały niespodziankę. Zdumienie wywoływało jego biuro, urządzone w dawnych wnętrzach warsztatu mechanicznego, a pierwotnie budynku przyfabrycznej straży pożarnej. Historyczne znaczenie samego budynku mogły poświadczyć miejsca po dawnych kanałach mechanicznych, aktualnie zakryte przez sosnowe deski, i jedynie ich kształt dzielił ciepłą barwą starą ceglaną podłogę. Zaparkował samochód przed biurem, a gdy otworzył wszystkie metalowe skrzydła, napełnił jego wnętrze światłem budzącego się poranka. Zimowa pogoda przypominała o sobie jedynie ciągłą mżawką, powoli topiąc śnieg zalegający jeszcze po ostatnich opadach. Po chwili otworzył drzwi prowadzące do środka dużego, rozległego biura. Czerwień cegły przełamywała jedynie biel sufitu oraz nielicznych szafek. Jedynym nowoczesnym dodatkiem do wnętrza był podłużny aneks kuchenny oraz niewielkie, odgrodzone gipsowymi płytami, pomieszczenie łazienki. Tym razem łazienka posłużyła jako przebieralnia i gdy wybrał ze starej drewnianej szafy kilka rzeczy, schronił się w wydzielonym miejscu, by przebrać się w świeże ubranie. Dla odmiany jego nowy strój stanowiło bezbarwne ubranie o prawie jednolitych odcieniach szarości, jakże różne od tego, co miał na sobie, kiedy opuszczał mieszkanie. Także, niestety, były to barwy jego pracy, a raczej bezbarwie, jak określał ten rodzaj dobierania odzieży. Większość ubrań, jakie zgromadził w biurze, miała wspólną cechę charakterystyczną, czyli była całkowicie pozbawiona charakteru. Brudne rzeczy złożył w kostkę i wrzucił do sportowej torby, to jedyne, co mógł z nimi zrobić, bo biuro, choć często stanowiło jego sypialnię, pozbawione było takich udogodnień jak pralka. Powoli przyzwyczajał się do rytuału, czyli codziennego powrotu do swojego nowego mieszkania na obrzeżach miasta, i nawet przestał mu doskwierać czas tracony na dojazdy. Nie zmieniło się jednak jedno, nadal najgorszy był moment powrotu i świadomość zamknięcia w ciasnym wnętrzu. Także dobiegające zewsząd dźwięki, spowodowane aktywnością mieszkańców, niezmiennie go drażniły i nie potrafił się do nich przyzwyczaić. Tu, w swoim biurze, był tylko on sam, a wypowiadane słowa należały przeważnie do niego. Ruszył w standardowy kurs, uruchamiając ekspres do kawy, wzmacniacz i podchodząc do żeliwnego pieca. Musiał go oczyścić i chwilę trwało, nim wnętrze wypełnione pieńkami i zajęte od białej podpałki, zaczęło oddawać ciepło przez czerń żeliwnej obudowy. Nie było to szczególnie skomplikowane, a raczej stanowiło dobrze wyćwiczony schemat i nie dość, że zapewniało ciepło, to jeszcze sprawiało mu radość, gdy obserwował płomienie, siedząc za biurkiem. Wkrótce jego samotnię wypełniły dźwięki muzyki, płynące poprzez lampy wzmacniacza i stare głośniki wprost w przestrzeń biura. Tym razem repertuar był przypadkowy, bo Marek skupił się na ekspresie, który powoli napełniał jego kubek, i nawet nie zwracał uwagi na muzyczne tło, w jakim przebywał. Posłodził otrzymany napar, a mieszając go, podszedł do drewnianego biurka i zasiadł w wygodnym skórzanym fotelu na kółkach. Otworzył ekran komputera, uruchamiając przyciskiem urządzenie i czekał popijając kolejną słodką kawę. Po chwili ukazał się ekran przeglądarki i Marek zalogował się na konto pocztowe oraz do serwisu prasowego, niestety kolejne minuty nie przyniosły odpowiedzi na nurtujące go pytanie, czyli jakichkolwiek informacji związanych z propozycją Rudeckiego.

– Nic nie ma – skwitował, zniechęcony zawartością serwisu informacyjnego i podszedł do wzmacniacza uruchamiając radio i najbardziej przegadany serwis informacyjny. – Trafiony – dodał po pierwszych usłyszanych zdaniach.

Wysłuchał informacji do końca, co wcale nie uczyniło go mądrzejszym, bo wiadomość co prawda dotyczyła zaginięcia, ale młodego chłopaka i w dodatku bez dziecka. Stojąc w cieple lamp wzmacniacza, odczekał do zakończenia najświeższych wiadomości, po czym przełączył, wracając do słuchania muzyki.

– Będę żałował – wyrokował głośno, siadając przy biurku i wybierając w telefonie ostatnie połączenie.

– Słuchaj, a gdzie jest to twoje zlecenie? – zapytał bez wstępu.

– A co? Bierzesz? – Sądząc po głosie, nadzieja Rudka odżyła. – Dziewczyna mieszka w Sosnowcu. To co, zgadzasz się?

– Nie bardzo, choć blisko mojego zlecenia, ale… – skłamał już na samym początku tym, że miał zlecenie, bo z wszystkich wywiązał się już wcześniej, pracując jak opętany. – Ale zastanowię się i dam ci znać. Dobrze?

– Dobrze Kita, bardzo dobrze! – Odpowiedział radośnie Rudecki. – Czekam!

– A sobie szczekaj – powiedział Marek, ale już po tym, jak rozłączył rozmowę. – Możesz nie dożyć – dodał, ponownie prorokując.

Wpisał do przeglądarki usłyszane informacje i przeszukał lokalne portale, ale nic, informacyjne zero, słownie i liczebnie, potwierdzało prawdziwość oferty Rudka.

– Cwaniak – skomentował zagrywkę kolegi, a z ciekawości zaczął przeglądać doniesienia o zaginięciu chłopaka.

W tej sprawie, dla odmiany, nie szczędzono opisów, zdjęć oraz wypowiedzi ludzi, kreśląc charakterystykę młodego studenta, który z niewyjaśnionych przyczyn zaginął ponad tydzień temu. Jak to zwykle w takich sytuacjach, policja dopiero pod wpływem prasy potraktowała poważnie zgłoszone zaginięcie i zaledwie rozpoczęła procedurę poszukiwania.

– Taaaa – komentarz Marka najlepiej oddawał to, co myślał o poczynaniach mundurowych, bo wszystkie ruchy, jakie wykonali, były równie przewidywalne, jak to, że właśnie w kubku zabrakło ulubionego paliwa.

Nie zamierzał jednak wstawać, zobaczył podjeżdżające czarne kombi i kolejne zdarzenia były równie łatwe do przewidzenia, co ruchy policjantów.

– Zabiję go! Zobaczysz, zabiję kreta! – Jednocześnie weszła i wypowiedziała groźbę.

Usłyszany kobiecy głos oraz jego ton był Markowi dobrze znany. Patrzył na jego właścicielkę, która wpadła do jego biura jak burza i ruszyła w kierunku aneksu kuchennego.

– Kawy? – zapytała spoglądając na niego, a gdy potwierdził gestem głowy, podstawiła granatowy kubek i uruchomiła ekspres.

Marek zawczasu podniósł w górę swój osobisty, czerwony kubek i czekał, kiedy znudzi się kobiecie przeszukiwanie kuchennych szafek.

– Resztę rozbiłaś – powiedział, bo prędzej rozbolała go ręka, niż przyjaciółka skończyła przegląd szafek. – Nie masz co szukać. To jedyny – dodał, gdy podeszła zabierając naczynie z jego wyciągniętej dłoni.

– Przesadza! Mówię ci, przesadza! – Może przeszukiwanie sobie odpuściła, ale drzemiąca w niej złość jeszcze się nie ulotniła. – Ile jeszcze mam tego wysłuchiwać?

– Ożeń się – odparł machinalnie, czytając kolejny artykuł odnośnie zaginięcia. – Znaczy, wyjdź za mąż… Zresztą, wszystko jedno.

– Ty to masz gdzieś, ale co ja mam powiedzieć?

Marek pozwolił sobie na chwilę przerwy i spojrzał zdziwiony w kierunku przyjaciółki.

– Może, Bea, powiedz mu prawdę? – zagadnął w oczekiwaniu, gdy kobiecie opadną emocje.

– Jasne! Wszystko bagatelizujesz. Tobie to łatwiej.

– Prawda – dodał. – Choć ostatnio i mnie trafił się problem nie do rozwiązania.

– Pewnie nie mogłeś trafić po pijaku kluczem do zamka?

– To też, ale chciałem iść za twoją radą, tylko się nie udało.

– Jak to?

– Normalnie. Chciałem sobie strzelić w łeb, ale zgubiłem gdzieś spluwę. Nie została może pod twoim łóżkiem? – Powiedział i pospiesznie uchylił się przed nadlatującym kubkiem. – No i chuj! Pozostał jeden kubek. Brawo! – Skwitował celność Beaty.

Przynajmniej nastąpiło wyładowanie wszystkich negatywnych emocji, bo również przyjaciółka się roześmiała, a jej twarz była wreszcie pozbawiona grymasu złości i gniewu. Usiadła na czerwonej kanapie, trzymając jedyny kubek, i wpatrzona w jego zawartość.

– Nie bój się – powiedziała, poklepując dłonią siedzisko koło niej. – Chodź, pogadamy.

– Nie boję się – odparł podnosząc się z wygodnego krzesła i siadając obok Beaty. – Tak naprawdę, to tylko dwa razy się ciebie bałem.

– Poważnie? Kiedy?

– Jak cię poznałem. Wstałaś, a na tych swoich obcasikach, zrównałaś się ze mną wzrostem. Chyba nawet miałaś spięte włosy w kitkę… Tak, bo miałaś nienaturalnie duże oczy – dodał, nim dostał łokciem w bok. – No co? Mówiłem, nie zbieraj tak mocno włosów. Lepiej ci w rozpuszczonych.

– No dobrze. – Obyło się bez bolesnego kuksańca. – A drugi?

– To był drugi! – Odpowiedział, bezpiecznie przesuwając ciało. – Pierwszy i ostatni. Liczymy jako dwa! – Tym razem przytrzymał dłoń Beaty z kubkiem i w ten sposób uratował jedyne naczynie, poświęcając wyłącznie świeżą koszulę.

– Jezu, Bea? – Odstawił kubek na ławę i spojrzał podejrzliwie na przyjaciółkę. – Co jest? Okres? Czy może dostałaś rachunek za prąd na działce?

– Gorzej.

– Przykro mi, ale nic nie przebije twojego okresu, nawet relacje z Syrii wysiadają.

– Jestem w ciąży – Faktycznie, to była szczególna informacja, przebijająca nawet to, co obserwował pomiędzy w miarę spokojnymi miesiącami.

– Wiesz co, Bea? Jak tak sobie siedzę i myślę, a myślę nieustannie nad twoimi słowami, to… – rozpoczął powolne wypowiadanie toku rozumowania. – To nie wiem, co kupić Czesiowi. Jak myślisz, z czego się ucieszy?

– Ja mówię o ciąży, a ty mi z Kretem wyskakujesz? Powaliło cię, Kita?

– Sama krzyczałaś, że chcesz go zabić, pomyślałem, że to on jest sprawcą – dodał, i przezornie uciekł za fotel na kółkach; tylko to uratowało go przed kolejną, naoczną, oceną rzutu Beaty.

Jedyny kubek przed roztrzaskaniem uratowało ruchome krzesło, i w ten oto sposób skórzany fotel został przedstawiony do podwójnego medalu za obronność. Beata, pozbawiona amunicji, nie stanowiła już zagrożenia, a Marek mógł już bezpiecznie obserwować dalsze wydarzenia.

– Nie żartujesz? – zapytał, patrząc, jak przyjaciółka zakrywa twarz dłońmi, co przeważnie nie świadczyło o radosnym nastawieniu do sytuacji. – Zapytałbym, jak to się stało? Ale z racji, że jesteśmy równolatkami, to pominę ten element ciąży – dodał, siadając obok Beaty na kanapie.

– Nie martw się – rozpoczął pocieszanie. – Nie będzie tak źle, może trafią się czworaczki? A w najgorszym razie pewnie bliźniaki! – dodał, gdyż odnalazł drugie dno w wypowiadanym tekście pocieszenia.

– Jeszcze jedno zdanie i zginiesz!

– Dobra… Staram się odnaleźć jakiś pozytywny element… Ale jak nie, to nie.

– Jaki znowu pozytywny element? Co ty wymyślasz?

– Bea, przelicz sobie. Dwa razy… Nie dwa! Cztery razy pięćset… – zaczął, nim dopadły go dłonie oraz reszta ciała przyjaciółki.

– Nie żyjesz, Marek! Najwyżej urodzę w więzieniu! Gnida, nie przyjaciel! – Krzyczała nieprzerwanie, dusząc Marka, choć najbardziej musiało jej brakować samego duszenia.

– Nie przeszkadzam? – Usłyszeli głos i to nawet szybciej usłyszeli, niż poczuli powiew zimnego powietrza z otwartych drzwi.

– Dobrze, że jesteś… – wychrypiał Marek. – Właśnie, Beata, przekazywała mi wiadomość – przerwał, bo wygrażający gest ręki kobiety nie pozostawiał złudzeń, czym grozi kontynuowanie wypowiedzi.

– Czyli nie przeszkadzam? – zapytał Czesio, zwany Kretem, gdy nastał chwilowy moment ciszy.

– Nie, Czesiu, co się stało? – Beata zadała pytanie opanowanym już głosem, i udając, że widziane przez Kreta zajście, nie miało wcale miejsca. – Zazwyczaj nie wychodzisz z…

– Znaczy, nie wychodzisz ze stróżówki – dopowiedział Marek, ratując przyjaciółkę przed wypowiedzeniem zwyczajowego określenia.

– Tak, tak, ale przyjechali jacyś panowie, do Marka, i nie wiedziałem, czy mogę wpuścić? – rozpoczął Czesio, drapiąc się po głowie. – Bo wy sami jesteście… Chciałem powiedzieć… Po ostatnich wydarzeniach to już nie wiem, kogo mam wpuszczać – w końcu wydusił z siebie z wyrazem ulgi na twarzy.

– Nie martw się Czesiu, mamy wszystko pod kontrolą. – Marek wstał, przejmując ciężar rozmowy z ochroniarzem. – Nic nam nie będzie, Beata, przygotowała nawet wsparcie ilościowe, i za jakieś osiem, no może siedem miesięcy… – przerwał, odwracając się w stronę przyjaciółki.

Stał, podejrzliwie patrząc na jej zachowanie i kierując wzrok na przemian, to na twarz, to na brzuch Beaty, a w jego umyśle kalkulacja czasowa nie dawała mu spokoju.

– Wracając do tematu. – Pierw, postanowił zakończyć rozmowę z Czesiem, bo przy kolejnej, obecność ochroniarza wydawała się zbędna. – Wpuść ich, ale zapisz numery auta. Gdyby nie opuścili terenu za dwie godziny, to wezwij policję – wypowiedział jednoznaczne dyspozycje, nie przedłużając rozmowy.

– Dobrze, Maruś, zrobi się! – Ochroniarz potarł dłonie, jakby co najmniej szykował się do bitwy, a nie ponownego otwarcia bramy wjazdowej. – Ale, wiecie co?

– Wiemy, Czesiu, wiemy – odpowiedział machinalnie Marek, wypychając staruszka za drzwi. – Codziennie nam o tym przypominasz – dodał, zamykając drzwi i odwrócił się do Beaty.

– Stara? – Zapytał, i nie była to, z jego strony zaczepka. – To, od kiedy jesteś w tej nibyciąży?

– Nie można być „niby”, albo się jest, albo nie! – Wykrzyczała odpowiedź. – Od dwóch miesięcy jestem… Ponad… – dodała po chwili, choć zmuszał ją do podania dokładniejszej daty.

– Jaki masz telefon?

– Samsunga, a co? Jest rabat na pieluchy dla posiadaczek samsunga? – zapytała, prychając sarkastycznie.

– Nie, ale lepiej dorzuć go do moich telefonów – powiedział, otwierając drzwiczki żeliwnego piecyka i wskazując palcem na jego wnętrze. – Bo najwyraźniej, źle pokazuje daty, lub nie potrafisz go używać – dodał, kiedy zamknął przeszklenie.

– Nie wiem, jak ty, ale ja pamiętam, że zanim ruszyłem nad jezioro, to dzień wcześniej stoczyliśmy krwawą rozmowę – kontynuował Marek, wytaczając swoje argumenty.

– Kiedy to było? – Najwyraźniej do Beaty dotarło w końcu, jaki błąd poczyniła w obliczeniach.

– Święto Zmarłych to najbliższe określenie daty. Pamiętam, bo mało brakowało, a byłaby to data mojej śmierci.

– Przecież przeżyłeś, nie rób scen. – Głos Beaty był już spokojniejszy.

– Widzę, że już ci lepiej? – zapytał retorycznie, wyczuwając zmianę tonacji w jej głosie. – Skoro temat ciąży mamy zamknięty, to mam równie zaskakującą wiadomość. Rudek do mnie zadzwonił.

– Żartujesz? Wygrażał?

– Nie, wręcz przeciwnie, chciał, żebym mu pomógł. Tylko tyle.

– Tylko? – Zapytała, i ponownie, drwiąco parsknęła. – Ostatnio chciał cię „tylko” wkopać w morderstwo.

– Wiem, dlatego powiedziałem, że muszę się zastanowić.

– Żartujesz? – zapytała Beata, a gdy mina Marka pozostała bez zmiany, jedynie dodała: – Zero logiki w tobie, ciągle popełniasz te same błędy.

– Dziękuję, że wspomniałaś o kolejnym rozwodzie, ale kalendarz w moim telefonie działa bezbłędnie. Zapisałem datę rozprawy.

– Idę sobie – stwierdziła, co było naturalne, bo właśnie podjechało kolejne auto, a dwójka mężczyzn kierowała się do wejściowych drzwi. – Jakby co, to jestem u siebie. Znowu mam zaległości – dodała i wyszła z biura, przepuszczona w drzwiach przez przybyłych.

– Dzień dobry! Zapraszam. – Marek, wskazał przybyszom krzesła przed swoim biurkiem, a gdy podeszli, wyciągnął dłoń na powitanie.

– Pan Marek Kmita? – zapytał pierwszy, wymieniając uścisk.

– Zgadza się, a pan to?

– To nie jest ważne – odpowiedział mu mężczyzna, a jego kompan siadał na krześle, pomijając przywitanie. – Mamy zlecenie, pilne zlecenie.

– Jeśli przysłał was Rudecki to moja odpowiedź, nadal brzmi „nie”.

– Nie jesteśmy od Rudeckiego, sami prowadzimy biuro detektywistyczne, podobne do pańskiego.

– Poważnie? – spytał, gdy jego rozmówca zajął krzesło naprzeciwko, obok kolegi. – To niemowy przepuszczają na egzaminach? – Skierował prowokujące pytanie do drugiego z przybyłych, który nadal nie raczył wypowiedzieć nawet słowa.

Próba sprowokowania niemowy nie przyniosła rezultatu, więc skupił się na zewnętrznej ocenie przybyłych. Nie tylko zachowanie ich różniło; także ubranie, sylwetka, a nawet dodatki do ubioru były skrajnie różne.

– Ale pisać potrafi? – dodał Marek, patrząc na małomównego mięśniaka, choć nie spodziewał się jego odpowiedzi.

Bardziej wierzysz w wartość złota niż rozmowy – skondensował w jednej myśli jego wygląd i zachowanie.

– Skoro nie mogę poznać nazwisk panów, to sprawa, musi być bardzo wartościowa? – zapytał, chcąc jak najszybciej spławić przybyłych.

– Zgadza się, godzina pracy i dwadzieścia tysięcy dla pana – Szczuplejszy z mężczyzn, bardziej dystyngowany, nie tylko mówił, ale najprawdopodobniej odpowiadał też za myślenie w tej parze. – Tylko sprawa jest pilna, powiedziałbym nawet, że do natychmiastowego wykonania.

– A sami nie zajmiecie się „pilną” sprawą? Jest was dwóch, kasa bardzo dobra, czemu rezygnujecie? – Wymieniona suma intrygowała, choć musiał przyznać, że nie tylko wymieniona kwota dziwiła.

– Obiekt nas zna, śledzimy go od ponad miesiąca. Musimy dowiedzieć się, jakie załatwia interesy u notariusza. – Wciąż jedynym rozmówcą Marka był szczuplejszy z pary klientów. – Potrzebujemy nagranie ze spotkania lub dokumenty, które podpiszą o dwunastej. To jest to zadanie… Za dwadzieścia tysięcy.

– Dwunasta? Faktycznie, trafiliście na ostatni moment. – Kolejna kwestia zastanowiła Marka. – Czemu ja? Nie zajmuję się takimi sprawami, nawet na stronie nie mam tego w zakresie usług. Czemu więc zawdzięczam panów wizytę?

– Nie mamy wyboru, nie jesteśmy z Łodzi i, prawdę mówiąc, pana biuro było najbliżej.

– Jest to jakiś powód. Jedynie honorarium mnie zastanawia...

– Za mało? – pospiesznie zapytał jedyny mówiący z pary mężczyzn. – Jeśli wykona pan całość zlecenia, czyli oprócz nagrania, dostaniemy też dokumenty, to upoważniono nas do wypłaty bonusu. Powiedzmy, dodatkowe dziesięć tysięcy.

– Taaaa – Zwyczajowy komentarz Marka zagościł w powietrzu, przerywając ciszę. – Nęcąca propozycja – przyznał, choć naturalnym odruchem byłoby odrzucenie zaskakującej propozycji z równie zaskakującym wynagrodzeniem.

– Powiedzmy, że się zgodzę. – Mimo wszystko, postanowił poznać więcej szczegółów zlecenia. – Gdzie ma się odbyć to spotkanie i jak chcecie odebrać ewentualne dowody?

– Biuro notariusza jest na Piotrkowskiej, a nagranie i dokumenty prześlesz na podany adres mailowy.

– Żartujesz? – zapytał Marek. Pierwszy raz, otrzymał tak absurdalną propozycję. – Chcesz dostać materiały, zanim dostanę kasę za usługę? Dobry żart – Wstał, zaznaczając, że uważa spotkanie za zakończone.

– Muszę panów pożegnać, mam jeszcze sporo pracy… – zaczął, a dla zachęty, wskazał im dłonią kierunek wyjścia.

– Trzim pysk – Tym razem, to „niemowa” nie wytrzymał.

Nie dość, że stanął niebezpiecznie blisko jego strony biurka, to jeszcze wymówił pierwsze zdanie, a raczej wysyczał mu w twarz.

– Jak jo ci przaja – powiedział Marek, a była to jedyna odzywka, jaką przypomniał sobie z dawnych lat. – To sobie pogadaliśmy – dodał, odwracając wzrok od śląskiego mięśniaka i patrząc na drugiego z pary.

– Pana kolega, powinien wyłącznie milczeć – skomentował Marek i zobaczył uśmiech na szczupłej twarzy elegancika. – No dobrze, widzę, a raczej słyszę, że z was niemiejscowi.

– Bardzo dobrze – Szczupły dla podkreślenia słowa „dobrze”, położył na biurku dwa zawiniątka. – Przeliczysz?

– Widzę banderole – stwierdził Marek, zgarniając paczki z pieniędzmi do szuflady biurka. – Chyba nadszedł czas na poznanie szczegółów? – zapytał ugodowo, wracając do siedzącej pozycji.

Kolejne parę minut zajęła rozmowa ze szczupłym mężczyzną, opisującym w miarę dokładnie miejsce, gdzie znajduje się biuro, i co ważniejsze, wnętrze recepcji oraz samego pokoju notariusza.

– Sporo szczegółów znacie – podliczył Marek, gdy szczupły zakończył opis. – Macie całe rozpoznanie… – dodał pochwałę, choć wcale ta świadomość nie ułatwiała mu podjęcia decyzji.

– Może jednak zrobicie to sami? – zapytał, analizując całą sytuację, zlecenie wydawało się zbyt proste, jak na taką zapłatę.

– Od teraz to jest już twój problem – powiedział elegancik i wstał, poprawiając marynarkę. – Czekamy na maila, a gdybyś miał komplet, to poproszę informację z numerem konta – dodał, kładąc na blacie zapisaną kartkę.

– Miło było was poznać – Marek pozwolił sobie na mały żart na zakończenie spotkania.

Wstał, odwzajemniając uścisk dłoni elegancika, ale, tak jak poprzednio, został zlekceważony przez mięśniaka, który bez słowa ruszył za kolegą w stronę wyjścia.

– Do widzenia! – usłyszał Marek pożegnanie, nim przeszklone drzwi powtórnie się zatrzasnęły.

– Co by ni – odparł cicho, patrząc na odjeżdżający samochód na śląskich blachach. – Ciekawe, bardzo ciekawe – wymówił, siadając na fotelu i uruchamiając przeglądarkę.

Bingo – pomyślał, gdy upewnił się co do pochodzenia tablic, z początkowymi literami „SK”. Miał zamiar wrócić do artykułu o zaginięciu, gdy boczna kieszeń spodni zawibrowała, a do cichej muzyki lampowego wzmacniacza dołączył dźwięk dzwonów z telefonu.

– Dzwonki mi zawibrowały – skomentował krótko, wyjmując komórkę ze spodni i przykładając do ucha. – Abla – rzucił na powitanie.

Tagi:

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości