Bartek

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Konrad Mazur
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 102

Bartek

Post#1 » 9 miesiące temu

Bartek miał jedno marzenie, które inspirowało go od wielu lat do działania. Ciężko było czasami, różne niedogodności i nieprzyjemności spotykały tego sympatycznego człowieka, lecz się nie poddawał. Nie składał broni, nie spoczywał na niezasłużonych laurach, których i tak wszak nie miał prawa mieć. Bartek był chłopakiem z charakterem, którego to pozazdrościć mu mógł niejeden mężczyzna. Hart ducha, wytrzymałość, odporność na złośliwości losu i wiele innych rzeczy dotyczyło Bartka w stopniu prawie doskonałym.

Czemu piszę „prawie”? Gdyż miał on jednak jedną rysę na swojej wyidealizowanej sylwetce. Lubił jeść. Lepszym słowem, bardziej adekwatnym do prawdy, było „Żreć”. Żarł wszystko, co jadalne. Żarł o każdej porze dnia i nocy, jeśli tylko sprawiało mu to przyjemność, wyjadał resztki z talerzy swoich znajomych, którzy nieopacznie czasem, zapraszali go do siebie na poczęstunek z wypitkiem. Taki był ten Bartek. Z jednej strony kryształ, wzór do naśladowania dla wielu kawalerów z okolicy, ich ojców, mam i córek tych mam. Z drugiej zaś, ciemna moc obżarstwa zawładnęła jego duszą.

Aha. Nie wspomniałem, iż miał on siostrę. Starszą o pięć lat. Ona nie jadła nic. Oglądała pasjami TVN, gdzie znajdowała wzorce do naśladowania, gusta modowe i poznawała smak wielkiego świata, pokazywanego w programie o celebrytach, zwiedzających Azję. Nie wychodziła z domu bez ważnego powodu. Mogły ją jedynie wyrwać sprzed telewizora marsze, organizowane przez kółko Obywateli RP, domagających się wolnego od autorytaryzmu kraju. Przychodziło tam niewiele osób, zwykle bezrobotna inteligencja, studenci prywatnych uczelni, którzy nie musieli się uczyć, bo egzaminy zdawali bez wysiłku umysłowego (przelewy pieniężne robiły swoje przecież), inteligencja pracująca w wolnych zawodach, matki z dziećmi, które akurat wyprowadzały na spacer, uczniowie na utrzymaniu rodziców, emeryci, renciści i frustraci wszelkiej maści. W ulubionej telewizji siostry Bartka, marsze te wyolbrzymiane były do pochodów niemal stutysięcznych, legendarnych, o znaczeniu strategicznym, a w rzeczywistości zbierała się ich grupa osiemdziesięciu osób, ochranianych przez stu policjantów z Siedlec, Ostrołęki i Ciechanowa. Po takim wyjściu do ludzi, wracała zawsze w pielesze domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku obywatelskiego. Bartek śmiał się z niej, przegryzając często przy tym kiełbasę z rusztu.

Głupia ty – wskazywał ją kiszką wieprzową o kolorze smacznego mięsa, ociekającą tłuszczem – Po co tam łazisz, siedź w domu i nic nie rób. To i tak nic nie da – podjudzał siostrę do lenistwa, ale tylko wtedy, gdy nikt go nie widział i nie słyszał. Inaczej jego złocisty wizerunek chłopca bez skazy mógłby znacząco ucierpieć.
Siostra jego nie czyniła sobie z tych inwektyw nic. Kompletnie nic. Co tydzień zrywała się z fotela, odrywając się od czaru TVN-u i biegła protestować. A może powodem jej aktywności obywatelskiej był przystojny grafik komputerowy, ekscentryczny weganin, mieszkający w eleganckim hostelu przy ulicy Misia Puchatka? Był to emigrant z Holandii, przyjechał do Polski za lepszymi zarobkami, większymi możliwościami rozwoju zawodowego i ładniejszymi kobietami. Nie wiedział biedak, iż jego kolor skóry oraz pochodzenie z pakistańskich stepów, nie wywoływało entuzjazmu na ulicach polskich miast. Ale miał urodę tak oryginalną, że mógł podobać się aż co trzeciej kobiecie. Statystycznie rzecz biorąc. Siostra Bartka mieściła się w grupie tych, którym miękły nogi na widok rzeczonego grafika.

Zostawił w domu siedmiu braci i starych rodziców. Rodzice byli z zawodu pastuchami, trzech braci wstąpiło do talibów i napadali na posterunki policji, dwóch pracowało jako taksówkarze w Islamabadzie, gdzie radzili sobie średnio dobrze, pozostali dwaj doglądali wraz z ojcem gospodarstwa. Żyli niezamożnie, ale godnie i honorowo. Przelewy pieniężne z Holandii, potem z Polski, łatały ich domowy budżet.

Ale zaraz. Trochę oddaliliśmy się od Bartka i jego marzenia, za którym gonił przez całe życie. Siostra, marsze, potem ten grafik. To nieistotne i nieważne. Z perspektywy Bartka oczywiście, bo oni sobie byli wszak jak można tylko być – najważniejsi. Tak!

Co to za marzenie miał bohater? Chciał grać w piłkę nożną, zachowując przy tym przyzwoitość i skromność.

Będę piłkarzem co się zowie. Zuchem, idolem, monopolistą pola karnego, dryblerem i bożyszczem! – mówił co dzień swemu odbiciu w lustrze, uśmiechając się przy tym słodko. Ćwiczył miny do kamer telewizyjnych, by mieć wprawę, gdy już go będą przepytywać w programach sportowych, albo tuż po zakończonym meczu, przed ścianką z nazwami firm sponsorującymi ligę, w której grać mu przyjdzie. Widać, że podchodził do tego marzenia profesjonalnie.
Tylko te jego żarcie nieprawdopodobne spędzało sen z oczu jego mamie. Bartek tył każdego roku średnio trzy kilo. Dwa udawało mu się zrzucić w wakacje, podczas żniw u rodziny na wsi. Więc przybywało go kilogram na rok. Plus-minus. Niewiele. Może ta niewiarygodna przemiana materii, którą odziedziczył po ojcu, sprawiała, iż nie stał się grubasem o niskim ego?

Oglądał piłkarzy w telewizji, w gazetach, na żywo. Najciekawiej było, gdy szedł na mecze swego ulubionego zespołu i tam, przy gorącym dopingu części publiczności, krzyczał rozentuzjazmowany ile tylko miał sił w płucach. Znali go ochroniarze, stewardzi, pracownicy klubowi, grono kibiców i piłkarze rezerwowi. W tym klubie chciał zacząć karierę zawodową, lecz jeszcze krępował się poddać testom sprawnościowym. Odwlekał to zawsze, gdy tylko klub rozglądał się za nowym narybkiem do wszystkich grup wiekowych.

Jeszcze nie teraz, jeszcze przyjdzie pora, jeszcze nie jestem gotowy, jeszcze mój czas nie nadszedł, jeszcze się muszę douczyć kiwać. – mawiał sobie przed spaniem, leżąc na wznak w wygodnym łóżku, patrząc na fosforyzujący plakat, przedstawiający drużynę Arsenalu Londyn. Gdy zasypiał, pragnął śnić o magii stadionów i zdobywanych trofeach, lecz najczęściej śniły mu się nagie kobiety i koty.
Gdy biegł do przystanku autobusowego, spiesząc się nie z własnej winy, tak nieszczęśliwie przewrócił się, że jego kolano pękło na kawałki, rozrywając skórę i drąc ścięgna na kawałki.

Odtąd marzeniem Bartka było odstawienie kul, o których się poruszał na codzień. Już nie gonitwa za piłką, która nic dobrego nie przyniesie, lecz zwykła proza życia, by móc zrobić samodzielnie kilka kroków w przód, bez przewracania się.

Trzy lata trwała rehabilitacja, która nie przyniosła nic dobrego. Pojawiła się rozpacz, depresja, agresja skierowana na najbliższych, poczucie przegranego życia. Pojawił się alkohol, pity w nieprzyzwoitych ilościach hurtowych. Pojawili się „koledzy”, którzy są zawsze, gdy im się stawia. Na szczęście jego starsza siostra nie mogła tego oglądać, bo zmarła rok wcześniej na manifestacji, uderzona spadającym dronem, który służył jej ulubionej stacji telewizyjnej do rejestracji i liczenia osób protestujących. Pogrzeb odbył się w skromnych warunkach, przy udziale rodziny, grabarzy i księdza.

Prócz alkoholu były też i karty. Poker, grany na pieniądze, przejadał znaczną część majątku, jaki pozostał Bartkowi po rodzicach. Nie miał szczęśliwej ręki do hazardu. Popsuł mu się apetyt, zmizerniał, pojawiły się problemy z krążeniem i migreny. W prawą rękę wdała się gangrena, lekarze chcieli ją amputować, Bartek nie zgodził się, więc zainfekowana została i druga ręka. Wtedy zmuszony został do obcięcia obu kończyn górnych. Nie miał już jak grać w karty, nie miał jak pić, nie miał jak pomagać rodzinie ze wsi w żniwach. Nic nie mógł.

Bartek się skończył.

Został po nim tylko mem.


Koniec
https://konradmazur1.wordpress.com
autor książki "Zaczęło się w Radomiu"

Tagi:

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 476

Bartek

Post#2 » 9 miesiące temu

"grabarzy. i księdza" - > "grabarzy i księdza" (kropka zbędna)

Tekst rozpoczyna się ciekawie, ciekawie rozwija, ale trochę słabo kończy.
Popracowałbym nad zakończeniem.
Pozdrawiam :smiley:

Awatar użytkownika
Briala
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 175

Bartek

Post#3 » 9 miesiące temu

Czerwone do usunięcia, koralowe powtórzenia, fioletoweszyk, zielone do wstawienia.
lecz on się nie poddawał.


Gdyż miał on jednak jedną rysę na swojej wyidealizowanej sylwetce.

^wiadomo, że jak rysę to jedną, nie dwie, nie trzy, nie pięć.

bardziej adekwatnym do prawdy

^Albo po prostu „bardziej adekwatnym”, albo „bliższym prawdy”.

było „Żreć”

^żreć, małą literką.

Żarł o każdej porze dnia i nocy, jeśli tylko sprawiało mu to przyjemność, wyjadał resztki z talerzy swoich znajomych

^Dobrze byłoby zrobić kropkę w którymś miejscu, bo nie wiadomo, czy „jeśli tylko sprawiało mu to przyjemność” odnosi się do „żarł o każdej porze” czy do „wyjadał resztki”.

którzy nieopacznie czasem, zapraszali go do siebie na poczęstunek z wypitkiem.


programie o celebrytach, zwiedzających Azję


Mogły ją jedynie wyrwać sprzed telewizora marsze

^Jedynie marsze. Bo jedynie wyrwać znaczy tyle, że mogły tylko wyrwać sprzed telewizora, nie zrobić nic innego, a przecież chodzi o to, że tylko marsze mogły tego dokonać.

przelewy pieniężne robiły swoje przecież

^Przecież swoje.

Po takim wyjściu do ludzi, wracała zawsze w pielesze domu


Co tydzień zrywała się z fotela, odrywając się od czaru TVN-u i biegła protestować.


Siostra jego nie czyniła sobie z tych inwektyw nic.

^Jego siostra nie czyniła sobie z tych inwektyw nic.

Nie wiedział biedak, iż jego kolor skóry oraz pochodzenie z pakistańskich stepów, nie wywoływało entuzjazmu na ulicach polskich miast.

^Nie wstawiamy przecinka po podmiocie!

gdy już go będą przepytywać w programach sportowych, albo tuż po zakończonym meczu


w której[highlight=purple] grać mu przyjdzie. [/highlight]
^w której przyjdzie mu grać.
Czasownik absolutnie nie powinien być na końcu zdania, jeśli tylko to możliwe.

Tylko te jego żarcie nieprawdopodobne

^Tylko te jego nieprawdopodobne żarcie.

Tylko te jego żarcie nieprawdopodobne spędzało sen z oczu jego mamie.


Dwa udawało mu się zrzucić w wakacje, podczas żniw u rodziny na wsi.


krzyczał rozentuzjazmowany, ile tylko miał sił w płucach.


jeszcze się muszę douczyć kiwać. – mawiał


tak nieszczęśliwie przewrócił się

^Się przewrócił.

jego kolano pękło na kawałki, rozrywając skórę i drąc ścięgna na kawałki.


móc zrobić samodzielnie kilka kroków w przód, bez przewracania się.



Logika:
Ale zaraz. Trochę oddaliliśmy się od Bartka i jego marzenia, za którym gonił przez całe życie. Siostra, marsze, potem ten grafik.

^No właśnie! Spora część tekstu jest zapchana niepotrzebnie ekspozycją o grafiku i siostrze, kiedy to nie o nich jest ta historia.

W prawą rękę wdała się gangrena, lekarze chcieli ją amputować, Bartek nie zgodził się, więc zainfekowana została i druga ręka.

Ale gangrena nie przeskakuje sobie po kończynach, tylko się rozlewa po ciele.



Sam tekst nie jest zły, ale pod względem inwersji, w której chyba siliłeś się na to, żeby brzmiało inteligentnie i wzniośle, brzmi jak warsztatowy koszmar. W dodatku przez tę usilną inwersję część zdań traci swoje właściwe znaczenie i zmienia się w dziwne abominacje.
Bo choćby: „przegryzając często przy tym kiełbasę z rusztu.”, rety, nikt tak przecież nie mówi! :(
Generalnie cały tekst, choć przekaz ma konkretny, to takie masło maślane, bo dodajesz po „pisiont” epitetów do jednego rzeczownika. Do tego niepotrzebnie zapychasz go zbędnymi informacjami o siostrze i jej chłopaku. Poza tym całość jest aż nazbyt „tragiczna”. Ujmuje realizmu to, jak wiele rzeczy się psuło we wręcz komiczny sposób. Siostra walnięta dronem, strzaskane kolano, gangrena akrobatka, hazard i śmierć rodziców w tle. Najśmielsze umysły by tego nie wymyśliły. No i ta zgrzytająca w zębach inwersja.

Miała być bajka z morałem, wyszło bajdurzenie. Miało być mądrze, wyszło przaśnie.

:piorko:

Konrad Mazur
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 102

Bartek

Post#4 » 9 miesiące temu

dzięki za wnikliwą analizę.
To nie miało być poważne dzieło, tylko luźna satyra z zabawą językową. Bez sztywnych schematów, jakie można przeczytać we wszystkich utworach. "Przaśnie" jest dobrym słowem.
Inwersja zamierzona, spadający dron zamierzony, zbaczanie z tematu - zamierzone. Taki mam styl.
Jeszcze raz dzięki za wnikliwe przejrzenie tekstu. Potrzeba mi jak najwięcej uwag, by poprawiać swoje możliwości.
https://konradmazur1.wordpress.com
autor książki "Zaczęło się w Radomiu"

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości