Klatka hańby*

Okruchy realizmu. Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Awatar użytkownika
nebbia
Wydany pisarz
Posty: 211

Klatka hańby*

Post#1 » 5 sty 2018, o 00:36

Widok mamy zhańbionej, wyklętej ze społeczeństwa, zamkniętej w „klatce hańby” na rynku w Lewoczy zapadł na samo dno serca Bernarda i już na zawsze utkwił, jak bolesna, trudna do usunięcia drzazga. Wystarczy, że przymknął oczy a udręczona twarz matki nieuchronnie pojawiała się pod powiekami. Tylko raz, kiedy w końcu wymierzył sprawiedliwość – tak to wtedy nazywał - doznał chwilowej ulgi. Niestety, tylko chwilowej, to uczucie zadośćuczynienia za męczeńską śmierć mamy, zniszczenie rodziny i za przełamane dzieciństwo minęło. Zbyt szybko. Potem już tylko... wyrzuty sumienia oraz pokuta. - Nieustająca pokuta do końca dni, na tym - jak to słusznie starzy ludzie mówią - łez padole. Istotnie, prawie każdy z nas tak niewiele ma tu radości.

Może zbyt późno zrozumiał, że jedyną, prawdziwą wartością, którą nikt nie zdoła wydrzeć jest radość niezachwianej wiary w miłosierdzie, łaskę i opatrzność Boską. A przecież, nawet tu, za murami, na zawsze oddzielony od świata, zupełnie nie radzi sobie z nawałnicą wspomnień - uczuć i przeczuć.

Stali z boku, w podcieniach ratusza. Rozpalone słońce świeciło wprost na pręty klatki, rysując na leżącej postaci Mirty dziwny wzór jaskrawych i ciemnych płaszczyzn. Mocno trzymał rękę ojca, który chyba nie był tak całkiem świadomy jego obecności. Bernard nic nie rozumiał z tego co, od prawie roku, działo się w ich rodzinie. Podczas ich nieobecności zabrano i uwięziono mamę, potem nie pozwalano się z nią zobaczyć, a kiedy w końcu, po kilku miesiącach ujrzał ją w sali sądowej, niemalże nie poznał. Tak bardzo się zmieniła. Przez całe jego dotychczasowe życie, to ona była centrum świata. Dawała mu bezpieczeństwo i miłość. Tuliła w ramionach, kiedy złe sny, pojawiające się nie wiadomo dlaczego od najwcześniejszego dzieciństwa, budziły go własnym krzykiem w środku nocy. Kiedy boleśnie użądliła osa i kiedy, zajęty zabawą, nie reagował na polecenia ojca, aż ten musiał przywołać go do porządku bolesnym klapsem. To mama, delikatna i łagodna z uśmiechem pełnym matczynej dumy spoglądała, nigdy nie podnosząc głosu i patrząc przez palce na dziecięce przewinienia. Ojciec, zapracowany, zajęty swymi pacjentami był „każącą ręką sprawiedliwości”.

W dniu, kiedy spadło na nich całe to nieszczęście, składali wizytę ciotce, która trochę niedomagała. Ojciec chciał ją zbadać, a także podać przygotowane wcześniej lekarstwo. Ponieważ mama na ten letni, słoneczny dzień zaplanowała pranie pościeli na rzeką, postanowili, że Bernard zabierze ze sobą syna. Tym bardziej było to wskazane, że ojciec zdecydował, iż nadszedł czas, aby pomału i stopniowo wdrażał się z przyszły zawód lekarza, bo inna opcja nie była brana pod uwagę. Już nawet poznał właściwości niektórych ziół i sposoby ich wykorzystania. Sam Bernard był jeszcze zbyt mały, aby samodzielnie wybierać sobie przyszły zawód. Póki co, interesowało go wszystko co działo się dookoła. Kiedyś w skrzyni pod oknem, w sypialni rodziców, znalazł dziwny przedmiot*. Wiedział, że nie wolno mu do tej skrzyni zaglądać, ale tym bardziej go tam ciągnęło. Był przecież normalnym, ciekawskim dzieckiem, no może już nie dzieckiem, bowiem właśnie przygotowywano go do pójścia do szkoły przy Kapitule, więc uważał się już prawie za dorosłego. Z tej skrzyni wyciągnął niepozorne, szarawe płócienne zawiniątko, a po jego rozwinięciu jego oczom ukazał się – tak mu się przynajmniej wydawało – niezwykły widok. Trzymał w swojej ręce dwie, złożone na pół, pergaminowe karty pokryte dziwnymi znakami i rysunkami. Po ich rozłożeniu, na jednej nich zobaczył coś, co musiało takiego chłopca zaciekawić. Rysunek przedstawiał trzy nagie kobiety, do kolan zanurzone w dziwnym zbiorniku, z którego pionowo wychodziły trzy rury, u góry zakończone czymś w rodzaju sitek skierowanych w dół. Ależ to dziwne urządzenie, nigdy wcześniej nie widziane i ... chyba do niczego nie przydatne, pomyślał i skupił się na rysunkach roślin. Rozpoznał kilka z nich, w tym ulubiony przez mamę mirt. Czy to jest to tajemnicze in folio, o którym niegdyś rozmawiali rodzice, a kiedy on się zbliżył zamilkli i od razu zmienili temat?

Myśli Bernarda powróciły do smutnej rzeczywistości, skierował wzrok na matkę, tak zmienioną, brudną, w podziurawionej sukni i potarganymi włosami. Ze strachem pomyślał, że być może już nigdy razem w trójkę nie siądą do niedzielnego obiadu, po którym mama poda im wyjątkowo smaczne miodowe ciasteczka, słynne na całą ulicę, których wyrobu nauczyła ją babka Lubomira. Poczuł w ustach ich słodycz i ...zawstydził się. Jakże to, jego mama wystawiona na pohańbienie, cierpi, a on myśli o swoich przyjemnościach!

Mirta, zamknięta w metalowej klatce, z opuszczoną na piersi głową, z twarzą przysłoniętą zmierzwionymi włosami, jakby nieobecna, nagle wstała, podniosła poranione, związane dłonie, odgarnęła nimi włosy, uniosła wysoko głowę, wspięła się na palce i rozejrzała dookoła. Jej drobna sylwetka była prawie cała prześwietlona słońcem. Rozsypane włosy czarną falą spłynęły na ramiona i plecy, a zniszczona, brudnobiała suknia ledwo przykrywała wychudzone, niezwykle jasne, prawie przeźroczyste ciało. Wzniesione do góry, związane w nadgarstkach, ręce trzepotały nad jej głową i nagle, niespodziewanie dla siebie, Bernard zobaczył w niej zranionego ptaka z przetrąconym skrzydłem, który pomimo tego usiłuje wzlecieć i nie rozumie, dlaczego nie zrywa się do lotu. Szybko poruszające się długie palce, przecinały prześwietlające je promienie i czyniły z nich ruchomy, migotliwy, złocisty krąg. Wirowała, a długie włosy zakreślały wokół jej twarzy tajemniczą, ciemną aureolę. Czasami zahaczały o pręty klatki, wtedy gwałtownym ruchem głowy uwalniała je. Ten widok był niezwykły i - pomimo całego okrucieństwa - piękny ale i dziwny. Zamknięta w klatce Mirta wydawała się istotą nie należącą już do tego świata. Bezbronną, a jednak z niezrozumiałych powodów groźną, skoro zamknięto ją w klatce, jak jakiegoś dzikiego, nieujarzmionego zwierza. Groźną i dumną. Kiedy Mirta, obracająca się wokół własnej osi swój wzrok skierowała w stronę ratusza, Bernard gwałtownie odskoczył w bok, kryjąc się za arkadę podcieni. Zrobił to instynktownie, nie chciał bowiem, aby mama wiedziała, że on patrzy na jej hańbę, poniżenie i udręczenie. Chociaż nie miał wcale pewności, czy mama ich w ogóle widzi. Jednak, nawet jeżeli tak było, nie chciał dokładać jej cierpień. Spojrzał na ojca, do tej pory stojącego bez ruchu, jakby skamieniałego, tylko intensywnie wpatrującego się w wystawioną na pośmiewisko żonę, i zauważył, że przez jego pochylone plecy przebiegł dreszcz i zaraz potem usłyszał coś w rodzaju stłumionego szlochu, czy raczej bolesnego jęku. Wirująca wokół własnej osi Mirta zamarła w bezruchu, kiedy jej wzrok padł na wpatrzonego w nią Lubomira. Spojrzenia rodziców spotkały się i Bernard całym sobą poczuł doniosłość tej chwili.

Mirta jakby zawahała się na moment, opuściła ręce i gwałtownie rzuciła do przodu, w ogóle nie biorąc pod uwagę tego, że uwięziona jest w okrągłej klatce, której średnica nie przekracza dwa metry. Szybko też zatrzymały ją żelazne pręty, a z grupki gapiów stojących po drugiej stronie poleciały w jej kierunku przegniłe owoce i warzywa – jabłka, rzepa i kapusta - przy akompaniamencie szyderstw i śmiechu. Tego dla Bernarda było już za dużo. Wybiegł spod arkad i rzucił się na jednego z dręczycieli jego matki. Wbił mu się zębami w przedramię, jednocześnie z całych sił kopiąc go po nogach. W następnej minucie to on Bernard odepchnięty potężnym kopniakiem wylądował obok kamiennej podmurówki klatki hańby. Był teraz tak blisko mamy, że mógł ją dotknąć zanim dobiegnie do niego strażnik, kryjący się przed słońcem pod arkadami ratusza. Uchwycił za brzeg sukni i wyszeptał - mamo, mamo co oni ci zrobili. Prawdopodobnie Mitra, wpatrzona w męża, w ogóle go nie zauważyła. Teraz koniecznie chciał, aby mama zwróciła na niego uwagę. Jego starania odniosły skutek, bowiem mama pochyliła się - a zobaczywszy go - przysiadła i wsunąwszy związane ręce pomiędzy pręty dotknęła jego twarzy.
- Synku, to ty, ale urosłeś – na mizernej twarzy Mirty zagościł uśmiech – nie martw się zawsze będę się tobą opiekowała, nawet stamtąd – wzniosła oczy go góry.
- Ale skąd mamo, dokąd cię zabierają, czemu nie możesz wrócić do domu, tak się boję, czy coś złego zrobiłaś? - Powiedziawszy to Bernard zawstydził się, nie powinien tak myśleć, a tym bardziej mówić, jeszcze mama pomyśli, że w nią wątpi.
- Wybacz mi mamo, przecież wiem, że jesteś niewinna, a te ohydne rzeczy jakie o tobie mówią. o kłamstwo, tata już mnie o tym zapewnił – słowa same wychodziły z ust przejętego chłopca, aż przerwał je gwałtowny szloch oraz tak długo powstrzymywane łzy, które teraz gorącą strugą płynęły na związane ręce matki, do których spazmatycznie przylgnął. Ta wzruszająca scena tylko na krótki moment powstrzymała gapiów, jak również strażnika.
- Synku wracaj do taty i zapamiętaj mnie. Idę do babci, będziemy się razem wami opiekować, obiecuję!

Mirta przymknęła oczy i dotykając jego mokrych policzków zanuciła jego ulubioną kołysankę. Tę samą, która zawsze przepędzała wszystkie strachy i „otulała” go poczuciem bezpieczeństwa. Bernarda ogarnął, wydawało się, że już bezpowrotnie stracony spokój, świat na moment powrócił do normalności, a miłość, dobroć, zrozumienie oraz wybaczenie znowu były czymś co należy się każdemu stworzeniu. To była ta sama chwila wielkiej miłości i opieki, jakiej nie doznał od momentu uwięzienia mamy. Piękna, ale niestety, tylko chwila.

Dobiegający do niego strażnik chwycił go za kark, jak psiaka, próbując odciągnąć go od prętów klatki, na których kurczowo zaciskał dłonie. W tym samym momencie również Lubo rzucił się w kierunku żony i syna. Jest przecież ich mężem, ojcem i to do niego należy opieka i troska o swoją rodzinę. Zdawał sobie sprawę, że Mirty, pomimo tylu starań, nie zdoła uratować, ale nie pozwoli by znęcano się nad ich synem. Otrząsnął się z letargu i jednym silnym ciosem powali strażnika. Kiedy rzucili się na nich pozostali strażnicy z klatki hańby dobiegł ich wysoki, przeszywający niebo krzyk Mirty – żegnajcie, pamiętajcie, pomścijcie.

------------------------
1. Klatkę hańby wykonaną z żelaznych prętów, w której zamykano czarownice i niewierne żony postawiono na rynku w Łewoczy ok. 1600 r. Źródła mówią, iż nie tylko te kobiety. Zdarzało się, że na 24 godziny umieszczano tam białogłowy, które po zachodzie słońca same, bez męskiej opieki poruszały się po mieście. Klatka hańby do dziś stoi obok ratusza. Próbowałam ją otworzyć, ale krata była zamknięta. Mam nadzieję, że klucz do niej nie znajduje się w rękach żadnego ratuszowego decydenta - mizoginisty!

2. Chodzi o fragment z Manuskryptu Voynicha. Jeden z najbardziej tajemniczych rękopisów średniowiecznych, powstałych prawdopodobnie (bo i co do jego datowania są wątpliwości) w pierwszej połowie XV wieku. To przez badaczy nazwany został „Manuskryptem Voynicha”, ponieważ to właśnie Voynich - a właściwie Michał Habdank Wojnicz - Amerykanin polskiego pochodzenia, kolekcjoner i antykwariusz, nabył go w roku 1912, od Towarzystwa Jezusowego mającego wówczas swą siedzibę w Willi Mondragone we Frascati pod Rzymem. Ta oprawna w skórę pergaminowa księga, o wymiarach 15 cm x 22,5 cm, składająca się ze 136 welinowych kart, dwustronnie zapisanych, numerowanych, pokrytych różnymi rysunkami, wykresami oraz nieznanym pismem, nie zachowała się w całości. Dzisiaj pozostało ich 120, czyli - gdzieś w zakamarkach dziejów – przepadło16 kart. I kto wie, czy właśnie nie najistotniejszych dla zrozumienia oraz wyjaśnienia zagadki tego tajemniczego rękopisu. W roku 1969 manuskrypt przekazany został do Uniwersytetu Yale w United States of America. Nadal jest tam przechowywany, w Bibliotece Rzadkich Ksiąg Beinecke`a, pod numerem katalogowym MS 408.

Tagi:

Awatar użytkownika
Marian
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 305

Klatka hańby*

Post#2 » 5 sty 2018, o 09:24

I znowu się czegoś od Ciebie dowiedziałem. Dziękuję.

Ciekawi mnie, skąd u Ciebie takie zainteresowanie Lewoczą?

witka
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 624

Klatka hańby*

Post#3 » 5 sty 2018, o 09:32

własnej osi - okreslenie zbyt zaawansowane, wspólczesne

ciekawe

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4463

Klatka hańby*

Post#4 » 5 sty 2018, o 09:49

Ciekawe opowiadanie. Bardzo lubię twoją prozę, jest dobrze napisana, przyjemnie się czyta, a zawsze coś się dzięki niej dowiem.

Takie techniczne sprawy:
Wystarczy, że przymknął oczy a udręczona twarz matki nieuchronnie pojawiała się pod powiekami.
przecinek po "oczy"

Może zbyt późno zrozumiał, że jedyną, prawdziwą wartością, którą nikt nie zdoła wydrzeć jest radość niezachwianej wiary w miłosierdzie, łaskę i opatrzność Boską.
przecinek po "wydrzeć"

Bernard nic nie rozumiał z tego co, od prawie roku, działo się w ich rodzinie.
przecinek po "tego", a żeby ich nie mnożyć, nie dawałabym przed i po "od prawie roku" (bo nie musi ich tam być"

Klatka hańby*

Kiedyś w skrzyni pod oknem, w sypialni rodziców, znalazł dziwny przedmiot*.

Widzę, że na forum brakuje bbcode na indeks górny i dolny, koniecznie go dodam.

Poczuł w ustach ich słodycz i ...zawstydził się.
spacja po wielokropku

Mirta, zamknięta w metalowej klatce, z opuszczoną na piersi głową, z twarzą przysłoniętą zmierzwionymi włosami, jakby nieobecna, nagle wstała, podniosła poranione, związane dłonie, odgarnęła nimi włosy, uniosła wysoko głowę, wspięła się na palce i rozejrzała dookoła. (...) Rozsypane włosy czarną falą spłynęły na ramiona i plecy, a zniszczona, brudnobiała suknia ledwo przykrywała wychudzone, niezwykle jasne, prawie przeźroczyste ciało. (...) Wirowała, a długie włosy zakreślały wokół jej twarzy tajemniczą, ciemną aureolę.
ogólnie miewasz trochę powtórzeń tego typu, a w innych miejscach czasownika "być"

- Synku, to ty, ale urosłeś – na mizernej twarzy Mirty zagościł uśmiech – nie martw się zawsze będę się tobą opiekowała, nawet stamtąd – wzniosła oczy go góry.

kropka po "stamtąd" i "wzniosła" dużą literą

- Wybacz mi mamo, przecież wiem, że jesteś niewinna, a te ohydne rzeczy jakie o tobie mówią. o kłamstwo, tata już mnie o tym zapewnił
to

Będzie tam trochę więcej zagubionych przecinków i powtórzeń, ale w pewnym momencie przestałam wypisywać. Moim zdaniem tekst się bardzo dobrze czyta i nie zwracałam aż takiej uwagi na potknięcia.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
nebbia
Wydany pisarz
Posty: 211

Klatka hańby*

Post#5 » 5 sty 2018, o 22:43

Cam, a właściwie teraz Zimo, Witka i Marianie, bardzo dziękuję za czytanie i komentarze.

Marianie, pytasz o moje zainteresowanie Lewoczą.
Jakiś czas temu, poprzedni konsul generalny Słowacji w Krakowie zaproponował mi zorganizowanie wystawy, połączonej z promocją książki Františka Dlugoša i Ladislava Jirouška pt. „Chram sv. Jakuba v Levoči”. A ja już tak mam, że jak się do czegoś zabieram, to muszę „robotę” najpierw gruntownie zbadać oraz wykonać najlepiej, jak potrafię. Temat mnie zachwycił i pomyślałam, że warto zrobić coś większego. Postanowiłam zaprosić do udziału w przedsięwzięciu także artystów działających w Lewoczy, by przywieźli do Krakowa swoje prace malarskie i fotograficzne. Lewoczańscy artyści odpowiedzieli pozytywnie i tym sposobem zrobiła się duża impreza. Do czasu wystawy Lewoczę poznawałam z opracowań historycznych, dokumentów, przewodników turystycznych, fotografii i opowieści o mieście osób, które je znały. „Osobiście” poznałam to piękne spiskie miasto kilka lat później.
I z tego zauroczenia część akcji mojej powieści właśnie tam umieściłam. I nie żałuję. Kiedy zjawiłam się na lewoczańskim rynku, kiedy spojrzałam na wyniosłe mury kościoła św. Jakuba, kiedy ujrzałam znajdujący się w jej wnętrzu gotycki ołtarz wyrzeźbiony dłutem mistrza Pawła, kiedy dotknęłam prętów klatki hańby, poczułam się tak, jakbym już tu kiedyś była i tylko nieco wyblakły wspomnienia. Takie swoiste deja vu, które również spotkało mnie kiedyś w Rzymie, na Forum Romanum.

Zimo, dziękuję za poświęcony czas i poprawę interpunkcji. Mam nadzieję, że zanim moja powieść trafi (w końcu, bo - niestety - nie jest jeszcze ukończona) do druku, znajdzie się w rękach dobrego redaktora, który dokona starannej korekcji tekstu. Ja jestem, niestety, dosyć niecierpliwa i dokonując zmian na na bieżąco popełniam więcej pomyłek. W krótkich formach, np. wierszach to mi się raczej nie zdarza, bo staram się je „wyniuniać” , jak to czule powiedział Kamil Stoch o swoich skokach.

Przesyłam serdeczności
nebbia

Awatar użytkownika
Marian
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 305

Klatka hańby*

Post#6 » 6 sty 2018, o 09:26

Byłem w Lewoczy kilkakrotnie i widziałem ołtarz oraz inne zabytki. Kiedyś Góry Lewockie to był tzw. vojensky vycvikovy priestor, czyli poligon wojskowy. Potem poligon zlikwidowano i piękne dzikie góry stanęły otworem. Chodziłem po nich i stąd znam też Lewoczę.
Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
nebbia
Wydany pisarz
Posty: 211

Klatka hańby*

Post#7 » 6 sty 2018, o 12:17

Ciągle jestem "łasa" na poznawanie oraz dowiadywanie się o różniastych historiach i sprawach. Pojęcia nie miałam o wojskowym poligonie w lewockich górach. To interesujące. Czy w swoich wędrówkach po tych terenach napotkałeś ślady bytności - z pewnością także -"bratnich wojsk"?
Ja, taka bardziej zanurzona w odległej historii, bywa że nie zauważam tego co współczesne i tuż "pod nosem".
Miło, że możemy wzajemnie (czytając nasze teksty) dowiadywać się o rzeczach nam nieznanych, albo niezauważanych.
Pozdrawiam
nebbia

Awatar użytkownika
Marian
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 305

Klatka hańby*

Post#8 » 6 sty 2018, o 12:49

nebbia pisze:Ciągle jestem "łasa" na poznawanie oraz dowiadywanie się o różniastych historiach i sprawach. Pojęcia nie miałam o wojskowym poligonie w lewockich górach. To interesujące. Czy w swoich wędrówkach po tych terenach napotkałeś ślady bytności - z pewnością także -"bratnich wojsk"?
Ja, taka bardziej zanurzona w odległej historii, bywa że nie zauważam tego co współczesne i tuż "pod nosem".
Miło, że możemy wzajemnie (czytając nasze teksty) dowiadywać się o rzeczach nam nieznanych, albo niezauważanych.
Pozdrawiam
nebbia


Bratnich wojsk w byłej Czechosłowacji (poza rokiem 1968) było niewiele, a na Słowacji tylko trochę w okolicach Zwolenia.
Natomiast pod Presovem była spora baza lotnicza armii Czechosłowackiej.
Kiedyś przejeżdżałem tamtędy w paskudny zimowy dzień. Wiało, padało, a w bramie tej bazy stał zmarznięty na kość wartownik. Wyglądał, jakby już nie żył, a nad nim widniał wielki napis: "Socjalismus zachranime".
Był to tak śmieszny widok, że do dzisiaj go pamiętam.
Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Karen
mistrzyni tortur przy użyciu narzędzi dentystycznych
mistrzyni tortur przy użyciu narzędzi dentystycznych
Posty: 1083

Klatka hańby*

Post#9 » 7 sty 2018, o 18:50

Zgadzam się z Cam i Marianem - dobrze napisana proza, a do tego można się jakiś smaczków historycznych dowiedzieć. Nebbio, łączysz przyjemne z pożytecznym. :)
Poza tym klimat, spojrzenie bardziej z punktu widzenia chłopca - nadaje smaku. Drobne potknięcia techniczne już wymienione, więc nie będę powtarzać. ;)
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1445

Klatka hańby*

Post#10 » 7 sty 2018, o 22:50

Ja zacznę od tego:
Po przeczytaniu pierwszego zdania leżałem ze śmiechu. Nie samo ono mnie rozbawiało, a umiejscowienie akcji w Lewoczy, w której miesiąc temu zdarzyło mi się być. Właśnie jeśli idzie o tą klatkę, to Pan Profesor będący wtedy z nami zapytał się, przyzwyczajony poprzednimi wyjazdami, o klucz do niej, ponieważ zamierzał poprosić obecne studentki i panią doktor, o zapozowanie wewnątrz klatki. Panie w ratuszu, odpowiedziały, że teraz klucz ma burmistrz i to on musi umożliwić jego udostępnienie. Tak smutnego mojego promotora jeszcze nie widziałem, na pocieszenie poszliśmy później do hotelowej restauracji by zjeść obiad. Tylko dziewczyny nie wiadomo z jakiego powodu szły weselsze niż zwykle.
Mam nadzieję, że pilnowanie klucza przez najwyższą władzę miejską choć trochę Cię uspokaja.
Jeśli chodzi o najciekawszą rzecz, którą zobaczyłem w tej miejscowości, to był nią najdłuższy polski rotulus z pierwszej połowy XIV wieku, składający się z piętnastu metrów zszytych krótszym brzegiem arkuszy papieru. Coś co ciężko zapomnieć.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Wróć do „Proza obyczajowa”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości