Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

Autostrada A9

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 447

Autostrada A9

Post#1 » 6 sty 2018, o 10:09

Kto chciał dotrzeć samochodem z Polski na południe RFN, a wypadało mu jechać przez NRD, ten przekraczał granicę niemiecko-niemiecką na przejściu Rudolphstein-Hirschberg. Prowadziła przez nie tranzytowa autostrada A9 z Monachium do Berlina Zachodniego i każdy podróżny musiał nawinąć na koła swojego pojazdu jakiś jej kawałek. W RFN jechało się nią przynajmniej do Hof, a w NRD większość podróżnych nie opuszczała jej przed Hermsdorfer Kreuz. W latach 1989-1990 często tamtędy jeździłem i stamtąd obserwowałem niemieckie przemiany, nazywane „Wiedervereinigung”, czyli ponowne zjednoczenie.
Moja pierwsza jazda wypadła w kwietniu 1989 roku. Granicę w Zgorzelcu przekroczyłem o świcie i ostrożnie, przestrzegając ograniczeń prędkości, przeturlałem się przez śpiące jeszcze Goerlitz. Padał deszcz ze śniegiem, było szaro i nieprzyjemnie.
W pobliżu Loebau zobaczyłem chłopaka próbującego zatrzymywać samochody i zjechałem na pobocze. Chłopak podbiegł i zapytał:
– Jedzie pan w kierunku Bautzen?
– Tak, jadę – odpowiedziałem.
Autostopowicz wsiadł i zaraz rozpoczął rozmowę.
– Dokąd pan jedzie? – zapytał.
– Do RFN – odpowiedziałem. – Pod Stuttgart.
Na tym rozmowa się urwała i dopiero po chwili mój pasażer powiedział:
– Tu są dziury w drodze. Niech pan uważa.
Ostrzeżenie przyszło za późno, bo mimo niewielkiej prędkości wpadłem w dziurę tak, że aż mi zęby zadzwoniły.
– Cholera! – zakląłem pod nosem i chyba to zachęciło mojego pasażera do rozmowy.
– Czy w Polsce są problemy z wyjazdem do RFN? – zapytał.
– W zasadzie nie, bo wizę turystyczną można dostać bez problemu, a paszporty mamy w domach – odpowiedziałem.
– Ale wielu Polaków nie wraca – rzucił takie ni to pytanie, ni stwierdzenie.
– Jajn – odpowiedziałem takim niemieckim ni to potwierdzeniem, ni zaprzeczeniem.
– Gdybym ja mógł tam wyjechać, to na pewno bym nie wrócił – wyterkotał i zamilkł.
W milczeniu dojechaliśmy do Bautzen, gdzie mój pasażer wysiadł.
Ruszyłem i wjechałem na najgorszą chyba autostradę na świecie. Dziurawa, miejscami brukowana, upstrzona plackami asfaltowych łat, nijak nie powinna nosić tej dumnej nazwy. Od Drezna nawierzchnia była już lepsza i szczęśliwie dotarłem do Plauen. Tam pobłądziłem, bo drogowskazy kierowały mnie do wszystkich okolicznych miejscowości, ale żaden nie pokazywał drogi do granicy z RFN. Znalazłem ją w końcu i koło Schleiz wjechałem na A9.
Po kilku kilometrach wjechałem w „strefę końca”, która sprawiała wrażenie jakby za kilka minut miało się przekroczyć granicę pomiędzy życiem i śmiercią lub dotrzeć do horyzontu. Wielkie tablice informowały, że wstęp tam mają tylko przekraczający granicę lub posiadający specjalne przepustki. Potem pojawiły się wieże strzelnicze i napis, że oto mam ostatnią możliwość zawrócenia do NRD.
Potem zobaczyłem budkę z wielkim znakiem „Stop”. Z bijącym sercem zatrzymałem się, żołnierz obejrzał mój paszport i kazał jechać dalej. To jeszcze nie była granica, tylko ostatnie sito mające odsiać tych, którzy bez zezwolenia dotarli aż tutaj.
Dalej droga dzieliła się na pasy oddzielające pojazdy jadące tranzytem z Berlina Zachodniego, od tych wyjeżdżających z NRD. Po lewej stronie miałem wybetonowany plac z marnymi budynkami poczty, banku i Interschopu, po prawej jakieś podejrzane zabudowania, z tyłu A9, a z przodu kolejkę samochodów.
Posuwała się ona dosyć szybko, mimo że enerdowcy dokładnie kontrolowali każdy pojazd. Należało otworzyć wszystkie klapy i drzwi, czasem celnik kazał podnieść siedzenia lub dywaniki, czasem otworzyć coś z bagażu, a czasem wynieść wszystko. Najbardziej trzepani byli „rodacy” z RFN. Kierowcy z NRD nie byli trzepali, bo ich nie było.
Przyszła i moja kolej. Celnik przejechał pod moim autem lusterkiem na metalowym uchwycie, kazał podnieść tylne siedzenia, zamknął moje dokumenty do plastikowego pojemnika i, oddając mi go, kazał jechać dalej. Dalej była budka kontroli paszportowej, gdzie żołnierz zabrał mi pojemnik z dokumentami i też kazał jechać dalej. Nic z tego nie rozumiałem, ale grzecznie ruszyłem. Po kilku metrach zatrzymałem się przed okienkiem kolejnej budki i ze zdziwieniem zobaczyłem, że siedzący tam żołnierz ma już moje dokumenty. Dopiero po chwili zauważyłem rurę łączącą obydwa posterunki, przez którą zostały one przesyłane.
Moje dokumenty były w porządku i mogłem już jechać dalej. Po drodze musiałem jeszcze przejechać koło wieży wartowniczej, ustawionej między pasami ruchu, betonowej ścianki zwężającej szosę do szerokości jednego auta i mogących ją w każdej chwili zamknąć stalowych zapór na kółkach. Jeszcze kilkaset metrów pustej szosy i dopiero wtedy zobaczyłem zabudowania erefenowskiego posterunku granicznego. Były one jaśniejsze, czystsze i mniej militarne.
Podjechałem. Policjant obejrzał starannie mój paszport i na widok wizy z zezwoleniem na pracę powiedział:
– O! Pan u nas pracuje.
– I to oficjalnie – dodałem z dumą.
– Pięknie – odpowiedział. – Proszę jechać.
I tyle było tej granicy. Dalej A9 była gładziutka i niczym nie przypominała tamtej dziurawej „autostrady” pod Dreznem.
Po dwóch miesiącach wracałem i już od Hof nastrajałem się na graniczne przeżycia. Patrzyłem na drogowskazy, żeby nie pobłądzić, ale od tej strony jakoś nie bano się napisać, że:
„Granica – 15 km
Berlin – 315 km”
Erefenowski policjant sprawdził tylko paszport i kazał jechać, a celnik odprawił mnie machnięciem ręki.
Pod enerdowskim okienkiem musiałem wysiąść. Żołnierz sprawdził paszport, przybił w nim pieczątkę i oddał mnie w ręce celnika, który bardzo dokładnie obejrzał erefenowską wizę w moim paszporcie.
– O! Jest zezwolenie na pracę – powiedział ni to do mnie, ni do siebie. – Też bym tak chciał – dodał pod nosem.
Obszedł powoli auto, kazał mi wysiąść, siadł na moim miejscu i otworzył skrytkę na dokumenty. Wyciągnął mapy i... sześćdziesiąt enerdowskich marek.
– Skąd pan to ma? – zapytał.
– Kupiłem w Polsce – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Ale pan jedzie z RFN, a tam naszych pieniędzy wywozić nie wolno. To jest przemyt. Proszę zamknąć auto i idziemy – zakomenderował.
Kupiłem te marki, żeby mieć pieniądze na drogę, ale ich nie wydałem. Powinienem je gdzieś schować, ale zapomniałem. Idąc za celnikiem zastanawiam się – areszt czy mandat?
– Nie wiedziałem, że nie wolno wywozić waszych pieniędzy – próbowałem się usprawiedliwiać. – Co teraz będzie?
– Pieniądze zostaną zarekwirowane, a pan może dochodzić swoich praw w sądzie – odpowiedział urzędnik.
Innemu celnikowi dałbym połowę w łapę i byłoby po sprawie, ale temu źle z oczu patrzyło, więc czekałem. Urzędowy formularz w trzech kopiach, kalki, ręczna maszyna do pisania i zaczęło się wystukiwanie jednym palcem protokołu: „ ... zarekwirowano sześćdziesiąt marek, podstawa prawna taka a taka, odwoływać się można do sądu w Lipsku”. Podpisałem, co mi podsunięto i mogłem już wyjechać za te wszystkie zapory i zasieki. Byłem na A9 w NRD i zaraz przywitał mnie drogowskaz:
„Berlin. Stolica NRD – 300 km“
No proszę! Ta sama autostrada, a prowadziła do dwóch różnych Berlinów.
Mijały miesiące. Niemcy ze wschodu zaczęli uciekać na zachód, a mur berliński trzeszczał. RFN otworzyła dodatkowe przejścia od strony Czech, dawała każdemu uciekinierowi na powitanie po sto marek i w szwabskim miasteczku gdzie mieszkałem, pojawił się pierwszy trabant.
– Widział pan tego trabi? – zapytał mnie mój gospodarz. – Widział pan, jak on kopci?
Nie ucieszył się porządny Szwab z tego dymiącego symbolu Wiedervereinigung na jego ulicy.
W NRD tymczasem po cichu zmieniono nazwę miasta Karl-Marx-Stadt na Chemnitz, ale wewnątrzniemiecka granica istniała nadal. Na przejściu Rudolphstein-Hirschberg nadal celnicy kazali otwierać wszystkie drzwi, nadal dokumenty przesyłane były przez rurę, ale wszystko to robiono już od niechcenia.
Aż nadszedł dzień, gdy Kohl ucałował Mazowieckiego, a mur w Berlinie rozbito na kawałki. Na przejściu Rudolphstein-Hirschberg stali nadal funkcjonariusze z obydwu państw, ale tylko machali rękami, każąc przejeżdżać. A przejeżdżały przede wszystkim auta z NRD.
Potem budynki graniczne opustoszały, znikły bariery i wieże strzelnicze. Znikła też tablica: „Berlin. Stolica NRD – 300 km“ i z dwóch Berlinów został tylko jeden.
Nadszedł też dzień mojego powrotu na stałe do domu.
– Wracasz do demokratycznego i wolnego kraju – powiedział przy pożegnaniu mój niemiecki szef.
– Tak – odpowiedziałem z dumą.
– Mieliśmy kiedyś kanclerza, Bismarcka – kontynuował szef. – On powiedział, że jak się chce Polakom zrobić na złość, to trzeba im pozwolić się samodzielnie rządzić.
Przełknąłem te słowa, zmilczałem i wyjechałem.

Patrzę teraz na ten nasz demokratyczny i wolny kraj, na kłótnie polityków i często myślę, że może Bismarck miał rację.

Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Autostrada A9

Post#2 » 6 sty 2018, o 17:00

Jak zawsze - z największym zainteresowaniem. Oby jak najwięcej takich opisów, aby zwłaszcza młodzież dowiadywała się, jak było.
że może Bismarck miał rację.

Wychodzi - że miał.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4787

Autostrada A9

Post#3 » 6 sty 2018, o 20:34

Oby jak najwięcej takich opisów, aby zwłaszcza młodzież dowiadywała się, jak było.
Dokładnie!
Dlatego tak bardzo lubię i cenię twoje teksty, Marianie - są dobre, a w dodatku przybliżają mnie do tego, czego sama nie poznałam. Mają wartość "dydaktyczną", że tak powiem.

Z technicznych spraw - w zasadzie przed każdym dialogiem powinieneś dawać wcięcie akapitowe, tak samo jak przy każdym akapicie.

– Ale wielu Polaków nie wraca – rzucił takie ni to pytanie, ni stwierdzenie.
– Jajn – odpowiedziałem takim niemieckim ni to potwierdzeniem, ni zaprzeczeniem.

Widzę, że celowe, ale trochę jednak brzydko to brzmi.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Nuria
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 382

Autostrada A9

Post#4 » 6 sty 2018, o 21:06

Czytam Twoje teksty zawsze z wielkim zainteresowaniem.
W jakimś stopniu dokumentujesz to co na szczęście minęło i tylko mam nadzieję, że słowa kanclerza Bismarcka się nie sprawdzą. Choć ze smutkiem konstatuję, że Polak i przed szkodą...itp.
Nie mam monopolu na rację.

witka
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 683

Autostrada A9

Post#5 » 6 sty 2018, o 22:17

Sekwencja z Bismarckiem mocno wyeksploatowana - jak dla mnie.
Mało przekonywująca końcówka.
A raczej całość podporządkowana końcówce.
Poszukałbym innej.
Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1307

Autostrada A9

Post#6 » 7 sty 2018, o 18:40

Ciekawy tekst, szczególnie dla mnie, jako dla młodego pokolenia - żeby zobaczyć oczami starszych, jak to było kiedyś.
I jak zawsze dobrze napisany. :)
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Autostrada A9

Post#7 » 7 sty 2018, o 21:36

Nie dochodziłeś swoich spraw w sądzie by odzyskać marki,prawda? Czułeś, że byłby to daremny trud? Czy może jakiś inny powód takiego zachowania?

Pytam, bo mnie jeszcze wtedy nie było na świecie, a takie wyjazdy do pracy, znam głównie z opowieści znajomych rodziców.
:piorko:
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 447

Autostrada A9

Post#8 » 8 sty 2018, o 12:09

DuralT pisze:Nie dochodziłeś swoich spraw w sądzie by odzyskać marki,prawda? Czułeś, że byłby to daremny trud? Czy może jakiś inny powód takiego zachowania?

Pytam, bo mnie jeszcze wtedy nie było na świecie, a takie wyjazdy do pracy, znam głównie z opowieści znajomych rodziców.
:piorko:


Nie pamiętam już dokładnie ile to złotych było te sześćdziesiąt marek, ale tak na oko było to jedno zatankowanie auta.
Nie warto się więc było o co bić.
Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 247

Autostrada A9

Post#9 » 8 sty 2018, o 18:04

Również przeczytałam z ciekawością i cieszę się jako to „młode pokolenie”, że dzielisz się podobnymi tekstami. Cieszę się, że piszesz i cieszę się, że mogę czytać.
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 447

Autostrada A9

Post#10 » 8 sty 2018, o 19:25

Eneriston pisze:Również przeczytałam z ciekawością i cieszę się jako to „młode pokolenie”, że dzielisz się podobnymi tekstami. Cieszę się, że piszesz i cieszę się, że mogę czytać.


Ojej! Jak miło.
Pozdrawiam.

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości