G.R.A. Prolog i rozdział I

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Awatar użytkownika
chinatsa
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 33

G.R.A. Prolog i rozdział I

Post#1 » 16 sty 2018, o 21:10

G.R.A.

PROLOG

— Mój sztylet przeciw twojemu mieczowi to niezbyt uczciwy pojedynek. Spróbuję dać ci fory.
Mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie podniósł powoli wzrok i przyglądał mi się przez chwilę w milczeniu. Ja tymczasem spoglądałem w okno, ukrywając dłonią drwiący uśmieszek. Ptaki na dziedzińcu rwały na kawałki kromkę chleba, skrzecząc przy tym tak głośno, że mimo zamkniętego okna wyraźnie je słyszałem. Przerzuciłem językiem papieros z jednego kącika ust do drugiego. Już dawno zgasł, a smak tytoniu był już prawie niewyczuwalny.
— Obawiam się, że nie rozumiem...
— Niebo rozrywa się na pół — przerwałem mężczyźnie, odsłaniając usta, na których wciąż tkwił uśmiech, choć już nie tak agresywny, jak chwilę wcześniej.
Wpatrywałem się w niebo. Błyskawica rozdarła na dwie nierówne części sklepienie a zaraz po niej kolejna i jeszcze jedna i jeszcze... Pioruny rozszarpywały chmury, zupełnie nie przejmując się tym, że niszczą to, co wydawało się niepokonane i wieczne dla tak wielu pokoleń. W ogóle pogoda dzisiaj zdawała się wariować. Raz wychodziło słońce, by zaraz zniknąć za chmurami, z których spadał ulewny deszcz. Gdy gleba wystarczająco nasiąkła kroplami wody, chmury rozpraszały się, a w zamian pojawiał się gwałtowny wiatr, pochylający korony drzew do samej ziemi. Następnie nie czekając zbyt długo, wiatr zmieniał się w płatki śniegu, zasypujące powoli ulice i bloki.
W tym momencie trwała burza, ale on tego nie widział.
— O czym myślisz?
Odwróciłem głowę i przechylając ją, oparłem się wygodnie o drewniane oparcie krzesła. Myślałem o wielu rzeczach. O ptakach rozrywających kromkę chleba niczym sępy padlinę, o wczorajszej przypalonej kolacji i lekach, po których miałem ochotę ją zwrócić, o niesymetrycznym zaroście na jego szczęce i o wdzięcznej prezenterce z kanału trzeciego. To wszystko jednak to były nic nieznaczące myśli, ledwo zlepki wydarzeń, osób i rzeczy. Nie miały żadnego sensu czy znaczenia. Jedyną ważną myślą był dzisiejszy mecz i to, jak wypadnie na nim drużyna z Południa. Jeżeli wygrają, zdobędę od starego Kruka zapas papierosów na cały tydzień. Zaśmiałem się.
— Odezwałem się po raz pierwszy od tygodnia, a ty pytasz się mnie, o czym myślę?
Doktor nie wyglądał na zadowolonego moją odpowiedzią, patrzył na mnie, mrużąc oczy, a ja patrzyłem na niego. Razem milcząco wgapialiśmy w siebie oczy jakbyśmy prowadzili jakąś dziwną, pozbawioną sensu rozgrywkę.
Mój rozmówca był już w podeszłym wieku, jeszcze chwila i pewnie pójdzie na emeryturę. Miał krótką, siwą brodę i takiego samego koloru włosy elegancko zaczesane do tyłu. Czoło wydawało się ciągnąć nieskończenie ku przerzedzonej szczecinie, a okulary o prostokątnych szkłach przesłaniały wyblakły błękit oczu. Przeniosłem spojrzenie z jego twarzy na sylwetkę. Wyglądał jak duży, niewinny niedźwiadek w białym kitlu. Niedźwiadek, który ukrywa swoje ostre jak brzytwa pazury. Ciekawe co on widział, patrząc na mnie?
Dlaczego oni wszyscy wyglądają tak samo?
— Ktoś, kto milczy tak długo, musi mieć ciekawe myśli — wzruszył ramionami i zerknął na swoje kolana, na których prawdopodobnie spoczywały moje akta. Nie mogłem być tego jednak tak do końca pewny, więc równie dobrze mógł zerkać na dzisiejszą gazetę albo nowy numer świerszczyka. Chociaż ten typ nie wyglądał na takiego, co to w tajemnicy przed żoną ukrywa w szafkach kolekcję plakatów z wdzięczącymi się do obiektywu panienkami. Tym razem to ja wzruszyłem ramionami i wyciągając papierosa z ust, wrzuciłem go do popielniczki.
— Zastanawiam się, dlaczego rozmawiasz akurat ze mną. — Doktor przerzucił kilka kartek i ponownie skierował na mnie swój wzrok — Poprzednim trzem lekarzom nie powiedziałeś nawet „dzień dobry".
— Tobie też nie powiedziałem — zauważyłem, rysując w powietrzu kółka. Mężczyzna uśmiechnął się lekko. Kładąc łokcie na blacie, przysunął się bliżej mojej twarzy i zlustrował spojrzeniem od góry do dołu. Jak zwierzę oceniające swoją ofiarę. Opłaca się atakować dla tych kilku kawałków mięsa, czy lepiej nie tracić sił?
— O co ci chodziło z tym dawaniem mi forów?
Zaśmiałem się i odchyliłem na krześle, patrząc na sufit, po którym spacerowała samotna mucha. Ciekawe jak postrzegała świat, patrząc na niego do góry nogami?
— Myślę, że już wiesz. Rozmawiam z tobą, a nawet nie znam twojego nazwiska.
— To mój błąd — Kiwnął głową i wyciągnął w moją stronę dłoń. — Jestem...
— Nie interesuje mnie to — przerwałem mu po raz drugi, pochylając się w stronę biurka. Przednie nogi krzesła stuknęły o posadzkę z głuchym łoskotem. — Ty znasz moje imię, bo chcesz mnie poznać, ale ja wcale nie chcę poznawać ciebie, więc nie muszę wiedzieć, jak się nazywasz.
Chwyciłem jego wyciągniętą dłoń i uścisnąłem ją krótko.
— To, że nie znam twojego nazwiska, wcale mi nie przeszkadza. Dla mnie i tak nie jesteś nikim ważnym.
Brwi mężczyzny lekko drgnęły, kiedy rozluźniłem uścisk. Cofnął swoją dłoń i poprawił okulary zjeżdżające na czubek nosa. Coś w jego zachowaniu się zmieniło, gdy opadł na skórzane oparcie fotela. Już wcale nie wyglądał na pospolitego niedźwiadka, a raczej na rozwścieczonego grizzly. Naprawdę niewiele trzeba, by ludzie odrzucili swoje maski.
— Wiesz, co ci powiem, Robercie? — sięgnął do szufladki i wyciągnął dokładnie takie same papierosy, które paliłem ja. Nie było sensu pytać go o poczęstunek. Wkładając papieros do ust, nie patrzył w moją stronę, doskonale zdając sobie sprawę, że w tym momencie niemal przewiercam go wzrokiem. Kiedy potarł zapałkę o draskę i przyłożył płomień do końcówki papierosa, przygryzłem lekko wargę, a mimo to z mojego gardła wydobyło się ciche warknięcie. Wypuszczając stróżkę dymu, skierował na mnie swój wzrok — Myślę, że wcale nie potrzebujesz leków i opieki psychologicznej tylko resocjalizacji w więzieniu.
Zarechotałem i tym razem to ja położyłem łokcie na blacie dębowego biurka. Zacisnąłem usta, udając grymas smutku.
— A więc pan doktor nie wierzy w moją chorobę psychiczną?
Obrzucił mnie pogardliwym spojrzeniem i strzepnął popiół do popielniczki. Nie odpowiadając na moje pytanie, zerknął po raz kolejny na swoje kolana, a ja rozglądnąłem się po pokoju. Wcale nie był duży, ale mały też nie. Ot, zwykłe pomieszczenie, do którego można wrzucić masywne biurko, dwie szafy i całkiem sporą kolekcję encyklopedii. Ściany zamiast brudnej bieli zostały pomalowane ja zielono. Uśmiechnąłem się pod nosem. Kogo chcesz uspokajać tym kolorem doktorku? Pacjentów? Czy siebie samego?
— Mogę zamienić ci to przytulne miejsce na więzienną pryczę.
Uniosłem głowę i napotkałem jego zimne spojrzenie.
— Wcale nie jest takie przyjemne. — Rozłożyłem ręce i pokręciłem głową — W nocy co chwilę ktoś wrzeszczy albo wali głową o ścianę. Nie mogę przez to spać!
— W więzieniu sam będziesz stał z głową przy ścianie a do tego z portkami na kostkach.
Uniosłem lekko brwi, opierając podbródek o dłoń. Miałem ochotę zaśmiać mu się prosto w twarz, skoro już wszystkie karty zostały odkryte, ale powstrzymywałem się, biorąc pod uwagę fakt, że jakimś cudem wciąż ze mną rozmawia.
— Znasz to z własnego doświadczenia, że wiesz jakie praktyki się tam odbywają?
Patrzyłem z zadowoleniem na jego pojawiające się i znikające zmarszczki, na przelotny grymas i coraz mocniej zmrużone oczy. Już miał je niemal całkowicie zamknięte. A więc on też z jakiegoś powodu się powstrzymywał. Przerywając ciszę, westchnąłem przeciągle i rozsiadłem się wygodniej, kładąc nogi na biurku.
— Skoro tak mnie nie lubisz i nie wierzysz w moją niepoczytalność umysłową, to dlaczego jeszcze nie wypisałeś papierka o moim zwolnieniu?
Mężczyzna wyciągnął dłoń z papierosem i odepchnął moje stopy, rozsypując przy tym popiół na blat. Zaciągnął się ostatni raz i powoli wypuszczając dym, wrzucił niedopałek do popielniczki. Cienka smuga dymu unosiła się do góry, wijąc i skręcając, jakby próbowała wyswobodzić się z więzów, które ją krępują.
— Po pierwsze nie mam decydującego słowa. Przynajmniej troje lekarzy psychiatrów musi podpisać orzeczenie o braku choroby psychicznej. Po drugie — wyprostował dwa palce jakby miał do czynienia z dzieckiem — milczałeś przez tydzień i dopiero dzisiaj się odezwałeś. Nie mogę ot, tak uznać, że ozdrowiałeś. Nawet jeżeli to był szok, to takie osoby też trzeba pozostawić na obserwacji. Poza tym... — zawahał się i przekręcił głowę, patrząc na dziedziniec, ja natomiast uśmiechnąłem się i założyłem ręce za głowę, czekając. Niechętnie oderwał wzrok od samochodu wjeżdżającego poza szpitalne mury. — Poza tym nie przepadałem za tamtym gościem.
Klasnąłem w dłonie tak głośno, że wystraszona mucha oderwała się od sufitu i poleciała na drugi koniec gabinetu.
— Jeszcze chwila i pomyślę, że mnie lubisz!
— Nie schlebiaj sobie — warknął, odkładając na biurko papiery, jednak przez jego usta przemknął cień uśmiechu. Zamrugałem kilka razy, a potem zerknąłem przez okno, wzdychając. Ptaki odleciały, a pogoda wróciła do normalności. Szkoda, wtedy była o wiele ciekawsza.
— Może faktycznie dajesz mi fory.
Odwróciłem się w jego stronę zainteresowany wypowiedzianymi słowami, ale nie powiedział już nic więcej. Odsunąłem krzesło i wstałem przeciągając się. Doktor wciąż siedział na swoim miejscu, jednak teraz sam położył nogi na blacie. Ruszyłem w stronę drzwi, ale zanim chwyciłem za klamkę, mężczyzna poruszył się niespokojnie i kaszlnął. Przekręciłem głowę. Wpatrywał się we mnie zmrużonymi jak wcześniej oczami i stukał palcem o kartkę papieru. Domyśliłem się, że to jego opinia o mnie.
— Skąd wniosek, że pokonasz miecz sztyletem?
Odsłoniłem zęby w agresywnym uśmiechu, przejeżdżając po nich językiem.
— Twój miecz to twoja pozycja. Masz w jakimś stopniu władze, wchodzisz do głowy najgorszym świrom. Co się stanie jak nagle zdrowa, szanowana przez wszystkich osoba zacznie wymachiwać swoim mieczem zbyt mocno? — Położyłem dłoń na klamce i odwróciłem się w stronę drzwi — Ja natomiast mogę wbić ci sztylet prosto w serce i nikt tego nawet nie zauważy.
— Po co mi to mówisz?
Przymknąłem prawe oko, a na ustach rozciągnął się niesymetryczny uśmiech.
— Lubię grać w gry.
Nacisnąwszy klamkę, wyszedłem na korytarz, ale zanim zamknąłem drzwi, zdążyłem usłyszeć szelest rozdzieranego papieru. Szczerząc zęby, włożyłem ręce do kieszeni i skierowałem się w stronę dwóch ochroniarzy, którzy mieli odprowadzić mnie na oddział.


ROZDZIAŁ I


Czasami, kiedy jeszcze byłem na wolności, zastanawiałem się, jak wygląda życie w zakładzie dla obłąkanych. Cóż, przyznam, że wszelkie myśli o pacjentach biegających po korytarzach i obijających się o ściany były stanowczo przesadzone. Pielęgniarki są całkiem miłe, choć jeżeli złamiesz kilka zasad, potrafią pokazać pazur. Nikt nie wyjeżdża nieprzytomny po elektrowstrząsach, z resztą nawet o nich tu nie słyszałem, więc Lot nad kukułczym gniazdem to nie jest. Szkoda, lubię patrzeć, kiedy ktoś wariuje, nie tylko na ekranie.
— Pas — odzywa się, siedzący po mojej prawej stronie mężczyzna w rogowych oprawkach i rzuca karty na stół. Mruczy jeszcze kilka przekleństw pod nosem, ale ja już nie zwracam na niego uwagi.
Wzruszam ramionami i powoli przenoszę spojrzenie na młodego chłopaka, ledwo dorosłego, dzieciaka jeszcze, siedzącego na ukos ode mnie, pod oknem. Karl, bo tak się nazywa, a przynajmniej tak na niego tu wołają, unosi lekko rękę i drapie się po policzku. Trzeba dodać; obrzydliwie poparzonym policzku. Blizny po ogniu rozciągają się od skroni i sięgają aż do podbródka. Pół twarzy, niczym u Goblina z Batmana, ma równie upiorną, co wnętrze, choć nie każdy jest tego świadomy.
Karl wiele ukrywa przed lekarzami, trafił tu po szoku, który spowodowały u niego pożar i późniejsze leczenie w szpitalu. Podobno, kiedy po raz pierwszy popatrzył na swoją twarz, roześmiał się tak histerycznie, że musiano podać mu leki uspokajające. Później, z powodu wielu różnych wypadków i zbiegów wydarzeń, trafił tu. Czując moje wyczekujące spojrzenie, Karl podniósł dłoń i pokazując w moją stronę środkowy palec, również rzucił karty na stół.
— Pas — mruknął i odwrócił głowę, patrząc przez okno.
Kolejnym graczem i zarazem ostatnim, był Kruk. Zamrugałem i utkwiłem spojrzenie w kartach, które trzymał w dłoni. Drugą, wolną dłonią, stukał raz za razem o blat stołu, uśmiechając się krzywo.
Stary Kruk był tu najdłużej z naszej czwórki. Miał ponad pięćdziesiąt lat, może nawet prawie sześćdziesiąt, i z tego, co nam powiedział, siedzi tu już około dziesięciu lat. Już wcześniej, w dzieciństwie, trafiał do szpitali psychiatrycznych na dłużej lub krócej, ale dopiero kiedy znalazł się tu na własne życzenie, postanowił już pozostać. Mówił, że czuje się zagrożeniem dla innych ludzi i panicznie boi się wyjść nawet do ogrodu. Lekarze, pomiędzy innymi zaburzeniami, zgodnie orzekli u Kruka wybitnie silną agorafobię.
Gówno prawda! Kruk nie boi się przestrzeni, nie boi się ludzi czy tego, że nie uzyska pomocy, będąc na zewnątrz. On boi się tego, że to ludzie nie uzyskają jej wystarczająco szybko. Przed nim. Usilnie wierzy, że jak tylko przekroczy próg głównego wejścia, wpadnie w szał mordowania. Taki wilk w owczej skórze, ale posiadający jeszcze minimum sumienia. Konkretny pojeb.
Zaśmiałem się w myślach i wystawiając pod stołem nogę, kopnąłem go w piszczel. Cyniczny uśmieszek nie zniknął z jego twarzy, przeciwnie, rozciągnął się jeszcze szerzej.
— Powiedz „proszę” — wymamrotał pod nosem, nie spuszczając ze mnie wzroku.
W odpowiedzi kopnąłem go więc jeszcze raz, a kiedy mi oddał, z siłą nastolatka na sterydach, na wzór Karla uniosłem dłoń, wystawiając środkowy palec. Kruk zaśmiał się ochryple. Jego śmiech nie brzmiał tak, jak większość, które można było usłyszeć. On wydawał coś na wzór "ka ka ka", dlatego więc przylgnął do niego ów pseudonim. Szczerze powiedziawszy, nawet mnie przechodziły wtedy ciarki, a kiedy śmiał się, ni z tego, ni z owego, w środku nocy, otwierałem z przerażenia oczy. Zawsze stał wtedy pod jednym z okien na korytarzu i trzymając rozczapierzone palce na szybie, wydobywał z siebie ten nieludzki odgłos.
— Podbijam — odezwał się Kruk i rzucił kilka dodatkowych żetonów na stos piętrzący się pomiędzy nami.
Blefujesz, pomyślałem, próbując przewiercić wzrokiem jego karty, blefujesz i myślisz, że mnie usidlisz, pajączku.
Nieodzywając się, również podsunąłem na środek dwa czarne żetony. Jego uniesiony kącik ust lekko drgnął.
Mam cię, sukinsynu. On jednak bez słowa dorzucił jeszcze jeden żeton.
— Walnij all in*, a nie pieprzysz się z tym pół godziny. Stawka już i tak jest spora — odezwał się Christopher. Był to ów siedzący obok mnie mężczyzna o niezidentyfikowanym przeze mnie wieku. Były dni, kiedy miałem wrażenie, że wygląda jak dwudziestolatek, ale kolejnego sprawiał wrażenie zmęczonego i poruszał się niczym starzec. Prawie w ogóle nie miał zmarszczek, może jedynie kilka wokół oczu, które poruszały się szybko, w lewo i w prawo, w górę i w dół, obserwując wszystko i wszystkich.
Zupełne przeciwieństwo Karla, który prawie zawsze unikał kontaktu wzrokowego. Szybko dowiedziałem się, dlaczego mam taki problem w określeniu wieku Christophera. Był borderlinem z dysocjacyjnym zaburzeniem osobowości, DID-em**, jak lubiłem go nazywać, lub wielorakiem.
Tłumacząc na bardziej dostępny język; w ciele jednego faceta siedziało jeszcze dwóch innych. Ostro porąbane, ale Christopher był z nich wszystkich najbardziej niecierpliwy i dlatego właśnie poganiał naszą grę. Sam już przegrał, ale lubił oglądać grę w pokera i musiał to robić, dopóki rozgrywka się nie zakończyła. Pozostali, których poznałem przez ten krótki czas, to ów starzec zmęczony wszystkimi i wszystkim o imieniu Franco. Drugim był dwudziestojednoletni Matias, agresywny, nadpobudliwy narkoman. Trzeciego nie udało mi się jeszcze poznać. Christopher zdecydowanie górował nad Krukiem, jeśli chodzi o stopień popieprzenia.
— Nie pouczaj mnie dzieciaku — warknął w stronę okularnika Kruk. Kładąc karty na stół, założył ręce na piersi i czekał na mój ruch. Pod stołem poczułem po raz kolejny kopnięcie, tym razem jednak lekkie i dochodzące z prawej strony. Zerknąłem kątem oka na Christophera a ten, nie odwzajemniając spojrzenia, pokręcił głową o milimetr w prawo, a potem w lewo, zupełnie jakby robił to nieświadomie.
Uderzyłem więc lekko dłonią o stół i położyłem na blacie karty, kolorem do góry. Nie poddawałem się, jak radził mi Christopher tylko dlatego, że to i tak była tylko durna gra. Nie graliśmy nawet na fajki.
Kruk zmrużył oczy, patrząc na karty leżące przede mną i porównał je z tymi ułożonymi już wcześniej na środku.
— Kolor, co? — wycedził i pokazał swoje.
— Mówiłem, żebyś spasował — obruszył się Christopher. Kruk trzymał w dłoniach tytułowego Pokera.
Wzruszyłem ramionami i odsuwając krzesło, wstałem od stołu. Kruk zbierał żetony, a Christopher ciągle kręcił głową, niezadowolony, ale i pełen podziwu z kart starca. Tylko Karl zwrócił na mnie uwagę, ale kiedy popatrzyliśmy sobie w oczy, chłopak szybko odwrócił głowę. Z jakiegoś powodu ukrywał nie poparzoną stronę twarzy a tą zdrową i gładką, jakby się jej wstydził.
— Idziesz? — zapytał, patrząc przez szybę, a ja kiwnąłem głową. Gdy tylko wstałem, zwróciłem uwagę, że jeden z dobrze mi znanych strażników bacznie mi się przygląda. Uśmiechnąłem się do niego drwiąco i wyszedłem na korytarz, kierując się w stronę łazienki. Nie była taka zła, nawet pleśni nigdzie nie znalazłem. Jasne, niebieskie ściany wyłożone były do połowy tego samego koloru płytkami. Gładkimi, by nie mącić jeszcze dodatkowo w głowie i tak już chorym pacjentom. Kto wie, może któryś z nich zobaczyłby pomiędzy esami i floresami mapę do skarbu albo zakodowaną wiadomość nakazującą uśmiercenie któregoś z kuracjuszy. Tutaj ludzkie myśli są naprawdę popaprane.
Zanim zdążyłem choćby podejść do pisuaru, usłyszałem, jak drzwi otwierają się z przeciągłym skrzypnięciem. Doskonale wiedziałem, kogo zobaczę.
— Cześć morderco — odezwał się strażnik — dobrze się tu bawisz?
Uniosłem lekko jedną brew i, po raz trzeci w ciągu ostatnich kilku minut, uczyniłem obraźliwy gest.
— Pierdol się — odparowałem.
Strażnik momentalnie poczerwieniał na twarzy. Wyciągając w moją stronę chude, blade dłonie chwycił mnie za ramiona i przycisnął do ściany.
— Już nie mogę się doczekać, jak trafisz do więzienia, psycholu — warknął, plując mi śliną w twarz. Spróbowałem go odepchnąć, ale jak na swoją posturę był całkiem silny. Wiedziałem, że to jednak nie siła decyduje o tym, kto wygrywa, a kto leży pokonany na ziemi. Przerabiałem to już zbyt wiele razy. Rozluźniłem więc napięte wcześniej mięśnie i, korzystając z sekundy, w której strażnik stracił na sile, ześlizgnąłem się po ścianie. Jedna z dłoni mężczyzny uderzyła o kafelki w próbie zachowania równowagi, a ja w tym czasie wymierzyłem solidny kopniak w jego brzuch. Strażnik, tak jak sądziłem, zgiął się w pół i uderzył kolanami o zimną posadzkę.
— Ty sukinsynie, zabiję cię! Mam dowód, że... — wycharczał, ale ja już sięgnąłem do jego kieszeni i wyciągnąłem niewielką komórkę. Na wyświetlaczu unosiły się i opadały pojedyncze linie. Dyktafon.
Zanim strażnik zdążył się podnieść, wrzuciłem telefon do jednego z klozetów i spuściłem wodę. Mężczyzna ryknął w moją stronę kilka przekleństw, ale w tym samym momencie do łazienki wpadło dwóch opiekunów. Momentalnie stanąłem pod ścianą, przybierając przerażony wyraz twarzy i obejmując dłońmi ramiona. Niemal parsknąłem śmiechem, kiedy poczułem, jak moje oczy napełniają się łzami, a jeden z opiekunów podchodzi do mnie i mówi coś łagodnie. Zajebisty był ze mnie aktor.
— Co tu się, do diabła, stało, Riley? — zapytał ostrym tonem drugi opiekun, kierując swoje słowa w stronę strażnika, który podnosił się z ziemi. Ból brzucha musiał już nie być tak silny.
— Nic, poślizgnąłem się — mruknął i wyszedł z łazienki nadal lekko pochylony. Zanim zniknął za rogiem, obrzucił mnie morderczym spojrzeniem. Zerknąłem w stronę klozetu, ale telefon już dawno spływał rurami do ścieków. Dobrze, że pensja strażnika nie pozwalała mu kupić sobie jakiegoś większego i wytrzymalszego.
— Dobrze się czujesz? Wystraszyłeś się? — zapytał mężczyzna, który wcześniej coś do mnie mówił tym swoim łagodnym głosem. Przekrzywiłem lekko głowę w jego stronę i poruszyłem bezgłośnie ustami.
— Jezu, myślałem, że się tu bijecie — westchnął ten drugi, gdy już opuściliśmy pomieszczenie i prowadzili mnie z powrotem w stronę głównej sali. Pokręciłem głową, wciąż udając lekkie roztrzęsienie. Gdyby zobaczył mnie w tym momencie Kruk lub Christopher, prawdopodobnie wybuchnęliby śmiechem, widząc moje przedstawienie.
Kiedy opiekunowie usadzili mnie w końcu w fotelu i podali jakieś niebieskie tabletki uspokajające, wziąłem je od nich i grzecznie włożyłem do ust. Nie miały żadnego smaku, a kiedy otworzyłem buzie i wystawiłem język, opiekunowie kiwnęli głowami i poklepując mnie jeszcze po ramieniu, odeszli do swoich zajęć. Kiedy tylko zniknęli z zasięgu mojego wzroku, pochyliłem się i udając, że opieram głowę o kolana, wyplułem pastylki. Nawet nie zdążyły się rozpuścić. Schowałem je w zagięciu między podłokietnikiem a siedziskiem, zapisując jednocześnie w myślach informację, by wrócić po nie w nocy.
Kiedy wyprostowałem plecy i opadłem na miękkie oparcie fotela, musiałem skupić naprawdę całą siłę woli, by powstrzymać się od triumfalnego uśmiechu.
To miejsce jest doprawdy pełne możliwości.

Przypisy:

*All in - wystawienie wszystkich posiadanych przez siebie żetonów podczas kolejki. Poker.
** DID - skrót od dissociative identity disorder (rozdwojenie jaźni
— A ja im udowodnię, że potrafię!
— Co potrafisz?
— Marzyć.
— I komu chcesz to udowodnić?
— Światu i tym, którzy zapomnieli już, że coś takiego istnieje.

Tagi:

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

G.R.A. Prolog i rozdział I

Post#2 » 17 sty 2018, o 13:20

Pioruny rozszarpywały chmury, zupełnie nie przejmując się tym, że niszczą to, co wydawało się niepokonane i wieczne dla tak wielu pokoleń.
Zamieszanie z podmiotem; w drugiej części zdania pewnie miałaś na myśli "niebo", bo chmury nie są niepokonane i wieczne i raczej nikt ich tak nie postrzega.

Następnie nie czekając zbyt długo, wiatr zmieniał się w płatki śniegu, zasypujące powoli ulice i bloki.
To jest niefortunny skrót myślowy, bo dosłownie wiatr nie magik, nie zamieni się w coś innego. Lepiej ugryźć to nawet bardzo prosto: "wiatr zamilkł/ucichł i zaczął sypać śnieg".


Ogólnie sporo powtórzeń:
Wpatrywałem się w niebo. Błyskawica rozdarła na dwie nierówne części sklepienie a zaraz po niej kolejna i jeszcze jedna i jeszcze... Pioruny rozszarpywały chmury, zupełnie nie przejmując się tym, że niszczą to, co wydawało się niepokonane i wieczne dla tak wielu pokoleń. W ogóle pogoda dzisiaj zdawała się wariować. Raz wychodziło słońce, by zaraz zniknąć za chmurami, z których spadał ulewny deszcz. Gdy gleba wystarczająco nasiąkła kroplami wody, chmury rozpraszały się, a w zamian pojawiał się gwałtowny wiatr, pochylający korony drzew do samej ziemi. Następnie nie czekając zbyt długo, wiatr zmieniał się w płatki śniegu, zasypujące powoli ulice i bloki.

Dlaczego oni wszyscy wyglądają tak samo?
A wszyscy psychiatrzy są siwi, łysiejący, mają prostokątne okulary i są misiowaci? Chyba nie.
Chodziło ci chyba o to, że oni sprawiają wrażenie łagodnych ludzi z ukrytymi szponami, więc nie "wyglądają", a właśnie nawet "sprawiają wrażenie".

— Myślę, że już wiesz. Rozmawiam z tobą, a nawet nie znam twojego nazwiska.
— To mój błąd — Kiwnął głową i wyciągnął w moją stronę dłoń. — Jestem...

To jest dziwne, że lekarz by się przedstawił. Tym bardziej, że:

Po drugie — wyprostował dwa palce jakby miał do czynienia z dzieckiem — milczałeś przez tydzień i dopiero dzisiaj się odezwałeś.
To nie jest pierwsza wizyta i psychiatra przez tydzień nie miałby się przedstawić z nazwiska?
Dziwna jest relacja na "ty" między pacjentem a lekarzem. Bohater może mu mówić per ty, tym bardziej, że raczej bezczelna z niego osoba, ale lekarz nie powinien. Że jest mało profesjonalny, to delikatnie powiedziane, tak łatwo traci spokój, skoro odwarknięciami reaguje na błahe zaczepki, że nerwy ma chyba z waty.

Jest trochę błędów i niezręczności. Nie wypisywałam potknięć interpunkcyjnych, polecam też ten poradnik: page/zapis-dialogow

Przeczytałam póki co prolog. Nieźle napisany, jest trochę przyciężko miejscami i nie czyta się płynnie, ale masz dryg do opowiadania historii, robisz to obrazowo i nie boisz się pokazywać przez opisy.
Treściowo gorzej, prolog pod tym względem mnie nie przekonuje. Nie jestem lekarzem ani związana w żaden sposób z psychologią, ale z tego, na ile się orientuję i ile podpowiada logika, moim zdaniem twoja wizja relacji pacjent-lekarz i przebiegu wizyty u psychiatry, który ma ocenić, czy pacjent jest zdrowy i może opuścić zakład zamknięty, jest taką typową wizją "autorską", pobożnym życzeniem, które wygląda fajnie w tekście i który fajnie się opisuje, bo bohater zgrywa kozaka i psychiatra ewidentnie daje się mu podpuszczać (nie wątpię, że to kusi autora, bo jest szansa przedstawienia postaci jako kogoś charakternego), ale ma niewiele ma związku z rzeczywistością. Jest na forum parę osób zorientowanych w temacie, więc to one będą mogły ci rzucić więcej światła na sprawę. Mnie to nie przekonało.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Toyer
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 360

G.R.A. Prolog i rozdział I

Post#3 » 17 sty 2018, o 14:43

To ja wypowiem się jako osoba doświadczona w temacie. Od ponad 10lat spotykam się z psychiatrą regularnie (jest nią kobieta), w szpitalu na udziale zamkniętym spędziłem ponad miesiąc. Przedstawiona wizja odbiega znacznie od tego czego byłem świadkiem. Po pierwsze, pierwszą rzeczą jaką robi lekarz jest właśnie przestawienie się z imienia i nazwiska(każdy lekarz w szpitalu nosi tez plakietkę z imieniem i nazwiskiem) . Po za tym są to osoby których tak łatwo nie da się wyprowadzić z równowagi a już na pewno nie pozwoliły sobie na zapalenie papierosa w obecności pacjenta(Jest to trochę lekceważące). Większość pacjentów pali papierosy(są do tego wydzielone miejsca) ale podczas rozmowy z lekarzem żadna ze stron nie raczy się papierosem. Rozmowy odbywają się albo w gabinecie albo jadalni w miejscach gdzie jest zakaz palenia. Żaden lekarz nie straszyłby pacjenta więzieniem, oni są od tego by pomagać a nie niszczyć człowieka. A już przemoc fizyczna i psychiczna jest niedopuszczalna w tym zawodzie.

Każdy tez może opuścić zakład na własne żądanie( jeżeli jest poczytalny i nie stanowi zagrożenia dla innych ) podpisuje się wtedy stosowny dokument, chociaż rozumiem że w tym przypadku to zakład dla osób (przestępców), który ma właśnie sprawdzić ich poczytalność. Sam wygląd lekarza pewnie czerpiesz z filmów w których tak właśnie są przedstawiani. Ogólnie to hazard chyba jest zakazany:P poza tym skąd by mieli żetony?

Czytając mam wrażenie jakby to było wiezienie, nie szpital. I jeszcze ten agresywny strażnik... Samo słowo strażnik mi nie pasuje... W przypadku osób niebezpiecznych i agresywnych pewnie się je faszeruje lekami i środkami uspakajającymi a słowo strażnik od razu kojarzy się z wiezieniem.

Nie wiem w jakich czasach dzieje się akcja, może kiedyś wyglądało to inaczej... Oraz od jak dawna przebywał tam główny bohater za nim doszło do rozmowy. Na początku trafia się na obserwacje, zabierają paski, nie ma luster, nie można się golić, nie można tez mieć tel komórkowego z ładowarką( wszystkie tel są w jednym pomieszczeniu i chyba tylko z niego można było z nich korzystać. Potem dopiero trafia się na właściwy odział gdzie jest więcej swobody. Na koniec dodam że to typowy stereotyp że w szpitalach są jacyś szajbnięci ludzie, są normalni jak ci na wolności(poza skrajnymi przypadkami ale one nie potrafiłyby tak logicznie myśleć). Reasumując przedstawiony obraz nie pasuje mi do tego jak to wygląda w rzeczywistości:)

I dodam jeszcze że Cam ma rację, relacja pacjent lekarz jest bardziej formalna, chociaż rozmawia się jak ze starym znajomym to mówienie sobie po imieniu nie wchodzi w grę:) Pan/Pani głownie:)

Intryguje mnie tytuł, są postawione kropki czyli przychodzi mi namyśl że to jest skrót a jakiejś pełniejszej nazwy:)

Awatar użytkownika
chinatsa
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 33

G.R.A. Prolog i rozdział I

Post#4 » 19 sty 2018, o 17:23

Dziękuję wam za odpowiedzi! Postaram się poprawić co spaprałam. Cóż, przyznam szczerze, że między napisaniem prologu a rozdziału pierwszego minął rok, więc i to może mieć trochę znaczenie w odbiorze.
Jeżeli chodzi o utarte schematy jak wygląda życie w zakładzie psychiatrycznym, co wolno a czego nie, to po prostu chciałam pokazać swoją wizję, tzn no wiecie, początek, więc jeszcze nawet nie wiadomo, który to jest rok, jakie miasto, jaki kraj. Może to być nawet rok 2100. :D Myślę, że wiecie o co mi chodzi, niemniej jednak dzięki za uwagi. :)
— A ja im udowodnię, że potrafię!
— Co potrafisz?
— Marzyć.
— I komu chcesz to udowodnić?
— Światu i tym, którzy zapomnieli już, że coś takiego istnieje.

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1495

G.R.A. Prolog i rozdział I

Post#5 » 21 sty 2018, o 09:21

Na razie przeczytałam tylko prolog, ale zgadzam się z komentarzami Cam i Toyera.
Strasznie to wszystko przerysowane, schematyczne. Papierosy? Nierealne. Kreacja psychiatry? Również - utarty schemat, zupełnie nieprofesjonalne teksty z więzieniem, a do tego nerwy ma takie słabe, że nie dałby rady przepracować w psychiatryku kilku miesięcy, a co dopiero wielu lat, co sugeruje jego wiek.

Sama pisałam opowiadanie z akcją w psychiatryku, bazując na opowieściach osób, które tam były - jako pielęgniarka i jako pacjent (2 inne osoby, żeby nie było ;) ) i na własnych obserwacjach (miałam kilka zajęć z psychiatrii), a poza tym reasearch.
Warto się doinformować, żeby to miało ręce i nogi. Oczywiście, nie każdy lekarz jest dobry, nie każdy szpital/oddział trzyma poziom, ale tutaj za dużo naciągniętych rzeczy na potrzeby fabuły skumulowanych na raz.
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
chinatsa
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 33

G.R.A. Prolog i rozdział I

Post#6 » 23 sty 2018, o 12:02

Hmm rzeczywiście, patrząc tak krytycznym okiem może faktycznie przesadziłam z tym przerysowaniem, ale lubię tworzyć własne, wychodzące poza schemat miejsca. Tzn wiadomo, ze pewien realizm też trzeba pozostawić. Tak czy tak, lepiej chyba jednak nie przesadzać i znać umiar. :D
— A ja im udowodnię, że potrafię!
— Co potrafisz?
— Marzyć.
— I komu chcesz to udowodnić?
— Światu i tym, którzy zapomnieli już, że coś takiego istnieje.

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość