Ból

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Konrad Mazur
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 104

Ból

Post#1 » 7 miesiące temu (25 sty 2018, o 14:19)

Coś poszło nie tak. Gdy kopał dół pod fundamenty portierni, tak, jak mu sam kierownik kazał, nieoczekiwany ból pojawił się pod jego prawą łopatką.

- Och - sapnął i zatrzymał swoją pracę. Zaczął masować się dłonią, z której zdjął wcześniej roboczą rękawicę.
Ból promieniował, zwiększał się, przemieszczał po ciele. Dziwne. Zawał? Chyba nie, przy zawale nie bolą plecy. To co w takim razie się stało?

- Brian! - krzyknął do kolegi, który stał oparty o taczkę i palił spokojnie papierosa - Brian! - powtórzył głośniej po chwili, widząc brak reakcji na swój pierwszy okrzyk.
- Co? - podniósł głowę zawołany, rozglądając się spod oka po placu budowy. Miał wyjątkowo zły humor. Wczoraj mocno, zdecydowanie za mocno, opieprzyła go Jessica, jego narzeczona i, po głośnej awanturze zwieńczonej trzaskaniem drzwiami,  zabrała z domu syna Adriana. Razem wynieśli się piętro niżej, do jej koleżanki z zakładu fryzjerskiego "Albina z o.o.". Rozmyślał o tym dziś od samego rana, podczas pracy na budowie. - Czego się drzesz? - warknął.
- Łopatka mnie boli. Nie wiesz, co to może być? - Wacek stał skrzywiony kilka metrów dalej i drapał się po czubku głowy. Wyglądał nieszczególnie.
- Co ja jestem, doktór jakiś, you crazy guy? - Brian wydął wargi w grymasie lekceważenia - Łyknij se piwa, to przejdzie.
- Mówisz? Pomoże piwo?
- Nie zaszkodzi, yes.
- Dzięki.
- No - machnął ręką Brian, gasząc o taczkę papierosa. Zauważył  wbity w siebie wzrok kierownika budowy. To nie wróżyło nic dobrego. Kierownik był świnią bez uczuć, frajerem po studiach i zwykłym pindolem łonowym(?). Nikt z grupy murarzy i brygady elektryków, nie darzył go jakimkolwiek pozytywnym uczuciem.
- Brian!! - wrzasnął kierownik z miejsca, gdzie stał - Weź się wreszcie do roboty, bo od rana nic nie robisz!! Mam cię na oku!
- Dobra, dobra, it's ok man - mruknął pod nosem Brian i poczłapał wolno pod ciężarówkę, skąd miał zabrać piasek. Nie czuł się dobrze w tej pracy. Był wolnym duchem, jak jego ojciec, od dwudziestu lat zbierający pieczarki na farmie pod Leeds w Anglii. Czemu nie rzuci tego wszystkiego i nie wróci do kraju, w którym się urodził? Kraju, który go wykształcił i wychował? Pierwsze siedemnaście lat życia Brian spędził w Wielkiej Brytanii, później zatęsknił za Polską, a teraz jest w zawieszeniu moralnym. Szczególnie po tej awanturze z Jessicą.

Wacek postawił łopatę obok pustej beczki i poczłapał do kantyny. Kiedyś otarł się o wielki show-biznes, zagrał w jednym filmie fabularnym rolę drugoplanową, obok samego Bartosza Obuchowicza. Potem noga mu się podwinęła, za kradzież kurtki ze sklepu odzieżowego przesiedział sześć miesięcy w areszcie, odeszła od niego kobieta, stracił pokój w akademiku, w którym mieszkał od siedmiu lat jako rezydent bez przydziału. Wyjechał do Warszawy, by tu zacząć życie od nowa. Historia jakich wiele, nic specjalnego, można o tym sporo przeczytać w  różnych gazetach i opracowaniach socjologicznych zrobionych przez studentów. Takich jak Wacek, ludzi po przejściach i skrzywdzonych przez system, było w Polsce miliony.

- Łopatka mnie boli - powiedział do Krzyśka, który relaksował się swoją pierwszą przerwą śniadaniową. Krzysiek był synem kierownika budowy i  niewiele pracował. - Mamy coś na ból?
- Ból? - z ustami pełnymi chleba i korniszonów, Krzysiek nie mógł dużo mówić. Chwilę trwało, nim wszystko przełknął - Skąd ból?
- Poszukam w lodówce, może coś znajdę.
- Szukaj, szukaj - sięgnął po kolejną kanapkę, mocno posmarowaną majonezem i musztardą. Do tego miał jeszcze chipsy i oliwki w oleju. Obok leżała książka Marka Krajewskiego "Ludzkie Zoo", otwarta na pięćdziesiątej stronicy. - Na ból łopatki tylko w lodówce coś się znajdzie - powiedział cicho, bardzo cicho. Przestał interesować się kolegą, skupił całą swą uwagę w jedzeniu.
- .. dziś rano cały świat kupiłeś ... - zanucił Wacek fragment wiersza Baczyńskiego, rozglądając się po pustych półkach służbowej lodówki. Było tam tylko masło, smalec, kawałek kiełbasy i coś w żółtym woreczku, co wyglądało na podejrzanie niestrawne. - Piwa nie ma - pokręcił głową z dezaprobatą, skubiąc palcami dolną wargę - Nie było i nie ma.
Do kantyny wszedł powoli majster Nowak. Olbrzym o sercu przepełnionym czystym złem i zimną nienawiścią. Nienawiścią skierowaną do ludzi i zwierząt, bez jakiegoś wyjątku. Nikt z pracowników budowy nie wiedział, jak mógł on dostać tą pracę, w której przecież najważniejsze były dobre stosunki międzyludzkie? Może po protekcji? Może był świetnym fachowcem i stanowisko samo go znalazło?

- Przerwa na śniadanie? - Nowak zwrócił swoją uwagę  na Wacka. Na Krzyśka nie patrzył, choć ten właśnie zaczął czytać książkę, oparty jednym łokciem na blacie stolika, z nogami zarzuconymi na taboret. - Jeszcze dziesiątej rano nie ma, a ty już żresz! - podniósł głos i skrzywił się nieładnie, przez co wyglądał niczym troll śnieżny z gry fantasy "Skyrim"- Mam ci wytłumaczyć, mendo, zasady pracy tutaj?!
- Boli mnie łopatka, panie majster. Szukam piwa w lodówce - Wacek wyprostował się jak struna i skierował wzrok na twarz Nowaka - Brian polecił mi takie lekarstwo. Mówił, że po piwie przestanie boleć ...
- Co? Co? - Majster nie mógł uwierzyć w to co słyszy - Że co...?
- W lodówce na ból czegoś szuka - powiedział Krzysiek znad książki. Sięgnął po papierosa i odpalił go od czerwonej zapalniczki. Siedział tuż pod tabliczką "Tu kategorycznie nie wolno palić!!!" , absolutnie nic sobie z tego nie robiąc. - Pan da spokój, panie majster, ból to nie przelewki, wiem coś o tym - zakasłał, a potem zaciągnął się gryzącym dymem, śmierdzącym niczym stare siano polewane smołą.
- Piwem leczyć ... - Wacek rozglądał się po pomieszczeniu wzrokiem drapieżnika polującego na ofiarę. Coraz bardziej go bolało i zaczynał się martwić. Może to rak, skoro zawał wykluczył?
Majster Nowak postał chwilę z rozdziawioną gębą (ludzie mają buzie, on miał gębę), machnął w końcu ręką i usiadł na krześle z głośnym westchnięciem. Wyjął z plastikowego pojemniczka, co go cały czas trzymał mocno w dłoni, kanapkę zawiniętą w papier śniadaniowy, rozłożył ją na stole i począł na nią patrzeć. Postukał się po zębach, podrapał po uchu, zagryzł wargę. Nic to nie dało, kanapka nadal była z serem i sałatą.

- Zdecydowanie muszę porozmawiać z Grażyną - powiedział do siebie i zaczął konsumować swoje śniadanie. Jak na tak wielkiego chłopa, jakim niewątpliwie był majster Nowak, jedna kanapka nie była jakimś wyjątkowo treściwym daniem. Kim była Grażyna, o której wspomniał półgębkiem? Ani Wacek, tym bardziej Krzysiek, nie chcieli zapytać. Jeszcze by wyszło na jaw, że Nowak ma rodzinę.
Wacek nie znalazł w kantynie tego, czego szukał. A boleć go zaczęło też i po drugiej stronie pleców. To nie był dobry synoptyk.

- Pójdę już - powiedział. Nikt z obecnych w kantynie nie raczył mu odpowiedzieć.
Minął rozmawiających w grupie murarzy, minął kierowcę ciężarówki, który stał cicho obok palety z farbami i palił smętnie papierosa, trzymając go niezdarnie między kciukiem a środkowym palcem. Przeszedł przez plac pełen błota, smaru, trocin i  kawałków betonowych płyt. Człapał, głowę miał schyloną ku swym stopom, zaciskał  mocno palce u rąk, nie wiedząc, co dalej ze sobą zrobić. Przeczekać, czy działać? Oto jest pytanie.

Dotarł do bramy, za którą rozciągały się wspaniałe pola równiny mazowieckiej, prawdziwe perły przyrody. Mógłby tutaj zobaczyć bociana, gdyby akurat ten miał ochotę pobłądzić po tych łąkach trawiastych. Dojrzał jedynie ciężarówkę, przedzierającą się niespiesznie przez koleiny, wyżłobione przez jej poprzedniczki. Nie miał pomysłu, co dalej? Samowolne opuszczenie placu budowy wiązałoby się z konsekwencjami dyscyplinarnymi. Pozostanie mogło doprowadzić do pogorszenia stanu zdrowia. Rak pleców, bądź coś gorszego, to poważna sprawa.

- I co? Znalazłeś lekarstwo? Did you? - przejeżdżający obok z taczką Brian przystanął i zaczął dłubać w nosie, spoglądając ciekawie na Wacka.
- Nie. W kantynie nie było piwa. Myślę, co robić? A jak to coś poważnego?
- Daj, spojrzę na te twoje łopatki - zaoferował swą pomoc Brian, który generalnie był dobrym człowiekiem, jedynie gubiła go lekkomyślność i brawura. - Może coś se tam wbiłeś, you know? - uwielbiał dodawać angielskie zwroty do swoich wypowiedzi, uważał się wtedy za mądrzejszego od rozmówcy. Bardziej światowego. Nie zdawał sobie jednak sprawy, iż niezmiernie to irytowało każdego, kto tego słuchał. Tu jest Polska, tu mówi się po Polsku!
- Lepiej nie, nie znasz się, jeszcze coś popsujesz .. - bronił swego ciała Wacek, odsuwając się nieznacznie od Briana. Lubił go, lecz nie na tyle, by dać mu się oglądać bez ubrania. Nawet tylko bez koszulki.
- Jak chcesz. Lecę dalej z towarem - wskazał na taczkę wypełnioną żółtym piaskiem - Stary ma mnie na oku, muszę zapie....lać jak pszczółka - nieudana imitacja uśmiechu pojawiła się na jego nieładnej twarzy - Cześć - machnął dłonią i pobiegł przed siebie, szybko przebierając nogami.
- Cześć - odparł Wacek. Zobaczył z oddali, jak kierownik budowy grozi mu palcem, stojąc obok złotego Lexusa na niemieckich numerach rejestracyjnych. Widocznie jeszcze nie zdążył go przerejestrować, odkąd tydzień temu sprowadzili mu to cudeńko spod Berlina.
Nie przejmował się w tej chwili gniewem przełożonego. Zdrowie jest najważniejsze. Nie praca, nie koledzy, nie pieniądze, a właśnie zdrowie znajduje się na najwyższym miejscu w jego subiektywnym rankingu priorytetów. Podrapał się po głowie, zamknął mocno powieki, na kilka sekund, zrobił kilka głębszych oddechów. Ból cały czas był, gnieździł się w jego łopatkach, panosząc się, jak nieproszony intruz, który wlazł i nie chce wyjść.

- Ech - machnął ręką, zdenerwowany i zniecierpliwiony tą sytuacją. Rzucił na ziemię rękawice robocze, które cały czas miał ze sobą. Kopnął ze złością cegłę, poniewierającą się po placu budowy. Nie był przyzwyczajony do bólu, przez większą część życia nic go nie bolało w tak nieprzyjemny sposób.
- Co jest Wacek! - kierownik, przyglądający się do tej pory z daleka, podbiegł do swego pracownika i walnął go ręką w plecy - Gdzie się wybierasz, co? Jak tak patrzę na ciebie, to mam wrażenie, że wychodzisz z pracy. A to jest raczej niedopuszczalne, wiesz?
- Au! - wzdrygnął się uderzony, odskakując niczym poparzony od kierownika. Ból łopatek minął! I to nagle. Tak, jak się pojawił.
- Przywrócić ci ochotę do pracy? Przywrócić? - kierownik przybliżył twarz do twarzy Wacka i zaczął syczeć, a kropelki śliny wylatywały mu z ust z szybkością strzałów z karabinu. - Menelu jeden! Won do roboty! Myślisz, że z litości tu jesteś? Że cię przyjąłem do pracy, bo mi się film z tobą  podobał i chciałem mieć gwiazdę ekranu na swoje budowie? - oczy zwęziły mu się jak u węża, skóra poczerwieniała - Won!  - wskazał palcem na plac, gdzie robotnicy uwijali się akurat, jakby właśnie mijał termin oddania budynku.
- Przestało boleć, panie kierowniku - Wacek nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Ból zniknął! Nie ma go.
- Co?
- Pan jest niesamowity. Dziękuję.
- Wariat. Z kim ja muszę pracować - kierownik westchnął, potarł sobie dłonią twarz i wrócił do Lexusa, by napawać się jego aerodynamiczną sylwetką.
- Z kim ja muszę pracować - powtórzył ciszej. - Moja praca to służba ludzkości - dodał, spoglądając na szkielet szpitala, wznoszącego się w środku pola, gdzieś pod Warszawą. Za rok ma powstać tu najnowocześniejszy ośrodek dla chorych dzieci, a on jest odpowiedzialny, by wszystko poszło zgodnie z terminarzem i planem, zatwierdzonym na najwyższych szczeblach Ministerstwa Zdrowia. Ten Wacek irytował go od dnia, kiedy zjawił się na budowie, czyli od wczoraj.
Gdy znalazł się przy aucie i dotknął jego maski, pod którą drzemał potężny silnik 3.0 VVTi, zapomniał momentalnie o całym tym incydencie. Jego myśli w całości zajął Lexus CT, kupiony za zaliczkę z tego kontraktu.

Wacek wrócił do łopaty, szczęśliwy, że go nic nie boli, Brian uwijał się ze swoją taczką, myśląc co chwila o swojej narzeczonej i dziecku, Krzysiek czytał książkę, reszta budowlańców zajmowała się tym, co potrafili najlepiej - ciężko pracowali.

I co? Zakończenie wbiło w fotel i zrzuciło kapcie ze stóp? Ja identyfikuję się z Krzyśkiem.

Koniec
https://konradmazur1.wordpress.com
autor książki "Zaczęło się w Radomiu"

Tagi:

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Ból

Post#2 » 7 miesiące temu (27 sty 2018, o 14:22)

Zapowiadało się ciekawie, ale przez zapis dialogów, które tutaj zdają się żyć własnym życiem, nie udało mi się dotrzeć do końca tekstu.
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 480

Ból

Post#3 » 7 miesiące temu (27 sty 2018, o 18:52)

Eneriston ma rację. Z powodu niechlujności zapisu odchodzi chęć do czytania.

Konrad Mazur
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 104

Ból

Post#4 » 7 miesiące temu (31 sty 2018, o 17:31)

Eneriston pisze:Zapowiadało się ciekawie, ale przez zapis dialogów, które tutaj zdają się żyć własnym życiem, nie udało mi się dotrzeć do końca tekstu.


już poprawiłem. przepraszam za niezdarną edycję

Dodano po 52 sekundach:
Marian pisze:Eneriston ma rację. Z powodu niechlujności zapisu odchodzi chęć do czytania.


poprawione. Sam nie wiem, jakim cudem dopuściłem tekst z takim fatalnym edytorem
https://konradmazur1.wordpress.com
autor książki "Zaczęło się w Radomiu"

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości