Zachęcamy do komentowania tekstów! Na zwycięzcę tytułu Komentatora Kwietnia czeka nagroda książkowa - powieść ''Książę Mgły" - Carlos Ruiz Zafon!

Zapraszamy do udziału w zabawie komentatorskiej „Piórko”! Rozruszajmy forum na wiosnę!

Obrazek

Biały jak majowa chmurka

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Himi
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 2

Biały jak majowa chmurka

Post#1 » 1 lut 2018, o 10:29

Antek – tak brzmi imię mojego przyjaciela z czasów szkolnych lat. W sumie to znaliśmy się od niemalże kołyski. Nasze mamy pracowały biurko w biurko w jednej firmie, często odwiedzały się nawzajem, zwłaszcza że nasze domy dzieliły jakieś dwie ulice drogi. Nie rzadko spotkania zdarzały się też przypadkowo, a to w okolicznym parku na spacerze, a to na osiedlowym placu zabaw. Można więc powiedzieć że dorastaliśmy niemalże jak rodzeństwo. Rzecz jasna z tamtego okresu nie pamiętam za wiele – kilka szczegółów które bardzo wyraźnie wybijają się na tle mglistych wspomnień lat dzieciństwa, jak to że Antoś miał wspaniałego, dużego, brązowego psa, o przyjaznych, czekoladowych oczach imieniem Bruno, albo że na ścianie jego pokoju zawieszony był plakat z Kubusiem Puchatkiem, obok którego wisiała namalowana plakatówkami na kartce A4 kopia tegoż dzieła, malowana ręką czterolatka. Zabawne to, czy nie, wtedy wydawało mi się, że Antek idealnie uchwycił wszystkie ważne detale, perfekcyjnie naśladując pierwowzór... Miś był przecież żółty, miał na sobie czerwoną koszulkę, uśmiechał się do mnie w wykrzywionym od ucha do ucha uśmiechu, oddanym czarną kredką, w łapce trzymał baryłkę miody, a u stóp wyrastały źdźbła zielonej trawy... Tak, to pamiętam dokładnie, całą resztę znam jednak dużo lepiej z opowiadań mojej mamy oraz mamy Antka i nie ma chyba w tym nic dziwnego...

W momencie gdy osiągnęliśmy magiczny wiek zwany „wiekiem przedszkolnym” oczywiście wylądowaliśmy w jednej placówce, położonej przy podstawówce imienia jednego z zasłużonych Polaków – nauczyciele usilnie wtłaczali nam do głowy przy przenajróżniejszych okazjach jaki to ów człowiek nie był zasłużony dla naszej ojczyzny... Nas jednak w tamtym czasie mało absorbowały podobne historie, no bo „ojczyzna” - to brzmi tak dumnie, wiedziałam, że „moją ojczyzną jest Polska”, nawet w przedszkolu nauczyłam się wierszyka „Kto ty jesteś? Polak mały...” tak, że żaden belfer nie zagiął mnie pytaniem na podobny temat, ale zdecydowanie nie mogę powiedzieć, że czułam o co w tym wszystkim chodzi. To co się liczyło, to że z koleżankami można pobawić się lalkami, że na najwyższej półce z zabawkami stoi asortyment sklepowy, a jeśli dobrze zagadało się do chłopaków, można było bawić się całą grupą – my sprzedajemy ubrania, chłopaki samochodami rozwożą je po różnych sklepach, oni budują zamki z klocków, my mamy nasze lalki – księżniczki które tam będą mieszkały.

Potem, w wieku 7 – 9 lat na przerwach już mogliśmy wychodzić na dwór, grać w berka, chowanego, zamrażanego, cała klasa jak jeden mąż biegała piszcząc i krzycząc po szkolnym podwórku. Po środku tego wszystkiego zawsze można było znaleźć mojego przyjaciela – był tym typem osoby, dookoła której wszystko się kręci. Antek nawet szczególnie się nie starał... po prostu tak wychodziło, że to on miał najlepsze pomysły, że wszyscy go lubili, godzili się na jego rozwiązania, już wtedy rósł we mnie podziw do tego chłopaka, zadawałam sobie pytanie: „jak on to robi?” . Może dlatego że w czasach podstawówki byłam jeszcze dość nieśmiałą dziewczynką. Nie miałam jakichś szczególnych kompleksów, ale nie wychylałam się zwykle spoza szarych szeregów grupy – odpowiadało mi podążanie za czyimiś pomysłami, odgrywanie roli jaką dostałam. Oczywiście bez przesady, jeśli chciałam gonić kiedy graliśmy w berka, powiedziałam, że ja zacznę, jeśli nie – również wyrażałam swoje zdanie, chodzi jednak o to że nie lubiłam narzucać swojego zdania czy też zwykłego pomysłu całej grupie.
Gdy szkolny dzień dobiegał końca wracaliśmy z Antkiem razem do domu, dyskutując o naszych ulubionych bajkach, o tym, który lizak ze szkolnego sklepiku jest smaczniejszy, albo co śmiesznego ktoś dzisiaj powiedział. W weekendy, jeśli tylko pogoda na to pozwalała biegaliśmy razem po naszym osiedlu, kto pierwszy rano się wyrobił wychodził z domu i biegł do drugiego – jeśli byłam to ja, musiałam przejść przez furtkę broniącą dostępu do mojego domu, skręcić w prawo, iść do końca mojej ulicy, następnie znów skręcić w prawo, minąć dwa skrzyżowania i „Tadaaaam” cel podróży – biały domek na rogu, osiągnięty! Wciskałam wtedy dzwonek przy furtce, zwykle „pani Mama” wychylała się na jego dźwięk zza drzwi wejściowych, „Antek już wychodzi” mówiła, po czym poprawiała strój wyjściowy swojego syna – w zimie czy na jesieni był to jakiś szalik, czapka, rękawiczki... może ostatni sprawdzian sznurówek, czy nie są rozwiązane i mogliśmy razem udać się na plac zabaw. Tam spotykaliśmy resztę naszej paczki, wspólnie walczyliśmy o dominacje naszej grupy na huśtawkach (oczywiście gdy przyszli starszaki nie mieliśmy szans, ale w obrębie rówieśników – kto pierwszy, ten lepszy!), budowaliśmy zamki z piasku. Jeśli ktoś znalazł nadający się patyk można było zrobić z niego nawet jakiś dobry łuk lub miecz! I znów aktualny okazywał się schemat rycerzy i księżniczek – chłopcy mieli frajdę mogąc niby okładać się mieczami, my natomiast miałyśmy herbatkowe przyjęcie na platformie zjeżdżalni. Zdarzało się też że dzieliliśmy się na dwie grupy które walczyły ze sobą o niepodzielne panowanie na terenie placu... Słowem zabawom nie było końca. Po południu jednak każdy wracał do siebie... albo prawie do siebie, bo często jadałam obiady u Antka, albo on u mnie, zdarzało się też, że przy łaskawości którejś z rodzicielek można było zostać trochę dłużej, żeby znów obejrzeć Piotrusia Pana, albo Króla Lwa.

Trochę inaczej było, kiedy nieco podrośliśmy, no bo wiadomo – jaka dziewczyna zadawałaby się z chłopakiem w piątej klasie podstawówki, jaki chłopak zostawiłby kolegów dla dziewczyn? Niewybaczalna zbrodnia! Wstyd! Takim dezerterom należał się publiczny lincz, w postaci grupowego skandowania „Zosia i Janek, zakochana para, siedzą na kominie...” - jestem przekonana, że wszyscy znają tego typu rymowanki... no więc nie, w szkole się jakby nie znaliśmy, jednak jako że nasze mamy nie uznawały tego konfliktu – nadal byliśmy skazani na widywanie się poza lekcjami. I nie było tak źle jak mogłoby się wydawać... choć nie mieliśmy już aż tylu wspólnych tematów co kiedyś, to nadal dało się pogadać, Antek wciąż był zabawny i miał mnóstwo wspaniałych pomysłów na zabicie czasu. Zwykle kończyło się tak, że przedpołudniowe „nieee... muszę?” przeistaczało się w wieczorne „nieee... a nie możemy jeszcze trochę?” gdy trzeba było wracać do siebie.

Wreszcie nastał okres gimnazjum – okres przełomowy w moim życiu. Tak jak poprzednio, tak i teraz trafiłam z Antkiem do jednej klasy, niestety nie wszyscy mieli to szczęście. Część z wspólnych przyjaciół nie dostała się razem z nami i zostaliśmy rozdzieleni, a na ich miejsce przyszli jacyś obcy, nieznani ludzie. To właśnie w wieku jakichś 13-14 lat po raz pierwszy dostrzegłam, jaki intrygujący jest niebieski kolor Antkowych oczu, i jak idealnie współgra z blondem jego półdługich włosów. Niesforne, złotawe kosmyki okalające jego twarz stwarzały wrażenie, jakby świecił pośród innych... i rzeczywiście świecił. Cała klasa go lubiła, był zabawny i mądry, a ja miałam to szczęście, że był moim przyjacielem. Jako że czas naszego dorastania przypadł na czas upowszechniania się tych wszystkich facebooków i tak dalej – zdarzało się, nawet dość często, że pisaliśmy do siebie wieczorami. Na nowo się poznawaliśmy, odkrywaliśmy, że dzielimy wspólne pasje, że lubimy podobną muzykę, widzieliśmy te same filmy, grywamy w te same gry. Jeśli któreś z nas miało problem z jakimś zadaniem domowym, nie było nic bardziej oczywistego niż zapytać o to przyjaciela, jako że oboje trzymaliśmy swoje oceny na dość wysokim poziomie, nie było takiej pracy domowej, z którą we dwójkę byśmy sobie nie poradzili. To wszystko też sprawiało, że powoli, ale coraz bardziej zakochiwałam się w moim przyjacielu. Jego widok sprawiał, że gdzieś tam w środku robiło mi się gorąco, jego obecność czasem powodowała, że zapomniałam jak się normalnie zachować, a wszystko co mówiłam wydawało mi się głupie, za to jego uśmiech... był jak majowa chmurka – taki biały i dawał tyle radości... no bo kto na myśl o słonecznym majowym dniu, o rozkwitającej wiośnie i o białych obłoczkach płynących po niebie nie poczuje się szczęśliwy? Nie wiem, jak bardzo oczywiste było to co czułam, ja sama rzecz jasna długo nie chciałam tego przed sobą przyznać, ale nawet gdy już to do mnie dobitnie dotarło, na teksty koleżanek w stylu „ale wy do siebie pasujecie!”, „no dawaj, na pewno coś do niego czujesz, i on do ciebie!” odpowiadałam czymś w stylu: A w życiu! Mowy nie ma, nic między nami nie iskrzy!
Wiedziałam... byłam więcej niż pewna, że Antek mnie lubi, że widzi we mnie najlepszą w świecie przyjaciółkę, ale tylko przyjaciółkę. I właśnie dlatego jego uśmiech był jak majowa chmurka – nie jak na przykład śnieg. Był nieosiągalny. Cieszyłam się mogąc go obserwować, ale nie był w zasięgu mojej ręki.

Dobitnie przekonałam się o tym w liceum, kiedy moja pierwsza, prawdziwa młodzieńcza miłość poprosiła mnie o szczerą rozmowę – taką top secret, żeby nikt się o niej nie dowiedział. Jako oddana przyjaciółka oczywiście udzieliłam mu wsparcia... prawdopodobnie łatwiej było mu o tym pisać niż mówić, gadaliśmy przez fejsa... i dobrze się stało, że mnie wtedy nie widział, bo obawiam się, że nie potrafiłabym nadal ukrywać swoich uczuć. Opowiedział mi o dziewczynie w której się zakochał. Zabolało. Mówił że nie wie czy ona może coś do niego czuć, ja natomiast odpowiadałam mu najszczerzej jak potrafiłam, jednocześnie czując jak rośnie jedna wielka dziura w miejscu, gdzie zwykle czułam bicie mojego serca.
Nie znałam jej za dobrze, była w równoległej klasie... koleżanka miała z nią wuef, więc mogłam się co nieco dowiedzieć. Była w porządku. Znaczy... nie potrafiłam jej polubić z jednej prostej przyczyny, ale mózg mówił mi, że jest ok. Jakiś czas potem zaczęliśmy trzymać się razem – ja, mój przyjaciel i ona... próbowałam być jak najmilsza, chyba mi nawet wychodziło. Antek jednak znał mnie na tyle, żeby widzieć, że coś jest nie tak, jednak chłopak to chłopak, sam nie wpadł na przyczynę, ja mu oczywiście nie powiedziałam (nie mogłam! To była jedna z tych rzeczy, do których zdarzenia nie można za wszelką cenę dopuścić), a z każdym kolejnym tygodniem, kiedy oni poznawali się coraz lepiej ze mną było tylko gorzej i gorzej... tak, płakałam do poduszki, pisałam te wszystkie smutne wierszydła, jak to typowa nieszczęśliwie zakochana nastolatka ma w zwyczaju robić. Pewnego wieczoru napisała do mnie Ona. Że chce pogadać. Umówiłyśmy się gdzieś w parku. Pytała czy myślę, że Antek coś do niej czuje, czy ma u niego jakieś szanse, bo on bardzo jej się podoba... Byłam dobrą przyjaciółką. Bolało jakbym wsadziła sobie blender w pierś i zaczęła miksować, ale byłam dobrą przyjaciółką. Ona i Antek zaczynali się do siebie zbliżać, z dnia na dzień, coraz bardziej. Widziałam jaki jest szczęśliwy, a jego uśmiech wydawał mi się jak majowa chmurka (nie np. jak mleko, po które mogę w każdej chwili iść do sklepu... nie, to czy on się pojawi czy nie w żaden sposób nie zależało ode mnie).

W trzeciej klasie liceum mój przyjaciel miał już oficjalnie dziewczynę – oczywiście nie byłam nią ja... nasza relacja nieco się rozluźniła, chociaż nadal często wychodziliśmy razem np. do kina.. z tą różnicą, że teraz już we trójkę, nie jak wcześniej. Czatowaliśmy, jednak już nie tak często jak dawniej. Nie musiał mi mówić – wiedziałam, że to dlatego, że nie jestem już jedyną dziewczyną z jaką pisze, i że to nie ze mną woli spędzać większość czasu. Mimo to, jego uśmiech nadal był dla mnie jak majowa chmurka – taka która może czasem przysłaniać słońce, a jeśli odpowiednio się nie zabezpieczysz to hulający, wiosenny wiatr wyziębi całe twoje ciało tak, że już nie będziesz miał siły, ani nastroju na podziwianie pięknego widoku.
Próbowałam wytłumaczyć sobie, że to bez sensu, jednak serce nie sługa. Byłam zakochana w przyjacielu – sytuacja beznadziejna, bez wyjścia. Nie mogłam się „odkochać”, no bo jak? Ani „zapomnieć”, bo niemalże codziennie w taki czy inny sposób przypominał mi o swoim istnieniu. Potrzebowałam rozmowy, jednak nie z Antkiem – jemu nie mogłam powiedzieć, zwierzyłam się swojej najlepszej przyjaciółce. Jest duża różnica między przyjacielem z dzieciństwa, a najlepszą przyjaciółką, to są dwie tak różne relacje, że niemalże nie da się ich porównać, to co jednak je łączy, to bezgraniczne zaufanie, jakim darzyłam zarówno jego, jak i ją... ktoś się jednak dowiedział, podsłuchał na szkolnym korytarzu? Przeczytał w moim pamiętniku? Jak to zrobił – nie istotne, bo jestem pewna, że moja przyjaciółka nikomu nie powiedziała – ona by tego nie zrobiła, zresztą do tej pory się przyjaźnimy, wspieramy nawzajem. To co jest ważne to że dowiedział się Antek...

Z początku był w szoku, unikał mnie, nie wiedział jak się zachować... zgaduję, że mógł się czuć trochę oszukany, zapewniałam go bowiem że „niee, mi się póki co nikt nie podoba”. Jednak ze względu na naszą bliską relację nie zerwał kontaktów ani nic w tym stylu, nadal gadaliśmy, nadal wychodziliśmy razem do kina (razem, mam na myśli we trójkę), jednak czułam, że jestem trzymana bardziej na dystans niż wcześniej... Rozmawiałam też z Nią, kiedyś, bez Antka. Nieoczekiwanie nasza relacja się poprawiła. Powiedziała mi, że absolutnie nie ma do mnie żalu, ani uprzedzenia, ani nic z tym podobnych rzeczy... zapytała od kiedy to trwa, a gdy jej odpowiedziałam przytuliła mnie mocno. Czułam, że w tym jednym geście dostałam od niej zrozumienie, wyraz współczucia, wsparcie i podziękowanie. „Nie wiem, czy sama potrafiłabym zrezygnować z własnych uczuć dla dobra przyjaciela”, „A jaki miałam wybór? Przecież wiedziałam, że nie mógłby mnie pokochać, tak, jak kocha ciebie”.

Teraz studiujemy na dwóch zupełnie różnych uczelniach. Mimo, że jestem tu już dość długi czas, nadal ta rozłąka wydaje mi się nienaturalna i choć wiem, że tak już zostanie, wciąż mam wrażenie, że kiedyś wracając do swojego mieszkania, gdzieś pod drzwiami zastanę Antka, który powie mi „Czekałem na ciebie! Idziesz z nami do kina?”. Tak się jednak nie stanie – jako że Ona chciała koniecznie iść do innego miasta, tam bowiem dostała się na wymarzony kierunek studiów, Antek poszedł z nią, a ja natomiast jestem tutaj... nie jestem taka zupełnie sama – jest ze mną moja przyjaciółka, za to z Antkiem i z Nią często ze sobą piszemy, albo nawet gadamy na skypie! Jednak to już nie to samo co kiedyś – tamto minęło i już nigdy nie wróci... a co z moją miłością do Antosia? Tego niebieskoogiego blondyna wokół którego kręciło się moje niemal całe dotychczasowe życie? No cóż... Wspomnienie jego uśmiechu jest dla mnie białe, jak majowa chmurka

Grudzień, to miasto, ten rok, ja.

Tagi:

Wróć do „Proza: obyczajowe”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości