El Komędante

Teksty niespełniające wymogów regulaminu.
Awatar użytkownika
Palmer
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

El Komędante

Post#1 » 3 lut 2018, o 11:54

Pamiętam jak siostra naszej babci, ciocia Ela, zgubiła się pośród ogrodu polskich jabłoni, który obrodził tamtego lata chyba kilotoną owocu.
Ela przywykła już do miasta na ziemiach odzyskanych, dokąd wyjechała po ślubie z inżynierem Oreckim dobre trzydzieści lat temu. Zapomniała o ogrodach, tym bardziej że teraz rosły po nowoczesnemu, jak w niemieckim lesie – rzędami, równo…
Zgubiła się w wakacyjnym sadzie, pomyliła kierunki i wyszła parę kilometrów dalej, przy drodze na Brzęcławice, gdzie ją na szczęście wypatrzył Nuniek, któren akurat jechał nyską po nierównej drodze.
- Ciocia wsiada – zaprosił Nuniek, choć Elcia nie była mu ciocią, ani żadną krewną, ale działo się wszystko blisko, po sąsiedzku.
Butelki podskakiwały i dźwięczały raz po raz, aż zdawało się, że całe skrzynki potłuką się i rozleją.
- Potłuką się i rozleją – przestraszyła się Ela oglądając się za siebie. Szyby tam nie było.
Na pokładzie wieźli z tuzin skrzynek jabłek i drugie tyle samogonu.
- Nie potukom, nie potukom, niech się ciocia nie boi… Ciocia kawał drogi zrobiła!
- Zgubiłam się – mruknęła zawstydzona.

A Nuniek zamyślił się – co to miał powiedzieć?
W końcu mu się przypomniało:
- Na frasunek dobry trunek, ciociu! – I podał kobiecinie butelkę ze szklanką. – Japkiem zagryziem.

Przywiózł ją, jak już wszystko sprzedał, akurat gdy zaczynaliśmy jej szukać.
Nie było po niej widać, że tyle wypiła. Zadzwoniło się po Stacha, żeby przyniósł co nieco, a młoda Orecka (z tutejszych Oreckich) wrzuciła kaszankie na patelnie, słowem przygotowały się sąsiady do potańczenia w tę noc ciepłą i rozgwieżdżoną.
A jak już Stachu z Jadzią przyszły, to czas przyzwoicie popłynął, ale szlaczkiem bujnym naokoluteńko, zamiast zwyczajnie prosto.
Ciocia Ela jeszcze cztery lufki wypiła i padła pod ławę, aż ją trzeba było zanieść do chałupy. Śmiechu było co niemiara, że starsza kobita a wypić lubi, lecz ona przecie na smutno piła, bo musiała za dwa-trzy dni wracać na te ziemie odzyskane, a chciałoby się jej tu zostać na zawsze…
Coś mi mówi, że babcia nasza już wtedy nie żyła od pół roku, albo półtora, bo zimą zmarła, w samą Wigilię.
Elcia była jej młodszą siostrą i przyjechała latem zgubić się w babcinym sadzie, w którym gospodarzył już, od babcinej śmierci, wujek Leszek zwany Leniem. On to sprawił, że drzewa równo rosły i szło się w sadzie zgubić…

Lenio nie pił prawie nic, bo planował wstać o samym świcie, żeby drzewa równać jeszcze bardziej od linijki. Tylko pół litra wypił w godzinkę, pożegnał się ze wszystkimi i wnet posłyszeli jego końskie chrapanie ze stodoły, bo w stodole sypiał jak było ciepło.
A oni zaraz przed świtem się rozeszli, roześmiani, każde w swoją stronę.
- Bądźta zdrowe, sąsiady!
- Bądźta zdrowe!
I każdemu lekko na sercu było, że wszyscy zdrowi a milicja nie przyjeżdża.

Budzik zaraz zadzwonił, Lenio wstał do roboty, a reszta spać sobie poszła – zdążo z roboto bez Leniowego pośpiechu.
Pamiętam, że ciocia Ela też wtedy wstała, widziałem, bo udawałem, że spałem a patrzyłem jednym okiem. Płakała, bo nie chciała wracać do miasta, ale musiała.
Pomyślałem, że chętnie bym się z nią zamienił, ale nie mogłem.

Ale chyba coś mylę… Gdy byłem mały, to ogród jeszcze nie rósł rzędami, równo. Możliwe, że dwie wizyty cioci Eli zlały mi sie w jedną… Zresztą, nieważne.

Uczyłem się życia od kotów, bo byłem najmłodszym z szesnaściorga wnucząt naszej babci i nikt sie mną specjalnie nie interesował.
Toteż włóczyłem się za kotami, przedzierałem przez chaszcze, mknąłem nisko, na czworaka, ogladałem dorosłych od zaplecza, tak by oni mnie nie widzieli…
Jeśli mnie wołali, to pojawiałem się z innej strony niż się spodziewali, zawsze znienacka, zawsze na odwrót.
- Przekorny jest – mówili starsi bracia rodzeni i cioteczni.
- Wszystko na odwyrtkę! – złościła się babcia.

Pamiętam nasze zabawy w wojnę z karabinami z patyków. Brat cioteczny numer 1, pięć lat ode mnie starszy – ja malutki, może sześciolatek. On się ukrył z wielką gałęzią, która była ciężkim karabinem maszynowym, położył się za kretowiskiem, skryty w ten sposób, by mieć widok na cały obszar bitwy, a ja taki malutki z kijkiem udającym pistolet, bez najmniejszego trudu go zaszedłem ni to od tyłu, ni od lewej strony, choć nawet do końca nie rozumiałem o co w tej zabawie chodzi. Dobiegłem do cekaemisty po kociemu i z bardzo bliska ostrzelałem z pistoletu, jak na filmach o Polakach, Ruskach i Niemcach.
- Bum-bum-bum-bum!
A brat cioteczny numer 1 wstał i krzyknął do pozostałych żołnierzy:
- Ej chłopaki, młody mnie zaszedł! Zdobył cekaem!
Wszyscy mi gratulowali, ale ja nie wiedziałem czego…

Przyjechał kiedyś, ze trzy lata później to było, listonosz do babci – rometem – a my akurat byliśmy czołgistami na starym końskim wozie, dyszel był lufą, drewniane burty pancerzem, starszy brat cioteczny numer 2 – dowódcą załogi czołgu w stopniu podkapitana, ja zaś strzelałem z armaty.
- Ognia! – wrzasnął dowódca, wskazując mi cel – kępę pokrzyw, w której kryli się Niemcy z działkiem pięciominutowym. Kamień w mej dłoni był całkiem spory. Rzuciłem nim, jakbym pchał olimpijską kulą (bracia cioteczni mnie nauczyli, gdy robiliśmy olimpiadę za stodołą). Daleko poleciał – z osiem metrów – naprawdę świetną miałem technikę!
- Buuum! – krzyknąłem strzelając z działa, pocisk pomknął eleganckim łukiem, a po sekundzie pan listonosz dostał nim w nogę, pod kolano, dokładnie w tym momencie, w którym zsiadał z rometa. Padł krzycząc „ałaaa” na ziemię, a romet na niego. Ale bluzgał…!
- Wy skur…, barany głupie, ja was dorwe! – pamiętam to wyraźnie.
Uciekaliśmy jak zające i aż do zmroku nie wróciliśmy do domu, ale niepotrzebnie, bo Pan Listonosz jak się już wybluzgał, to pojechał do ośrodka zdrowia, żeby tam się dowiedzieć, że kość nie jest złamana.

Ale po co ja to wszystko opowiadam?
Przecież nie pląsam po klawiaturze dla siebie, ani dla ciebie, współczesny czytelniku, nie, nie myśl sobie… Piszę do twego prawnuka, albo praprawnuka, prapraprahistoryka – w końcu nadejdą czasy właściwe.
Piszę tylko dlatego, że nie potrafię malować.

No i podzieliłem sie tą myślą z dawno niewidzianym przyjacielem. Artur mu na imię. Uśmiał się ze mnie serdecznie.
- Co ty wiesz o życiu? Ciągle mi jakąś sielankę opowiadasz. Masz pojęcie jak wyglądało moje na wsi dzieciństwo?
Ciekaw byłem, tym bardziej, że jesteśmy rówieśnikami, więc cóż takiego, mnie nieznanego, mogło się Arturowi wydarzyć?
- Opowiadaj – poprosiłem.
- Na pewno? Ma to sens? Ma sens opowiadanie o szczenięcych latach?
- No pewnie, że ma. Zawsze fajnie pogadać i posłuchać bliźniego swego.

Opowieść Artura

Pamiętam jak Papież przyjechał do Polski w 1983, a ja miałem niecałe sześć lat. Babcia ubrała mnie w śliwkowy garniturek, na oko przedwojenny, i zaprowadziła do Państwa Pieczarków, najbogatszych chłopów w okolicy, na kolorową telewizję, żebym Papieża zobaczył jak przylatuje.
Starsi bracia [Artur ma ich trzech] bardzo się ze mnie śmiali, że dałem się ubrać w to paskudztwo i zaprowadzić do Jaśnie Państwa Pieczarków.
Pieczarkowie byli najbogatsi, między innymi dlatego, że po wojnie wykorzystywali pracę niewolników, to jest jeńców z Niemiec. I mimo tego, że niewolnicy pracowali u Pieczarków, to jeść przychodzili do naszej babci, która z kolei była we wsi najbiedniejsza – pewnie właśnie dlatego, że za darmo karmiła cudzych niewolników. Ale to było, oczywiście, przed moim narodzeniem, więc opowieść tę znam z drugiej, albo i trzeciej ręki.
A nazajutrz po kolorowym telewizorze pojechałem z babcią aż do Warszawy, pierwszy raz w życiu, ujrzeć Papieża na Stadionie, chciałem powiedzieć Narodowym, a on się wtedy nazywał Dziesięciolecia. Niewiele z tego kojarzę, tylko tyle, że bardzo mi się chciało sikać, gdyż ochrona nie pozwoliła babci wnieść na stadion słoja z herbatą, więc musieliśmy go wypić na raz.

Do żadnego przedszkola oczywiście nie chodziłem. Zajmowała się mną babcia, bo mama ciężko pracowała, by wyżywić mnie i starszych braci, a ojciec zasadniczo pił wódkę. Babcia zajmowała się jak umiała najlepiej, to znaczy brała mnie ze sobą w pole, gdzie raz przejechał mi po nodze załadowany sianem wóz koński – dobrze, że miał opony, innym razem podeptała mnie krowa, a o takich drobiazgach jak wpadanie w osty, pokrzywy, czy do gnojówki nawet nie będę wspominał.
Dobrze też pamiętam, gdy bawiłem się sam w jakiejś rupieciarni pod gołym niebiem, wlazłem na jakieś takie niby rusztowanie do kwiatów doniczkowych i nagle – trach, spadłem i nadziałem się na jakiś pręt, który przebił mi na wylot łydkę. Bliznę mam do dziś.
- Babciu, babciu! – wołałem kuśtykając w stronę stodoły, w której cała rodzina coś robiła, chyba układała słomę po żniwach, a może siano po sianokosach.
- Babciu, dziura w kapciu! – odpowiedziała jedna z moich ciotek, myśląc, że marudzę bez powodu (widocznie byłem bardzo marudny).
Pamiętam tę emocję: szloch niezrozumienia, tak bym ją nazwał. Oni myślą, że ja tak bez powodu wołam, a krew się lała naprawdę…
- Widać kość! – powiedziała później ta sama ciocia, gdy już ogarnęła, że powód był i to całkiem poważny.

Ciekawą historię przeżyłem też z moim bratem ciotecznym, młodszym ode mnie o dwa lata Tomaszkiem. Bawiliśmy się w chowanego, a Tomaszek bardzo mnie irytował, bo nie rozumiał zasad tej gry i kiepsko się chował, albo podglądał gdzie ja się chowam. To jego nierozumienie zasad chowanego uratowało mi najprawdopodobniej życie, bo pewnego dnia pomyślałem:
- No to teraz tak się schowam, że nikt mnie nie znajdzie! – po czym wszedłem do starego opryskiwacza, który stał sobie i rdzewiał za stodołą, pełen oparów ze środków owadobójczych, nijak przed dziećmi niezabezpieczony, bo niby po co?
Kojarzę, że dziwnie mi coś z niego pachniało, chemią, tyle, że wtedy jeszcze nawet nie znałem tego słowa, no ale co mi tam – wszedłem do środka i zamknąłem za sobą klapę: szukaj mnie Tomaszku!

Nic się w środku nie działo, ciemno było i czas przestał płynąć…

Wtem zobaczyłem nad sobą Światło. Światło buchnęło mi w twarz i miało wielką moc, tak to odebrałem. To było metafizyczne odczucie!
- Matko Boska, gdzieś ty wlazł – krzyknęło Światło głosem mojej babci.
Okazało się, że Tomaszek znów podglądał i to był pierwszy fart. Drugi polegał na tym, że babcia tknięta niedobrym przeczuciem poszła nas szukać.
- Gdzie Arturek? – spytała Tomaszka, on odparł:
- W cołgu! – i wskazał na opryskiwacz.
Głowa mnie później bolała przez kilka dni, ale jakoś wyżyłem.

Ale najbardziej traumatyczną była ucieczka przed kogutem po babcinym podwórku. Okropnie mnie podziobał, darłem się, aż przybiegł kuzyn z sąsiedztwa i skręcił mu kark na miejscu. Czułem strach zwierzyny łownej, choć to tylko był kogut a nie krokodyl...

Pewnego razu, gdy leżałem owinięty kocem na miedzy, a babcia z wujkami zapieprzała w polu, zobaczyłem idącą ścieżką kobietę. Wyplątałem się z koca i poszedłem za nią. Szedłem i szedłem, aż dogonił mnie wreszcie któryś z wujków.
- Gdzie ty idziesz?
- Bo tam moja mama poszła…
Tak, tęskniłem bardzo za mamą, która zabierała mnie do siebie w piątki. Nazywałem to „upragnionym piątkiem”. Mama też żyła w bidzie z nędzą, w starej zimnej chałupinie, którą wynajmowała. Bida z nędzą, bez gazu i bieżącej wody, ale przynajmniej w domku był porządek i mogłem się bawić na podłodze.

We wrześniu 1983 roku poszedłem do pobliskiej zerówki. Zajmowała się tam nami jakaś sadystka – całe szczęście, że po półroczu mama przeprowadziła się pod Warszawę, a tam w drugiej połówce zerówki opiekowała się nami bardzo dobra kobieta, w sumie prawdziwy anioł. Kolejne szczęście, że przygody z sadystką niemal wymazały mi się z pamięci.
W nowej zerówce toalety były wewnątrz budynku, co wydawało mi się niemożliwym, gdyż w tej starej ohydne sracze stały za szkołą. Pierwszego dnia w nowym miejscu poprosiłem o wyjście do łazienki, po czym biegałem w kółko wokół szkoły szukając znajomo wyglądającego ohydnego sracza, no i oczywiście go nie znalazłem, więc zsikałem się w spodnie, ale na tyle byłem bystry (zapewne dzięki tresurze u sadystki), że udałem, iż nic się nie stało i spokojnie wróciłem na lekcje.

To nasuwa mi kolejny obrazek, a mianowicie drewniany wychodek u babci, do którego bałem się wchodzić, bo był prawdziwym królestwem pająków, więc srałem w polu, a podcierałem się liśćmi.

W końcu trafiłem do pierwszej klasy. I koszmar powrócił: znów sadystka, nawet podobna do tamtej. Tłukła nas na lekcjach bez opamiętania, z tym że słabszych uczniów bardziej, a lepszych mniej, ja na szczęście miałem dobre stopnie, więc dostawałem lanie góra raz w miesiącu.
Pewnego razu weszła do nas inna nauczycielka. To było chyba już w drugiej klasie, bo wydaje mi się, że ona pomyliła sale i zamiast do pierwszaków weszła do nas. Po chwili wyszła speszona, a my wybuchliśmy gromkim śmiechem.
Nasza wkurwiona pani wbiegła do klasy z pianą na ustach.
- Dlaczego wy gnoje śmierdzące śmialiście się z nowej nauczycielki?
I biła nas wielką linijką po plecach, aż świst szedł i kurz się z brzydkich peerelowskich ubranek sypał.

Tylko Michałek powiedział:
- Ja się nie śmiałem – i nie dostał, minęła go, choć tak naprawdę śmiał się najgłośniej. Cwana bestia!

Czegoś mnie ta szkoła nauczyła, trzeba przyznać, i nie było to umiłowanie Prawdy i Piękna…
Mniej więcej w tym samym czasie widziałem jak samochód marki Żuk rozjeżdża naszego szkolnego kolegę na przejściu dla pieszych. Mama w domu od razu poznała, że coś złego się stało, bo podobno byłem blady jak papier i pierwszy raz w życiu wyglądałem dorosło.
Od czwartej klasy poszliśmy do większej szkoły – Zbiorcza Szkoła Gminna – tak się ten moloch nazywał, a w „czwartej ce” było nas aż czterdzieścioro. Tam też uwielbiano nas bić. Przodowali w tym: stary polonista, wychowawca ze świetlicy i ktoś jeszcze, ale nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć kto. Polonista był sadystą absolutnym, psychopatą, który z lubością wybierał stosowną linijkę, albo rózgę do danego wpierdolu…
Miałem tam spore kłopoty z Wielkim Wrogiem na lekcjach wuefu, a to dlatego, że choć za piłką biegać lubiłem, to nijak nie mogłem robić fikołków, bo kręciło mi się od nich w głowie i mdlałem. Wuefistka wyśmiewała mnie za to przy innych uczniach. Przyniosłem nawet zaświadczenie od lekarza, że mam ponadnormatywnie szerokie naczynia krwionośne pod czaszką. Ale się uśmiała, suka! Fikołków już nie kazała mi fikać, ale mściła się na mnie na wszystkie możliwe sposoby.

Czym więc był dla mnie upadek komuny? Upadkiem systemu polegającego na biciu i upokarzaniu dzieci przez sadystów. Każdy kto chodził do szkoły w latach osiemdziesiątych to potwierdzi, no chyba, że był dzieckiem uprzywilejowanym, ale ani ja ani moi koledzy tacy nie byliśmy.
- A ty byłeś? – spytał mnie Artur przerywając opowieść.
- Ależ skąd, przecież wiesz…
- No tak.

Nie chciał więcej opowiadać, choć bardzo go o to prosiłem.
Skłamał nieswoim głosem, że się dokądś spieszy, choć wcześniej mówił, że ma całe popołudnie wolne. Nawet piwa nie dopił, a ja nie wiedziałem co mu powiedzieć. Patrzyłem tylko jak odchodzi, zgarbiony i niepewny.

Jak znam życie i Artura, to dobrze zrobiło mu to wyznanie. Jutro wstanie spokojniejszy.

Dodano po 23 sekundach:
Palmer pisze:Pamiętam jak siostra naszej babci, ciocia Ela, zgubiła się pośród ogrodu polskich jabłoni, który obrodził tamtego lata chyba kilotoną owocu.
Ela przywykła już do miasta na ziemiach odzyskanych, dokąd wyjechała po ślubie z inżynierem Oreckim dobre trzydzieści lat temu. Zapomniała o ogrodach, tym bardziej że teraz rosły po nowoczesnemu, jak w niemieckim lesie – rzędami, równo…
Zgubiła się w wakacyjnym sadzie, pomyliła kierunki i wyszła parę kilometrów dalej, przy drodze na Brzęcławice, gdzie ją na szczęście wypatrzył Nuniek, któren akurat jechał nyską po nierównej drodze.
- Ciocia wsiada – zaprosił Nuniek, choć Elcia nie była mu ciocią, ani żadną krewną, ale działo się wszystko blisko, po sąsiedzku.
Butelki podskakiwały i dźwięczały raz po raz, aż zdawało się, że całe skrzynki potłuką się i rozleją.
- Potłuką się i rozleją – przestraszyła się Ela oglądając się za siebie. Szyby tam nie było.
Na pokładzie wieźli z tuzin skrzynek jabłek i drugie tyle samogonu.
- Nie potukom, nie potukom, niech się ciocia nie boi… Ciocia kawał drogi zrobiła!
- Zgubiłam się – mruknęła zawstydzona.

A Nuniek zamyślił się – co to miał powiedzieć?
W końcu mu się przypomniało:
- Na frasunek dobry trunek, ciociu! – I podał kobiecinie butelkę ze szklanką. – Japkiem zagryziem.

Przywiózł ją, jak już wszystko sprzedał, akurat gdy zaczynaliśmy jej szukać.
Nie było po niej widać, że tyle wypiła. Zadzwoniło się po Stacha, żeby przyniósł co nieco, a młoda Orecka (z tutejszych Oreckich) wrzuciła kaszankie na patelnie, słowem przygotowały się sąsiady do potańczenia w tę noc ciepłą i rozgwieżdżoną.
A jak już Stachu z Jadzią przyszły, to czas przyzwoicie popłynął, ale szlaczkiem bujnym naokoluteńko, zamiast zwyczajnie prosto.
Ciocia Ela jeszcze cztery lufki wypiła i padła pod ławę, aż ją trzeba było zanieść do chałupy. Śmiechu było co niemiara, że starsza kobita a wypić lubi, lecz ona przecie na smutno piła, bo musiała za dwa-trzy dni wracać na te ziemie odzyskane, a chciałoby się jej tu zostać na zawsze…
Coś mi mówi, że babcia nasza już wtedy nie żyła od pół roku, albo półtora, bo zimą zmarła, w samą Wigilię.
Elcia była jej młodszą siostrą i przyjechała latem zgubić się w babcinym sadzie, w którym gospodarzył już, od babcinej śmierci, wujek Leszek zwany Leniem. On to sprawił, że drzewa równo rosły i szło się w sadzie zgubić…

Lenio nie pił prawie nic, bo planował wstać o samym świcie, żeby drzewa równać jeszcze bardziej od linijki. Tylko pół litra wypił w godzinkę, pożegnał się ze wszystkimi i wnet posłyszeli jego końskie chrapanie ze stodoły, bo w stodole sypiał jak było ciepło.
A oni zaraz przed świtem się rozeszli, roześmiani, każde w swoją stronę.
- Bądźta zdrowe, sąsiady!
- Bądźta zdrowe!
I każdemu lekko na sercu było, że wszyscy zdrowi a milicja nie przyjeżdża.

Budzik zaraz zadzwonił, Lenio wstał do roboty, a reszta spać sobie poszła – zdążo z roboto bez Leniowego pośpiechu.
Pamiętam, że ciocia Ela też wtedy wstała, widziałem, bo udawałem, że spałem a patrzyłem jednym okiem. Płakała, bo nie chciała wracać do miasta, ale musiała.
Pomyślałem, że chętnie bym się z nią zamienił, ale nie mogłem.

Ale chyba coś mylę… Gdy byłem mały, to ogród jeszcze nie rósł rzędami, równo. Możliwe, że dwie wizyty cioci Eli zlały mi sie w jedną… Zresztą, nieważne.

Uczyłem się życia od kotów, bo byłem najmłodszym z szesnaściorga wnucząt naszej babci i nikt sie mną specjalnie nie interesował.
Toteż włóczyłem się za kotami, przedzierałem przez chaszcze, mknąłem nisko, na czworaka, ogladałem dorosłych od zaplecza, tak by oni mnie nie widzieli…
Jeśli mnie wołali, to pojawiałem się z innej strony niż się spodziewali, zawsze znienacka, zawsze na odwrót.
- Przekorny jest – mówili starsi bracia rodzeni i cioteczni.
- Wszystko na odwyrtkę! – złościła się babcia.

Pamiętam nasze zabawy w wojnę z karabinami z patyków. Brat cioteczny numer 1, pięć lat ode mnie starszy – ja malutki, może sześciolatek. On się ukrył z wielką gałęzią, która była ciężkim karabinem maszynowym, położył się za kretowiskiem, skryty w ten sposób, by mieć widok na cały obszar bitwy, a ja taki malutki z kijkiem udającym pistolet, bez najmniejszego trudu go zaszedłem ni to od tyłu, ni od lewej strony, choć nawet do końca nie rozumiałem o co w tej zabawie chodzi. Dobiegłem do cekaemisty po kociemu i z bardzo bliska ostrzelałem z pistoletu, jak na filmach o Polakach, Ruskach i Niemcach.
- Bum-bum-bum-bum!
A brat cioteczny numer 1 wstał i krzyknął do pozostałych żołnierzy:
- Ej chłopaki, młody mnie zaszedł! Zdobył cekaem!
Wszyscy mi gratulowali, ale ja nie wiedziałem czego…

Przyjechał kiedyś, ze trzy lata później to było, listonosz do babci – rometem – a my akurat byliśmy czołgistami na starym końskim wozie, dyszel był lufą, drewniane burty pancerzem, starszy brat cioteczny numer 2 – dowódcą załogi czołgu w stopniu podkapitana, ja zaś strzelałem z armaty.
- Ognia! – wrzasnął dowódca, wskazując mi cel – kępę pokrzyw, w której kryli się Niemcy z działkiem pięciominutowym. Kamień w mej dłoni był całkiem spory. Rzuciłem nim, jakbym pchał olimpijską kulą (bracia cioteczni mnie nauczyli, gdy robiliśmy olimpiadę za stodołą). Daleko poleciał – z osiem metrów – naprawdę świetną miałem technikę!
- Buuum! – krzyknąłem strzelając z działa, pocisk pomknął eleganckim łukiem, a po sekundzie pan listonosz dostał nim w nogę, pod kolano, dokładnie w tym momencie, w którym zsiadał z rometa. Padł krzycząc „ałaaa” na ziemię, a romet na niego. Ale bluzgał…!
- Wy skur…, barany głupie, ja was dorwe! – pamiętam to wyraźnie.
Uciekaliśmy jak zające i aż do zmroku nie wróciliśmy do domu, ale niepotrzebnie, bo Pan Listonosz jak się już wybluzgał, to pojechał do ośrodka zdrowia, żeby tam się dowiedzieć, że kość nie jest złamana.

Ale po co ja to wszystko opowiadam?
Przecież nie pląsam po klawiaturze dla siebie, ani dla ciebie, współczesny czytelniku, nie, nie myśl sobie… Piszę do twego prawnuka, albo praprawnuka, prapraprahistoryka – w końcu nadejdą czasy właściwe.
Piszę tylko dlatego, że nie potrafię malować.

No i podzieliłem sie tą myślą z dawno niewidzianym przyjacielem. Artur mu na imię. Uśmiał się ze mnie serdecznie.
- Co ty wiesz o życiu? Ciągle mi jakąś sielankę opowiadasz. Masz pojęcie jak wyglądało moje na wsi dzieciństwo?
Ciekaw byłem, tym bardziej, że jesteśmy rówieśnikami, więc cóż takiego, mnie nieznanego, mogło się Arturowi wydarzyć?
- Opowiadaj – poprosiłem.
- Na pewno? Ma to sens? Ma sens opowiadanie o szczenięcych latach?
- No pewnie, że ma. Zawsze fajnie pogadać i posłuchać bliźniego swego.

Opowieść Artura

Pamiętam jak Papież przyjechał do Polski w 1983, a ja miałem niecałe sześć lat. Babcia ubrała mnie w śliwkowy garniturek, na oko przedwojenny, i zaprowadziła do Państwa Pieczarków, najbogatszych chłopów w okolicy, na kolorową telewizję, żebym Papieża zobaczył jak przylatuje.
Starsi bracia [Artur ma ich trzech] bardzo się ze mnie śmiali, że dałem się ubrać w to paskudztwo i zaprowadzić do Jaśnie Państwa Pieczarków.
Pieczarkowie byli najbogatsi, między innymi dlatego, że po wojnie wykorzystywali pracę niewolników, to jest jeńców z Niemiec. I mimo tego, że niewolnicy pracowali u Pieczarków, to jeść przychodzili do naszej babci, która z kolei była we wsi najbiedniejsza – pewnie właśnie dlatego, że za darmo karmiła cudzych niewolników. Ale to było, oczywiście, przed moim narodzeniem, więc opowieść tę znam z drugiej, albo i trzeciej ręki.
A nazajutrz po kolorowym telewizorze pojechałem z babcią aż do Warszawy, pierwszy raz w życiu, ujrzeć Papieża na Stadionie, chciałem powiedzieć Narodowym, a on się wtedy nazywał Dziesięciolecia. Niewiele z tego kojarzę, tylko tyle, że bardzo mi się chciało sikać, gdyż ochrona nie pozwoliła babci wnieść na stadion słoja z herbatą, więc musieliśmy go wypić na raz.

Do żadnego przedszkola oczywiście nie chodziłem. Zajmowała się mną babcia, bo mama ciężko pracowała, by wyżywić mnie i starszych braci, a ojciec zasadniczo pił wódkę. Babcia zajmowała się jak umiała najlepiej, to znaczy brała mnie ze sobą w pole, gdzie raz przejechał mi po nodze załadowany sianem wóz koński – dobrze, że miał opony, innym razem podeptała mnie krowa, a o takich drobiazgach jak wpadanie w osty, pokrzywy, czy do gnojówki nawet nie będę wspominał.
Dobrze też pamiętam, gdy bawiłem się sam w jakiejś rupieciarni pod gołym niebiem, wlazłem na jakieś takie niby rusztowanie do kwiatów doniczkowych i nagle – trach, spadłem i nadziałem się na jakiś pręt, który przebił mi na wylot łydkę. Bliznę mam do dziś.
- Babciu, babciu! – wołałem kuśtykając w stronę stodoły, w której cała rodzina coś robiła, chyba układała słomę po żniwach, a może siano po sianokosach.
- Babciu, dziura w kapciu! – odpowiedziała jedna z moich ciotek, myśląc, że marudzę bez powodu (widocznie byłem bardzo marudny).
Pamiętam tę emocję: szloch niezrozumienia, tak bym ją nazwał. Oni myślą, że ja tak bez powodu wołam, a krew się lała naprawdę…
- Widać kość! – powiedziała później ta sama ciocia, gdy już ogarnęła, że powód był i to całkiem poważny.

Ciekawą historię przeżyłem też z moim bratem ciotecznym, młodszym ode mnie o dwa lata Tomaszkiem. Bawiliśmy się w chowanego, a Tomaszek bardzo mnie irytował, bo nie rozumiał zasad tej gry i kiepsko się chował, albo podglądał gdzie ja się chowam. To jego nierozumienie zasad chowanego uratowało mi najprawdopodobniej życie, bo pewnego dnia pomyślałem:
- No to teraz tak się schowam, że nikt mnie nie znajdzie! – po czym wszedłem do starego opryskiwacza, który stał sobie i rdzewiał za stodołą, pełen oparów ze środków owadobójczych, nijak przed dziećmi niezabezpieczony, bo niby po co?
Kojarzę, że dziwnie mi coś z niego pachniało, chemią, tyle, że wtedy jeszcze nawet nie znałem tego słowa, no ale co mi tam – wszedłem do środka i zamknąłem za sobą klapę: szukaj mnie Tomaszku!

Nic się w środku nie działo, ciemno było i czas przestał płynąć…

Wtem zobaczyłem nad sobą Światło. Światło buchnęło mi w twarz i miało wielką moc, tak to odebrałem. To było metafizyczne odczucie!
- Matko Boska, gdzieś ty wlazł – krzyknęło Światło głosem mojej babci.
Okazało się, że Tomaszek znów podglądał i to był pierwszy fart. Drugi polegał na tym, że babcia tknięta niedobrym przeczuciem poszła nas szukać.
- Gdzie Arturek? – spytała Tomaszka, on odparł:
- W cołgu! – i wskazał na opryskiwacz.
Głowa mnie później bolała przez kilka dni, ale jakoś wyżyłem.

Ale najbardziej traumatyczną była ucieczka przed kogutem po babcinym podwórku. Okropnie mnie podziobał, darłem się, aż przybiegł kuzyn z sąsiedztwa i skręcił mu kark na miejscu. Czułem strach zwierzyny łownej, choć to tylko był kogut a nie krokodyl...

Pewnego razu, gdy leżałem owinięty kocem na miedzy, a babcia z wujkami zapieprzała w polu, zobaczyłem idącą ścieżką kobietę. Wyplątałem się z koca i poszedłem za nią. Szedłem i szedłem, aż dogonił mnie wreszcie któryś z wujków.
- Gdzie ty idziesz?
- Bo tam moja mama poszła…
Tak, tęskniłem bardzo za mamą, która zabierała mnie do siebie w piątki. Nazywałem to „upragnionym piątkiem”. Mama też żyła w bidzie z nędzą, w starej zimnej chałupinie, którą wynajmowała. Bida z nędzą, bez gazu i bieżącej wody, ale przynajmniej w domku był porządek i mogłem się bawić na podłodze.

We wrześniu 1983 roku poszedłem do pobliskiej zerówki. Zajmowała się tam nami jakaś sadystka – całe szczęście, że po półroczu mama przeprowadziła się pod Warszawę, a tam w drugiej połówce zerówki opiekowała się nami bardzo dobra kobieta, w sumie prawdziwy anioł. Kolejne szczęście, że przygody z sadystką niemal wymazały mi się z pamięci.
W nowej zerówce toalety były wewnątrz budynku, co wydawało mi się niemożliwym, gdyż w tej starej ohydne sracze stały za szkołą. Pierwszego dnia w nowym miejscu poprosiłem o wyjście do łazienki, po czym biegałem w kółko wokół szkoły szukając znajomo wyglądającego ohydnego sracza, no i oczywiście go nie znalazłem, więc zsikałem się w spodnie, ale na tyle byłem bystry (zapewne dzięki tresurze u sadystki), że udałem, iż nic się nie stało i spokojnie wróciłem na lekcje.

To nasuwa mi kolejny obrazek, a mianowicie drewniany wychodek u babci, do którego bałem się wchodzić, bo był prawdziwym królestwem pająków, więc srałem w polu, a podcierałem się liśćmi.

W końcu trafiłem do pierwszej klasy. I koszmar powrócił: znów sadystka, nawet podobna do tamtej. Tłukła nas na lekcjach bez opamiętania, z tym że słabszych uczniów bardziej, a lepszych mniej, ja na szczęście miałem dobre stopnie, więc dostawałem lanie góra raz w miesiącu.
Pewnego razu weszła do nas inna nauczycielka. To było chyba już w drugiej klasie, bo wydaje mi się, że ona pomyliła sale i zamiast do pierwszaków weszła do nas. Po chwili wyszła speszona, a my wybuchliśmy gromkim śmiechem.
Nasza wkurwiona pani wbiegła do klasy z pianą na ustach.
- Dlaczego wy gnoje śmierdzące śmialiście się z nowej nauczycielki?
I biła nas wielką linijką po plecach, aż świst szedł i kurz się z brzydkich peerelowskich ubranek sypał.

Tylko Michałek powiedział:
- Ja się nie śmiałem – i nie dostał, minęła go, choć tak naprawdę śmiał się najgłośniej. Cwana bestia!

Czegoś mnie ta szkoła nauczyła, trzeba przyznać, i nie było to umiłowanie Prawdy i Piękna…
Mniej więcej w tym samym czasie widziałem jak samochód marki Żuk rozjeżdża naszego szkolnego kolegę na przejściu dla pieszych. Mama w domu od razu poznała, że coś złego się stało, bo podobno byłem blady jak papier i pierwszy raz w życiu wyglądałem dorosło.
Od czwartej klasy poszliśmy do większej szkoły – Zbiorcza Szkoła Gminna – tak się ten moloch nazywał, a w „czwartej ce” było nas aż czterdzieścioro. Tam też uwielbiano nas bić. Przodowali w tym: stary polonista, wychowawca ze świetlicy i ktoś jeszcze, ale nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć kto. Polonista był sadystą absolutnym, psychopatą, który z lubością wybierał stosowną linijkę, albo rózgę do danego wpierdolu…
Miałem tam spore kłopoty z Wielkim Wrogiem na lekcjach wuefu, a to dlatego, że choć za piłką biegać lubiłem, to nijak nie mogłem robić fikołków, bo kręciło mi się od nich w głowie i mdlałem. Wuefistka wyśmiewała mnie za to przy innych uczniach. Przyniosłem nawet zaświadczenie od lekarza, że mam ponadnormatywnie szerokie naczynia krwionośne pod czaszką. Ale się uśmiała, suka! Fikołków już nie kazała mi fikać, ale mściła się na mnie na wszystkie możliwe sposoby.

Czym więc był dla mnie upadek komuny? Upadkiem systemu polegającego na biciu i upokarzaniu dzieci przez sadystów. Każdy kto chodził do szkoły w latach osiemdziesiątych to potwierdzi, no chyba, że był dzieckiem uprzywilejowanym, ale ani ja ani moi koledzy tacy nie byliśmy.
- A ty byłeś? – spytał mnie Artur przerywając opowieść.
- Ależ skąd, przecież wiesz…
- No tak.

Nie chciał więcej opowiadać, choć bardzo go o to prosiłem.
Skłamał nieswoim głosem, że się dokądś spieszy, choć wcześniej mówił, że ma całe popołudnie wolne. Nawet piwa nie dopił, a ja nie wiedziałem co mu powiedzieć. Patrzyłem tylko jak odchodzi, zgarbiony i niepewny.

Jak znam życie i Artura, to dobrze zrobiło mu to wyznanie. Jutro wstanie spokojniejszy.

Wróć do „Publikacje nieregulaminowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości