Profesor

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Profesor

Post#1 » 26 lut 2018, o 19:30

– Czy pamiętasz profesora X?
To pytanie często pada podczas koleżeńskich spotkań po latach.
Różni bywali nasi nauczyciele i różnie ich po latach wspominamy, lecz o niewielu z nich można powiedzieć, że byli KIMŚ. Ja takiego KOGOŚ spotkałem dopiero na studiach.
Byłem dzieckiem Polski powiatowej i to z tych biedniejszych powiatów. Nie mieliśmy w pobliżu Nowej Huty, która żywiłaby tysiące. Była tylko mała papiernia dającą chleb może ze dwóm setkom, a śmierdząca równie mocno jak huta. Naszych domów nie otaczały wymuskane sady jak pod Grójcem, a tylko pegeerowskie pola, na które wożono nas ze szkoły na wykopki. Były za to grzyby, ryby i pomniki ku chwale radzieckich wyzwolicieli tych ziem. Naszą metropolią był Szczecin i to on dawał mi wyobrażenie dużego miasta.
Egzaminy na studia miałem zdawać w o wiele większym mieście, w którym nigdy jeszcze nie byłem. Przed wyjazdem wypytywałem bywałych tam znajomych o sposób dotarcia na ulicę, przy której znajdowała się uczelnia.
– To proste – usłyszałem. – To są tylko cztery przystanki tramwajowe od dworca kolejowego.
Ubrany w nowiutki, sprawiony na maturę garnitur, z tekturową walizką w ręce, ruszyłem zapchanym pociągiem w nieznane. Miasto powitało mnie upalnym przedpołudniem i tramwajem o właściwym numerze, który zaraz podjechał na przystanek.
– E! Cztery przystanki to będzie jakiś kilometr. Pójdę piechotą trasą tramwaju – wykombinowałem sobie.
Szybko okazało się, że to nie Szczecin i że te cztery przystanki to był kawał drogi. A słońce grzało. Spocony, przekładając coraz częściej z ręki do ręki niewygodną walizkę, doszedłem w końcu do celu. Egzaminy zdałem i zostałem studentem.
Już na początku roku akademickiego starsi studenci pouczali mnie, kogo na wydziale trzeba się bać, a kogo nie.
– Żebyś tylko nie miał lektoratu z rosyjskiego z A., ćwiczeń z pola z B. i ćwiczeń z oczek z C., bo będziesz miał przerąbane – ostrzegali.
Moje szczęście podzieliło się w stosunku jeden do dwóch: nie miałem ćwiczeń z pola z B., ale za to miałem rosyjski z A. i ćwiczenia z oczek z C.
Tak zwane „oczka” wykładał wtedy profesor, o którym wydziałowa wieść niosła, że u niego egzaminu komisyjnego jeszcze nikt nie zdał. Było też powszechnie wiadomo, że jest wymagający i do bólu sprawiedliwy. Miał zeszyt, w którym zapisywał dane o studentach i często z niego korzystał. Zdarzało się, że gdzieś aż na czwartym roku w czasie egzaminu mówił:
– Na drugim roku też pan tego nie wiedział. Wtedy panu podarowałem, ale teraz nie podaruję. Miał pan czas, żeby się douczyć. Przykro mi. Niedostateczny.
Na pierwsze wrażenie wzbudzał więc strach. Studenci bali się go, ale i podziwiali, bo był przedwojennym oficerem i medalistą olimpijskim. Mimo niekwestionowanej wiedzy, zasług i opinii w środowisku naukowym, był tylko profesorem nadzwyczajnym, bo komunistycznym władzom nie podobała się jego działalność społeczna. Profesor był bowiem znanym w środowisku działaczem katolickim. Jednym słowem była to postać nietuzinkowa.
Na wykłady przychodził zawsze pod krawatem, w eleganckim garniturze, ze starannie przyciętym siwym wąsikiem i wyprostowany jak żołnierz na warcie. Studentów trzymał krótko. Co tydzień wywieszał listę zadań do rozwiązania, a co dwa tygodnie robił pisemne sprawdziany.
Oczka ciągnęły się przez dwa lata i kończyły się na szóstym semestrze egzaminem u profesora. Ćwiczenia w naszej grupie prowadził słynny doktor C., który swoim zachowaniem przyprawiał nas o bezsenność.
– Panie! Pańska głowa i moje uszy to istny osioł – mówił nieraz do studenta przy tablicy. – To jest proste jak ogon zdechłego szczura, a pan tego nie rozumie! Nie będzie z pana inżyniera!
Wytrzymywaliśmy to jakoś, aż nadszedł ostatni semestr oczek i na pierwszych ćwiczeniach zamiast doktora C. w drzwiach stanął profesor.
– Widzę, że jesteście państwo zaskoczeni – przywitał nas. – Dwóch moich asystentów wyjechało na stypendium za granicę i dlatego ja poprowadzę ćwiczenia w tej grupie. Jak zwykle jest już nowa lista zadań, które powinniście państwo rozwiązać. Może pan pokaże mi swoje rozwiązania – powiedział, wskazując na mnie.
Który student szóstego semestru, na pierwsze ćwiczenia rozwiązuje jakieś zadania? Żaden. Nie rozwiązałem i ja.
– Nie rozwiązałem tych zadań, panie profesorze – przyznałem się.
– To bardzo niedobrze. Niedostateczny – powiedział profesor i wpisał czerwonym długopisem dwóję do arkusza ocen. – Poproszę jednak pana do tablicy – ciągnął. – To, że pan nie ma w zeszycie rozwiązań, nie musi oznaczać, że pan ich nie zna. Proszę rozwiązać szóste zadanie.
Stałem przy tablicy jak kołek, bo nie potrafiłem nawet ruszyć tego zadania.
– Bardzo źle rozpoczyna pan semestr – powiedział profesor. – Niedostateczny.
Przy moim nazwisku pojawiła się druga czerwona dwójka.
Czarne chmury zawisły nad moją przyszłością. Na końcu semestru czekał mnie egzamin z dwóch lat, a tu taki początek. Ogarnęły mnie najgorsze przeczucia: „Profesor mi tego nie przepuści. Egzamin mam z głowy, poprawkę pewnie też, a komisyjnego u niego jeszcze nikt nie zdał. Po mnie! Urlop dziekański jak nic – jeśli dostanę.”
Od tamtego dnia oczka stały się numerem jeden mojego życia. Rozwiązywałem wywieszane zadania i jeszcze trochę więcej, wszystkie sprawdziany pisałem na piątki i kułem.
Czas upływał, koledzy mieli już po cztery oceny, a przy moim nazwisku wciąż świeciły tylko dwie czerwone dwójki. Z ćwiczeń na ćwiczenia czekałem, żeby profesor wziął mnie do tablicy, a na ostatnie ćwiczenia byłem obkuty jak na egzamin.
– Dzisiaj kończymy ćwiczenia. Przepytam jeszcze dwie osoby, a potem wpiszę zaliczenia – rozpoczął profesor.
Siedziałem, czekając jak na ścięcie. Profesor tymczasem przepytał dwóch kolegów, ale nie mnie. Potem poprosił starostę grupy o zebranie indeksów, a nam kazał poczekać na korytarzu.
– Chyba da mi zaliczenie – mruczałem do siebie, stojąc w kącie. – Siedem sprawdzianów mam na pięć i tylko te dwie pały z odpowiedzi. Nie będzie chyba świnią i zaliczenie da, a na egzamin obkuję się jeszcze bardziej.
Gdy starosta podał mi indeks, o mało go nie podarłem, szukając właściwej strony. Wreszcie ją znalazłem i zaniemówiłem. Starannym, przedwojennym pismem było na niej wpisane: zaliczenie – bardzo dobry, egzamin końcowy – dobry.
– Mam czwórkę z egzaminu! – zawołałem do kolegów. – Popatrzcie!
Wszyscy zbili się wkoło mnie i oglądali z niedowierzaniem mój indeks.
– Przepraszam. Blokujecie państwo drzwi. Nie mogę wyjść – usłyszeliśmy głos profesora.
Rozstąpiliśmy się. Profesor pożyczył nam powodzenia na egzaminie, pożegnał się i poszedł.
Zdawało mi się, że przechodząc, zerknął jeszcze na mnie i pod jego białym wąsikiem pojawił się na chwilkę filuterny uśmiech.

Tagi:

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1685

Profesor

Post#2 » 26 lut 2018, o 21:08

Jak zwykle genialna proza Marianie. Szanuję takich Profesorów i od czasu zmiany uczelni spotkałem wielu zapalonych pasjonatów i ekspertów w swoich dziedzinach, ale mało który zmusza nas do wytężonej pracy. Wiem, że po latach będę tego żałował. Sam staram się spuścić zimny prysznic własnej osobie, udowadniając jak mało wiem, a to nie wystarcza do mobilizacji wszystkich sił. Z ciekawości: fikcja literacka, czy też własne doświadczenia?

Pod koniec tekstu zauważyłem błędy interpunkcyjne:

Marian pisze: Gdy starosta podał mi indeks, o mało go nie podarłem szukając właściwej strony.

Pomiędzy podarłem a szukając wstawiłbym przecinek.

Marian pisze:Zdawało mi się, że przechodząc zerknął jeszcze na mnie i pod jego białym wąsikiem pojawił się na chwilkę filuterny uśmiech.

Tu również oddzieliłbym przecinkiem przechodząc i zerknął. Przy tym zdaniu nie jestem jednak tego pewien, jedynie mi się zdaje, że może to być poprawny podział zdania.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Profesor

Post#3 » 27 lut 2018, o 11:29

Dzięki DuralT za przeczytanie mojego tekstu i komentarz.
Jest to moje doświadczenie, tylko lekko podmalowane.
Dziękuję też za wytkniecie błędów. Już poprawiłem.
Pozdrawiam :smile:

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Profesor

Post#4 » 1 mar 2018, o 22:19

Myślę, że to historia godna uwagi i uważnego przeczytania, jako że jest ciekawa oraz dobrze napisana. Szczerze mówiąc, to czasem już brakuje mi słów, żeby skomentować Twoje teksty, bo każdy prezentuje równie wysoki poziom, a pochwał chyba nie masz aż tylu, aby zachować różnorodność. :D

Marian pisze:Szybko okazało się, że to nie Szczecin i że to cztery przystanki to był kawał drogi.

Tutaj nie wiem, czy nie wpadła jakaś literówka, ale dla mnie lepiej by brzmiało „te cztery przystanki”.
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Profesor

Post#5 » 2 mar 2018, o 02:03

Dzięki Eneriston za przeczytanie mojego tekstu i pochwały.
Każda pochwała jest miła, nawet ta najprostsza.

Wyłapałaś literówkę i bardzo Ci za to dziękuję. Już poprawiłem.
Serdecznie pozdrawiam.

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość