Kasprowy Wierch

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Konrad Mazur
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 107

Kasprowy Wierch

Post#1 » 7 mar 2018, o 22:02

Antoni, Kazik, Edek, pan Benek, Bazyli

- ... a potem wjechaliśmy na Kasprowy Wierch, skąd roztaczał się wspaniały widok na góry. Byliśmy w górach i widzieliśmy góry – opowiadał rozentuzjazmowany Antoni. Policzki miał czerwone, a oczy świeciły się jak dwie żaróweczki – A tam tyle ludzi. Gromy, mnóstwo. Wycieczki z całej Polski, słyszałem gwarę śląską, mazurską, tych znad morza i Kaszubów. Ci to dopiero przeklinali. Tfu! – splunął tak nieudacznie, że ślina znalazła mu się na brodzie. Wytarł to rękawem flanelowej koszuli. – Taka pani jedna, gruba i tęga, z trzema podbródkami, zwróciła im uwagę. Krzyknęła dwa razy, w ręku miała torbę wypchaną jakimś żelastwem i nią się właśnie zamachnęła. Jej mąż zasłonił uszy i odszedł. Gapiłem trochę się na nich, ale w sumie nic się nie wydarzyło więcej. Przestali przeklinać, poszli gdzieś. Porządni ludzie, wychowani przez porządnych rodziców, tak teraz sobie myślę.
- Paliłeś? – spytał Kazik, drapiąc się po czerwonym nosie. Odkąd wrócił z ferii letnich dla otyłych dzieci w Szczawnie (był tam opiekunem), ciągle miał wysypkę na twarzy. Jego żona nie wiedziała już, co ma z tym począć, nawet konsultowała się z teściową, o której nie miała dobrego zdania od dnia ślubu z Kazikiem.
- Raz. I to tylko trochę, prawie całego wywaliłem do kosza. Ciągnie mnie jeszcze.
- Nałóg jak złoto – rozmarzył się Edek, spoglądając na okno, za którym całowały się dwa gołębie – Też bym chciał być od czegoś uzależniony, a tak .... – wypuścił głośno powietrze z ust. Zebrał tym tylko przelotne spojrzenia od swoich znajomych. A potem zapadł się w fotel i zniknął towarzysko.
- Siedziałem na leżakach, opalałem się, gapiłem na ludzi, zamówiłem herbatę. Czas mi płynął, płynął, godziny leciały, minuty mknęły.
- Starzejesz się – Kazik wyszczerzył zęby i zmarszczył nos. Mina ta zmieniła na chwilę jego twarz w brzydką maskę bazyliszka.
- Nie. Chyba nie. Wciąż młodo się czuję. – Antoni popatrzył na dłonie, z równo obciętymi paznokciami. Wyglądały zdrowo, były zadbane, jak dłonie jego matki. – A Kasprowy ... Przerwaliście mi. W kieszeni miałem klucze, cieszyłem się, że mam je przy sobie, a nie leżą w pokoju obok tej Reseki. – Reseka to koleżanka z Uniwersytetu, pisze doktorat o twórczości Aleksandra Wata, ciągle zabiegana, roztrzepana dziewczyna. Ale miła i przesympatyczna, każdy ją lubił. – Gdyby ona je miała, zaraz by zgubiła.
- Hahaha – zaśmiał się pan Benek, klepiąc się po udzie. Śmiał się z Reseki, czy coś mu się tylko w głowie uwidziało? Tylko on mógł to wyjaśnić, lecz nikt go nie chciał zapytać. Strasznie ciężko było się z nim dogadać. Jego dziadek był jednym z twórców reformy gospodarczej w rządzie Bartla. Zreorganizował przemysł garbarski, miał opinię zdolnego ekonomisty. Dziadek, nie pan Benek, który generalnie milczał i wyglądał na zdumionego.
- A ja, wyrobnik jeden, chwytałem te słońce na Kasprowym, razem z innymi turystami. Wiecie, że im bliżej tej gwiazdy, tym ciekawszą opaleniznę się łapie? – zapytał, rozglądając się po towarzyszach. Nie zrobił tym pytaniem żadnego wrażenia. – Po godzinie bezczynności, gdy wsłuchiwałem się w to, co ludzie mówią, wreszcie przyszedł Bazyl. Poznałem go, mimo iż robił sobie ostatnio operację zmiany twarzy. Pamiętasz Edek, jak go poznaliśmy w czterdziestym piątym?
Edek wyrwany z marazmu w jaki wpadł niedawno, poderwał się nagle, niczym zawołany do odpowiedzi uczeń. Niewidzącym wzrokiem rozejrzał się dookoła.
- Co? – wymówił i zmartwiał. Nie chciał wiele gadać.
- Pamiętasz o Bazylim?
- Jakżeby nie. Kto by takiego zapomniał. W klubie nocnym na przedmieściach Marsylii go zapoznaliśmy. Ach, jakie wtedy były tam piękne kobiety – Edek zamknął oczy i znów zapadł w swoją melancholię.
- Tak, kobiety. Piękne były. Chyba Włoszki, albo Hiszpanki z biednej północy? Jak one potrafiły tańczyć, jak się ruszały – Antoni wyciągnął ręce przed siebie, palce mu drżały – Mogły podnieść samym anusem kieliszek z szampanem. I to pełnym, nie wylewając jednej nawet kropli. Podawały klientom, a oni, my – wskazał na siebie – piliśmy do dna. To był wyczyn godny medalu. Bazyl pracował tam jako szatniarz. „Czas jest mój” – mawiał codziennie, więc nazwali go „Czasem”. Niezły był z niego cwaniak i intrygant.
-Hmm – z głębi fotela przyznał mu rację Edek.
- Operację sobie zrobił twarzy, ale czoło pozostało takie, jakie miał zawsze. Wysokie, z wystającą kością z lewej strony. Po niej go poznałem. Kręcił się między leżakami na Kasprowym, zaglądał kobietom w dekolty, ewidentnie kogoś szukał. Mnie.
- Ciebie? – mina Kazika zdradzała jego nieukrywane niedowierzanie.
- Podszedł bliżej, spojrzał na mnie tym swoim zielonym okiem i usiadł na trawie. Z początku nic nie mówił, gapił się na góry i chmury. W niebo się patrzył. Udawałem, że nie poznaję, że jest mi obcy, ale skubaniec wyczuł jakoś, iż to tylko gra. Tak sobie wykoncypował, sam nie wiem jak. Tryknął mnie łokciem, niby przypadkiem. Wtedy naplułem mu w gębę ..
- No – powiedział Edek, jakby sam tam był i to wszystko widział – No... – powtórzył, ale już z zamkniętymi powiekami.
- Nic nie zareagował. Widocznie to przewidział, że tak zrobię. Więc naplułem mu drugi raz, prosto w oko, to zielone. A on uśmiechnął się i zaczął nucić pod nosem Marsyliankę. Odwrócił głowę, bym nie widział jego twarzy i gwizdał. Wiecie, co wtedy pomyślałem? Wiecie?
- Hehehe He– zaśmiał się pan Benek, otwierając szeroko usta i robiąc dziwny grymas, jakby chciał połknąć w całości kabaczka.
- Pomyślałem, że może warto mu przebaczyć? No, tak po ludzku. Minęło przecież tyle lat, ludzie się zmieniają, ścierają, poważnieją. Bazyl ma syna, prawie dorosłego już, pokazał mi nawet zdjęcie. Jak mogłem mu coś zrobić, ojciec ojcu? Przez kwadrans siedziałem cicho, gapiąc się na góry, Bazyl obok mnie nucił tą swoją melodię. Nie powiem, trochę mnie to wkurzało, taka dziwna, napięta atmosfera. Ja milczę, on nic nie mówi, a przecież między nami tyle słów do powiedzenia. Dwadzieścia lat życia.
- Dwadzieścia lat... No – Kazik zadumał się, zapalając papierosa. W kubku, który stał obok niego, był letni rumianek. Pił go namiętnie litrami odkąd skończył dwadzieścia osiem lat i odstawił wódkę.
- Pierwszy przerwałem milczenie. Mówię mu „Skończmy to wreszcie!”, on na mnie spogląda, wciąż ma tą moją ślinę na gębie, i mówi mi „Co?”. „Skończmy to, bo zaraz tu wybuchnę” prawię krzyczę, a ten mi „Nie po to tu jestem, by z tobą gadać, łajdaku”. Nazwał mnie łajdakiem, szelma jeden. A ja mu wtedy życie uratowałem, swoim szafowałem, a ten mnie teraz obraża. Nie wytrzymałem i pchnąłem go. Upadł tak nieszczęśliwie, że pękł mu krąg szyjny. Jak? Nie wiem. Skąd mam wiedzieć, nie jestem lekarzem, tylko byłym ubekiem.
- Ubek – powtórzył pan Benek. Skrzywił nos, gdy wymawiał to słowo. Jego ojciec był jednym z założycieli tych tajnych służb politycznych.
- Bazyl poturlał się po trawie, coś mu trzasnęło w kręgosłupie i znieruchomiał. Ludzi się raptem zbiegło tyle, jakby co najmniej helikopter z Bońkiem tu wylądował .Wepchałem się do pierwszego szeregu gapiów, jakiś doktór z Krakowa go badał. I uciekłem. Życie przebiega obok mnie ciągle. Wyglądam na durnia, młody nie jestem i jeszcze to. Zjechałem z Kasprowego, poszedłem do pensjonatu i upiłem się tam z niemłodym literatem z Radomia. Dziennikarz czy dyrektor muzeum, jakoś tak mi się przedstawił. Dwie połówki zrobiliśmy, a potem dorwaliśmy się do piwa, co to je ten mój sąsiad Maciuszkasz trzymał w swoim pokoju. Nic mu nie opowiadałem o Bazylim, choć język mnie swędział do spowiedzi. No bo w końcu to był człowiek prawie obcy, znałem go ledwie tydzień, jadaliśmy razem śniadania i obiady w stołówce. A gdyby to była wtyka tych z góry? – Antoni podniósł palec do góry i zerknął znacząco w stronę sufitu. Pan Benek i Kazik ten tam popatrzyli, Edek udawał, że drzemie.
- Nęciło mnie, kusiło, by komuś powiedzieć tą całą historię. Nawet nie wiecie, panowie moi mili, ile mnie to kosztowało. Tak milczeć, skoro aż kipi w środku od emocji.
Westchnął
- Dzień później całe Zakopane huczało od plotek. Że jakiś zagraniczny turysta został poturbowany na Kasprowym Wierchu. Ktoś mu coś tam zrobił, pobił, czy co innego. Dobrze, to Bogu dziękuję, że mnie wtedy nikt nie zapamiętał.
- To przez tą twoją nijaką gębę – rzekł Kazik, przygładzając sobie włosy na tyle głowy. Tam je jeszcze miał.
- Co miałem wtedy zrobić? Piłem cały dzień. W pokoju. Zamknąłem się i łoiłem wódkę. Zasypiałem, budziłem się, znów zasypiałem. W majakach widziałem Bazylego, jak wchodzi i wychodzi z tego pokoju, coś tam mówiąc do mnie. Machał rękami, krzyczał, nie wiem co, a ja siedziałem na krześle i gapiłem się. To zwidy po chlaniu. Nic więcej. Wytrzeźwiałem w południe dnia następnego. Pani Halina z recepcji powiedziała, że ktoś mnie szukał, ale powiedziała, że mnie nie ma. Porządna kobieta, znałem ją jeszcze, gdy byłem na czynnej służbie. „Kto szukał?” pytam. Ona „Taki wysoki, łysawy, w czerwonej marynarce”. Oho, myślę. To nic dobrego. Gdyby kobieta, to jeszcze nie byłoby źle. Ale ta czerwona marynarka od razu skojarzyła mi się z Widackim.
- Widacki wciąż jeszcze pracuje? – zapytał Kazik. Znał kiedyś Widackiego, chodzili razem do szkoły specjalnej. Dla specjalnie wybranych. Tyle wystarczy wiedzieć o tej szkole.
- Najwidoczniej. Spakowałem się szybko, wymeldowałem i wyjechałem z pensjonatu. Wróciłem do Krakowa autobusem. Spotkanie z Bazylim nie wyszło, jak chciałem. Planowałem inaczej, miałem naszkicowany scenariusz, warianty, wszystko wzięło w łeb. Zaskoczył mnie tym swoim spokojem. I że zaczął nucić Marsyljankę. Nie spodziewałem się tego po nim. Faktycznie cwaniak.
- Ba.. – Edek poruszył się na fotelu, poprawiając swoją pozycję. Zaczął go pobolewać lewy bok. Ten ze złamanym kiedyś biodrem. – Cwaniak jakich mało.
- I już go nie widziałem od tej pory. I już go nie zobaczę. Okazja przepadła. Kontakt zerwany. Mimo wszystko dobrze wspominam mój wyjazd w Tatry. Pierwszy raz widziałem Dolinę Kościeliskową, spotkałem Piotra Skrzyneckiego. Tylko ten incydent na Kasprowym.
- Co teraz z Bazylim? W Polsce nadal, czy wyjechał do Francji? – Edek zaczął obgryzać paznokcie u prawej dłoni. Brakowało mu jednego palca, stracił go podczas nagrywania materiałów do teleturnieju telewizyjnego.
- Wiem, że wyjechał. Leczyć się w tamtejszym szpitalu. Naszym lekarzom nie ufał. – Antoni uśmiechnął się, przypominając sobie, jak ostatnio spędził cały dzień na Izbie Przyjęć, w szpitalu na Banacha. – I tak to, drodzy panowie, koledzy, nasze plany o wzbogaceniu się runęły. W gruzach są.
Zapadła cisza. Słychać było, jak sąsiad z dołu ćwiczy grę na akordeonie. Panowie spoglądali na siebie, na ściany wytapetowane czarno białymi zdjęciami przedstawiającymi nagie kobiety, na stół zastawiony zimnymi przekąskami. Pan Benek wstał i poszedł do łazienki.
Antoni drapał się po brodzie, Edek drzemał, Kazik oddychał głęboko.
Kim byli, co razem tworzyli? Kim był Bazyli? Czego szukał w Zakopanem?
Każda odpowiedź jest dobra, byleby była logicznie uzasadniona. Spróbuj pomyśleć, wymyśleć, nie przyjmować wszystkiego dosłownie.
https://konradmazur1.wordpress.com
autor książki "Zaczęło się w Radomiu"

Tagi:

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości