Poszedłem spać za Gomułki

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 487

Poszedłem spać za Gomułki

Post#1 » 18 mar 2018, o 21:16

Dorastałem jako człowiek niewyrobiony politycznie. Moi rodzice uważali, że polityka nie jest dla porządnych ludzi i ja się z nimi zgadzałem. Nie wyssałem z mlekiem matki potrzeby buntu przeciw czemukolwiek ani chęci walki o jakąś tam lepszą przyszłość. Zamiast wiadomości z radia Wolna Europa wolałem słuchać przebojów z radia Luksemburg, a w telewizji wolałem oglądać Adę Rusowicz niż dziennik.
Taki niewyrobiony zdałem maturę i rozpocząłem studia na politechnice. Nasz akademik był na jednym końcu miasta, stołówka w centrum, a sale uczelni porozrzucane po jeszcze innej dzielnicy. Żeby zdążyć wszędzie na czas, biegaliśmy lub jeździliśmy, wisząc na pomostach zatłoczonych tramwajów.
Tak z dnia na dzień mijało moje „bujne” akademickie życie pierwszoroczniaka. Potem nadeszła sesja egzaminacyjna, którą udało mi się przejść bez porażki.
Dumny z siebie pojechałem do domu i pochwaliłem się rodzicom, że zaliczyłem semestr. Rodzice zgodnie z zasadą, że zaufanie jest dobre, ale kontrola jeszcze lepsza, wydali mnie w ręce starszego brata, bo tylko on znał się na indeksie. Brat potwierdził, że w indeksie wszystko jest w porządku i mama mogła pochwalić się mną sąsiadce, której córka rok temu wyleciała ze studiów. Gorzej było z drugą sąsiadką, bo jej syn był w seminarium duchownym, a ja tylko na politechnice.
Przerwa międzysemestralna szybko minęła i wróciłem do akademika, żeby nareszcie zacząć garściami czerpać z uciech studenckiego życia. Zastałem tam sytuację, która zrobiła na mnie – jak śpiewał Młynarski – „hyc i, jak gdyby nigdy nic”, wciągnęła mnie w polityczne wydarzenia.
Dowiedziałem się bowiem, że w stolicy protestują studenci, bo władze zakazały wystawiania „Dziadów”. Podobno w tej inscenizacji było coś antyradzieckiego czy antykomunistycznego.
Nie zainteresowałem się tym zbytnio. Zdziwił mnie natomiast list od ojca otrzymany po kilku dniach. Ojciec pisał, że w Warszawie są jakieś rozruchy studenckie i prawdopodobnie do mojej uczelni też dotrą. Nie pisał, czy uważa je za słuszne czy nie, nie nakazywał ani nie zakazywał mi niczego. Dał mi jedynie taką radę: „Idź tam, gdzie będą szli wszyscy. Nie wyrywaj się do przodu, ani nie zostawaj w tyle. Idź w środku”.
Za parę dni, zgodnie z ojcowymi przewidywaniami, na naszej uczelni też zaczęło wrzeć. W kilku akademikach odbyły się zebrania, na których burzliwie dyskutowano o warszawskich wydarzeniach. Pojawiły się plakaty z hasłami domagającymi się cofnięcia zakazu wystawiania „Dziadów”, wolności wypowiedzi i wypuszczenia aresztowanych w Warszawie studentów, w tym jakiegoś Michnika.
Nasz akademik leżał daleko od pozostałych i w większości mieszkali w nim studenci pierwszych lat. Chyba dlatego nic się w nim nie działo, a o wszystkim dowiadywałem się z drugiej ręki i po fakcie.
Jednak w porę dowiedziałem się, że nazajutrz ma się odbyć w gmachu głównym naszej uczelni wiec wszystkich studentów. Poszedłem. W drzwiach sprawdzono moją legitymację studencką, bo były obawy, że na wiec dostaną się jacyś prowokatorzy. To sprawdzanie nie miało sensu, bo jakiż to był problem dla służb bezpieczeństwa podrobić legitymację. Wśród studentów też na pewno byli różnej maści konfidenci, bo tacy byli wszędzie.
W budynku było tłoczno, a w auli właśnie rozpoczynała się dyskusja nad tym, w jaki sposób mamy zademonstrować nasze poparcie dla kolegów z Warszawy. Jedni chcieli wyjść na ulice i tam pokazać naszą siłę, inni – prawdopodobnie jacyś esbecy – przestrzegali przed konsekwencjami nieodpowiedzialnych wybryków, a jeszcze inni proponowali strajk okupacyjny gmachu głównego.
Przestrzegacze zostali zaraz wygwizdani, natomiast zwolenników demonstracji ulicznej i strajku było po równo. Przeważył chyba głos jakiejś studentki, która zapytała zwolenników wyjścia na ulicę: „A co zrobisz jeden z drugim, gdy na ulicy milicja zacznie tłuc i kopać twoją dziewczynę?” Podyskutowano jeszcze trochę i zapadła decyzja o dwudobowym strajku okupacyjnym.
W ten oto sposób stałem się uczestnikiem „antypaństwowych rozruchów rozwydrzonej młodzieży”.
Strajk spotkał się też z poparciem części wykładowców i wielu z nich pozostało na noc w budynku. Chodzili między nami, uspokajali co bardziej napalonych i pocieszali przestraszonych. Na drugi dzień kilku z nich wygłosiło wykłady. Robili to dlatego, żeby władze nie mogły twierdzić, że studenci rozrabiają, zamiast się uczyć. Poszedłem na jeden z takich wykładów. Sala była nabita, nieznany mi wykładowca mówił o zupełnie niezrozumiałych dla mnie rzeczach, ale wysiedziałem do końca i nawet – mimo prawie nieprzespanej nocy – nie usnąłem.
Po wykładzie połaziłem trochę po budynku, pogadałem z kilkoma ludźmi i poczułem się głodny. Nie jadłem już prawie od doby. Co przezorniejsi mieli jakieś kanapki i pogryzali je po kątach. Ja nie miałem nic, a widok jedzących wzmagał mój apetyt. Kręciłem się tu i tam i wszędzie widziałem tylko te kanapki znikające w nie moich ustach. Musiałem chyba mieć wilcze spojrzenie, bo jakaś dziewczyna dała mi rogalika. To był bardzo smaczny rogalik, tak smaczny, że nawet – chociażby dla przyzwoitości – nie pogadałem z częstującą, tylko zeżarłem go w sekundę.
Zbliżał się wieczór i rozeszły się pogłoski, że nocą milicja przypuści szturm i nas rozpędzi. Zrobiło się nerwowo i znowu zaczęła się dyskusja, co robić. Jedni – chyba znowu esbecy – mówili, żeby się poddać póki jeszcze czas, a inni, żeby dalej strajkować. Sytuację uspokoił rektor, który zapewnił nas, że do szturmu nie dopuści.
Tymczasem zamiast milicji pojawiły się delegacje z zakładów pracy, które przyniosły nam słowa poparcia i… jedzenie. Dopchałem się bliżej delegatów, żeby posłuchać, co mówią i – może przede wszystkim – żeby być bliżej kartonów z przyniesioną żywnością. Plan wypalił i załapałem się na bułkę z serem i jabłko.
Tak zaprowiantowany zacząłem rozglądać się za miejscem do spania. Poprzednią noc spędziłem, siedząc na schodach i teraz postanowiłem urządzić się lepiej. Znalazłem jakąś salę z wielkimi stołami i zagarnąłem dla siebie jeden z nich. Mimo lepszego miejsca nie pospałem wiele, bo milicja jeździła dookoła i przez głośniki straszyła nas szturmem.
Do szturmu nie doszło i bezpiecznie doczekaliśmy końca strajku. Z budynku wychodziliśmy po dwie lub trzy osoby, żeby nie robić na ulicach tzw. nielegalnych zgromadzeń.
Wyszedłem jako jeden z pierwszych, gdyż chciałem jeszcze zdążyć coś zjeść na stołówce. Byłem brudny, niewyspani i głodny, i ciepły obiad był wtedy dla mnie ważniejszy niż wszystkie patriotyczno–polityczne zrywy.
Jadąc tramwajem, widziałem na ulicach uzbrojonych milicjantów. Przeważnie chodzili po dwóch z psem, a zaraz na drugi dzień usłyszałem taki dowcip:
„Dlaczego gliniarze chodzą po dwóch z psem?
Bo jeden z nich umie pisać, drugi umie czytać, a pies pilnuje tych dwóch intelektualistów, żeby się nie przyłączyli do zbuntowanych studentów.”
Po strajku wróciliśmy do normalnych zajęć, ale spokoju nie było. Pojawiły się informacje, że tworzone są listy studentów, którzy mają być wyrzuceni z uczelni i, że niektórych z nich już aresztowano.
W odpowiedzi na to, został proklamowany trzydniowy bojkot zajęć. Nie dotyczył on zajęć w Studium Wojskowym, bo bano się, żeby nieobecnych studentów nie uznano za dezerterów. Władze uczelni natychmiast wydały oświadczenie, że niechodzący na zajęcia zostaną skreśleni z listy studentów.
Nie uśmiechało mi się wylatywanie ze studiów i zacząłem się łamać. Rozejrzałem się jednak po akademiku, stwierdziłem, że większość nigdzie nie idzie i – zgodnie z ojcową radą – po śniadaniu poszedłem… spać.
Moi współspacze też nie pojechali na uczelnię, ale jeden z nich od rana zachowywał się nerwowo. Nie odzywał się do nikogo i krążył po pokoju jak tygrys po klatce w ZOO. W końcu nie wytrzymał, ubrał się i wyszedł na zajęcia. Wrócił niedługo, rzucił teczkę w kąt, a sam walnął się na łóżko i odwrócił do ściany. Dopiero wieczorem powiedział nam, co się stało.
Z całej grupy przyszło tylko trzech studentów. Asystent przepytał ich solidnie, wstawił po pale i wyrzucił z zajęć. Nie nabijaliśmy się z kolegi, ale mieliśmy radochę i wiedzieliśmy już, że na zajęcia chodzić nie należy.
Gdy bojkot dobiegał końca, w dziekanacie pojawiła się lista studentów wyrzuconych ze studiów. Zajmowała pół ściany i było na niej kilkaset nazwisk z moim włącznie. Teraz nasz strachliwy kolega się cieszył, bo jego nazwiska tam nie było. Przy liście była też informacja, że następnego dnia musimy z indeksami zgłosić się do dziekanatu.
No i stało się. Wyleciałem ze studiów. Moja przyszłość rysowała się marnie, bo na takich wyrzuconych czekało wojsko.
Na drugi dzień ze spuszczonym nosem pojechałem do dziekanatu, gdzie kłębił się już tłum moich współbraci w nieszczęściu. Szeptano, że powołano jakąś specjalną komisję, która będzie przesłuchiwała każdego z osobna.
Rzeczona komisja zabrała mi indeks i łaskawie zapytała, czy chcę nadal studiować i czy w przyszłości będę już grzeczny. Odpowiedziałem, że tak. Pozwolono mi odejść i kazano czekać na decyzję.
Decyzja zapadła nazajutrz i objawiła się w postaci prawie tak samo wielkiej listy, zawierającej nazwiska ponownie przyjętych na studia. Było na niej i moje. Po kilku dniach dostałem z powrotem indeks z wpisaną naganą i znowu byłem studentem.
Takie same wpisy dostali wszyscy koledzy z pokoju, poza tym, który spanikował w czasie bojkotu. Cieszyliśmy się, że nie wylecieliśmy ze studiów i byliśmy dumni z nagan, potwierdzających nasze bohaterstwo. Te nagany stały się dla nas swojego rodzaju świadectwami moralności aż do końca studiów. Ilekroć bowiem ktoś dostał w ręce obcy indeks, zawsze sprawdzał, czy jest w nim nagana. Jej brak świadczył, że w czas rozruchów ten człowiek nie był z nami.
Lista przyjętych ponownie na studia była, niestety, krótsza niż lista wyrzuconych. Wszystkich relegowanych mężczyzn wzięto od razu do wojska, a wielu z nich mogło już niedługo zmazać swoje grzechy, najeżdżając Czechosłowację. Sporo z nich wróciło po dwóch latach i kontynuowało studia pod bacznym okiem bezpieki.
Zbliżał się 1 Maja i obowiązkowa defilada. Nam pierwszoroczniakom kazano ubrać się w stroje używane na wuefie i stawić się w wyznaczonym czasie i miejscu. My, chudziaki mieliśmy tworzyć radosną grupę sprawnych i silnych studentów-sportowców. Na szczęście nie było zimno.
Przemaszerowaliśmy przed trybuną i zaraz rozbiegliśmy się, żeby się poubierać i nie świecić na całe miasto gołymi tyłkami. Przez to straciliśmy okazję zobaczenia „wrogich antypaństwowych wystąpień” naszych kolegów.
Koledzy ci przeszli przed trybuną honorową, niosąc transparenty z hasłami „Uwolnić aresztowanych studentów” itp. Przeszedłszy, szybciutko zawrócili i przedefilowali z tymiż hasłami jeszcze raz. Milicja była bezradna, bo nie wypadało jej pałować uczestników pierwszomajowego pochodu na oczach całego miasta.
Te marcowe i majowe wydarzenia odbiły się nie tylko na studentach, ale i na pracownikach uczelni. Część starszych i zasłużonych straciła swoje stanowiska, a wielu młodych musiało pożegnać się z naukową karierą. Po kilku miesiącach nasłano nam bardzo partyjnego rektora, który zaostrzył regulamin studiów i twardą ręką zarządzał uczelnią.
Dwa lata później, gdy zbuntowali się robotnicy na Wybrzeżu, tenże rektor postanowił dmuchać na zimne i nie dopuścić do rozruchów na uczelni. Ponieważ było to tuż przed Bożym Narodzeniem, dlatego zarządził wcześniejsze rozpoczęcie przerwy świątecznej i kazał mieszkańcom akademików rozjechać się do domów.
Było grudniowe popołudnie, moi współmieszkańcy już wyjechali i w pokoju zostałem sam, bo miałem pociąg dopiero koło północy. Zasnąłem.
Ze snu obudziło mnie jakieś przemówienie transmitowane z radia przez nasz radiowęzeł. Półśpiąc, słuchałem partyjnych frazesów, ale mówionych jakoś inaczej i innym głosem. To nie był głos Gomułki. Po chwili przemówienie się skończyło i spiker powiedział:
„Nadaliśmy przemówienie pierwszego sekretarza KC PZPR towarzysza Edwarda Gierka.”
Tak oto okazało się, że zmiana władzy odbyła się bez mojego udziału. Poszedłem spać za Gomułki, a obudziłem się za Gierka.

Tagi:

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1730

Poszedłem spać za Gomułki

Post#2 » 18 mar 2018, o 21:40

Jak zwykle puenta genialna. Co do reszty tekstu, rada ojca zapada w pamięć i chyba jest najbardziej uniwersalną rodzicielską mądrością, przydatną nie tylko na studiach.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Ivan
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 33

Poszedłem spać za Gomułki

Post#3 » 18 mar 2018, o 22:21

Mam te naście lat, czasy przedstawione w tekście to dla mnie i zapewne dla wielu z okolicy mojego rocznika jest to przedstawione jako suche fakty, daty i ludzie które czasem trzeba wkuć na pamięć żeby potem zapomnieć. Tekst zawiera wydarzenia, osoby i co jest dla mnie najważniejsze, perspektywę osoby którą każdy może przyjąć.
Bo czy nie każdy z nas ma/miał te kilkanaście lub bliżej dwadzieścia parę lat?
"Do następnych..." ~Ivan

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 487

Poszedłem spać za Gomułki

Post#4 » 19 mar 2018, o 07:32

DuralT pisze:Jak zwykle puenta genialna. Co do reszty tekstu, rada ojca zapada w pamięć i chyba jest najbardziej uniwersalną rodzicielską mądrością, przydatną nie tylko na studiach.


Dziękuję DuralT za odwiedziny i komentarz.
Ano rodzicielskie rady przeważnie bywają dobre. Doceniamy je jednak niekiedy za późno.
Pozdrawiam.

Dodano po 4 minutach 9 sekundach:
Ivan pisze:Mam te naście lat, czasy przedstawione w tekście to dla mnie i zapewne dla wielu z okolicy mojego rocznika jest to przedstawione jako suche fakty, daty i ludzie które czasem trzeba wkuć na pamięć żeby potem zapomnieć. Tekst zawiera wydarzenia, osoby i co jest dla mnie najważniejsze, perspektywę osoby którą każdy może przyjąć.
Bo czy nie każdy z nas ma/miał te kilkanaście lub bliżej dwadzieścia parę lat?


Dziękuje Ivan za odwiedziny.
W ostatnich dniach smutni panowie z TVP próbują nam wyjaśniać sprawę tzw. rozruchów marcowych. Wychodzi im to różnie.
Dlatego napisałem ten tekst, żeby pokazać tamte czasy z punktu widzenia normalnego i "niewyrobionego politycznie" studenta.
Pozdrawiam.

szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1885

Poszedłem spać za Gomułki

Post#5 » 19 mar 2018, o 10:06

To, zo zapodałeś powyżej wydaje mi się nie tylko dobre, ale również pożyteczne bardzo . Tak już jest, że o wszystkim, co odbiega od standardu piszemy dużo i chętnie (nie zawsze z rozsądkiem), a o sprawach typowych, codziennych, tych co najlepszą informację ze soba niosą, pisać nie lubimy bo... kto to później przeczyta? Zastanawiam się czy nie z tego właśnie powodu nasi praprzodkowie wymyślili gałąź nauki, którą nazywamy historią.

Moja pamięć o wydarzeniach marca jest żadna, miałem wtedy mniejsze kilka lat, natomiast czas grudnia 1970 roku zapisał mi się mocno w pamięci: cisza i przygnębienie w domu oraz słowa ojca, który stwierdził, że Edward Pierwszy Szczodry (wówczas jeszcze nikt go tak nie nazywał) wygląda na rozsądnego człowieka. Musiałem pożyć kilkadziesiąt lat, aby przyznać mu rację.

Marzec w mieście stołecznym Lublinie znam całkiem nieźle z opowieści. Bezpieka była wyraźnie rozczarowana tym, że brać studencka jakoś nie garnie się do masowych protestów i delikatnie "popychała" żaków, aby jednak na ulice wyszli. W końcu do demonstracji doszło i po raz kolejny sprawdziło się porzekadło, że racja (nie mylić z prawdą) jest jak dupa - każdy ma własną.

Marian pisze:W ostatnich dniach smutni panowie z TVP próbują nam wyjaśniać sprawę tzw. rozruchów marcowych. Wychodzi im to różnie.
Bardzo różnie i przypuszczam, że główną przyczyną jest to, o czym wspomniałem na początku: ów imperatyw zainteresowania odbiorcy, zainteresowania za wszelką cenę, niezależnie od granic zdrowego rozsądku. Marcowe wydarzenia były wieloaspektowe i każda audycja, reportaż czy esej, który będzie o wszystkim, będzie de facto o niczym. Tym cenniejsze, jest to, co napisałeś. Wcale mnie nie dziwi, że panowie z TVP są smutni :)

thomasward
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 88

Poszedłem spać za Gomułki

Post#6 » 19 mar 2018, o 10:36

Bardzo ciekawy, świetnie napisany tekst, dobry od strony technicznej. Lubię czytać o czasach PRLu (no, od czasu do czasu lubię :P), więc z podwójną łatwością wsiąkłem w klimat. Czekam na więcej.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 990

Poszedłem spać za Gomułki

Post#7 » 19 mar 2018, o 11:49

Moi rodzice uważali, że polityka nie jest dla porządnych ludzi i ja się z nimi zgadzałem.

Moja babcia twierdziła dokładnie to samo. Też się z nią zgadzałem, ale w którymś momencie życie... no, wiadomo, jak to życie.

Żeby zdążyć wszędzie na czas, biegaliśmy lub jeździliśmy, wisząc na pomostach zatłoczonych tramwajów.

Pamiętam, fajnie się wisiało na stopniach.

A tekst ciekawy jak zawsze.

szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1885

Poszedłem spać za Gomułki

Post#8 » 19 mar 2018, o 11:55

Gorgiasz pisze:
Moi rodzice uważali, że polityka nie jest dla porządnych ludzi i ja się z nimi zgadzałem.

Moja babcia twierdziła dokładnie to samo. Też się z nią zgadzałem, ale w którymś momencie życie... no, wiadomo, jak to życie.
Piękne.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 487

Poszedłem spać za Gomułki

Post#9 » 19 mar 2018, o 12:22

szczepantrzeszcz pisze:To, zo zapodałeś powyżej wydaje mi się nie tylko dobre, ale również pożyteczne bardzo . Tak już jest, że o wszystkim, co odbiega od standardu piszemy dużo i chętnie (nie zawsze z rozsądkiem), a o sprawach typowych, codziennych, tych co najlepszą informację ze soba niosą, pisać nie lubimy bo... kto to później przeczyta? Zastanawiam się czy nie z tego właśnie powodu nasi praprzodkowie wymyślili gałąź nauki, którą nazywamy historią.

Moja pamięć o wydarzeniach marca jest żadna, miałem wtedy mniejsze kilka lat, natomiast czas grudnia 1970 roku zapisał mi się mocno w pamięci: cisza i przygnębienie w domu oraz słowa ojca, który stwierdził, że Edward Pierwszy Szczodry (wówczas jeszcze nikt go tak nie nazywał) wygląda na rozsądnego człowieka. Musiałem pożyć kilkadziesiąt lat, aby przyznać mu rację.

Marzec w mieście stołecznym Lublinie znam całkiem nieźle z opowieści. Bezpieka była wyraźnie rozczarowana tym, że brać studencka jakoś nie garnie się do masowych protestów i delikatnie "popychała" żaków, aby jednak na ulice wyszli. W końcu do demonstracji doszło i po raz kolejny sprawdziło się porzekadło, że racja (nie mylić z prawdą) jest jak dupa - każdy ma własną.

Marian pisze:W ostatnich dniach smutni panowie z TVP próbują nam wyjaśniać sprawę tzw. rozruchów marcowych. Wychodzi im to różnie.
Bardzo różnie i przypuszczam, że główną przyczyną jest to, o czym wspomniałem na początku: ów imperatyw zainteresowania odbiorcy, zainteresowania za wszelką cenę, niezależnie od granic zdrowego rozsądku. Marcowe wydarzenia były wieloaspektowe i każda audycja, reportaż czy esej, który będzie o wszystkim, będzie de facto o niczym. Tym cenniejsze, jest to, co napisałeś. Wcale mnie nie dziwi, że panowie z TVP są smutni :)


Bardzo dziękuję Szczepanie za przeczytanie mojego kawałka i za wnikliwy komentarz.
W zasadzie nic do Twojego komentarza nie można już dodać. Prawda faktycznie jest jak dupa, a moja prawda o tamtym marcu wygląda właśnie tak.
Serdecznie pozdrawiam.

Dodano po 2 minutach 46 sekundach:
thomasward pisze:Bardzo ciekawy, świetnie napisany tekst, dobry od strony technicznej. Lubię czytać o czasach PRLu (no, od czasu do czasu lubię :P), więc z podwójną łatwością wsiąkłem w klimat. Czekam na więcej.


Dziękuję Ci za odwiedziny i komentarz.
Mam jeszcze kilka kawałków o "dawnych czasach" i pewnie je kiedyś opublikuję.
Boję się jednak, żeby nie zanudzać.
Pozdrawiam.

Dodano po 6 minutach 36 sekundach:
Gorgiasz pisze:
Moi rodzice uważali, że polityka nie jest dla porządnych ludzi i ja się z nimi zgadzałem.

Moja babcia twierdziła dokładnie to samo. Też się z nią zgadzałem, ale w którymś momencie życie... no, wiadomo, jak to życie.

Żeby zdążyć wszędzie na czas, biegaliśmy lub jeździliśmy, wisząc na pomostach zatłoczonych tramwajów.

Pamiętam, fajnie się wisiało na stopniach.

A tekst ciekawy jak zawsze.


Dziękuję Gorgiasz za wizytę i komentarz.
Co do polityki, to nadal zgadzam się z moim ojcem i chyba już nic tego nie zmieni.
Pozdrawiam.

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości