Zachęcamy do głosowania! Na zwycięzcę tytułu Komentatora Maja czeka nagroda książkowa - powieść ''W imię dziecka'' autorstwa Iana McEwana!

Ogłaszamy czas wielkich wyborów na Autora Miesiąca w dziale prozy!

Obrazek

Jak zwykle jesienią

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 108

Jak zwykle jesienią

Post#1 » 2 kwie 2018, o 11:36

"Jak zwykle jesienią, przekładam,
odświeżam i utykam po kątach, co moje i cudze,
jak zawsze
dla porządku.”



****

Piąta po południu. Jest początek września i nic jeszcze nie zaczęło obumierać. Liście okazałego kasztana rosnącego tuż za moim oknem zachowują się tak, jakby ich zieloność miała być wieczna. Gałęzie jesionów wciąż pną się ku bezchmurnemu niebu. Nieważne, jestem zmęczona, myśli powoli krążą po głowie jak odurzone pszczoły. Od kilku dni próbuję coś napisać, ot tak dla własnej pamięci i z potrzeby uporządkowania wrażeń, jakie pozostawił we mnie cudem odnaleziony pamiętnik mojej babki Jadwigi. Nie bardzo mi to pisanie wychodzi. Nie mam w swojej naturze nadmiaru niefrasobliwości, świat nie jest prosty, a napisać dobre opowiadanie to dla mnie zawsze wielka sztuka.

Zbyszek nie puka, otwiera drzwi i wchodzi do mojego pokoju. Nasze spojrzenia przez moment spotykają się. Mój syn rozsiada się jak zwykle wygodnie w fotelu. Bardzo cieszę się, gdy mnie odwiedza. Lubię te krótkie chwile sam na sam. Ostatnio, mamy coraz mniej czasu na pogawędki, życie coraz szybciej ucieka i nie mówi nawet przepraszam. Od tygodnia umawialiśmy na dzisiejszy wieczór.

— Długo tak siedzisz? Ciekawy, co? — pyta na powitanie.

Odpowiadam, nie odrywając wzroku od pożółkłych kartek pamiętnika.

— Tak, bardzo. Jest niezwykły. Przedziwny przypadek.

— Hm. Wiesz doskonale, że nie wierzę w przypadki, ale wtedy…. faktycznie. Widocznie los tak chciał, że akurat wtedy przebywałem w Wilnie. Ostatniego dnia pobytu, korzystając z ładnej pogody, uparłem się, że „zinwentaryzuję nasze stare włości”. Pomyślałem, że ten pomysł ci się spodoba. Nie było to łatwe, gdyż dawno przeszły w inne ręce. Zresztą wszystko w Wilnie zmieniło się nie do poznania. To piękne miasto. Od ciebie miałem adres domu prababci, wiedziałem, że dom się ostał. Byłem tak blisko, prawie o rzut beretem. Inaczej go sobie wyobrażałem. W słońcu nie wydawał się tak okazały. Jest nieogrodzony, po dawnym kutym płocie i ogrodzie nie ma śladu. Został zabudowany podobnymi domami, drzewa wycięli. Owszem, świeżo odnowiona elewacja domu prababci cieszyła oczy, ale zarośnięty łopianem i pokrzywami drewniany ganek trochę odstręczał. Przeżyłem moment paniki, ale nie zrezygnowałem. Speszony nacisnąłem dzwonek.

— Mam nadzieję, że nie było ci przykro — przerywam, ale zaraz gryzę się w język.

Całą uwagę staram się skupić na wyłapywaniu padających słów. Nawet ta skromna rozmowa oznacza dla mnie krok naprzód.

— Nieważne czego się spodziewałem, przede wszystkim nie wiedziałem, co się wydarzy. Stałem, ciężko dysząc. Drzwi otworzyła korpulentna Litwinka, o smagłej cerze, jego obecna lokatorka. Okazała się nader życzliwą osobą. Zaprosiła serdecznie do wnętrza, nie żądając dowodów mojej prawdomówności. Chodziłem po jej domu, myślałem o niej... Siedziałem w dawnym salonie, przy herbacie, może i ze dwie godziny. Miałem czas rozejrzeć się, należycie ocenić sytuację. W ożywionej rozmowie, Litwinka co chwilę zapewniała, że dba o „nasz” dom. Tym mnie ujęła. Pamiętnik oddała, po tym jak przedstawiłem jej swój życiorys. Został odkryty przez robotników w ramach przygotowań do kapitalnego remontu budynku. Spokojnie przeleżał na dnie starego zakurzonego kufra, ukrytego w jakimś ciemnym kącie strychu. Przyznasz, że świecą można szukać lepszej historii.

Podnoszę wzrok. Mówiąc, Zbyszek ma w oczach trudny do określenia rodzaj radosnego triumfu. Z tą śmieszną miną zawsze wygląda jak pięciolatek, któremu udało się upolować motyla. Widać, że jest w wyśmienitym humorze.

— A tak przy okazji, dobrze pamiętasz prababcię Jadwigę? Założę się, że to wszystko o niej — dodaje, po chwili zastanowienia.

— No cóż, niezupełnie, to bardzo odległe czasy. A babci nie mogę pamiętać, jeżeli już to jak przez mgłę. Gdy zmarła, miałam zaledwie dwa lata. Tak wypadło, odeszła tak nagle. Podobno mam jej nos. A wracając do pamiętnika, jest ładnie napisany i po korekcie zapewne wart byłby publikacji.To o jej młodości, miłości, naszej rodzinie, o tym, co ją spotykało dzień po dniu, nieraz godzina po godzinie...

Krzyżuję ręce na blacie sekretarzyka. Zastygamy oboje w wymownym milczeniu, kątem oka zerkam na pamiętnik, nie umiem się powstrzymać. Czytam go i nie mogę przestać. Wygląda tak jak powinien, przeszedł przez ręce kilku pokoleń. Nie ma karty tytułowej ani okładki, jest wyblakły, jeszcze długo po osuszeniu trącił wilgocią i pleśnią. Ściskało mnie w dołku, gdy oczy pierwszy raz wędrowały po jego stronicach o wystrzępionych brzegach, po zasuszonym fiołku, rozgniecionej przed laty musze i rachunkach robionych niebieską kredką na wąskich marginesach.

W pokoju robi się chłodno, jesień się podkrada, z każdym dniem bardziej. Zarzucam sweter na ramiona. Zbyszek wstaje z fotela, zamyka okno, starannie zasuwa zasłony. Od razu, robi się przytulniej. Wracając na fotel, zagląda mi przez ramię.

— O, jaki dojrzały charakter pisma! Uczyła się kaligrafii?

Słysząc te słowa, uświadamiam sobie, że nigdy wcześniej nie widziałam nic napisanego przez babcię. Zbyszek nie poddaje się, chrząknięciem przerywa zadumę.

— Mówisz, ładne pismo? Tak, nie ma w tym nic dziwnego. Babcia była wykształconą jak na owe czasy dziewczyną. Córką wileńskiego mieszczanina, właściciela sporego, prowadzonego wzorowo, zasobnego majątku i kawałka lasu gdzieś nieopodal Grodna. Sądząc po zachowanych zdjęciach, Jadwisia była panną wielkiej urody, z bujnym blond warkoczem, niebieskimi oczami i cerą jak kość słoniowa. Piękne włosy miała aż do końca, wiązała je starannie w ciężki węzeł na karku. Dorastała u boku dwóch ubogich sióstr ciotecznych, Mety i Kluski. Spędzała z siostrami wszystkie wakacje i ferie. Jadły te same miodowe cukierki. Wieczorami grała na fortepianie lub czytała. Znała dwa języki, mogła bez reszty poświęcać się lekturom i pasji przyrodniczej.

W Boże Narodzenie zajmowała się świeczkami na wielkiej choince i świecącymi cackami z papieru, leżącymi w tekturowych pudłach.. Rok w rok znajdowała je na strychu, na dnie pawlacza.

Pamiętnik zaczęła pisać mając lat szesnaście, a skończyła tuż po zamążpójściu, wtedy liczyła zaledwie dwadzieścia wiosen. Uczciwie mówiąc: ja w jej wieku tak jasno i bezpretensjonalnie pisać bym nie potrafiła. Babcia należała do panien, których uczono sztuki rozmawiania i pisania listów. Pisała nie tylko do rówieśnic, ale do osób starszych. Poza tym pisanie pamiętników było w modzie i musiały obowiązywać jakieś wzorce. Sądzę, że nie najgorsze i wcale niezacieśnione do panieńskiego światka. Pamiętnik podsuwa obyczaje epoki, intrygi towarzyskie, rytuały rodzinne, radości i klęski, poglądy i uprzedzenia, siły i zamiary, charaktery i sytuacje.Tym sposobem w pamiętniku znalazło się miejsce dla osób nam bliskich, nigdy jeszcze nieopisywanych: dla pradziadka Stanisława, na którego pogrzebie biły dzwony wileńskich kościołów, dla stryja Jana, którego zastrzelili bandyci, aż wreszcie dla ciotki Matyldy, która szukając swego niewiernego męża utopiła się w studni.
Jest w nim strasznie i śmiesznie, a mimo poważnych tematów pamiętnik dostarcza sporej dawki inteligentnej rozrywki. Babcia bez wstydu odsłania przed nami tajniki świata dorosłych. I to wszystko wzięte z własnych doświadczeń i zapisane ręką szczerej, młodziutkiej dziewczyny. Cudowna lektura, może nieco przegadana, ale jakże interesująca.

— Zachodzę w głowę, czemu, uciekając z Wilna nie zabrała pamiętnika z sobą?

— Zbyszku, wiem tylko tyle, że była zdesperowana, spieszyła się, ratując ucieczką życie swojego jedynaka, mojego ojca, a twojego dziadka. „Niespokojny czas wojny, było coraz gorzej, rabowali, gwałcili i co rusz przechodziły jakieś oddziały, raz ruskie raz niemieckie bałam się wszystkiego, byłam zrozpaczona, z każdym dniem nabierałam pewności, że Władek nie wróci. W Bykowni na Ukrainie już ginęły żony polskich oficerów. Mieliśmy wiele szczęścia, że uniknęliśmy deportacji do Kazachstanu".
W Wilnie, a potem w Gdańsku zaraz po wojnie, za rządów Józefa Stalina, też nie było łatwo, przepadło wiele naszych dokumentów i cennych, rodzinnych pamiątek, zostały z rozmysłem zniszczone lub spalone. Babcia Jadwiga miała biżuterię i też nie wiadomo, co się z nią stało. Nikt z nas jej na oczy nie widział, może została przehandlowana za „nieprzyzwoitą” sumę. Dla babci nieważne były pieniądze, a o miłości wiedziała chyba więcej niż ja.,
„Pieniądze to rzecz nabyta. Nie zastąpią mi ziemi ojców, domu, nie wrócą mi utraconego dzieciństwa i nie przegonią smutku, a dokumenty niszczyliśmy ze strachu przed represjami”, kiedyś wspominał mój ojciec. Był dwukrotnie aresztowany i przesłuchiwany już w Gdańsku, przez bezpiekę.

— I to wszystko ? Tylko tyle jest w rodzinnych przekazach?

— Niewiele więcej. Takie i podobne pytania można mnożyć bez końca. To niezwykłe znalezisko wywołuje we mnie uczucie wzruszenia podobne jak kartka napisana do babci przez męża, a mojego dziadka, majora Władysława, z pociągu wiozącego go wiosną 1940 roku do sowieckiego obozu zagłady w Katyniu. Dotarła do adresatki, po wojnie, na początku 1946 roku, doręczona zimową nocą przez Polaka, który okazał się „ostatnim adiutantem majora”. Ufając jego słowom, w ostatniej chwili uszedł spod luf NKWD w Katyniu. Historia odnotowuje kilkanaście takich przypadków. Po wizycie tajemniczego gościa babcia była podobno dziwnie roztrzęsiona, nie podchodziła do nikogo.

— Czy miała jakiś dodatkowy powód?

— Niestety, nic więcej na ten mi nie wiadomo. No, może jeszcze jeden, drobny szczegół — wspomniała o jakimś strachu na wróble…
Nie byłabym sobą, gdybym oparła się pokusie i nie chciała opowiedzieć jednej historii z jej życia. Co prawda, nie wydała mi się najdramatyczniejsza, ani najważniejsza, ale język świerzbi. Chwyciła mnie za serce, gdyż kryje jakąś tajemnicę. Zaintrygowało mnie młode życie babci, pełne wewnętrznego niepokoju, zakleszczone gdzieś między winą i rozpaczą. Mam nieodparte wrażenie, że tylko na zewnątrz było uładzone i spokojne. Dla mnie, wnuczki, to gratka niebywała! Zaczynałam je opisywać już kilka razy. Wymyśliłam nawet tytuł, wydawał mi się wyśmienity. Cóż z tego, uleciał, tak szybko jak się pojawił. Gryzłam ten orzech, co najmniej tydzień.

— Mamo!

— Słucham?

— Od kiedy pisanie opowiadania zaczyna się od wymyślania tytułu? Wszystko, zawsze zaczynasz od końca.

Marszczę nos, ale nie sposób mu nie przyznać racji, zna mnie na wylot. Czytanie codziennej gazety też rozpoczynam od końca. Tak już mam i nic na to nie poradzę. Czasem trzeba stulić uszy po sobie.

— Słusznie synu, więc zacznę opowiadać po bożemu, ze świadomością, że podejmuję się trudnego zadania.
Od początku, zdawałam sobie sprawę, że to, co napiszę nie daje żadnej miary wartości tego pamiętnika. To, co dla mojej babci, było niegdyś aktualne, żywe, dla mnie jest kroniką zatopionej Atlantydy. Historia młodości babci zaczyna się niepewnie, później płynie coraz bardziej wartko, szerzej i głębiej. Jest to opowieść o miłości do pewnego, tajemniczego stracha na wróble. Można było ją zacząć na wiele sposobów. Babcia zaczyna ją nieco chaotycznie, ale od początku. Swoją zaczęłam, pozostawiając klucze do tajemnicy, którą odkryłam w rękach czytelnika.
Nie mogłam inaczej, posłuchaj, mam nadzieję, że przyznasz mi rację.

„...był czas, kiedy kochałam się w dwóch naraz: we Władeczku i w Strachu na wróble. Władeczek zobojętniał mi wcześniej. Sam był sobie winien, miał oczy tylko dla Heleny. Pozostaje mi tylko mój Strach na wróble, kawaler wielu zalet, o wolnym, dobrym sercu. Wpadliśmy na siebie przypadkowo, na schodach prowadzących z parteru na piętro. Gdy, go zobaczyłam pierwszy raz zamurowało mnie, po prostu zamurowało. To było olśnienie, stałam cała w pąsach. On jest szarmancki, ma wszelkie zdrowe i szlachetne instynkta, nie nastaje w żaden sposób na moją niewinność… Jest rzeczywiście biedny, ale słucha mnie z uwagą, trzymając moją rękę i wcale nie czuć w nim pozy. W kościele u Dominikanów poprzytulaliśmy się trochę, ale ostatecznie nic się nie stało. To żaden potwór, zamiast straszyć, zawsze wygląda jakby się uśmiechał. Kłania się ptakom i drzewom w lesie, nad rzeką i w ogrodzie. Wilejka przy nim jest bardziej błękitna niż niebo nad naszym miastem…"

— Ten wątek jakoś się nie klei — Zbyszek przerywa czytanie.

— Odniosłam takie samo wrażenie. Czytałam go dwukrotnie i też niewiele zrozumiałam. Pod spodem widnieje odręczny, kredką narysowany obrazek, podpisany „Idylla w ogrodzie”.
Jest na nim para zakochanych na tle krzaka róż. Przedstawiona scenka wygląda dosyć sielsko, ale też nic nie wyjaśnia. Przy czytaniu kolejnej strony, zrobiło mi się trochę nieswojo, ale posłuchaj, dalej:

„ Ku zgorszeniu całej rodziny porzuciłam mojego narzeczonego, przystojnego, inteligentnego, dobrze ułożonego oficera na rzecz nowego kawalera, którego nikt prócz mnie nie zna i nigdy nie widział. Ta wiadomość pobudziła domowników do niepożądanego przeze mnie komentowania.

— Nic gorszego nie mogło cię spotkać, dziecko — krzyknęła mateczka i złapała się za głowę. Tego dnia cierpiała na uporczywa migrenę.

— Jako nieodpowiedni, musi jak najszybciej zniknąć z naszego pola – wyszeptała, ledwo łapiąc oddech.

Ojczulek na wiadomość o moim wyborze, spurpurowiał i zakrztusił się barszczem. Gdy na niego popatrzyłam przez moje ciało przeleciały zimne dreszcze.

Nie spodziewaj się, że będę słuchał twoich halucynacji. Zapewne to jakiś strach na wróble i na dodatek goły jak święty turecki

I tak już zostało, nikt o nim już nie mówi inaczej… tylko „strach na wróble”.Widocznie musiałem wejść w błoto? Rodzice mówią, że to moje, młode pokolenie spsiało. Meta, moja siostra cioteczna porzuciła swojego leśniczego i nie wypominają jej tego, a mnie zrobili awanturę?
Ojciec na mnie dziwnie patrzy i tylko wydaje rozkazy, a matka mu przytakuje. Chciałam mu powiedzieć, że nie lubię bladych lowelasów. Nie chciał mnie wysłuchać, powiedział, że rozmawiamy jak gęś z prosięciem, jestem smarkulą i nic nie wiem o życiu. My kobiety, nie mamy w naszym domu wiele do powiedzenia. Chyba ucieknę gdzie mnie oczy poniosą, najlepiej do klasztoru albo uczynię sobie krzywdę. Ugaszenie ojca jest zawsze takie trudne... [/i

— Czytając wynoszę, że babcia znalazła się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, czuła się skrzywdzona przez cały świat. Może i była słodką panną, ale miała dzikie pomysły. Od razu chciała przywdziać habit? A ten [i]Strach na wróble
, to obiekt westchnień mojej babci. "Nie był manekinem, straszakiem na szpaki, a człowiekiem z krwi i kości".

— Musiał być niezwykły skoro go tak kochała.

— Ten fragment pamiętnika o tym świadczy:

Jedenastego listopada, punktualnie o godzinie dziesiątej, pięłam się pod górę stromą ścieżką, nie oglądając się za siebie. Z domu wyszłam pospiesznie, żałując, że nie zabrałam z sobą mufki, albo ciepłych rękawiczek. Jesień zawisła nad Wilnem, wilgotna i ciemna. Póki jest jasno, chcę się pomodlić nad mogiłą zaklętą w barwę kwiecia dzikich róż. Tam nikt nie zagląda, tylko smętny wiatr i ja. Nasz Ksiądz Dobrodziej nie pobłogosławił ziemi miejsca jego spoczynku. Mówili o nim, że szpetny, prawie niemowa i dziwny jakiś. To prawda, rozmawiał z ptakami, kłaniał się drzewom i pięknie malował . Dla mnie namalował granatową tęczę nad lasem. " Jak twoje oczy, Jadwisiu", mówił. Cicho żyłeś i tak samo odszedłeś, na zawsze, to z tej zgryzoty pękło ci serce. Stałam pod czereśnią i długo płakałam.
Pamiętam jego mizerny ogród i dom. Na zewnątrz przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy, nie różnił się zbytnio od wiejskiej chaty, kryty zbutwiałym gontem i blachą. Spod opadających tynków wyglądały cegły, częściej były to trzciny zlepione…..
Powinnam brać swoją rozpacz po jego utracie poważnie, z odwagą pozwalać jej płonąć i palić jak pulsująca gwiazda.
Po pogrzebie, zanieśli mnie do domu i ocucili. Potem miałam gorączkę, cała zesztywniałam i zacisnęłam zęby, a znachor kładł na mnie ręce, zdejmując ze mnie kolejne kreski temperatury, jak małe insekty z żywego srebra.
"
— Napisała w kilka dni później, drżącą ręką. Popatrz, litery są nierówne, miejscami nieczytelne. Na kolejnych stronicach straszą liczne plamy z atramentu.

— Trochę jest mi żal prababci — rzuca, posyłając zatroskane spojrzenie.

— Myślę, że musiała tych dwoje łączyć jakaś niesłychana, chemiczna namiętność. Rozdzieliła ich niespodziewana śmierć ukochanego. Mijały miesiące i kwartały, Boże Narodzenia przechodziły w Wielkanoce. Babcia ukończyła studia i za namową nieustępliwych rodziców wróciła do niekochanego Władeczka. Odbyły się szybkie zaręczyny potem ślub. Wkrótce urodził się mój ojciec. Małżeństwo z rozsądku? To zupełnie nie w jej stylu, ale takie były czasy. Moja babcia była mroczna jak arka, ale pełna godności, mocy i miłości. Ładnie się śmiała.Taką ją widzę.
Dziadek uroczy i mądry, ale czy była z nim szczęśliwa? Może w człowieku za życia mieszka kilka dusz? Wiem, że śmierć Władeczka bardzo przeżyła, wszelkie doświadczenia rzutują na ostateczny kształt miłości w wieku dojrzałym. Miłość nie pojawia się "z niczego", jest konsekwencją całego ludzkiego życia. Uczucia nie łatwo dają się zamknąć w ramy ścisłego rozumowania. Jej mąż zginął od strzału w głowę. Egzekucją kierował Wasilij Michajłowicz Błochin, ten który zabił Tuchaczewskiego i tym tak bardzo się zasłużył NKWD. Potworna zbrodnia sowieckiej Rosji Stalina. Nikt nigdy tak nie zszargał godności człowieka. Bezmiar krzywdy i poniżenia. Krzyk babci jeszcze rozdziera ciszę.

Popatrz Zbyszku, na to zdjęcie. Od lat stoi na półce nad moim sekretarzykiem. Na to oprawione w starą brązową ramkę. To ślub Jadwisi i Władeczka. Są młodzi, uśmiechnięci, szczęśliwi, wkoło dużo gości. Koledzy majora w odświętnych mundurach.
Przywędrowało z Wilna z babcią, w małej, tekturowej walizce. Spoglądam na dziadków z rozczuleniem. Dziś patrzę na babcię Jadwigę odrobinę inaczej, już jej nie idealizuję i chyba bardziej rozumiem.

— To może kawy?

— A, tak kawy.

I robię kawę. Po kwadransie przynoszę filiżanki i ciasto. Czytamy pamiętnik dalej, od początku raz jeszcze.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4788

Jak zwykle jesienią

Post#2 » 3 kwie 2018, o 08:00

— Gdyby nie przedziwny splot przypadków nigdy by nie trafił w twoje ręce. Traf chciał, że właśnie w tym samym czasie przebywałem w Wilnie. Inwentaryzując stare włości, akurat musiałem zajrzeć do dawnego domu prababci. Pamiętnik został odkryty przez robotników w ramach przygotowań do kapitalnego remontu, w starym zakurzonym kufrze, ukrytym na strychu. Litwinka, obecna lokatorka oddała mi go, po tym jak przedstawiłem jej swój życiorys. Była bardzo życzliwa zapewniała, że dba o nasz dom. Dobrze pamiętasz prababcię Jadwigę? Założę się, że to wszystko o niej — zagaja.

(...)

— Babcia znana w okolicy, jako Jadwisia była wykształconą jak na owe czasy córką wileńskiego mieszczanina, właściciela sporego, prowadzonego wzorowo, zasobnego majątku i kawałka lasu gdzieś nieopodal Grodna. Sądząc po zachowanych zdjęciach była panną wielkiej urody, z bujnym blond warkoczem, niebieskimi oczami i cerą jak kość słoniowa. Piękne włosy miała aż do końca, wiązała je starannie w ciężki węzeł na karku. Dorastała u boku dwóch ubogich sióstr ciotecznych, Mety i Kluski. Grała na fortepianie, znała dwa języki, mogła bez reszty poświęcać się lekturom i pasji przyrodniczej. Pamiętnik zaczęła pisać mając lat szesnaście, a skończyła tuż po zamążpójściu, wtedy liczyła zaledwie dwadzieścia wiosen. Uczciwie mówiąc: ja w jej wieku tak jasno i bezpretensjonalnie pisać bym nie potrafiła. Babcia należała do panien, których uczono sztuki rozmawiania i pisania listów. Pisała nie tylko do rówieśnic, ale do osób starszych. Poza tym pisanie pamiętników było w modzie i musiały obowiązywać jakieś wzorce. Sądzę, że nie najgorsze i wcale niezacieśnione do panieńskiego światka. Pamiętnik podsuwa obyczaje epoki, intrygi towarzyskie, rytuały rodzinne, radości i klęski, poglądy i uprzedzenia, siły i zamiary, charaktery i sytuacje. Tym sposobem w pamiętniku znalazło się miejsce dla osób nam bliskich, nigdy jeszcze nieopisywanych: dla pradziadka Stanisława, na którego pogrzebie biły dzwony wileńskich kościołów, dla stryja Jana, którego zastrzelili bandyci, aż wreszcie dla ciotki Matyldy, która szukając swego niewiernego męża utopiła się w studni. Jest, więc i strasznie i śmiesznie, a mimo poważnych tematów pamiętnik dostarcza sporej dawki inteligentnej rozrywki. I to wszystko wzięte z własnych doświadczeń i zapisane ręką szczerej, młodziutkiej dziewczyny. Cóż za cudowne czytanie, nieco przegadane, ale jakże interesujące.


Nie przekonują mnie dialogi. Powyższy przykład sam w sobie dokładnie pokazuje, w czym rzecz.
Czuję straszny dysonans, bo treściowo ładny, przemyślany tekst i aż żal pisać, że stylistycznie tak się nie podoba; ale prawda jest taka, że nawet najlepszy pomysł opisany źle traci na odbiorze.
W tym tekście już nie tylko syn bohaterki, ale i sama bohaterka mówią, jakby recytowali lub cytowali, a że całość jest zbudowana na tej rozmowie, całościowo czyni ją nieprzekonującą. Tu mamy rozmowę matki z synem i wypada to wręcz karykaturalnie. Mało kto, nie oszukujmy się, dobiera tak starannie słowa, by wypowiedź brzmiała w ten sposób.

Lubię takie historie, przykryte kurzem, już wydające się prawie nierealne, gdy się ich słucha i zestawia z tym, jak świat wygląda teraz i jak pognał do przodu. Takie historie zasługują na najlepszą oprawę i dlatego tym bardziej czuć, że te dialogi są tak sztuczne - bo gdyby to był jakiś tekst o niczym ciekawym, przeczytałoby się, pomyślało, że to wszystko nie gra ze sobą, i poszłoby się myślami gdzieś dalej.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 108

Jak zwykle jesienią

Post#3 » 3 kwie 2018, o 09:43

Miło Cię gościć pod tekstem, Camenne.
Masz całkowitą rację, dialogi są do bani. Dziś napisałabym go inaczej i na pewno to wkrótce zrobię.

Pozdrawiam serdecznie :smiley:

Jola

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4788

Jak zwykle jesienią

Post#4 » 4 kwie 2018, o 13:42

Nie ma za co :)

Dziś napisałabym go inaczej i na pewno to wkrótce zrobię.

Myślę, że ta historia na to zasługuje :) Mam nadzieję, że wrzucisz nową wersję, gdy ją napiszesz, chętnie bym przeczytała.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 108

Jak zwykle jesienią

Post#5 » 5 kwie 2018, o 10:14

Na pewno, wrzucę. :smiley:

Pozdrawiam :smiley:

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości