Blizna

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 127

Blizna

Post#1 » 20 kwie 2018, o 14:09

Kto to wie, z jakiego powodu człowiek ma potrzebę zapisywania myśli, emocji. A jeśli jeszcze wzbudzi się jakieś uczucia u czytelników, to będzie dla mnie najwyższa nagroda :)

..................................................................................................................................



Dzień zaczął się wcześnie, gdy spojrzałam na budzik była punkt siódma. Nie chciało się wstawać, byłam nadal zmęczona, jakaś część mnie uporczywie trzymała się snu. Z kuchni dochodził radosny szczebiot Zosi, jak zwykle przekomarzała się z ojcem przy śniadaniu. Piękno krótkich wakacji jest przed nami, przypomniałam sobie, spuszczając powoli nogi z łóżka. Nie wiem, jak znalazłam się pod prysznicem. Woda była cudownie chłodna, po kwadransie wróciła przytomność umysłu.

Godzinę później siedziałyśmy już w naszym starym kombi. Zosia podskakiwała z radości na tylnym siedzeniu.

— Chyba postradałaś zmysły — powiedział Andrzej, spoglądając na mnie uważnie przez niedomkniętą szybę samochodu. — Powinnaś pobyć trochę sama, odpocząć od pracy i od nas. Rób jak chcesz, ale pamiętaj jedziesz na własne ryzyko.

— Miłego dnia. Pa! To tylko dwie godziny i będziemy na miejscu — odparłam i ruszyłam, nie oglądając się za siebie.

Długo czułam na plecach zatroskany wzrok Andrzeja, wiedziałam jak bardzo się niepokoi. Chyba miał rację.

Przez całą drogę musiałam być maksymalnie skupiona, oczy się kleiły, kark sztywniał. Robiłam wszystko, by Zosia nic nie zauważyła, nie chciałam jej martwić. Za wszelką cenę pragnęłam dotrzymać danej obietnicy, sprawić jej przyjemność, nic nie popsuć. Tak bardzo chciała pobyć tylko z mamą nad wymarzonym morzem. Zawsze ją fascynowało. Myśl, żeby ją zabrać ze sobą, wydała się kusząca.
Szybko dojechałyśmy na miejsce, ruch nie korkował ulic. W progu pensjonatu powitała nas Natalia. Dziarska, wesoła, nawet bardziej dobroduszna niż poprzedniego lata. W krzakach śpiewały ptaki, na podwórku harcowały koty, w oddali cudownie szumiało morze. Złożyłyśmy torby w pokoju i nie zwlekając, ruszyłyśmy przed siebie. Piaszczysta ścieżka prowadziła wprost nad morze. Idąc, byłam ciągle, jakby odrętwiała, mrużyłam oczy od silnego słońca, nie pomagały nawet ciemne okulary. Nie opuszczało wrażenie, że cały poranek piłam whisky, a nie kawę, bo wszystko, co widziałam było jakieś rozedrgane i miało, jakby intensywniejsze barwy. Od białej plaży dzielił nas szeroki pas wydm porośniętych ostrą trawą. Przejdzie. Wszystko przechodzi. Jakoś pokonasz te wydmy, próbowałam tłumaczyć sobie jak dziecku.
Rześkie, nadmorskie powietrze w końcu zrobiło swoje, krew zaczęła inaczej krążyć, powoli wracałam do żywych. Od dziecka, podobnie jak Zosia, uwielbiałam ten słonawy zapach i ten charakterystyczny, upojny szum w uszach.

— Wszystko w porządku, kochanie — wymamrotałam, ale moja córka na mnie już nie patrzyła.

Opędzała się od ważek, które latały wokół głowy jak formacja miniaturowych, błyszczących w słońcu helikopterów. Między stopami śmigały zastępy czarnych mrówek. Pojawiały się i znikały wśród kęp trawy i drobnych pachnących kwiatów, które wyrastały prawie na każdym skrawku ziemi.

Może ten nasz wyjazd to nie był taki zły pomysł, przemknęło przez głowę.

Obłoki leniwie snuły się po niebie niczym kłęby różowej waty cukrowej, były jak krzepiąca obietnica dobrego dnia. Spuszczony nieopacznie przez Zosię, z cienkiego sznurka, balon pospiesznie wspinał się do góry jakby po podniebnej drabinie. Uniesiony nagłym podmuchem wiatru zakreślił kółko i szybko zniknął w otchłani błękitnego nieba.

— Czy mój balonik do mnie wróci?

Słowa Zosi brzmiały jak wyrzut. Moja mała, cudowna mądrala, w szeleszczącej na ciepłym wietrze przydługiej sukience, była wyraźnie niepocieszona. W moich oczach gwałtownie szukała odpowiedzi na dręczące ją pytanie, a ja milczałam, wpatrując się w nią jak w lustro.

Rzeczywiście, córeczko jesteś młodszą wersją mnie. Nie zauważyłam, kiedy urosłaś, czas płynie nieubłaganie. W listopadzie skończysz pięć lat. Kiedy to minęło? Ilu jeszcze języków musisz się nauczyć, by zrozumieć rytm przypływów i odpływów, by odróżnić początek od końca. Jeszcze długo będziesz błądzić w labiryncie dziecięcych rozważań pomiędzy rzeczą, ideą, słowem, fenomenem i negacją. Czy mogłabym wędrować bez ciebie po niebie uwolnionym od ludzi, od ich pośpiechu, od zwykłego zgiełku? — pomyślałam.

Zosia trochę nadąsana krótką chwilę gryzmoliła coś kijkiem na piasku, po czym z ochotą puściła się przed siebie, zadzierając główkę ku niebu. W kącikach jej maleńkich ust znowu pojawił się promienny uśmiech. Obwieszczała światu bezgraniczne szczęście.
"Warto patrzeć w niebo, bo jest szansa, że zostanie nam w oczach trochę błękitu", przypomniałam sobie słowa ulubionego poety i rozmarzyłam się. Zosiu, w twoich niebieskich oczach na pewno jest jego nadmiar. Tkwimy tu obie, szczęśliwe na brzegu szmaragdowego morza. Możemy bez końca wpatrywać się w pędzone wiatrem chmury. Dzika plaża kładzie się u naszych stóp dywanem z drobnych kamyków, porozrzucanych jak biżuteria w ciepłym, bialutkim piasku. Sprawdzamy stopami rzeczywistość. Żartujemy, nic nie musimy kontrolować.

Zosia chwyciła mnie za rękę, skupiłam wzrok na naszych złączonych palcach. Przeskakiwanie na jednej nodze przez nastroszone kupki żwiru okazało się nie lada frajdą. Przyciągnęłam ją do siebie i pocałowałam w pachnące włosy. Moja dziewczynka. Pierś rozpierała mi duma. Spacerowałyśmy, trzymając się za ręce. Daleko za nami został zamglony kontur miasta.
Zapewne już nie śpi, jak zwykle tętni codziennością, a ja mam ciebie kochanie, nasze morze i tę cudowną ciszę przerywaną rytmicznie szumem fal uderzających o wysoki brzeg. Praca i związane z nią stresy zostały w innym świecie. Nie istnieje ani potem, ani przed. Jestem najszczęśliwszą istotą pod słońcem, dumałam cudownie rozprężona. I wtedy usłyszałam:

— Mamusiu, proszę popatrz!

Błogą ciszę rozdarł nieoczekiwany, rozpaczliwy krzyk Zosi. Drgnęłam. Jej twarz wykrzywiał grymas strachu, była blada, kuliła się. Zerwałam się na równe nogi, mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach. Przebiegłam wzrokiem każdy fragment wskazanego przez córkę obrazu.

— Co jest? Skąd na tym pustkowiu to dziwne zamieszanie? Czemu ten pies tak się miota i ujada?

Gdy zrozumiałam, aż dech mi zaparło. Nie było czasu na rozglądanie się. Po chwili już biegłam, gnana zwykłym ludzkim odruchem, tknięta niedobrym przeczuciem. Zosia ruszyła za mną, płacząc. Stopy nieznośnie grzęzły w piasku. Z wysiłku i zdenerwowania nie mogłyśmy złapać oddechu, musiałyśmy na moment przystanąć. Poczułam, że zasycha w ustach, wilgotnieją dłonie. Zosia przywarła do moich nóg.

— Zostaw psa!

Miałam ochotę krzyknąć, ale słowa uwięzły w gardle. Zrozumiałam, że nie wolno mi zdradzić żadnych emocji. Powinnam odzywać się spokojnym głosem, zapanować nad drżeniem rąk. Mogłam najwyżej okazać zaciekawienie, to byłoby nawet wskazane, ale nic ponadto — żadnego niepokoju, przejęcia.
Zmrużyłam oczy. Mężczyzna był młody, dobrze zbudowany, miał na sobie brązowy garnitur. To mnie zdziwiło. Obrzucił nas niechętnym spojrzeniem od stóp do głowy. Nie mogłam dostrzec koloru jego oczu, ale cały czas czułam intensywność jego wzroku. Klął, był wściekły. Widząc, że się zbliżam, że nie rezygnuję, wypuścił z rąk szary, zgrzebny worek i warcząc coś pod nosem, szybko oddalił się w kierunku pobliskich krzaków.

— Głupia suko, jeszcze tego pożałujesz!

Tylko tyle usłyszałam na pożegnanie. Mam go z głowy, stwierdziłam w duchu, ale nie byłam pewna, czy jest mi lżej, czy ciężej. Rozejrzałam się wokoło, zagryzając wargi.
Do grubego pnia samotnego drzewa był przewiązany czarny pies. Ledwo stał, trzęsły mu się wszystkie łapy. Biedne stworzenie rozdzierająco skamlało i szarpało się, próbując się uwolnić. Cierpiało okrutnie, z pyska psa ciekła ślina.

Oszalały męczennik! Ten potwór spętał mu szyję i nogi powrozem, a oczy zawiązał brudną szmatą!

Wstrząsający widok. Zesztywniałam, z oczu popłynęły łzy, jakby ktoś wbijał nóż w serce. Mechanizmy obronne puściły.
Nawet wiatr jęknął w gałęziach drzewa. Tyle zła! Niewiarygodne! Jak to wyjaśnię Zosi?
Z wrażenia chwiałam się na nogach, wibrowało w głowie. Zdezorientowana, jedną ręką nerwowo poprawiałam okulary, drugą usiłowałam przyciągnąć do siebie łkające dziecko.

— Nie wiem, co robić.

Powtarzałam to w kółko, starając się zebrać tłukące po głowie myśli. Nigdy, dotąd nie czułam się tak bezradna. Zostałyśmy na pustej plaży same: Zosia, ja, przerażona, ranna, czarna suka i dwa martwe szczeniaki. Dwa skurczone maleństwa to była zawartość porzuconego, szarego worka.

— O Boże! — jęknęłam. — Jak mogło dojść do takiego barbarzyństwa?

Przetarłam rękami mokre policzki, z trudem wracając do rzeczywistości.

— Czemu nam się to przydarzyło? Dam sobie radę! Muszę!

Przerażenie krępowało ręce, z trudem oddychałam. Modląc się o siłę, z ogromnym wysiłkiem udało się rozsupłać sznur, po chwili uwolniłam z uwięzi psa.Tylko smutny skowyt świadczył, że jeszcze żyje. Umęczona suka doczołgała się do worka, drapała go łapą, szturchała nosem, serce krajało się na ten widok, w uszach dudniło. Zosia stała skurczona jak zwierzątko, spoglądając w milczeniu, raz na mnie raz na psa. Nic dziwnego. Była w szoku, drżąca, napuchnięta od płaczu. Przytuliłam ją mocno, siląc się na najczulsze tony. Walenie własnego serca, mieszało się z gwałtownie bijącym pulsem Zosi.

— Wiesz, mamo...

Tylko tyle zdołała z siebie wydusić, patrzyła pytająco. Chyba nie umiałam właściwie odczytać tego spojrzenia. Cóż to za ciężar dla małego dziecka!, przemknęła pierwsza myśl. Pogłaskałam jasną czuprynkę.

— Tak, tak, córeczko, to takie trudne do zrozumienia — westchnęłam, usiłując się skupić.

Nagle coś zaszeleściło w zaroślach. Ocknęłam się. Szarpana niepokojem, zaczęłam przeszukiwać kieszeń spodni w poszukiwaniu komórki. Wcisnęłam numer z listy szybkiego wybierania i usłyszałam sygnał.

— Policja!


****

Kropla deszczu niczym lustro odbija wszystko, co spotka na swojej drodze. Jest jak maleńki obrazek namalowany ręką natury — niepowtarzalny, piękny, ulotny. Czasem przypomina łzę. Napotykając opór liścia, kropla rozpryskuje się na tysiące małych cząsteczek i przybiera jego barwę. Odcieni jest więcej niż na palecie Van Gogha. Ile? Nie zastanawiałam się. Bo i po co, tyle jest ważniejszych spraw! Pada letni deszcz. Ogarnia mnie nostalgia. Pachnie lawendą letnich godzin zatopionych w mroku.
Coraz rzadziej odzywają się we mnie tamte, niechciane wspomnienia. Chcę je wymazać z pamięci, ale okazuje się, że gumka jest ciągle brudna.
Uspakajam się, idąc przed siebie asfaltową ścieżką parku. Słyszę tylko szept kałuż, powolne stąpanie psa i własne, miarowe kroki. Gdy patrzę w oczy mojej czarnej suki, mam wrażenie, że ptaki milkną. Zosia z uporem twierdzi, że układają się do snu.
Zapomniałam Wam powiedzieć: Ona wabi się Blizna i nie odstępuje mnie nawet na krok.

Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014
Posty: 959

Blizna

Post#2 » 20 kwie 2018, o 21:49

Przyjemne opko, ładne opisy i refleksje, historia niestety często spotykana. Wydaje mi się, że zbyt pobieżnie potraktowałaś scenę uwalniania psa; brakuje mi też tutaj reakcji dziecka – można by to przedstawić w sposób „pedagogiczny”, pokazać, jak mała reaguje i uczy się rozumieć zło tego świata. Byłaby to wtedy świetna historia do czytania czy opowiadania dzieciom, chyba tylko trochę starszym niż pięcioletnie.

Nie wiem jak znalazłam się pod prysznicem.

Nie wiem, jak znalazłam się pod prysznicem.

Rób jak chcesz, ale pamiętaj jedziesz na własne ryzyko.

Rób, jak chcesz, ale pamiętaj, jedziesz na własne ryzyko.

Długo czułam na plecach jego zatroskany wzrok, wiedziałam jak bardzo się niepokoi.

Długo czułam na plecach jego zatroskany wzrok, wiedziałam, jak bardzo się niepokoi.

Z wszelką cenę pragnęłam dotrzymać danej obietnicy, sprawić jej przyjemność, nie chciałam nic popsuć.

„Za”

Myśl, żeby ją zabrać ze sobą wydała się kusząca.

Myśl, żeby ją zabrać ze sobą, wydała się kusząca.

Piaszczysta ścieżka, prowadziła nas wprost nad morze.

Zbędny przecinek (rozdziela podmiot i orzeczenie).

Miałam wrażenie, że cały poranek piłam whisky, a nie kawę, bo wszystko, co widziałam było jakieś rozedrgane i miało, jakby intensywniejsze barwy.

„Miałam – miało”: powtórzenie.
Przecinek po „widziałam”.

Jakoś pokonasz te wydmy, próbowałam tłumaczyć sobie jak dziecku.
Rześkie, nadmorskie powietrze w końcu zrobiło swoje, krew zaczęła inaczej krążyć, powoli wracałam do żywych. Od dziecka, podobnie jak Zosia, uwielbiałam ten słonawy zapach i charakterystyczny, upojny szum w uszach.

Powtórzone „dziecko”.

Opędzała się od ważek, które latały wokół jej głowy jak formacja miniaturowych, błyszczących w słońcu helikopterów.

„jej” niepotrzebne. Wiadomo o tym z kontekstu.

Spuszczony nieopacznie przez Zosię z cienkiego sznurka,

„nieopatrznie”

Uniesiony nagłym podmuchem wiatru zakreślił kółko i szybko zniknął w błękitnej otchłani błękitnego nieba.

Podejrzewam, że powtórzyłaś błękit świadomie, ale to nie brzmi najlepiej. Napisałbym: w błękitnej otchłani nieba.

W moich oczach gwałtownie szukała odpowiedzi na dręczące ją pytanie, a ja milczałam wpatrując się w nią jak w lustro.

W moich oczach gwałtownie szukała odpowiedzi na dręczące ją pytanie, a ja milczałam, wpatrując się w nią jak w lustro.

Urosłaś szybciej, niż mi się wydawało na porodówce.

Trochę nielogiczne. Może: Urosłaś szybciej, niż mogłam przypuszczać, leżąc na porodówce.

Nie zauważyłam, kiedy wydoroślałaś. W listopadzie skończysz pięć lat.

Pięć lat – ten wiek nie ma jeszcze wiele wspólnego z dorosłością.

Ilu jeszcze języków musisz się nauczyć, by zrozumieć rytm przypływów i odpływów, by odróżnić początek od końca.

W tym wypadku raczej nie ilu, ale jakich.

Jeszcze długo będzie błądzić w labiryncie dziecięcych rozważań pomiędzy rzeczą, ideą, słowem, fenomenem i negacją.

„będziesz”

Nie istnieje ani potem ani przed.

Nie istnieje ani potem, ani przed.

Dwa skurczone maleństwa to była zawartość porzuconego, szarego worka Powtarzałam to w kółko starając się zebrać tłukące mi po głowie myśli.

Dwa skurczone maleństwa to była zawartość porzuconego, szarego worka - powtarzałam to w kółko starając się zebrać tłukące po głowie myśli. („mi” - niepotrzebne)

Zosia z bijącym sercem patrzyła jak przeszukuję ręką kieszenie spodni.

Zosia z bijącym sercem patrzyła, jak przeszukuję ręką kieszenie spodni.

Napotykając opór liścia kropla rozpryskuje się na tysiące małych cząsteczek i przybiera jego barwę.

Napotykając opór liścia, kropla rozpryskuje się na tysiące małych cząsteczek i przybiera jego barwę.

Odcieni zieleni jest więcej niż na palecie Van Gogha.

Van Gogh to akurat zieleni za dużo nie używał; więcej żółci i błękitów.

Coraz rzadziej odzywają się we mnie tamte, niechciane wspomnienia. Chcę je wymazać z pamięci, ale okazuje się, że gumka jest ciągle brudna.

„niechciane – Chcę”: powtórzenie

Gdy patrzę w oczy mojej czarnej suki mam wrażenie, że ptaki milkną.

Gdy patrzę w oczy mojej czarnej suki, mam wrażenie, że ptaki milkną

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 127

Blizna

Post#3 » 20 kwie 2018, o 22:12

Tym razem zarumieniłam się, masz rację, kłania się interpunkcja. :placz:

Gorgiaszu, lubię Twoje komentarze. Masz rzadką umiejętność skłaniania do refleksji.

Kupuję Twój pomysł, zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie.

Wielkie dzięki i pozdrawiam gorąco :kocham3:

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Blizna

Post#4 » 21 kwie 2018, o 23:16

Bardzo kobiecy tekst i bardzo ładny.
Błedy wytknął Ci już Gorgiasz, więc ja pozostanę tyko przy pochwale.
Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 127

Blizna

Post#5 » 22 kwie 2018, o 10:00

Dziękuję za pojawienie się pod tekstem i miłe słowa. :kocham:
Domyślałam się, że jeszcze nie wyłapałam wszystkich błędów. :ech:

Pozdrawiam cieplutko.

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Blizna

Post#6 » 27 kwie 2018, o 10:43

Również z chęcią pochwalę. Czytając te wszystkie opisy, prawie usłyszałam szum morza i lekki, chłodnawy wiaterek. Bardzo przyjemne odczucie! Duże wrażenie zrobiła na mnie scena z psem, ale to chyba też dlatego, że każda krzywda zwierzaka wywołuje spore emocje. Gdzieś kiedyś usłyszałam, że gdy się chce, aby czytelnik znienawidził jakiegoś bohatera, to najprostszym sposobem jest zrobienie z niego osoby znęcającej się nad zwierzętami.

helka pętelka pisze:Zosia chwyciła mnie za rękę, a skupiłam wzrok na naszych złączonych palcach.

Tutaj trochę nie pasuje mi to "a".
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 127

Blizna

Post#7 » 27 kwie 2018, o 11:04

Miłe to co piszesz. Dziękuję :)

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Mr Bing i 2 gości