Klejnocik

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 127

Klejnocik

Post#1 » 1 maja 2018, o 08:44

Ugryzłam kolegę z ławki. Wiedziałam, że to okropne. No, nie mogłam się pohamować, nie kontrolowałam się i tyle. Irytowało, że Klejnocik tak potwornie się wstydził. Gdy coś próbował do mnie powiedzieć, jego twarzyczka przybierała kolor przejrzałego pomidora. Nie wiedziałam, co o tym myśleć, prowadziło to wprost do nieufności. Nikomu nie można wierzyć, tak mówiła babcia Halinka. I to nie było czcze gadanie, była najlepszą babcią na świecie i uczyła mnie życia. Sprawa nigdy by się nie wydała, gdybym nie spaliła buraka. Spuściłam oczy, ale nasza nauczycielka głupia nie była. Przyjęła moje wygibasy, ukłony i wzruszenia ramion z powątpiewaniem.

— Gówniaro, jeżeli jeszcze raz sprowokujesz Klejnocika, to wyrzucę cię na korytarz — powiedziała, nie odkładając swojego iPada.

Nie wytrzymałam, nikt mnie dotąd tak nie nazywał, nawet kochana babcia. Podniosłam wrzask. No i zrobił się mega problem, przybył dyrektor osobiście. Ależ miał posępną minę, gdy prowadził mnie korytarzem do swojego pokoju. Zamknął drzwi i wywiesił tabliczkę nie przeszkadzać. Oj, będzie przesłuchanko! Bałam się jak diabli. Na moje szczęście, tego dnia, to był jedyny incydent z udziałem nieletnich w naszej szkole i po przeprowadzeniu rozmowy dyscyplinującej z rodzicami zwolniono mnie do domu. Jednym plusem całej sytuacji był fakt, że Klejnocik następnego dnia nie przyszedł do szkoły. Zapadł się pod ziemię. Rozmydlił się. Nie pozostawił po sobie żalu, raczej ulgę.

****

Od tej pory miałam inne życie. Nie jest ono warte opowiadania, bo to odległa historia. Poza faktem, że mając niespełna 21 lat, postawiona przez życie pod ścianą, opuściłam dom i wyjechałam do Nowego Jorku: bez pieniędzy, bez przyjaciół, bez perspektyw. W kieszeni kilkanaście dolarów, a cały majątek stanowił prezent od matki — śnieżnobiały strój kelnerki. Na ziemi obiecanej zaczęłam wszystko od nowa. Ameryka to nie Ząbkowice. Musiałam wziąć życie w swoje ręce i przestać się mazać. Spełnię obowiązek i będę silna, i zdrowa. Nigdy nie obejrzę się wstecz. Będę artystką. Pokażę, na co mnie stać, postanowiłam.
Żeby mieć, za co żyć, zaczęłam pracę w księgarni. Przed jej zamknięciem chowałam się w toalecie, a później spałam na terenie sklepu, żeby zaoszczędzić na wynajmie mieszkania. W księgarni poznałam ciemnoskórego, legendarnego jazzmana Freda Smitha. Daleko mi było do niego, ale tworzyliśmy niezwykłą parę, napędzającą się do twórczych i życiowych poszukiwań. Przy nim obudziły się w tobie złe moce, skwitowała w liście babcia Halinka. To prawda, stałam się inna, nie tylko wizualnie. Inspirująca, ambitna i zamknięta w sobie jak butelka wyłowiona z morza po latach dryfowania w przestworzach, dobry surowiec na artystkę. Malowałam, nagrywałam płyty, których nikt nie słuchał, pisałam wiersze, które przeczytało może z 50 osób. Ale zwyczajnie robiłam to, co robiłam, bo musiałam, bo to było moje powołanie. Ten etap życia opisałam w dobrze przyjętej, sprzedającej się powieści. Napisałam ją w biegu, wydałam przez przypadek, do dziś dziwię się czytelniczemu sukcesowi. Nie opowiada jednej historii, jest trochę jak korkowa tablica, do której można przyczepić zdjęcia, notatki, pocztówki i listy miłosne do najważniejszego dla mnie mężczyzny, o którym już wspomniałam.

Nad moim pisaniem jeszcze długo unosił się duch Freda Smitha. Był taki piękny! Zmarł w 1994r, z przedawkowania, w wieku 45 lat. I choć od tej chwili minęły przeszło dwie dekady, nostalgia i żal za wspólnym życiem wcale nie osłabły, wciąż otaczały mnie te same brudne talerze i smaki. Miejsce Freda straszyło pustką, wiązało ciało, obdzierało z wiosennych marzeń. Towarzyszyli mi też inni zmarli, ojciec i babcia Halinka, którą śmierć dopadła niedługo po Fredzie. Po ich odejściu, zmienił się temat i nastrój mojej prozy— łkała w kącie. Zmieniła się też perspektywa, z której pisałam. Przelewałam na papier rozmyślania o codzienności, samotnych spacerach po plaży i Central Parku, przy kawie. Grałam na myślach słowem, wnosząc do opisywanej rzeczywistości intelektualny i poetycki punkt widzenia. Może to nie była wyjątkowa cecha, ale uważałam, że w epoce płytkiego ekshibicjonizmu może być niezwykłą wartością. Nie każdy zaakceptował przemianę, wydawcy byli odmiennego zdania. Mój świat pękł. Powoli garbiłam się po ciężarem zwracanych maszynopisów. Czasami paczka wracała, zanim zdążyłam wrócić z poczty. Raz odesłano mi kupkę popiołu. Chyba z Bogiem nie było mi po drodze. Nie mogłam się nadziwić jak to możliwe, że jeden początkujący pisarz dostaje milion dolarów, a inny musi wysłać w kosmos kotlet jagnięcy, żeby zwrócić uwagę na swoją książkę. Oczywiście mogłam się pocieszać, że Pasję Życia Irvinga Stone, zanim rozeszła się w 25 milionach egzemplarzy, odrzuciło 16 wydawnictw. Redaktorom zdarzało się nie docenić nawet noblisty — Panie Kipling, Pan po prostu nie umie posługiwać się angielskim. Odmawiając Nabokovowi publikacji Lolity, wydawca pokusił się o sugestię, żeby zakopać książkę gdzieś głęboko na jakieś tysiąc lat.
Świat wydawniczy odsłonił bezlitosne oblicze, pokazał, skąd się biorą bestsellery. Co robić? Uciec czy trwać w tym fachu, ogarniał lęk, że dom zajmą z powodu długów. Potrzebowałam kasy, kończyły się pożyczone od matki pieniądze. Nie poddałam się, nie zniechęciłam. Przeciwnie.
W głębi duszy wiedziałam, że dobry agent to podstawa. Przeczyta maszynopis, zreferuje, przekona wydawcę. Najlepiej zacząć trzy lata przed rozesłaniem książki. Napisałam e—maile do prawie wszystkich znajomych, z prośbą o ułatwienie kontaktu. Odpowiedź nie nadchodziła. W czerwcowy czwartek los się uśmiechnął, Leo Sen polecił właściwego człowieka. Niepozorny, lecz niezwykły, ma dobry węch, na pewno pomoże ci przerwać złą passę. Masz moje błogosławieństwo, oto adres.


****


Słońce się dopalało, a ja oczekiwałam na poleconego geniusza w małej restauracji blisko Central Parku. Zajęłam stolik dogodny do obserwacji, otwierając dla niepoznaki zeszyt z notatkami. Minął mnie o metr, rysopis się zgadzał. Zdradziła go twarz: ten sam rozbiegany wzrok, skwaszona mina, pod lewą pachą rulon z żółtej, ortalionowej kurtki. Myślałam, że z wrażenia zemdleję. To nie była żadna paranoja ani sen, przetarłam oczy, przede mną stał Klejnocik, we własnej osobie. O Boże! Nawet nie pamiętam jego imienia i nazwiska, maltretowałam umysł, wyciągając rękę na powitanie.

— Patti Szostak. Byliśmy umówieni — wyrzuciłam z siebie jednym tchem.

— Mike Erwan. Miło mi poznać.

W jego uścisku wyczułam nerwowe napięcie, ale przyglądał mi się uważnie, rozrywając zimnym wzrokiem na części pierwsze. Co sobie wyobrażasz buraku z zadupia. Nie tak prędko, pomyślałam i ostentacyjnie zaciągnęłam zamek błyskawiczny w żakiecie.

W drzwiach do sedna wisi kotara z uprzedzeń i referencji, wystarczy ją odsunąć, przemknęła mętna myśl. Chyba to fragment jakiegoś wiersza? Nieważne. Pomogło. Ewakuowałam z siebie wariatkę, ale sytuacja nie ułatwiała sprawy.

— Mike, znikłeś bez śladu. Siedzieliśmy w jednej ławce, w szkole, w Ząbkowicach, pamiętasz? Szrama na policzku to moje niechlubne dzieło!

Wziął głęboki oddech i spojrzał podejrzliwie.

— Nie przypominam sobie. Skleroza. Ale dziękuję, że pani przyszła — wysapał słabym głosem, czerwieniąc się po czubki uszu.

Po czym, bez pytania, usiadł naprzeciwko, nie zdejmując czapki i dalej się gapił.

— Nasze spotkanie to przypadek, tak? — warknęłam.

To było silniejsze ode mnie, nie wytrzymałam, na śmierć zapominając o tolerancji. Kiedyś babcia wyjawiła mi jej tajemnicę. Tolerancyjni są ludzie bez moralnego kręgosłupa, mówiła. — Wyrozumiali są ci, którzy mają coś na sumieniu. Tolerancja i wyrozumiałość to siostry słabości. Klejnocik westchnął, jakby słyszał moje myśli. Siedział zasępiony, patrząc w swoje smutne oblicze w szybie. Gdy się odwrócił, spoglądając prosto w oczy, przeszył mnie dziwny dreszcz. Podziałało jak chluśnięcie lodowatą wodą, przestałam się rzucać. Niepojęte!

— Wierzysz w przypadki? Ty, człowiek rozumu? Z pewnością, to wszystko nie mieści się w głowie, ale darujmy sobie złośliwości, już czas, bierzmy się do pracy. Chcę wiedzieć o tobie jak najwięcej — wychrypiał.

Uśmiechnęłam się, ale zaraz spoważniałam. Ostatnie wyplute przez Klejnocika zdanie wysoce mnie zaniepokoiło, ale machnęłam ręką, nie tracąc czujności. Klejnocik nie przestawał mówić, wypytując o wszystko. Gdy dotarła do nas kelnerka, w popłochu zamówiłam butelkę wody i lód, ocierając kroplisty pot z czoła. Nawet pohukiwanie zegara nie zagłuszało dotkliwego szumu w skroniach.

— Do tego pytania będzie pasowała woda mineralna. Dobry wybór — oznajmił krótko.

— A jakie to pytanie? — wydukałam, przełykając gulę w gardle.

— Czy masz słuch muzyczny?

Kompletny brak zdolności interpersonalnych, pomyślałam. Klejnocik wykazał się refleksem, dolewając mi do szklanki wody. Duży łyk zimnego płynu okazał się nieoceniony.

— Co ma muzyka do pisania? — zapytałam, wzruszając ramionami.

— No cóż, moja droga, pisanie powieści to jak improwizacja w jazzie. Nie pyta się jazzmana, co pan zagra? Ma jakiś motyw, serię akordów, na którą musi mieć wzgląd, ale potem bierze trąbkę czy saksofon i zaczyna. To kwestia pomysłu. Daje raczej wyraz różnym wewnętrznym rytmom. Czasem wychodzi to dobrze, czasami nie.

Taka była odpowiedź w telegraficznym skrócie. Szybko okazało się, że Klejnocik to postać niebanalna. Mówił o nawykach, przyzwyczajeniach, o rutynie i o tym, co przeszkadza w procesie pisania.

— Patti, będę bezlitosny — mówiąc, otwierał usta, jakby chciał zjeść dzień. — Zdradzisz swoje metody pracy? Czy masz marzenia? Czy męczą cię tak, że musisz się ich natychmiast pozbyć? — pytał, nie dając odetchnąć.

To już była perfidia.

— Och — zaczęłam, patrząc niepewnie. — Dopóki tego nie zrobię, nie zaznaję spokoju. Wszystko odstawiam na bok — honor, dumę, przyzwoitość, bezpieczeństwo, szczęście — byle napisać książkę. Gdybym musiała okraść swoją matkę, też bym to zrobiła. Jestem zdyscyplinowana, dzięki przyjemności, którą czerpię z pracy. Zaczynam od kubka gorącej kawy. Najlepiej pracuje mi się w określonych godzinach, zwykle między dziesiątą rano, a pierwszą po południu. Nie mam szczególnych wymagań, żadnego wielkiego, bajecznego biurka ani pokoju o ścianach wyłożonych korkiem.

Teraz już wiedział, nawet próbował się uśmiechnąć. W oczach poczułam gorącą wilgoć. Poza tym ból głowy właśnie dał o sobie znać jak łódź atomowa wynurzająca się z głębiny, przyprawiał o mdłości. Zniecierpliwienie sięgało szczytu, kiedy aplikował mi swoją magiczną tabletkę.
To wszystko ociera się o obłęd, pomyślałam na godzinę przed zamknięciem restauracji.

Klejnocik, do końca, uparcie trzymał się swojego, podchodząc do sprawy nadzwyczaj serio. Zamówił kolejne dwie butelki wody, wyciągając z torby parę opasłych tomów, które co chwila wertował, jakby poszukując potwierdzenia dla swoich intencji. Odzywał się tyle ile trzeba, nie zadawał więcej pytań, z kamienną twarzą ignorując wszelkie zaczepki. Nie od razu zajął się książką, za to zabrał się za mnie, z godną podziwu gorliwością.

—Jeśli coś przychodzi łatwo, to nie daje satysfakcji[/i], powtarzał.

Pojawiał się i znikał w toalecie, to cholernie irytowało. Na pożegnanie powiedział, że jest przeciwny wszelkim edytorom tekstu, ponieważ sprawiają wrażenie, że rzeczy wyglądają na skończone o wiele za wcześnie. Pisaniu powinno towarzyszyć wrażenie wykonywania pracy tradycyjnej, niepozbawionej wysiłku — dodał.
Czułam się dziwnie, nie opuszczały złe przeczucia. Nie myliłam się, Klejnocik wkrótce miał okazać się prezentem od losu, odmieniającym moje życie.

***


Z założenia to miała być wspólnota intencjonalna, nastawiona na ciężką pracę i kontemplację. Oczekiwałam, że Klejnocik okaże się odizolowanym od świata geniuszem, kimś naprawdę niezwykłym.

— To zaszczyt dla mnie — powiedział trochę za głośno, stając na drugi dzień w progu mojego mieszkania.

Byłam zachwycona, przepełniona nadzieją, ale już po tygodniu nastąpiła głęboka przemiana, radosny szok prysnął bez śladu. Sprawa okazała się poważna. Pojawiły się: frustracja, złość, niepewność. Oczami wyobraźni widziałam siebie siedzącą za biurkiem, w punkcie doradztwa prawnego.

— Przeczytaj, popraw, sprawdź — namawiał, by nie powiedzieć zmuszał.

Nie tak sobie wyobrażałam naszą współpracę, ale ważne było spojrzenie drugiego człowieka, więc nie broniłam się. Pracowałam w pocie czoła, zmieniając styl pisania, detale, koncepcję. Z niczego nie rezygnowałam, cały czas skupiona i uważna, jakbym czytała jakąś wielką, mądrą księgę.

— Co o tym sądzisz? — zapytał, gdy kończyłam pisać kolejny rozdział. — Pamiętaj trzymanie się koncepcji to najtrudniejsza sprawa.

Tak, to Klejnocik wytyczał ścieżki, nie owijał w bawełnę, niczego nie lukrował.

— Nie zdrabniaj! Nie kłam, to się zemści! Taka łatwizna jest w złym guście! Rób takie książki, które sama chciałabyś kupować.

Padały argumenty najgrubszego kalibru. I tak w kółko, ale gdy gasłam on ponownie wysyłał promień.

Wielkimi krokami nadszedł słotny listopad i wreszcie:

— Wydaje mi się, że już nic nie sprawi nam kłopotu — usłyszałam.

W tym momencie moje oczy spoczęły na tablicy korkowej wiszącej nad biurkiem.Tętno przyspieszyło, zakryłam usta rękami. Klejnocik przypinał do niej świeże notatki z setką, a może tysiącem nowych pomysłów. Zagryzłam wargi i rzewnie płacząc, uciekłam swoim starym samochodem, gotowa skończyć ze sobą raz na zawsze. Przeszło miesięczna męka to było za dużo, nawet jak dla mnie. Przyznaję, miałam zamiar skoczyć z pobliskiego Brooklyn Bridge — jednego z najstarszych mostów wiszących na świecie. Mike wysłał za mną patrol policyjny jak za piratem drogowym. Do dziś, nie wiem, jakich użył argumentów.

— Niedoszła samobójczyni, wstyd — zakpił, owijając starannie kocem.

— Słyszałam, że jesteś postacią barwną — odpowiedziałam, ze łzami w oczach. — Ale nie spodziewałam się, że aż tak barwną.

Pomyślałam: trudno najwyżej nigdy się nie uda, zaryzykuję absolutną klęskę. Ostatecznie mało komu w życiu się udaje. Gdy będę umierać, przynajmniej nie będę mogła sobie sobie wyrzucać, że nie próbowałam.

Rzuciłam się w wir pisania. Działam w trybie przetrwania, usiłując przetrzymać jeden dzień za drugim. Tak minęła jesień i zima. Nadeszło gorące lato. Skrajnie zmęczona ubzdurałam sobie, że będzie moim wybawieniem i nareszcie odpocznę.

Któregoś ranka, przyszyło mi do głowy ruszyć się na piknik. Uklękłam na piasku, ocean cudownie lizał stopy, wokoło dreptały mewy, wzdłuż plaży rybacy wyciągający z wody złotawe ryby. Boże, właśnie tego potrzebuję.
Po godzinie przyjechał swoim pomarańczowym autkiem i wszystko straciło smak. Z daleka było słychać jego krzyki. Nie mógł przestać! Nie mógł, wywołując wibracje w sieci neuronów. Cała drżałam. Ujął moją dłoń i powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu.

— Powieści nie pisze się ot tak. Pracuj tak długo, dopóki nie poczujesz czegoś na kształt uderzenia prądu.

— No dobra — westchnęłam, posyłając zbolały uśmiech.

Nie słuchał tłumaczeń, zabrał do domu, tylko w kąpielówkach. Nowy biustonosz przepadł wraz z resztą ubioru.

— To hańba, że paradujesz bez bielizny, odezwał się łagodnie. — To była tylko podróba — dodał, choć było widać, że biustonosz jest oryginalny.

Pędziliśmy obwodnicą. Ledwie starczało czasu, by zauważyć oszałamiające piękno przyrody.

Kiedy radio podało o zbawiennym działaniu kota postanowił sięgnąć po ten środek uspakajający. Sęk w tym, że zakupione zwierzątko wydawało się zepsute — nie działało. Aż do dnia, kiedy praktyczny Klejnocik uzyskał od weterynarza instrukcję obsługi kota... I wtedy nastąpiła zaskakująca przemiana — na dotąd ponurej twarzy Klejnocika pokazał się uśmiech.

— Nie ma tu smoków i księżniczek, zapamiętaj raz na zawsze — oświadczył, gdy porażona niezwykłym widokiem, opuszczałam na podłogę hołubioną przez lata butelkę drogiego wina.

Szybko w oczach Klejnocika pojawiła się czułość, ale udawałam, że tego nie widzę.

Interesy— mówiłam do siebie, nawet gdy posadzka pod prysznicem parzyła kolana.

Gdy brałam się za pisanie, tworząc fabułę, obchodził się ze mną jak z jajem, chodził na palcach niczym baletnica. Nie robił wyrzutów, gdyż wiedział, że jedno źle wybrane słowo może doprowadzić do zawalenia się całej budowli.

— Chcę, żebyś była szczęśliwa, powtarzał, otwierając na oścież okno.

Opisując marzenia, podzieliłam je na pół, aby słodyczą zalać smutek.

— Tak objawia się olśnienie — wyszeptał lakonicznie.

Uczyłam się jak być rozpoznawalną w metrze i sztuki udzielania wywiadów.

— Wszystko zależy w jakiej ramie ogląda się wydarzenie — podsumował moje wysiłki.

Odkrywanie nowych światów w internecie straciło dawny urok, bo emituje pobudzające niebieskie światło, tłumaczył. Na dodatek zużył baterię w laptopie i nie zaprzątał sobie głowy ładowaniem.

— Dlaczego nie piszesz ręcznie? Dlaczego zatraciłaś tę jakże przydatną umiejętność?

Klejnocika cieszyła celowość mojego pisarskiego wysiłku, był inteligentnym strategiem. Przynosił prezenty: bransoletki, filmy, które sprawiały, że się rumieniłam, bieliznę uszytą z trzech sznurków i malutkiego kawałka koronkowego materiału. A może to była aluzja erotyczna? Trudno było wyczuć, co mu chodzi po głowie.

Poświęcałam mu cały czas, nikt nam nie przeszkadzał. Przyjaciele byli daleko. Jedyną rozrywką, na jaką sobie pozwalałam, było rozegranie meczu tenisa we własnej wyobraźni, co zresztą opisałam w kilku miejscach. W domu pachniało pierogami z kapustą i cebulką. Kawę i pączki zamawialiśmy przez internet. W uszach dźwięczały słowa. Rozumiałam, kiwałam głową. On patrzył na mnie, ja na niego. Zajęcia jak rozbłyski światła, mrok weekendów, potem znowu światło. Wakacje w mieszkaniu i galerii, czułam się jak ryba w akwarium. Dobijała tęsknota za zanieczyszczonym powietrzem, hałasem, dudnieniem ulewnego deszczu, chrzęstem żwiru pod butami.
Dlaczego uważasz, że jestem niegodna przyjemności, kiedy nie różnię się niczym od innych? Mnie to boli. Wiem, że ciebie też, Klejnociku. Czy naprawdę tego chcesz? Takie i inne myśli zaprzątały mi głowę w tajemnicy przed całym światem.

Spaliśmy w jednym pokoju. Oczywiście, on na łóżku polowym pod kocem. Zgodziłam się dyplomatycznie, więc nie mogłam mu mieć za złe. Na godzinę przed ciszą nocną przesuwał dłonią po moich plecach, rozsuwał pośladki aż przechodziły ciarki. Czułam jego zniecierpliwiony oddech i wzrastającą temperaturę ciała, utrudniającą wieczorną hibernację. Dążył uparcie do konkretu, stawał na wysokości zadania, zaspakajał potrzeby. Odpłacałam mu radością.Interesy, myślałam.

W Święto Dziękczynienia postawił na stole wielką parującą miskę i ciasto dyniowe. Bez szemrania wcinałam szpinak, gotowaną na parze marchew i miksowany zielony groszek. Trwało to w nieskończoność. Żułam i żułam aż rozbolały szczęki. Pod koniec kolacji już tylko połykałam. Prawdopodobnie tak wygląda wąż pochłaniający szczura. Ohyda!

— Przepraszam — powiedział z pełnymi ustami makaronu. — Na początku nikt tego nie lubi. Po kilku razach zrozumiesz.

Posłałam przeszywające spojrzenie, ale zamilkłam, gdyż miałam ogromną ochotę na indyka. Postanowił, że wpierw pożrę górę sałaty, zanim pozwoli mi na coś tłustego. Kiedy skończyłam jeść, odezwał się z powagą w głosie:

— Lubię cię, Patrycjo Szostak. Jesteś zaskakującą istotką.

Wstał i zostawił do posprzątania talerz i okruchy na podłodze. Szok, grom z jasnego nieba! W za ciasnych spodniach czułam się jak w pasie wyszczuplającym.

— Nie oddychaj zbyt głęboko — w porę przestrzegł.

Zaśmiałam się, chyba po raz pierwszy od wielu tygodni, gotowa zrobić wszystko. Przede mną całe życie, przecież obiecał, że już wkrótce będę wolna.


****

Nie minął rok jak wyszłam cało z literackiej opresji, skłonna uwierzyć, że dwoje młodych nowojorczyków, o kompletnie odmiennych temperamentach i wspólnej książkowej pasji, jest zdolna postawić na głowie wydawniczy świat Nowego Jorku. Klejnocik mnie ocalił. Wokół mojej książki zrobiło się gorąco, oferty spływały jedna po drugiej. Książka okazała się bestsellerem, osiągając szczyt listy New York Timesa.

Aktualnie pochłania mnie pisanie nowej powieści. Książka jest dziennikiem cichej, niewypowiedzianej wojny, którą nastoletnia Patrycja toczy z konwenansem, oczekiwaniami rodziny i szkoły, tradycyjnymi rolami przypisywanymi dziewczynkom w konserwatywnym grajdołku małego miasta. Jedynie Klejnocik dziwak i outsider, kolega ze szkolnej ławki przywraca dziewczynce wiarę we własny intelekt i wspiera jej aspiracje.

— Taką masz pracę, musisz pisać. To obowiązek, mus i powinność — rozległo się z łazienki. — Właśnie biorę prysznic! Kończę, będę za sekundę.

Słyszałam jak prycha i dyszy. Po chwili wyszedł w samym ręczniku, jeszcze z jego ramion unosiła się para. Ostatnio nie poznaję mojego Klejnocika, jest chudszy i bardziej wątły, wręcz wymizerowany. Ogromny wysiłek odcisnął się na jego ciele, żyły na szyi nabrzmiały, nabierając niebieskiego koloru, ale przez twarz przemyka cień zrozumienia, w ułamku sekundy pojmuje to, co skrywa moje wnętrze.

Wstałam, podbiegłam i pocałowałam go głośno w policzek.

— Och! Jesteś taka śliczna — powiedział, obejmując mnie w pasie.

Mali przyjaciele mogą okazać się wielcy..., pomyślałam.

Tagi:

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Klejnocik

Post#2 » 2 maja 2018, o 11:33

Przeczytałam, ale nie do końca wiem, co powiedzieć o tekście. Chyba nie za bardzo rozumiem, o co chodziło, bo było sporo niedopowiedzeń oraz słaby (jak dla mnie) obraz bohaterów. Byli, rozmawiali o powieści, przy okazji trochę romansowali, ale wszystko to było tak tajemnicze i wplecione między słowa, że właściwie niczego nie jestem pewna. Ale przyjemnie mi się czytało, zawsze lubię słuchać o trudach innych ludzi podczas pisania. :D

helka pętelka pisze:Gdy coś próbował do mnie powiedzieć jego twarzyczka przybierała kolor przejrzałego pomidora.

Brakuje przecinka: Gdy coś próbował do mnie powiedzieć, jego twarzyczka przybierała kolor przejrzałego pomidora.

helka pętelka pisze:Sprawa nigdy, by się nie wydała, gdybym nie spaliła buraka.

O przecinek za dużo: Sprawa nigdy by się nie wydała, gdybym nie spaliła buraka.

helka pętelka pisze:Jednym plusem całej sytuacji, był fakt, że Klejnocik następnego dnia nie przyszedł do szkoły.

O przecinek za dużo: Jednym plusem całej sytuacji był fakt, że Klejnocik następnego dnia nie przyszedł do szkoły.

helka pętelka pisze:Musiałam wziąć życie swoje w ręce i przestać się mazać.

Nie za bardzo mi to brzmi, może lepiej tak: Musiałam wziąć życie w swoje ręce i przestać się mazać.

helka pętelka pisze:Spełnię obowiązek i będę silna i zdrowa.

Brakuje przecinka: Spełnię obowiązek i będę silna, i zdrowa.

helka pętelka pisze:I choć od tej chwili minęły przeszło dwie dekady, nostalgia i żal za wspólnym z nim życiem wcale nie osłabły, wokoło otaczały te same brudne talerze i smaki.

Tutaj też mi zgrzyta, zmieniłabym: I choć od tej chwili minęły przeszło dwie dekady, nostalgia i żal za wspólnym życiem wcale nie osłabły, wciąż otaczały mnie te same brudne talerze i smaki.

helka pętelka pisze:Oczywiście mogłam się pocieszać, że Pasję Życia Irvinga Stone,a zanim rozeszła się w 25 milionach egzemplarzy, odrzuciło 16 wydawnictw.

Oczywiście mogłam się pocieszać, że Pasję Życia Irvinga Stone'a zanim rozeszła się w 25 milionach egzemplarzy, odrzuciło 16 wydawnictw.

helka pętelka pisze:Świat wydawniczy odsłonił bezlitosne oblicze, pokazał skąd się biorą bestsellery.

Brakuje przecinka: Świat wydawniczy odsłonił bezlitosne oblicze, pokazał, skąd się biorą bestsellery.

helka pętelka pisze:Uciec czy trwać w tym fachu, ogarniał lęk, że dom zajmą z powodu długów.

To zdanie bym podzieliła: Uciec czy trwać w tym fachu? Ogarniał mnie lęk, że dom zajmą z powodu długów.

helka pętelka pisze:Niepozorny lecz niezwykły, ma dobry węch, na pewno pomoże ci przerwać złą passę.

Brakuje przecinka: Niepozorny, lecz niezwykły, ma dobry węch, na pewno pomoże ci przerwać złą passę.

helka pętelka pisze:— Nie przypominam sobie. Skleroza. Ale dziękuję, że pani przyszła — wysapał słabym głosem, czerwieniąc się po czubki uszu

Brakuje kropki na końcu zdania.

helka pętelka pisze:I tak w kółko, gdy gasłam on ponownie wysyłał promień.

Brakuje przecinka: I tak w kółko, gdy gasłam, on ponownie wysyłał promień.

helka pętelka pisze:Nadszedł listopad i wreszcie

I co wreszcie? :D Chyba końcówka zdania gdzieś się zapodziała.

helka pętelka pisze:Spojrzałam nieśmiało na tablicę korkową wiszącą nad biurkiem.

Brakuje przecinka przed imiesłowem.

helka pętelka pisze:Właśnie przypiął do świeże notatki z setką, a może tysiącem nowych pomysłów.

Powinno być chyba „przypiął do niej”.

helka pętelka pisze:Z byle, jakiego, bym nie skoczyła, to tak na marginesie.
Do dziś, nie wiem jakich użył argumentów.

Za dużo przecinków: Z byle jakiego bym nie skoczyła, to tak na marginesie.
Do dziś nie wiem jakich użył argumentów.

helka pętelka pisze:Któregoś ranka przyszyło mi do głowy ruszyć się na piknik, by rosę poprosić o spokój1. Uklękłam na piasku, ocean cudownie lizał stopy.

Tutaj jest fragment, którego nie rozumiem. Bohaterka chciała poprosić rosę o spokój, ale poszła na plażę, więc może lepiej powiedzieć, że poszła poszukać spokoju w morskich falach czy czymś w tym rodzaju? Chyba że to jakaś nieznana mi metafora.

helka pętelka pisze:Kiedy radio podało o zbawiennym działaniu kota, postanowił sięgnąć po ten środek uspakajający.

Może lepiej: Kiedy radio podało informację o zbawiennym działaniu kota, postanowił sięgnąć po ten środek uspakajający.

helka pętelka pisze:Czułam jego zniecierpliwiony oddech i wzrastającą temperaturę ciała utrudniającą wieczorną hibernację

Brakuje przecinka: Czułam jego zniecierpliwiony oddech i wzrastającą temperaturę ciała, utrudniającą wieczorną hibernację

helka pętelka pisze:Pod koniec kolacji, już tylko połykałam.

Za dużo przecinków: Pod koniec kolacji już tylko połykałam.

Generalnie dużo przygód z tymi przecinkami. :D
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 127

Klejnocik

Post#3 » 2 maja 2018, o 15:14

Dziękuję za czytanie. :) Twoje sugestia mnie przekonała, pochylę się nad interpunkcją. :)

Serdeczności :)

Jola

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości