Docent Bob

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Konrad Mazur
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 104

Docent Bob

Post#1 » 4 miesiące temu (7 maja 2018, o 00:35)

Urodziłem się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku w Tallinie, który był wtedy częścią wielkiego, niezwyciężonego Związku Radzieckiego. Rodzice moi mieszkali na ulicy Vildee tee, blisko parku, do którego zaprowadzali mnie na spacery, kiedy już troszkę podrosłem. Normalna rodzina, bez jakichś patologii czy awantur, wymagających interwencji milicji. Mieszkała z nami babcia, która zmarła gdy miałem sześć lat. Wiąże się z nią pewna historia niezwykła, gdyż widywałem ją później w odbiciu luster, kątem oka dosłownie i strasznie mnie to przerażało. Babcia nie była sobą na tych odbiciach, bo jej twarz była cała biała i miała takie wielkie usta, rozwarte w krzyku. Rodzice nie wierzyli mi, mówiąc, iż to jakieś urojenia małego chłopca. Siostra tylko nie była sceptyczna, bo też kilkakrotnie zobaczyła babcię, ale nie zwierzała się z tego rodzicom. Zresztą, w ogóle mało mówiła, gdyż była upośledzona na umyśle w stanie lekko średnim i mama musiała ją zaprowadzać do specjalnej szkoły dla chorych dzieci, przy ulicy Lossi. Po roku czasu przestałem widywać babcię w lustrach.
Gdy wystarczająco podrosłem, zacząłem chodzić do szkoły. Wpierw podstawówka na Akadeemia tee, później szkoła zawodowa o profilu monter-elektryk.W międzyczasie zapisałem się na boks i nawet odnosiłem jakieś lokalne sukcesy, wygrywając dwa turnieje młodzików o puchar mera Tallina. Byłem szybki, silny i miałem mocny cios prawą ręką. Na ulicy często się biłem, z sukcesami i miałem przez to poważanie u starszych kolegów, którzy kontrolowali tą część dzielnicy miasta. Oprócz boksu, interesowałem się troszkę aktorstwem, chodziłem czasami na próby lokalnego teatru w Miejskim Domu Kultury. Wystąpiłem raz w małej roli na scenie, jako Aleksiej Michajłowicz, w sztuce Maksima Gorkiego "Matka". Trema była większa, niż przed pojedynkami w ringu, więc dałem sobie z tym spokój. Żaden ze mnie aktor, mówiłem sobie, gdy ostatni raz opuszczałem mury Domu Kultury, żegnany przez nikogo.
A potem miałem sprawę na milicji, bo złapano mnie, z kolegą Jaanem Kaalepem, gdy malowaliśmy na ścianie naszego bloku, antysocjalistyczne napisy, szkalujące nasz Związek Radziecki. Groziło mi dwa lata poprawczaka, ale wstawił się za mną nauczyciel matematyki ze szkoły zawodowej. Lubił mnie, bo jako jedyny z klasy potrafiłem poprawnie używać liczydeł i umiałem mnożyć "pod kreskę". Dzięki temu miałem tylko dozór milicyjny i założoną kartotekę na komisariacie, jako chuligan i ewentualny "antysystemowiec" oraz "wywrotowiec". Z klubu bokserskiego wyrzucili mnie bez podania konkretnych powodów. Nie potrzebowali tam kryminalisty, jak oznajmił mi ojciec, gdy pierwszy i ostatni raz podniósł na mnie rękę, lejąc ciężkim, skórzanym pasem po plecach. Dobrze, że chociaż szkołę ukończyłem i zdałem jakoś egzamin praktyczny na elektryka. Do dzisiaj nie wiem dokładnie, co we mnie wtedy wstąpiło, że pomazałem tą ścianę wrogimi napisami o ZSRR? Wypity w tym dniu alkohol i młodzieńcza fantazja nie są sensownym wytłumaczeniem. A może są? Takie to były dziwne czasy.
Dalsza nauka nie była mi już w głowie, toteż upomiała się o mnie Armia. Dwa lata spędziłem w II batalionie piechoty, stacjonującym w Polvie. Wojsko jak wojsko. Dało mi mocno w kość, wyszedłem stamtąd silniejszy psychicznie i fizycznie. Nie byłem jeszcze skory do podjęcia pracy zarobkowej, chciałem się wyszumieć, zabawić, lekko pożyć. Wciągnął mnie kumpel do lokalnego gangu. Trochę przypadkiem, trochę sam szukałem kontaktu z nimi. Imponowało mi ich szastanie pieniędzmi, łatwe dziewczyny i szemrane interesy, robione z dozą ryzyka. Potem, dzięki bezwzględności i szczęściu, staliśmy się największą grupą przestępczą w Tallinie, a ja awansowałem do pierwszego szeregu zaufania bossów. Pech chciał, że zadarliśmy z mafią rosyjską, składającą się ze zbirów przeróżnej maści. Byli żołnierze z jednostek specjalnych, tępe osiłki, psychopaci, zdolni fałszerze i genialni analitycy zbrodni. Przejęliśmy ich strefy wpływów w trzech podziemnych kasynach stolicy i kilkanastu agencjach towarzyskich (mówiliśmy na nie "burdele", z pogardą dla kurew tam zatrudnionych). Wybuchła wojna gangów, w której zginęło ponad stu ludzi. Milicja wiedziała może o dwudziestu trupach. Reszta leży do dziś na dnie zatoki Tallińskiej, bądź w jeziorze Ulemiste. Anonimowe ofiary, normalne koszty poniesione w konflikcie. Jako człowiek obeznany z bronią, bo w wojsku nieźle wychodziło mi strzelanie i obsługa AK-47, często występowałem w roli egzekutora, w zasadzkach i akcjach zbrojnych. Wokół mnie latały kule, podniecało mnie to, taka nagła perspektywa śmierci.
Wojna z ruskimi skończyła się zgniłym rozejmem. Na naszą niekorzyść, bo straciliśmy wszystko, a zyskaliśmy spokój i względną neutralność ze strony Mafii. Milicja zinfiltrowała naszą grupę, spędziłem 10 lat w ciężkim więzieniu Rummu, gdzie pracowaliśmy przy wydobywaniu wapnia. Wtedy też straciłem wszelkie kontakty z rodziną. Nawet nie wiem, czy moi rodzice jeszcze żyją, czy siostra gdzieś przebywa? Nie szukałem i nie szukam kontaktu. Zerwanie przyszło z ich strony.
W więzieniu dochodziło do wielu bestialstw i sytuacji niebezpiecznych. Siedzieli tu skazańcy z całego prawie bloku sowieckiego. Różnego rodzaju zdegenerowani przestępcy, wśród których prym wiedli białorusini. Wyjątkowe bydlaki i szaleńcy bez strachu. Podczas mej odsiadki w tym miejscu, zginęło w różnego rodzaju wewnętrznych konfliktach, pięćdziesięciu siedmiu więźniów. Z czego trzynastu to byli moi przyjaciele i członkowie z byłego gangu. Trzy razy otarłem się o śmierć, przy nieudanych próbach zamachu na moje życie. Pobyt tutaj to była prawdziwa szkoła przetrwania. Prawie wszystko wymazałem już z pamięci, bo inaczej bym zwariował.
Po wyjściu z Rummu imałem się różnych zajęć, niewartych wspomnień. Miałem depresję i nieudaną próbę samobójczą. Oddałem się rozpuście, wpadłem w alkoholizm. Inaczej nie potrafiłem żyć. Zdarzało się mi nocować po dworcach, na klatkach schodowych, w kanałach.
W 1996 nastąpił przełom w mym nędznym życiu. Spotkałem pewnego człowieka, o którym zawsze będę mówił w samych superlatywach (śmiech).
Wyciągnął w moją stronę pomocną dłoń. Znał mnie z czasów pobytu w gangu, z mej brawury w akcjach zbrojnych i ze zmysłu taktycznego, a nawet swego rodzaju inteligencji społecznej. Zaproponował pracę. Jako „cyngiel” dla pewnej organizacji. Pierwszą ofiarą był ukraiński mafiozo, który uciekł z dwoma milionami dolarów do Norwegii. Zabiłem go z broni krótkolufowej, do której przymocowałem tłumik. Tydzień czasu zajęło mi odnalezienie i rozpracowanie jego stylu spędzania dnia. Specjalnie się nie ukrywał, szastał głupio gotówką, grał sporo na wyścigach psów. Tam właśnie, pod stadionem, w zaparkowanym w ślepej uliczce samochodzie, stracił życie. Musiałem zrobić mu zdjęcie, jako dowód wykonania zlecenia. Spodobało mi się to, a koperta z wynagrodzeniem, którą otrzymałem od milczącego kuriera, mile ciążyła mi w dłoni. Zdobyłem nowy zawód – płatny morderca. Drugą ofiarą był Polak, zastrzeliłem go w jego mieszkaniu w Gdańsku. Był winien poważną kwotę pewnym Rosjanom, którzy nie lubili zbyt długo czekać na swoje pieniądze. Zainkasowałem dwadzieścia tysięcy dolarów, za które kupiłem złoto od znajomego handlarza i pasera.
A potem to już poszło gładko. Średnio w miesiącu miałem dwie-trzy akcje, przeprowadzane na terenie Rosji i Europy. Zazwyczaj ofiarami byli mężczyźni, ale dwa razy trafiły się też kobiety. Je musiałem poniżyć przed śmiercią, nagrywając to na kamerę. Nie powiem, że nie czerpałem z tego satysfakcji. Pieniądze odkładałem na konto w pewnym rosyjskim, mafijnym banku, gdzie nie pytali się mnie o źródło dochodów (śmiech). Oferują uczciwy procent i pewną anonimowość. Troszkę tak, jak szwajcarscy finansiści, ale ci tutaj byli lokalni, swoi. Miałem większe zaufanie do Rosjan niż Europejczyków. Prowadzę dziennik, w którym zapisuję wszystkie swoje ofiary, wpłaty za wykonaną pracę, sposoby egzekucji i miejsca je popełnienia. Jest pisany szyfrem, który sam wymyśliłem na tą okoliczność. Nie boję się, że ktoś go znajdzie i upubliczni policji. Bo go nie znajdzie. Umiem chować to, co ma być ukryte.
Kupiłem piękną wille na Costa del Sol, w pobliżu Marbelli. Tam głównie mieszkałem, czerpiąc z życia tyle, ile się dało. Na przyjęcia do mnie przyjeżdżali wpływowi moskiewscy mafiozi, przy okazji załatwiając tu swoje interesy. Byłem kimś, moja renoma perfekcyjnego zabójcy była tak wielka, jak cena, za którą zgadzałem się pracować. Miałem przydomek „Docent Bob”, który sam sobie nadałem.
I wtedy pojawili się ci Irlandczycy. Spotkałem ich w klubie nocnym „Ibisk” w Marbelli. Polecił mnie im znajomy, do którego mam pełne zaufanie. Oferowali mi półtorej stawki za wykonanie dwóch egzekucji. Miały być ekstrawaganckie i zrobić spore zamieszanie w lokalnych mediach oraz wśród tamtejszej policji. Taki był warunek, bo oni rywalizowali, na dublińskim rynku handlu narkotykami, z gangiem rodziny Hotchów, którym chcieli wysłać jasny i prosty sygnał.
Najlepiej, gdybym zorganizował wybuch albo spektakularne zabójstwo jednego z szefów gangu. Dwa dni zastanawiałem się, czy przyjąć ich propozycję. W końcu zgodziłem się. Zabrali mnie na rekonensans do Dublina, gdzie spędziłem szalone cztery dni, pojony znakomitą whisky, w towarzystwie pięknych pań, które spełniały wszelkie me zachcianki. Zleceniodawcy postarali się, by zaskarbić sobie mą sympatię. Tylko wydawali mi się trochę prymitywni, jak ci Rosjanie w latach osiemdziesiątych, gdy zaczynali swą ekspansję interesów na Zachód.
Tydzień temu przyleciałem do Dublina, by zacząć przygotowania do namierzenia i zlikwidowania wyznaczonych celów. Miałem już plan, jak to zrobić, potrzebowałem tylko pewnej pomocy logistycznej, którą oferowali mi zleceniodawcy. I tu zaczął się pech, który sprowadził mnie do was. Spędziłem jedną noc w domu, gdzie nie powinno mnie być. Wpadłem z płotkami, zwykłymi dillerami, za którymi wpadła tutaj wasza policja. Każdego, kto był w domu, rzucili na ziemię, skuli i zawieźli do komisariatu w Swords.
No i macie mnie. Nazywam się Imre Arakas. Jestem płatnym mordercą. Poszukiwanym przez Interpol, z nakazem aresztowania w Europejskim Liście Gończym. Mój adwokat jest już poinformowany i zgłosi się do was jutro w południe.
Niestety, nic mi nie możecie udowodnić, macie kilka poszlak i mętne zeznania tych dillerów, które nic nie wnoszą do sprawy. To, co wam teraz opowiedziałem, może być prawdą, ale i też całkowitym zmyśleniem. Nie sprawdzicie tego, gdyż me akta są dobrze schowane w archiwach tajnej policji estońskiej. Dlaczego? Domyślcie się sami. Nic nie podpiszę, nie odpowiem już na żadne pytania. To, co teraz wam powiedziałem, traktuję jako samooczyszczenie swojej duszy, bo zasługuje ona na takie zabiegi raz na jakiś czas. Skończyłem. Mogę prosić o papierosa?
(klik) nagrywanie zakończone
- Długo czekaliśmy na niego.
- Długo. Umiał się maskować. Nasza szkoła.
- Załatwimy go tu, czy na naszym terenie?
- Wolę tutaj, mniej śladów zostanie.
- Dobrze, pułkowniku. Zaraz wydam polecenie.
Dwóch mężczyzn, ubranych w cywilne stroje, opuściło pomieszczenie, znajdujące się za pokojem przesłuchań. Obserwowali wszystko przez weneckie lustro, popijając gorącą kawę. Zeszli po schodach, minęli dyżurkę, w której siedział policjant i wyszli przed budynek. Czekało tam na nich czarne Audi, do którego wsiedli i odjechali w nieznanym kierunku. Młodszy z nich, zupełnie łysy, o barczystych ramionach, rozmawiał z kimś przez telefon komórkowy. Robił to cicho, bez gestykulacji.

Koniec
https://konradmazur1.wordpress.com
autor książki "Zaczęło się w Radomiu"

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 480

Docent Bob

Post#2 » 4 miesiące temu (7 maja 2018, o 08:35)

Ciekawy tekst i zakończenie bardzo dobre.
Mam dwie małe uwagi:
"szkalujące bratni Związek Radziecki" -> Związek Radziecki był "bratni" np. w Polsce, natomiast Łotwa była częścią tegoż. Uważąm, że wystarczyłoby napisać: "szkalujące Związek Radziecki".
"Siedzieli tu skazańcy z całego prawie... , ...w tym miejscu... , Pobyt tutaj..." -> Lepiej byłoby napisać: "Siedzieli tam skazańcy z całego prawie... , ...w tamtym miejscu... , Pobyt tam..." . Opisujesz bowiem zdarzenia, które działy się gdzieś, a nie dzieją tutaj.
Ogólnie, jestem bardzo na tak.
Pozdrowienia. :))

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 141

Docent Bob

Post#3 » 4 miesiące temu (7 maja 2018, o 08:57)

Tekst wciąga. Chętnie przeczytałabym całość :)
Pozdrawiam cieplutko.

Konrad Mazur
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 104

Docent Bob

Post#4 » 4 miesiące temu (7 maja 2018, o 15:25)

Marian pisze:Ciekawy tekst i zakończenie bardzo dobre.
Mam dwie małe uwagi:
"szkalujące bratni Związek Radziecki" -> Związek Radziecki był "bratni" np. w Polsce, natomiast Łotwa była częścią tegoż. Uważąm, że wystarczyłoby napisać: "szkalujące Związek Radziecki".
"Siedzieli tu skazańcy z całego prawie... , ...w tym miejscu... , Pobyt tutaj..." -> Lepiej byłoby napisać: "Siedzieli tam skazańcy z całego prawie... , ...w tamtym miejscu... , Pobyt tam..." . Opisujesz bowiem zdarzenia, które działy się gdzieś, a nie dzieją tutaj.
Ogólnie, jestem bardzo na tak.
Pozdrowienia. :))

dzięki za miłe słowa
https://konradmazur1.wordpress.com
autor książki "Zaczęło się w Radomiu"

Konrad Mazur
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 104

Docent Bob

Post#5 » 4 miesiące temu (7 maja 2018, o 15:29)

helka pętelka pisze:Tekst wciąga. Chętnie przeczytałabym całość :)
Pozdrawiam cieplutko.


Bohater opowiadania jest postacią autentyczną. Killer na zamówienie, złapany w Dublinie kilka miesięcy temu. Jego zdjęcie, zobaczone w gazecie, zainspirowało mnie do napisania tego krótkiego opowiadania. Wszystko zmyślone, jego przeszłość i przyszłość. Cieszy mnie, że Ci się podobało .
WIęcej moich opowiadań znajdziesz na blogu, który prowadzę. Link pod spodem.
https://konradmazur1.wordpress.com
autor książki "Zaczęło się w Radomiu"

szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1821

Docent Bob

Post#6 » 4 miesiące temu (9 maja 2018, o 09:37)

Konrad, dobre teksty piszesz, ksiązkę (a może książki) wydałeś, a krótkiego opka sformatować Ci się nie chce ;)

Fajne, niezobowiązujące, trochę w stylu Łysiak-fiction (z mojej strony to komplement, żeby nie było wątpliwości). W wersji, która nie będzie nakładać imperatywu zwięzłości, warto by się pokusić o kilka dodatkowych szczegółów życiorysu i (obowiazkowo) o kilka dodatkowych przemyśleń na różne, niezwiązane z działalnością płatnego zabójcy, tematy.

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości