Zachęcamy do głosowania! Na zwycięzcę tytułu Komentatora Maja czeka nagroda książkowa - powieść ''W imię dziecka'' autorstwa Iana McEwana!

Ogłaszamy czas wielkich wyborów na Autora Miesiąca w dziale prozy!

Obrazek

Rozmowa

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Irys
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 24

Rozmowa

Post#1 » 23 maja 2018, o 22:20

Ostatnio był w swoim rodzinnym mieście na pogrzebie swojej matki – To chyba jakieś osiem lat temu – powiedział do siebie zapalając papierosa.
To była jedyna osoba w domu, z którą mógł normalnie porozmawiać. Dzisiaj przyjechał na pogrzeb ojca z którym relacje od zawsze były napięte. Ojciec starał mu się zawsze udowodnić, że jest do niczego i jako wzór stawiał mu starszego brata. Wytworzyło to w jego psychice silne poczucie buntu, a potem obojętności. Z czasem przestał zwracać uwagę co ojciec ma mu do powiedzenia, a starszego brata jeszcze w podstawówce zdążył przerosnąć i kiedy tamten coś głupiego mu powiedział, dostawał od razu po głowie. Dzisiaj na pogrzebie, kiedy go zobaczył czuł, że dzieli ich dystans nie do przejścia. Czas tylko pogłębił w nim poczucie niechęci i obojętności. Pragnął aby to wszystko jak najszybciej się skończyło i nie musiał już nikogo oglądać ze swojej rodziny bądź też innych znajomych, którzy przyprawiali go o mdłości i sztuczne uśmiechy. Chciał stąd jak najszybciej wyjechać, tylko, że niestety przyjechał pociągiem, bo zepsuł mu się samochód i miał jeszcze dwie godziny do odjazdu.

Nienawidził tego zaściankowego miasta i zawsze chciał się stąd wyrwać. Małe, szare i bez przyszłości, dla ludzi, którzy pragnęli czegoś więcej niż praca w którymś z dwóch funkcjonujących tu zakładów: Produkcji Elektrod Węglowych lub Przetwórstwa Owocowo- Warzywnego. Większość młodych ludzi była w tamtych czasach skazana na taką przyszłość. Nudna praca, nudne życie i tak do śmierci. Jedynie czasy szkoły średniej wspomina z sentymentem. Technikum Mechaniczne, które w swoich murach kształciło wielu takich jak on ambitnych frustratów, sprawiło, że jeszcze bardziej wzmagało się w nim pragnienie wyrwania się z tego miejsca. Chłopak w wieku osiemnastu dziewiętnastu lat ma niespożyte pokłady fantazji i wiary, że właśnie on jest tym wyjątkowym i do niego świat należy. No i udało się dostał się na studia, co w latach osiemdziesiątych dla kogoś z prowincji nie było taką prostą sprawą i oprócz piątek na świadectwie maturalny trzeba było mieć jeszcze trochę szczęścia.

Teraz mieszka we Wrocławiu, pracuje w potężnej firmie zajmującej się produkcją turbin do kotłów energetycznych. Jeździ po całym świecie uzgadniając szczegóły kontraktów. Zawsze chciał podróżować po świecie, mieć na tyle pieniędzy, żeby nie musieć o nich myśleć no i spełniać się zawodowo. Osiągnął to wszystko i może śmiało sobie powiedzieć, że nikt mu w tym nie pomagał.
Spacerując i rozmyślając o przeszłości w pewnym momencie zauważył knajpę, którą w czasach szkoły średniej często odwiedzał z kolegami, żółto - biały szyld: „Klepka” – To były rozmowy: Dostojewski i jego „Bracia Karamazow” pod wpływem piwa mieszali się z filozofią dalekiego wschodu i teorią względności Einsteina. Czasami trzeba było zwiewać przed stałymi klientami, którzy niczego nie rozumieli z Dostojewskiego a ich instynkt samozachowawczy sprawiał, że na każde podejrzane słowo tak niby zapobiegawczo reagowali agresją.
Postanowił wejść do środka i zobaczyć, jak wygląda dzisiaj ta speluna, w której kiedyś toczyło się bardzo filozoficzne rozmowy.
Rozejrzał się dookoła – Ktoś musiał władować tu niezłą kasę - stwierdził i podszedł do baru. Wszystko się w niej zmieniło, bar stoi w zupełnie innym miejscu niż przedtem, czysto, schludnie. – Gdzie to zadymienie? – powiedział do siebie. - Wcześniej można tu było zawiesić siekierę, nie ma już tego klimatu, który tworzył się gdzieś pomiędzy kłębami papierosowego dymu, a hałasem przeróżnych dyskusji uzależnionych od spożytych promili.

- Słucham? – odezwała się barmanka.
- Jedno duże.
- Już się leje - odpowiedziała z uśmiechem.
- Wojtek? – usłyszał z tyłu czyjś głos – odwrócił się i zobaczył jakiegoś lumpa.
- Nie poznajesz mnie, co?
- Jakoś niespecjalnie – odpowiedział z lekkim zażenowaniem.
- To ja Witek - „Pobożny”
- Co!? – spojrzał na niego z przerażeniem.
- Kopę lat!
- Ale… przecież ty…? Ty byłeś z nas we wszystkim najlepszy, dostałeś się na polibudę do Warszawy Myślałem, że tam zostałeś, że…?
- Tak… tak było i trochę czasu tam mieszkałem, tylko wszystko się popieprzyło.
- Najbardziej ułożony z naszej klasy, najlepszy matematyk…?
- No cóż była jedna nierówność, której nie byłem w stanie rozwiązać.
- No domyślam się, że coś się musiało zdarzyć, ale przecież ty…? Nie wydaje mi się byś mógł wdepnąć w jakieś głębsze gówno.
- A jednak… tylko, że nie o gówno tutaj chodzi. Po skończeniu studiów, zostałem na uczelni, zacząłem się doktoryzować i przy okazji poznałem pewną studentkę, w której się zakochałem, no i po jakimś czasie ożeniłem. To oczywiście były bardzo szczęśliwe chwile w moim życiu. Jak pamiętasz zawsze byłem głęboko wierzący, nie na darmo nazwaliście mnie „Pobożny”. Szczególnie wtedy czułem ogromną harmonię między mną a Bogiem. Czułem, że On jest we mnie a ja dzięki niemu jestem taki szczęśliwy.
- No i po paru latach, zacząłeś stwierdzać, że coś zaczyna być nie tak? – powiedział z lekką ironią Wojtek.
- Nie… to nie tak jak myślisz – odpowiedział lekko zamyślony. – Jesteś żonaty?
- Na szczęście mam już to za sobą.
- Długo byliście razem?
- Niecałe trzy lata, nie … małżeństwo to nie dla mnie, nie nadaję się do bycia mężem. Trochę mnie to nerwów kosztowało, ale było to na tyle dawno temu, że prawie już o tym zapomniałem.
- I nikogo nie potrzebujesz?
- No wiesz… ma się pewne potrzeby, czasem zdarza się chwilowy romans, albo agencja towarzyska, ale to bardziej fizjologia. Po prostu czasem trzeba się spuścić, żeby móc normalnie funkcjonować, ale bycie z kimś, tak cały czas…?
- Nie chciałeś mieć dzieci, żyć trochę dla innych?
- Wiesz… Moja była właśnie tego chciała. Nawet oznajmiła mi, że jest w ciąży. Strasznie się wtedy zdenerwowałem, bo przecież zapewniała mnie, że się zabezpiecza. Powiedziała, że może ją usunąć, a ja bez wahania się na to zgodziłem. Potem okazało się, że to był blef. Ale nie chciała już być ze mną, no i tak się to skończyło.
- Moja żona była w szóstym miesiącu ciąży. Przechodziła na pasach przez ulicę i staranował ją jakiś kretyn z dużą ilością promili.
- O cholera?! przepraszam, nie wiedziałem.
- Stało się i nic tego nie zmieni, zaglądając w statystyki, takie rzeczy się zdarzają. Tylko dlaczego mi? Długo nie mogłem się z tym pogodzić. Oczywiście jak to w takich przypadkach wypijałem spore ilości alkoholu. Pożegnałem się z pracą, przyjaciółmi, zaczynając życie pozbawione jakiegokolwiek sensu. Bywały jednak chwile, że przypominałem sobie o moim Bogu, który tak bardzo mnie zawiódł i wtedy wpadałem w szał, zawsze widząc jego twarz, spokojnego starszego człowieka, patrzącego na mnie z politowaniem. To było ponad moje siły, ale z czasem odkryłem, że trzeba zrobić jeszcze kilka łyków wódki i potem nic mnie już nie ruszało.
- Nie próbowałeś z tego wyjść, zacząć wszystko od nowa?
- Nachodziły mnie takie myśli i może bym się zdecydował, ale … kiedyś po niezłej dawce alkoholu, wpadłem w jakiś przedziwny stan i zwinęli mnie do psychiatryka. Było tam całkiem fajnie, brało się pigułki, było pod ścisłą kontrolą, rozmowy z psychologiem. Wszystko w zwolnionym tempie i takie przewidywalne. Mógłbym tak żyć już do samej śmierci, ale niestety… Kiedy komisja stwierdziła, że już nadaję się do normalnego życia, przeraziłem się tym i wpadłem w furię. Kiedy mnie obezwładnili i wkłuli coś na uspokojenie, doznałem niesamowitej wizji, którą do dziś mam przed oczami.
- Wizji?
- Spotkałem się z Bogiem tutaj w tej knajpie na wódce.
- I tak sobie porozmawialiście? – powiedział z lekką ironią w głosie.
- Rozumiem, że może to być śmieszne, ale dla mnie to było coś niesamowitego. - Zapytałem Go do czego tak naprawdę jest zdolny?
A On dobrotliwie uśmiechnął się, wzruszył ramionami, podniósł kieliszek i wychyliliśmy kolejkę. Zaraz potem domyśliłem się, że nie odpowie mi na to pytanie, bo zapewne w całej swej nieskończoności, nawet On nie chce się w to wgłębiać. Nie wiem, jak porusza się w czasie, czy w ogóle się w nim porusza…? Być może jego czas, to niekończące się rozważania nad sobą i wieczny brak odpowiedzi?
- No tak… nigdy się nad czymś takim nie zastanawiałem, pewnie dlatego, że jestem niewierzący i nigdy nie interesowały mnie czyjeś objawienia, cuda i tym podobne rzeczy, ale ty czujesz zapewne inaczej i to co ci się przyśni ma dla ciebie ogromne znaczenie – powiedział i zrobił mały łyk piwa.
- Potem zapytałem Go, co jest dla Niego naprawdę ważne? – kontynuował Pobożny – Spojrzał na mnie trochę zmieszany, zaczął się zastanawiać, trwało to dłuższą chwilę, ale znowu nic nie odpowiedział, tylko rozlał następną kolejkę. Tym razem trochę mocniej zapiekło mnie w gardle i pomyślałem, że przy całej Jego mocy i wszechobecności, gdzie każdy początek myśli zna jej koniec i nic nie jest w stanie się nie udać?... Być może nie wypada mu mówić o tym, że gdyby w Jego umyśle pojawiłaby się chociażby odrobina niepewności to…?
– Bóg, który marzy o odrobinie niepewności… No i co było dalej?
- Czy jesteś szczęśliwy?
- Słucham? -powiedział lekko zmieszany Wojtek.
- Zapytałem Go czy jest szczęśliwy.
- A! rozumiem.
- Widać było, że posmutniał, nie miał ochoty już na wódkę, wstał od stolika, poklepał mnie po ramieniu i poszedł. Zrobiło mi się bardzo przykro, nie spodziewałem się, że to pytanie Go tak zdołuje. Kiedy zniknął za drzwiami, uświadomiłem sobie, co może czuć ktoś, kto wie, że wszystko, co tworzy jest względem niego niewiele warte i nigdy nie uda mu się stworzyć czegoś tak doskonałego jak On sam.
Wojtek spojrzał na Pobożnego z lekkim zażenowaniem – Dlaczego ty…?
- Tak wiem, co chcesz powiedzieć, a właściwie, czego nie chcesz, że ja, opowiadając takie rzeczy, jestem zwykłym lumpem w dziurawych butach. Czemu się tego trzymam, przecież mógłbym się zamartwiać w bardziej komfortowych warunkach, a może nawet udało by mi się przestać o tym myśleć. Tylko problem w tym, że ja nie chcę przestać i chce codziennie czuć ten ostry smak, który kaleczy mi wnętrzności i sprawia, że tak mocno czuję, każdą chwilę w mojej krótkiej dyskusji z wiecznością.
- Ale w ten sposób się wykończysz, czy nie jest to wbrew twemu Bogu?
- Każdy prędzej czy później umrze, ale sęk w tym by być świadomym życia za życia. Wielu ludzi dochodzi do tego, kiedy, dopada ich nieuleczalna choroba albo jakieś inne nieszczęście. Stają się wtedy bardziej uważni, odkrywają, że życie ma różne barwy, odcienie i kształty. Chcieli by je jeszcze bliżej poznać, trochę dłużej się nim pozachwycać, ale czas im się wykrwawił.
- Chcesz powiedzieć, że takie życie ci odpowiada, bo jesteś w nim bardziej świadomy, a to, że nie można spaść niżej sprawia, że niczego już się nie boisz?
- Wiesz…, kiedy się budzę, to jeszcze nie świta, jest jeszcze ciemno, to ostatnie chwile nocy. Nazywam to godziną diabła. Wtedy dopada mnie lęk, boję się, że kiedy przyjdzie na mnie czas, rozpłynę się w nicości i nigdy już niczego nie będę czuł.
- Więc jednak… masz tę niepewność, którą On, jak było w twojej wizji chciałby mieć, a ty zapewne chciałbyś się jej pozbyć?
- Tak… nie masz pojęcia jaki wtedy przeszywa mnie lęk, czasem nachodzą mnie myśli , że może lepiej skończyć z sobą, może lepiej niczego już nie czuć…?
- Jeżeli chodzi o mnie, to ja właśnie na to liczę, że kiedy wyciągnę kopyta, to niczego już nie będę czuł - odpowiedział lekko rozbawiony tym Wojtek.
- No cóż, może masz rację, ale powiedz co ty w sobie masz…? Jaką wątpliwość, jaką nadzieję?
- Na pewno boje się starości, niedołęstwa, bycia dla kogoś ciężarem i mam nadzieję, że do tego czasu w naszym kraju eutanazja będzie legalna.
- To niesamowite, eutanazja jest dla ciebie nadzieją. Całe życie być martwym, a potem spokojnie umrzeć…?
- Wiesz… - spojrzał na Pobożnego lekko poddenerwowany. – Wolę być martwy niż żyć tak jak ty, to, że niby tak głęboko odczuwasz swoją egzystencję, to po prostu twoje urojenia, przywykłeś do nich i wyobrażasz sobie, że to prawda objawiona, a to twój mózg fiksuje od ukochanej wódeczki, którą codziennie w siebie wlewasz i boisz się spojrzeć na świat trzeźwym okiem. Bo zapewne takie życie jest dla ciebie niewiele warte.
- Masz rację, świat dla mnie na trzeźwo jest mało atrakcyjny, ale u ciebie na trzeźwo czy po pijanemu, wszystko jest puste i niema większego znaczenia. Kiedy doszło się już do takiego poziomu, że ma się to poczucie bezpieczeństwa, bo ma się na tyle kasy i na tyle rozsądku by nie przesadzać z jej wydawaniem. To ma się ten spokój i tę pewność, że będzie się żyło, tak ponad tym życiem. Można się wtedy zastanawiać czy lepiej pójść dzisiaj na siłownię czy na basen i mieć nadzieję, że woda będzie w sam raz.
- No, ale jaką ty, możesz mieć nadzieję…?
- Że jeszcze raz się z Nim spotkam i się pogodzimy.
- Pogodzimy?
- Tak, kiedy będę odchodził z tego świata chciałbym mu jeszcze coś powiedzieć.
- To brzmi jak trochę kiczowaty film o relacjach ojca z synem, którzy na końcu wpadają sobie w ramiona i wszystko się dobrze kończy.
- Życie ma w sobie dużo kiczu i żenady, jeżeli chodzi o ciebie… Jesteś jednym wielkim kiczem, który niczego nie oczekuje, bo wydaje mu się, że wszystko co chciał osiągnął i nie lubi się w nic angażować, bo to stwarza nowe problemy, które nie są warte zawracania głowy. Wyhodowałeś w sobie obojętność, która zapewnia ci spokój. Przeraża cię tylko to, że ktoś, albo coś sprawi, że znowu będziesz musiał poczuć trochę ostrzejszy posmak życia.
- Ta dyskusja nie ma sensu, żyj, jak uważasz – powiedział zmęczony już tą dyskusją Wojtek – Być może w życiu wcale nie chodzi o to, by być szczęśliwym tylko by nie być nieszczęśliwym. Zarówno jedno i drugie jest trudne do osiągnięcia. Do tego co określasz nie życiem dochodziłem ciężką pracą, wierząc nie w jakiegoś Boga tylko w siebie no i udało się. W czasach szkoły średniej przychodziliśmy tutaj i każdy z nas marzył by się stąd wyrwać, tobie i mi się udało, gdyby nie to nieszczęście, które cię spotkało, żyłbyś podobnie jak ja.
- Tak, obawiam się, że tak – odpowiedział trochę od niechcenia Pobożny. – Wstał z hokera poklepał po ramieniu Wojtka i poszedł w stronę wyjścia.
Wojtek patrzył, jak idzie lekko kuśtykając na lewą nogę, tak niepewnie i żałośnie jakby zaraz miał się przewrócić, ale nic takiego się nie stało, wyszedł nie domykając za sobą drzwi.
- Cholernik jeden! – odezwała się barmanka i poszła, żeby je domknąć. – Zamęcza ludzi ten idiota, a potem robi mi na złość.
- To stały klient, prawda? – zapytał Wojtek.
- Niestety tak, zazwyczaj ktoś mu postawi piwo albo pięćdziesiątkę, byle by tylko się nie dosiadał, ale jakichś przypadkowych klientów lubi zamęczać, nie raz oberwał od kogoś, ale on sobie z tego nic nie robi. Gada i gada te swoje pierdoły, kompletny obłąkaniec.
- To kiedyś był bardzo zdolny człowiek, chodziłem z nim do technikum, skończył studia, był dobrze zapowiadającym się inżynierem, tylko…?
- Co mnie to obchodzi, dla mnie to obłąkaniec i tyle – odpowiedziała stanowczo barmanka.
Wojtkowi zrobiło się trochę przykro, co prawda rozmowa z nim lekko się spinała, ale w tym co mówił było dużo racji. Ostatnio na podobne tematy rozmawiał? – Właśnie…? Tutaj dawno, dawno temu. W moim dzisiejszym świecie taka dyskusja to totalna abstrakcja - powiedział do siebie.
Przypominał sobie jego pytanie: „ Co ty masz w sobie? Jaką wątpliwość, jaką nadzieję?” – Czuł, że będzie je sobie jeszcze nie raz zadawał, mając przed sobą jego twarz, której ostre rysy wbiły mu się głęboko w oczy i od czasu do czasu, będą kaleczyć jego bezpieczny obraz egzystencji.
- Przepraszam czy coś jeszcze panu podać – zapytała barmanka, spoglądając na Wojtka trochę podejrzliwie.
- Nie – odpowiedział podnosząc się z hokera. – Wie pani…?
- Słucham?
- To miasto wyzwala w człowieku ogromną determinację.
- Co pan powie? Ma pan na myśli siebie?
- Tak… dzięki niemu ustawiłem się w życiu, tylko…?
- Tylko..? – powtórzyła udając zaciekawienie.
- Jak się dzisiaj okazało, za mało w nim było kiczu no i dla tego stało się jednym wielkim kiczem.
- No cóż, ale chyba nie będzie pan z tego powodu rozpaczał.
- Nie, ale jeszcze kiedyś się tu pojawię i mam nadzieję, że go znowu spotkam.
- Kogo?
- Pobożnego i znowu z nim porozmawiam o wizjach, które śnią się tylko prawdziwym filozofom.
Spojrzała na niego z ukosa – Całe życie z wariatami – powiedziała do siebie wkładając szklankę do zlewozmywaka.

Koniec.

Tagi:

MalaK
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 30

Rozmowa

Post#2 » 28 maja 2018, o 21:06

O matko kochana...

Przed opublikowaniem warto przeczytać to, co się napisało. Najlepiej kilka razy i w pewnym odstępie czasu. Jak zaczęłam kopiować zdania, w których należałoby wprowadzić poprawki, wyszło mi, że kopiuję prawie cały tekst.

...powiedział do siebie zapalając papierosa.

Przecinek przed zapalając.

Dzisiaj przyjechał na pogrzeb ojca z którym relacje od zawsze były napięte.

Przecinek przed z którym.

Z czasem przestał zwracać uwagę co ojciec ma mu do powiedzenia, a starszego brata jeszcze w podstawówce zdążył przerosnąć i kiedy tamten coś głupiego mu powiedział, dostawał od razu po głowie.

To zdanie jest za długie. W dodatku przecinek przed co ojciec.

Dzisiaj na pogrzebie, kiedy go zobaczył czuł...

Przecinek przed czuł.

Pragnął aby to wszystko jak najszybciej się skończyło i nie musiał już nikogo oglądać ze swojej rodziny bądź też innych znajomych, którzy przyprawiali go o mdłości i sztuczne uśmiechy.

Przecinek przed aby.

Chciał stąd jak najszybciej wyjechać, tylko, że niestety przyjechał pociągiem, bo zepsuł mu się samochód i miał jeszcze dwie godziny do odjazdu.

Ale po co to wszystko w jednym zdaniu?

Małe, szare i bez przyszłości, dla ludzi, którzy pragnęli czegoś więcej niż praca w którymś z dwóch funkcjonujących tu zakładów: Produkcji Elektrod Węglowych lub Przetwórstwa Owocowo- Warzywnego.

O to jest ciekawe. Po pierwsze - bardzo długie. W dodatku wynika z niego, że miasto było dla ludzi, którzy pragnęli czegoś więcej. Domyślam się jednak, że zamysł był inny. Ten przecinek przed dla ludzi jest nie tylko niepotrzebny, ale też zmienia sens zdania.

Chłopak w wieku osiemnastu dziewiętnastu lat ma niespożyte pokłady fantazji i wiary, że właśnie on jest tym wyjątkowym i do niego świat należy.

Przecinek przed dziewiętnastu.

No i udało się dostał się na studia, co w latach osiemdziesiątych dla kogoś z prowincji nie było taką prostą sprawą i oprócz piątek na świadectwie maturalny trzeba było mieć jeszcze trochę szczęścia.

Zrobiłabym myślnik po No i udało się. Musi tam być znak interpunkcyjny.
W dodatku literówka: maturalnym.

Spacerując i rozmyślając o przeszłości w pewnym momencie zauważył knajpę, którą w czasach szkoły średniej często odwiedzał z kolegami, żółto - biały szyld: „Klepka” – To były rozmowy: Dostojewski i jego „Bracia Karamazow” pod wpływem piwa mieszali się z filozofią dalekiego wschodu i teorią względności Einsteina.

Przecinek przed w pewnym.
Zdanie jest zdecydowanie za długie. Można postawić kropkę po odwiedzał z kolegami oraz po nazwie lokalu.

Czasami trzeba było zwiewać przed stałymi klientami, którzy niczego nie rozumieli z Dostojewskiego a ich instynkt samozachowawczy sprawiał, że na każde podejrzane słowo tak niby zapobiegawczo reagowali agresją.

Przecinek przed a ich oraz przed i po tak niby zapobiegawczo.

Na razie nie dałam rady czytać dalej. Robisz bardzo długie zdania, które ze spokojem można by podzielić na kilka krótszych. W dodatku mnóstwo błędów interpunkcyjnych, a to mnie akurat bardzo drażni, ponieważ przecinek postawiony w złym miejscu, potrafi całkowicie zmienić sens zdania. Jeden przykład już masz powyżej, inne możesz znaleźć w Internecie. Tu masz kilka moich ulubionych:
Operować nie można, czekać! - Operować, nie można czekać!
Twoja stara piła leży w piwnicy. - Twoja stara piła, leży w piwnicy.

Do chaty wszedł myśliwy na głowie, miał czapkę na nogach, nowe buty, z cholewkami w zębach, papieros w oczach, świeciła mu radość.

Na przyszłość postaraj się zwracać na to większą uwagę.
Nawet jeśli wszyscy już w Ciebie zwątpili, pokaż, że się mylili.

Irys
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 24

Rozmowa

Post#3 » 28 maja 2018, o 23:15

Dzięki za cenne uwagi, nie spodziewałem się, że aż tyle tego.

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości