Jutro policzymy nasze zmarszczki

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Jutro policzymy nasze zmarszczki

Post#1 » 8 cze 2018, o 18:05

Poranne słońce wlewało się przez zakurzone szyby samochodu Janka, ogrzewając moje policzki i duszę. Z zachwytem wpatrywałam się w zielone pola ciągnące się wzdłuż drogi, marząc, by nigdy się nie kończyła. Powoli uchyliłam okno i wzięłam oddech tak głęboki, jakbym chciała poczuć smak jabłek w pobliskich sadach albo dojrzewającego nieopodal zboża. Świat nigdy wcześniej nie wydawał mi się równie piękny i nasycony życiem. Zastanawiałam się, jak przez siedemdziesiąt cztery lata mogłam tego nie dostrzegać.
— Mamo, zaraz będziemy na miejscu — zawołał Janek. — Ładnie tu, co? Wiedziałem, że ci się spodoba.
Uśmiechnęłam się, ale poczułam, jakby moje wnętrzności ścisnęła czyjaś silna dłoń. Dom opieki od początku był moim pomysłem, do którego długo musiałam przekonywać syna, ale nie mogę powiedzieć, żeby pobyt w tym miejscu stanowił spełnienie marzeń. Cztery lata temu pochowałam męża, a kilka tygodni po pogrzebie dowiedziałam się o jego długach, które tylko mnożyły się, gdy zaciągał kolejne pożyczki na niewyobrażalny procent. Nigdy nie żałował sobie pieniędzy oraz alkoholu, a ja przez czterdzieści lat małżeństwa patrzyłam, jak wraz z każdym jego upadkiem sypie się moje życie. Problemy nie skończyły się nawet wtedy, gdy odszedł. Z powodu długów musiałam zrzec się spadku, nie było też mnie stać, by samodzielnie utrzymywać trzypokojowe mieszkanie. Ale odkąd pamiętam, obiecywałam sobie, że nie dopuszczę do sytuacji, w której będę ciężarem dla własnych dzieci i teraz, mimo smutku, postanowiłam dotrzymać danego słowa. Nikt nigdy nie powiedział, że wolno nam się przyzwyczaić do jednego domu.
Gdy wjechaliśmy na podjazd, zza soczyście zielonych drzew wyłonił się długi, żółty budynek z wysokimi oknami i szerokimi balkonami. Dom opieki miał zaledwie dwa piętra, ale mimo to czułam, jak mnie przytłacza. Do solidnych, białych drzwi prowadziła kamienna ścieżka, a tuż przed wejściem mieścił się drewniany taras, zastawiony kolorowymi kwiatami oraz bujanymi fotelami. Zachwyciłam się na moment widokiem i wyobraziłam sobie w tym miejscu siebie z ulubioną książką, ale szybko wróciłam do rzeczywistości, kiedy uśmiechnięty właściciel ośrodka zaczął zmierzać w naszym kierunku.
— Dzień dobry, dzień dobry! — Energicznie pomachał na powitanie, a potem wskazał na dom za sobą. — Zapraszam na małą wycieczkę, oprowadzę państwa, a potem może napijemy się kawy? I znajdziemy jakieś rozrywki dla dzieciaków — dodał, gdy spostrzegł dwójkę moich wnucząt.
— Z przyjemnością, prawda, mamo? — zapytał Janek.
— Tak, oczywiście, to bardzo miło z pana strony.
Wnętrze budynku było bardzo jasne oraz zadbane. Wypolerowana posadzka odbijała blask słońca, a zielone rośliny wraz z rozśpiewanymi kanarkami w klatce nadawały miejscu przyjazną atmosferę. Korytarz zdawał się ciągnąć bez końca, prowadząc do drzwi różnych pokoi i przestronnego salonu, w którym przysiedliśmy, żeby napić się kawy. Właściciel, pan Marek, przedstawił nam ofertę ośrodka, zapewniając gorączkowo o całodobowej opiece medycznej i obiecując możliwość odwiedzin w każdej chwili. Z duszą na ramieniu podążyłam za nim do mojego pokoju, obawiając się o materac, do którego zapewne nie zdążę się przyzwyczaić i zastanawiając się, czy starczy mi czasu, by porozmawiać ze współlokatorką na wszystkie ciekawe tematy. Tuż obok mnie szedł Janek z małą Marysią na rękach i Kacprem uczepionym nogawki spodni. Ta trójka była całym moim światem.
— Mamo, jakby coś się działo, daj mi znać, to pomyślimy — powiedział Janek, gdy zostaliśmy sami.
— A co ma się dziać? Wszystko będzie w porządku, jedźcie już — odparłam, marząc, by nigdy nie zostawili mnie tutaj samej.
Piętnaście minut później machałam im z okna na pożegnanie. Chmura wspomnień napłynęła do mojej głowy, wyświetlając się przed oczami niczym film. Nagle poczułam się ogromnie zmęczona i stara, a przygnębiająca myśl, że przeżyłam już wszystko, co najlepsze, nie opuszała mnie nawet na moment. Wydawało mi się, że doszłam do granicy, za którą każda dobra rzecz jest tylko wspomnieniem, a cała reszta to ponura codzienność zmierzająca w zastraszającym tempie ku końcowi.
Kiedy rozpakowałam wszystkie rzeczy, postanowiłam raz jeszcze zwiedzić cały ośrodek i spróbować nieco się uspokoić. Zaopatrzona w stary egzemplarz Przeminęło z wiatrem przysiadłam na jednym z foteli na tarasie, wsłuchując się w spokojny śpiew ptaków oraz cichy szelest liści. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam błądzić wzrokiem po czarnych literkach, znając je niemalże na pamięć. Pomyślę o tym jutro – powtarzałam słowa Scarlett O’Hary niczym mantrę.
— Czyta pani książki dla nastolatków? — dobiegł mnie czyiś głos tak niespodziewanie, że aż podskoczyłam ze strachu.
W rogu, który był prawie całkowicie zarośnięty przez bluszcz, siedział starszy mężczyzna. Miał kowbojski kapelusz i błękitne, tętniące życiem oczy, niepasujące zupełnie do pomarszczonej skóry twarzy.
— Czytam klasyki.
— A więc chyba powinienem zacząć się martwić. Książki dużo mówią o człowieku i zawsze, gdy przeglądam czyjąś bibliotekę, mam wrażenie, jakbym grzebał w jej właścicielu — odparł, puszczając mi oko.
— Nie rozumiem jednak, czym tu się martwić.
— Tym, że jest pani nudna.
Ta odpowiedź zbiła mnie z tropu, ale mężczyzna zdawał się być z siebie zadowolony. Wyciągnął się wygodnie w fotelu, splótł długie palce za głową i wyraźnie oczekiwał mojej reakcji. Ale ja nie miałam na nią siły. Byłam zmęczona podróżą i rozstaniem z rodziną, poza tym wciąż przerażała mnie wizja samotnego pobytu w domu opieki do końca życia. Zamknęłam książkę i wstałam z bujanego fotela. Gdy odchodziłam, słyszałam za sobą donośny śmiech mężczyzny. Ciepła fala upokorzenia rozlała się po całym moim ciele.

***
— Halo, jest pani tam?!
Głośny dźwięk pukania do drzwi przedarł się do mojej świadomości, wyrywając ze snu. Przez krótką chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem i która jest godzina, ale szybko przypomniałam sobie o wszystkich wydarzeniach tego dnia: o podróży do domu opieki, pożegnaniu z rodziną, nieprzyjemnym spotkaniu na tarasie. Moja popołudniowa drzemka była o wiele dłuższa, niż bym sobie życzyła.
— Już, już otwieram! — zawołałam.
Za drzwiami stał ten sam mężczyzna, który rano ze mnie drwił. Tylko wyglądał zupełnie inaczej. Wyprasowane w kant spodnie, starannie ułożona koszula i brak kowbojskiego kapelusza sprawiły, że w pierwszej chwili nie wiedziałam, kto to jest. Zdradziły go błękitne oczy wpatrujące się we mnie tak intensywnie, że aż poczułam się zawstydzona.
— Postanowiłem panią przeprosić — powiedział, dostrzegając moje zdumienie.
Ale gdy wyciągnął zza pleców bukiet frezji, byłam tak bardzo zszokowana, że zapomniałam już całkiem o umiejętności mówienia. Stałam rozczochrana w drzwiach, próbując pobudzić zaspany umysł do działania, lecz niestety bezskutecznie.
— Proszę się tak nie wpatrywać z rozdziawioną buzią w moją osobę, bo jeszcze mnie pani połknie. — Uśmiechnął się.
— Niech pan sobie nie pochlebia — odparłam, biorąc kwiaty. Pachniały przepięknie.
Mężczyzna wszedł do pokoju, nie czekając, aż go zaproszę i usiadł na parapecie, strącając przy tym Przeminęło z wiatrem. Z kieszeni spodni wyciągnął połamanego papierosa i zapalił go jak gdyby nigdy nic, mimo zakazów wiszących w budynku na każdym kroku. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
— Czy pan oszalał?
— O matko, przepraszam! Nie mam pojęcia, gdzie się podziały moje dobre maniery. — Wyjął z ust papierosa i skierował go w moją stronę. — Zechce się pani poczęstować? Nie? No trudno. A tak w ogóle to jestem Feliks.
— Matylda.
— Piękne imię — odparł z uznaniem. — Co lubisz robić, Matyldo?
Wpadłam w zakłopotanie, gdy uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia, jak odpowiedzieć na to pytanie. Od kilkunastu lat moje życie obracało się wokół pijanego męża, pracy i opieki nad wnukami. W wolnych chwilach czytałam książki, które znałam na pamięć, wyczekując tylko, aż wydarzy się coś złego. Życie w ciągłym napięciu i kłótniach, brak odpoczynku oraz wytchnienia były dla mnie czymś tak oczywistym, że na myśl o tym, co sprawiało kiedyś radość, całkiem się rozkleiłam. Nie mam pojęcia, w którym momencie zamieniłam się w fontannę łez, wtulając twarz w szerokie ramiona obcego mi praktycznie mężczyzny. Ale on doskonale odnalazł się w tej nowej roli. Niskim głosem szeptał słowa pocieszenia, a ciepło jego ciała rozlewało się po mojej skórze, dając poczucie bezpieczeństwa.
— Śpiewałam — wymamrotałam, kiedy trochę się uspokoiłam.
— Śpiewasz? To może masz ochotę na małą próbę?
Zanim zdążyłam zaprzeczyć, złapał mnie za rękę i poprowadził w stronę wielkiego balkonu. Słońce wisiało na niebie tuż nad nami, sprawiając wrażenie ogromnej lampy scenicznej, a korony drzew zasłaniały widok na ścieżkę oraz ulicę. Podbrzusze skręcało mi się z podekscytowania na myśl o śpiewaniu, ale nie potrafiłam sobie tego wyobrazić po tak wielu latach ciszy. Feliks postawił plastikowe krzesełko przed drzwiami i usiadł, zagradzając mi drogę ucieczki.
— Udowodnij, że wcale nie jesteś nudna – zażądał.
Poczułam, jak wzbiera we mnie złość. Miałam na końcu języka kontrargumenty i wyzwiska, ale wciąż uważałam się za zbyt rozbitą, żeby próbować się na nim odegrać. Marzyłam o śpiewaniu, chciałam śpiewać dla siebie, dla Feliksa, dla syna i wnuków, a nie mogłam wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. Do oczu ponownie napłynęły mi łzy, ale tym razem postanowiłam wziąć się w garść. Odchrząknęłam, przymknęłam powieki i wsłuchując się w śpiew ptaków na drzewach, wybrałam słowa odpowiedniej piosenki. Był to jeden z najpiękniejszych momentów, jakich doświadczyłam. Kiedy skończyłam i spojrzałam na zdumioną twarz mojego słuchacza, który po chwili zerwał się z brawami, poczułam, jakbym urodziła się na nowo.

***
Od czasu występu na balkonie, Feliks przychodził codziennie. Popołudniami zwykle zaciągał mnie na długie spacery do ogrodu, który w blasku słońca mienił się wszystkimi kolorami wiosny. Podczas tych przechadzek mój towarzysz w kowbojskim kapeluszu bez przerwy opowiadał o swoich marzeniach oraz nadziejach, nie zwracając zupełnie uwagi na fakt, że za kilka miesięcy będzie miał na karku siedemdziesiąt osiem lat. Mówił o akustycznej gitarze, z którą planował wybrać się w trasę koncertową i o powieści historycznej, pytając przy okazji, czy nie mam jakichś podręczników pomocnych w tworzeniu. Podziwiałam te plany i zazdrościłam, że w tym wieku nie brakuje mu odwagi, by marzyć.
— Nie będzie ci żal, gdy okaże się, że nie zdążysz? — zapytałam pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy na tarasie.
— Widzisz, z tym moim życiem to jest trochę jak ze snem. — Uśmiechnął się, ale w jego błękitnych oczach pojawił się smutek. — Zawsze najbardziej się chce, kiedy nadchodzi koniec. Zaśpiewasz mi jeszcze?
Co wieczór przynosił na taras gitarę i prosił, żebym została główną wokalistką w jego zespole. Odmawiałam ze śmiechem, a wtedy on wyciągał z salonu wszystkich biednych staruszków oraz pielęgniarki, grając na gitarze i zmuszając mnie do śpiewu. Każdemu takiemu koncertowi towarzyszyły owacje na stojąco, a pensjonariusze coraz goręcej doradzali mi rozważenie propozycji Feliksa. Ale strach przed tym, że nasza muzyczna przygoda może się szybciej skończyć niż zacząć, wszystko komplikował.
— Dlaczego jesteś taka krótkowzroczna? — pytał Feliks, kiedy się nie zgadzałam. — Wiek nie zależy od nas, na ból w krzyżu nie mamy już wpływu, ale marzenia? Marzenia to tylko nasza sprawa.
Nigdy nie chciałam utrudniać sobie odejścia, ale patrząc na jego entuzjazm, zaczynałam wierzyć, że nasze plany mogą się udać. Spędzaliśmy więcej czasu razem niż kiedykolwiek wcześniej. Tworzyliśmy teksty i muzykę, a potem nagrywaliśmy piosenki w studiu, do którego jakimś cudem udało nam się dostać. Mój syn umieszczał fragmenty utworów w internecie, a my nie wierzyliśmy we własne szczęście, kiedy wciąż przybywały osoby zainteresowane naszą płytą i chcące pomóc w jej wydaniu. Nie mogliśmy doczekać się momentu, w którym nagramy ostatnią piosenkę. Umówiliśmy się w studiu nagraniowym na pierwszy piątek lutego. W czwartek dopracowaliśmy tekst i gdy położyłam się do łóżka, ledwo mogłam usnąć z podekscytowania.
Rano obudziły mnie mdłości, którym towarzyszył okropny ból głowy. Wymiotowałam co chwilę i nie było mowy, żebym zdołała cokolwiek zaśpiewać. Gorączka wciąż rosła, a bolesne skurcze atakowały całe ciało. Ale tym, co przeszkadzało mi najbardziej, był żal. Nie mogłam pogodzić się z myślą, że nie dokończymy płyty, że teraz, kiedy jesteśmy tak blisko końca, wszystko się rozsypie. Feliks bez przerwy siedział na parapecie przy moim łóżku, czytając na głos Przeminęło z wiatrem. Nie chciał przestać nawet wtedy, kiedy przyjechała karetka. Nie chcę o tym teraz myśleć – postanowiła. – Jeżeli zacznę o tym myśleć teraz, będę się musiała martwić. Nie ma powodu, aby sprawy nie miały się ułożyć tak, jak tego chcę – dźwięczały mi w uszach czytane przez niego słowa, gdy jechałam do szpitala.
Z pobytu na oddziale pamiętam jak przez mgłę sylwetki oraz głosy rodziny. Bez przerwy huczało mi w głowie, wszystkie mięśnie ciała miałam napięte do granic możliwości i marzyłam tylko, żeby przyszedł już koniec. Po kilku dniach leczenia wróciła świadomość, a wraz z nią pojawił się ból. Miałam wrażenie, że pali mnie każdy kawałek skóry, ale najgorsze były dziąsła. Dziąsła bolały tak, jakby ktoś przez cały czas wyrywał mi zęby. Miałam ochotę krzyczeć i kopać, lecz siły starczało tylko na płacz. Wciąż czuję na policzkach szorstki dotyk dłoni Feliksa, kiedy materiałową chusteczką ocierał moje łzy. Uśmiechał się, ale i tym razem zdradzały go oczy, w których szalała rozpacz.
Mój stan się pogarszał. Bywały okresy, kiedy nie byłam zupełnie świadoma tego, co dzieje się wokół, ale zdarzały się też takie, w których ból wypełniał każdą sekundę. Ostatniego dnia Feliks ubłagał pielęgniarki, żeby pozwoliły mu wnieść na oddział gitarę. Na nocnej szafce postawił mikrofon i zaczął grać cicho piosenkę, której brakowało do ukończenia naszej płyty, nie kryjąc już łez.
— Dzisiaj tylko czuję, jakbym gryzła ostre kamienie — wymamrotałam przez lekko rozchylone usta.
— To nic, to nic — powiedział Feliks, całując mnie w rękę. — Ja ci osłodzę kamienie, a ty mi potem zaśpiewasz.
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014
Posty: 959

Jutro policzymy nasze zmarszczki

Post#2 » 10 cze 2018, o 14:07

Piękny tekst, dobrze napisany. Przekonujący. Czytałem z przyjemnością.

— Piękne imię. — Odparł z uznaniem.

— Piękne imię — odparł z uznaniem.

— Dlaczego jesteś taka krótkowzroczna? — Pytał Feliks, kiedy się nie zgadzałam.

— Dlaczego jesteś taka krótkowzroczna? — pytał Feliks, kiedy się nie zgadzałam.

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Jutro policzymy nasze zmarszczki

Post#3 » 12 cze 2018, o 14:48

Dziękuję za przeczytanie i uwagi, już poprawiam!
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Jutro policzymy nasze zmarszczki

Post#4 » 12 cze 2018, o 17:36

Piękny tekst! Aż mnie zatkało i nie wiem, co mam jeszcze napisać.

Mam tylko watpliwość: Czy goździki pachną? Bo coś mi się wydaje, że nie.
Pozdrawiam serdecznie.

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Jutro policzymy nasze zmarszczki

Post#5 » 12 cze 2018, o 20:29

Marian pisze:Mam tylko watpliwość: Czy goździki pachną? Bo coś mi się wydaje, że nie.

Muszę przyznać, że o tym nie myślałam i aż z ciekawości skonsultowałam się z babcią - babcia twierdzi, że zależy od odmiany. Ale lepiej unikać wątpliwości, więc zmienię na frezje. Dziękuję za miłe słowa i czujność!
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1808

Jutro policzymy nasze zmarszczki

Post#6 » 19 cze 2018, o 20:26

Wspaniały. Szczepan bardzo dziękuje.

Bardzo.

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Jutro policzymy nasze zmarszczki

Post#7 » 21 cze 2018, o 20:13

I ja serdecznie dziękuję za dobre słowo!
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1349

Jutro policzymy nasze zmarszczki

Post#8 » 4 lip 2018, o 19:01

Piękne opowiadanie. Takie gorzko-słodkie, jak życie. Bo to samo życie.
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Jutro policzymy nasze zmarszczki

Post#9 » 5 lip 2018, o 11:01

Dziękuję! <3
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości