Żona czy toyota?

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Żona czy toyota?

Post#1 » 10 cze 2018, o 13:57

Taha był niewysoki, koło trzydziestki i – jak większość Arabów – wąsaty. Pochodził z Basry. Ojciec z bratem prowadzili tam sklep meblowy, a Tahę rozkaz Saddama Husajna rzucił na pustynię na drugim krańcu Iraku. Trafił do otoczonej kolczastym drutem fabryki w Al Kaim.
Miał szczęście w nieszczęściu, bo w tamtym czasie trwała wojna z Iranem i mógł trafić na front. Dlatego chwalił prezydenta, swoją pracę i przełożonych, i zapewne modlił się do Allacha, żeby nie było gorzej.
Jego na to odludzie rzucił zły los, a mnie chęć zarobku i powąchania innego świata. Pracowaliśmy razem i dużo rozmawialiśmy, bo Taha – jak każdy Arab – lubił gadać.
Ponieważ angielski znaliśmy tak sobie, dlatego mówiliśmy po alkaimsku. W tamtym zadrutowanym świecie na pustyni pracowali ludzie z różnych krajów i musieli się jakoś porozumiewać. Powstał więc język mówiono–machany – język alkaimski.
Bazą jego był angielski z powtrącanymi zwrotami arabskimi, chińskimi i polskimi. Z tych ostatnich był to najczęściej soczysty przerywnik z „r” w środku.
W tym języku, słowa „mieć” lub „być” zastępowało „aku”, a jego zaprzeczeniem było „maku”.
Określenia „podobny” lub „taki sam” zastępowało słowo „siem-siem”. „Tu macz” – znaczyło „wiele” lub „bardzo”. Można było zarobić „tu macz” pieniędzy, lub też być „tu macz anderstend”, czyli bardzo pojętnym.
Coś dobrego, ładnego lub przyjemnego było „wery guda”, a każdy problem to była „muszkila”. Samochód to była „sajara”, jedzenie „mandżaryja”, żona lub kobieta „madam”, a damsko-męskie zabawy w łóżku nazywały się „nyku-nyku”.
Podobnych słów było tu macz, a uzupełniała je arabska gestykulacja poszerzona o nasz „gest Kozakiewicza”.
Taha o Polsce wiedział tylko, że leży w Europie, że pada tam śnieg i że Polacy to katolicy. Ta wiedza mu jednak nie wystarczała, więc postanowił przy mojej pomocy nieco ją poszerzyć. Na pierwszy ogień poszły samochody.
– Ju aku sajara? – zapytał zaraz na początku naszej znajomości.
– Maku – odpowiedziałem i zobaczyłem w jego oczach zawód.
Taha też nie miał auta, nie znał się na nich, ale bardzo lubił o nich mówić, a jeszcze bardziej nimi jeździć. W fabryce było dużo samochodów i przy każdym warsztacie jakiś stał. Arabowie ujeżdżali je tak, jak ich przodkowie wielbłądy i Taha nie był wyjątkiem. Jeśli tylko w pobliżu była jakaś sajara, to nie przeszedł piechotą nawet stu metrów. Ja do aut miałem stosunek obojętny, więc nie byłem dla niego partnerem do rozmów.
Zawiódłszy się na mnie w sprawach motoryzacji, któregoś dnia zaczął rozmowę z innej beczki.
– Ju aku madam? – zapytał.
– Aku – odpowiedziałem.
To była dobra odpowiedź. Taha upewnił się bowiem, że o sprawach damsko-męskich będę miał więcej do powiedzenia niż o autach.
– Ile u was kosztuje żona? – zapytał rzeczowo.
– Nic – odpowiedziałem.
To mu się spodobało, a jeszcze bardziej to, że większość kosztów związanych ze ślubem ponosi rodzina panny młodej.
– U nas małżeństwo jest bardzo drogie i za wszystko płaci pan młody. Mój ojciec brał pierwszy ślub prawie czterdzieści lat temu i kosztowało go to pięćdziesiąt dinarów. Drugi raz żenił się przed piętnastoma laty i wtedy wydał już półtora tysiąca. Teraz jest jeszcze drożej i trzeba mieć sześć albo więcej tysięcy w zależności od jakości „towaru” – zakończył ze smutkiem
– Sześć tysięcy? – zdziwiłem się. – To tyle kosztuje dobra sajara.
– Tak – odpowiedział ze smutkiem Taha. – I dlatego kawalerowie długo odkładają pieniądze na ślub.
– Ty też odkładasz? – zapytałem. – Ile już masz?
– Parę tysięcy mam, ale to jeszcze za mało.
– To poszukaj sobie tańszej żony.
– To nie ja będę jej szukał, tylko rodzice. Ona musi być odpowiednia dla naszej rodziny i to jest big muszkila – zakończył.
– A kiedy Polak może pierwszy raz zobaczyć swoją narzeczoną? – zapytał, kontynuując temat żeniaczki.
Odpowiedziałem, że u nas młodzi ludzie spotykają się kiedy chcą, że nawet sypiają ze sobą i nie zawsze potem biorą ślub. To mu spasowało i chyba wyobraził sobie Polskę jako seksualny raj. Aż mu się oczy zaświeciły.
Po chwili jednak przyszła refleksja:
– A co się dzieje z kobietami, które spały z mężczyzną i nie wyszły za mąż?
– Wychodzą za innych mężczyzn – odpowiedziałem.
– Ale żaden mężczyzna nie zechce takiej kobiety.
– A jak on to pozna? Przecież tego nie widać. A poza tym to u nas nie jest takie ważne.
– Aha – odpowiedział i zadumał się głęboko.
Jego obraz polskiego raju dla mężczyzn zapewne mocno przybladł. Taha sypiałby z wieloma kobietami, ale nie chciałby być ich drugim mężczyzną, a już – Allach uchowaj – nie którymś z kolei.
Któregoś dnia rozpoczął rozmowę z innej beczki.
– Widziałeś już taką gazetę ze zdjęciami nyku-nyku albo taki film?
– Widziałem – odpowiedziałem i w oczach Tahy zobaczyłem zazdrość.
– W Iraku maku takich gazet i filmów – powiedział ze smutkiem.
Żal mi się go zrobiło i postanowiłem zrobić mu przyjemność. Popytałem kolegów i zdobyłem egzemplarz takiego świerszczyka dla dorosłych. Nie mogłem mu go wypożyczyć, bo w Iraku pornografia była zabroniona, a on na pewno pokazałby go kolegom. Żeby nie napytać sobie biedy, zaprosiłem go na herbatę i położyłem na stół to pisemko. Przekartkował je szybko kilka razy, a potem tak zagłębił się w lekturze, że zapomniał o herbacie. Nie przerywałem mu. Gdy skończył, szybko dopił zimną już herbatę, pożegnał się i wyszedł. Wyraźnie było mu dokądś śpieszno.
Do tematu wrócił następnego dnia.
– Czy takie pozycje nyku-nyku naprawdę są możliwe? – zapytał.
– To zależy od partnerów – odpowiedziałem.
Nie takiej odpowiedzi oczekiwał i walnął prosto z mostu:
– A ty ich próbowałeś?
Zaskoczył mnie tym pytaniem, ale zaraz jakiś diablik podsunął mi odpowiedź:
– Tak. Próbowałem każdej z nich i jeszcze paru innych.
Chyba mi nie uwierzył.
Któregoś dnia powiedziałem jednemu z kolegów, że moje rozmowy z Tahą prawie zawsze dotyczą seksu.
– On na pewno jeszcze nie miał baby – powiedział kolega. – Dlatego taki ciekawy.
Postanowiłem to sprawdzić i przy pierwszej okazji zapytałem Tahę o to wprost.
– Och! Miałem niejedną – usłyszałem w odpowiedzi.
Powiedział to bardzo zdecydowanie. Za bardzo i dlatego mu nie uwierzyłem.
Jakiś czas potem Taha pojechał w odwiedziny do rodziny. Sytuacja w Basrze nie była dobra, bo Irańczycy podeszli bardzo blisko i nękali ją ogniem artylerii. Co prawda Taha twierdził, że jego rodzina mieszka w bezpiecznym miejscu, ale widać było, że bardzo się martwił.
Po kilku dniach wrócił zadowolony. Rodzina miała się dobrze, a rodzice nawet wyszukali mu kandydatkę na żonę i rozpoczęli wstępne rozmowy z jej rodziną. On narzeczonej jeszcze nie widział, ale już wie, że na imię ma Tahira.
– Starczy ci na nią pieniędzy? – zapytałem i zaraz ugryzłem się w język, bo takie pytanie wydało mi się niegrzeczne.
– Jeszcze nie wiem – odpowiedział Taha bez cienia obrazy. – Ale do ślubu na pewno uzbieram ile trzeba.
– A kiedy będzie ślub?
– Nie wiem. Może za rok lub dwa.
– Czy twoi rodzice nie mogą się szybciej dogadać się z jej rodzicami? Po co czekać tak długo?
– To jest normalne – odpowiedział Taha i popatrzył na mnie jak na idiotę, który nie pojmuje tak prostych spraw.
Tymczasem nastąpiły wydarzenia, które na jakiś czas zmieniły temat naszych rozmów. Były to mistrzostwa świata w piłce nożnej.
Irackiemu futbolowi poziomem daleko było do światowego, ale zawziętością kibicowania i stopniem uwielbienia idoli niczym nie ustępował włoskiemu czy brazylijskiemu. W tamtym roku Irak grał w mundialu. Piłkarzy wyjeżdżających na zawody przyjął, wycałował i udekorował Saddam Husajn, a kibice widzieli ich przynajmniej w medalowej czwórce.
Irak przegrał pierwszy mecz z Paragwajem tylko 0:1 i Taha – jak cały Irak – potraktował to, jako debiutanckie potknięcie. Następnym przeciwnikiem była Belgia i tubylcy ostrzyli sobie zęby na wygraną.
– Kto jest najlepszym belgijskim piłkarzem? – zapytał mnie Taha przed tym meczem.
– Ceulemans lub Claesen – odpowiedziałem.
Okazało się, że to jednak Belgia wygrała 2:1, a Claesen strzelił im karnego. Ten karny – jak większość karnych w oczach kibiców – uważany był przez Irakijczyków za niesłuszny. Byli dumni z gola strzelonego przez ich drużynę, nie uznawali karnego i w ich oczach Irak ten mecz prawie wygrał.
Gol strzelony Belgii był jedynym strzelonym przez Irak i idole Tahy wypadli z gry. Mimo to Arabowie wytrwale oglądali całe mistrzostwa, a z ich rozmów wyławiałem coraz częściej słowa „Maradona” lub „Zico”.
Dopiero wtedy zobaczyłem, jak nośne są fale piłkarskiej sławy. O Koperniku słyszało niewielu, o papieżu nikt, a o Bońku słyszał co drugi Arab i nawet wiedział, że to Polak.
Skończył się mundial, prawie pokonana przez Irak Belgia zdobyła czwarte miejsce i życie wróciło na stare tory.
Taha częściej jeździł do Basry, skąd przywoził coraz gorsze wieści. Irańczycy przeszli na zachodni brzeg Szatt al-Arab i miasto zostało odcięte od morza. Wzmógł się ostrzał rakietowy i jego rodzina nie była już bezpieczna. Do tego jeszcze negocjacje w sprawie ożenku z Tahirą zakończyły się fiaskiem. Było niedobrze.
Taha sposępniał i przestał zagadywać mnie o nyku-nyku. Wzrosło natomiast jego zainteresowanie samochodami. Już nie wystarczały mu przejażdżki, ale zaczął zaglądać im pod maski i dopytywać się o silniki, hamulce i inne dane techniczne. Gdy zapytałem go, skąd to nagłe zainteresowanie autami, odpowiedział wymijająco i zmienił temat.
W czas wrześniowych upałów Taha dostał urlop i wyjechał do Basry. Nie było go chyba ze dwa tygodnie, a pierwszego dnia po powrocie był jakiś tajemniczy i małomówny. Nie pytałem go o powód tego stanu, bo wiedziałem, że wcześniej czy później pęknie i się wygada.
Nie czekałem długo. Jeszcze tego samego dnia z popołudniowej drzemki wyrwało mnie głośne pukanie do drzwi. Otworzyłem. W drzwiach stał uśmiechnięty Taha, a na chodniku nowiutka toyota corolla.

Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014
Posty: 959

Żona czy toyota?

Post#2 » 10 cze 2018, o 14:16

Bardzo ciekawe i świetnie napisane. Tradycyjnie. ;))

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Żona czy toyota?

Post#3 » 10 cze 2018, o 19:12

Gorgiasz pisze:Bardzo ciekawe i świetnie napisane. Tradycyjnie. ;))


Dzięki Gorgiasz. Bardzo mi miło.

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 127

Żona czy toyota?

Post#4 » 11 cze 2018, o 10:10

Ja też się dopiszę z gratulacjami. Opowiadanie wciąga.

Pozdrawiam.:-D

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Żona czy toyota?

Post#5 » 11 cze 2018, o 11:54

helka pętelka pisze:Ja też się dopiszę z gratulacjami. Opowiadanie wciąga.

Pozdrawiam.:-D


Dzięki za odwiedziny i komentarz. :-D

szczepantrzeszcz
Furia Pustyni
Furia Pustyni
Posty: 1800

Żona czy toyota?

Post#6 » 11 cze 2018, o 20:50

Miłość-ślub. Odwrócenie obowiązującego u nas schematu (sułtan Szachrijar najpierw się ożenił, a dopiero potem pokochał swoją żonę) nie zmienia mojego podejścia do kwestii konfrontacji chrześcijaństwa ze światem islamu. Arabowie są do nas na tyle podobni, że dzihad żadnego sensu nie ma. Moje spostrzeżenie stanowi (dla mnie rzecz jasna) niezaprzeczalną i największą wartość tego opowiadania.

Odwieczny Hamleciany dylemat brzmi po alkaimsku (nieco spolszczając) bardzo wdzięcznie: "aku albo maku".

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Żona czy toyota?

Post#7 » 11 cze 2018, o 21:27

szczepantrzeszcz pisze:Odwieczny Hamleciany dylemat brzmi po alkaimsku (nieco spolszczając) bardzo wdzięcznie: "aku albo maku".


Nic dodać, nic ująć.
Dziękuję Szczepan za odwiedziny i celny komentarz.
Pozdrawiam serdecznie.

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość