Zakładki - jak działa forumowa opcja dodawania zakładek. Zapisz tekst na liście i przeczytaj później!

Event Noc Świętojańska - zachęcamy do czytania prac uczestników!
Odsłona poetycka i prozatorska.

Turecki kot

Wszelkie formy krótkie prozatorskie. Drabble, miniatury, szorty.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować wyłącznie miniatury, drabble i krótkie opowiadania.

Przydatne definicje
drabble: krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story): krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

Teksty dłuższe (fragmenty powieści, długie opowiadania) należy publikować w dziale "Opowiadania i fragmenty powieści".
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
Marian
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 615
Zobacz teksty użytkownika:

Turecki kot

Post#1 » 1 sty 2019, o 16:56

Nad morzem mogę wytrzymać najwyżej trzy dni. Pierwszego dnia kąpię się i opalam jak wszyscy. Drugiego spaceruję po plaży i przyległym terenie. W trzecim dniu próbuję lokalnych potraw i napitków, a na czwarty dzień mogę już wyjeżdżać. Gdy muszę zostać dłużej, to wymyślam sobie jakieś zajęcia, żeby nie umrzeć z nudów.
Taki dłuższy pobyt zdarzył mi się kiedyś w Turcji. Do hotelu dotarłem pod wieczór i zaraz po zameldowaniu poszedłem nad morze. Stojąc na plaży, zobaczyłem niedaleko góry. Najbliższa z nich wyrastała jakby prosto z wody. Nie wyglądała na trudną do zdobycia i od razu postanowiłem, że spróbuję na nią wejść.
Na drugi dzień chciałem kupić mapę turystyczną, ale zdobyłem tylko jednostronicowy planik okolicy. Przedstawiał on kawałek tamtejszego wybrzeża, pobliskie wyspy i miejscowości. W interesującym mnie miejscu zaznaczone były góry i las, ale bez żadnego opisu.
Dziewczyna z recepcji była bardzo sympatyczna, wiec zapytałem ją, czy wie coś o tamtym terenie. Nie wiedziała nic, ale poszperała w Internecie i powiedziała mi, że jest to park narodowy, góry mają po około tysiąc metrów, a w tamtejszym lesie łatwo zabłądzić. Powiedziała też, że można tam dojechać busikiem zatrzymującym się naprzeciwko hotelu. Zdobywszy te skromne informacje, postanowiłem wyruszyć w nieznane.
Następnego dnia wysiadłem z busa przy ścieżce prowadzącej do lasu. Na małym piaszczystym placyku stał rozwalony kosz na śmieci i drewniana ławka, a do drzewa była przybita zardzewiała tablica. Pewnie nie zwróciłbym na nią uwagi, gdybym w górnym rogu nie zauważył czegoś na kształt kociej głowy. Poniżej był zniszczony napis po turecku i po angielsku. Z jego resztek dowiedziałem się, że w tamtych lasach żyły jakieś „Panthera pardus tul…” i że ostatnią z nich zastrzelono w roku tysiąc dziewięćset – nieczytelna cyfra – szóstym. Ta nieczytelna cyfra mogła być trójką lub ósemką. Ponieważ tablica była stara, więc najbardziej prawdopodobny był rok tysiąc dziewięćset trzydziesty szósty. Nie znam łaciny, ale słowo „panthera” nie pozostawiało wątpliwości – wchodziłem do lasu, w którym przed kilkudziesięcioma laty żyły jeszcze lamparty.
Tak oświecony ruszyłem ostro przed siebie. Miałem do pokonania około tysiącmetrową różnicę wysokości w nieznanym terenie, a potem musiałem jeszcze wrócić. Zapowiadał się długi marsz i musiałem iść szybko, żeby zdążyć przed zmrokiem.
Z początku ścieżka była szeroka i łagodnie wiodła pod górę przez bujny las. Potem las się przerzedził i wszedłem pomiędzy wysokie wapienne skały, tworzące wąwóz. Dalej ścieżka była coraz węższa, skały coraz wyższe i znalazłem się w prawie westernowym kanionie. Słońce świeciło, jakieś ptaszki świergotały i przelatywały z kamienia na kamień – było przyjemnie.
Podszedłem już pewnie z pięćset metrów w górę, gdy drogę zastąpił mi… żółw. Był wielkości dużej miski i walił prosto na mnie. Ustąpiłem mu grzecznie miejsca, a on „przemknął” koło mnie w żółwim tempie i zniknął między kamieniami.
Wyżej kanion się skończył i wszedłem na wapienne rumowisko porośnięte skąpą roślinnością. Wąska i stroma ścieżka prowadziła na przełęcz, a na prawo od niej widać było kopułę wierzchołka góry. Od przełęczy na szczyt już nie było ścieżki, więc musiałem kluczyć pomiędzy kamieniami i kolczastymi krzakami.
Za wysiłek i podrapane nogi dostałem sowitą nagrodę w postaci pięknego widoku. Na dole przede mną lśniło usiane wyspami Morze Egejskie. Widząc te wyspy zrozumiałem, dlaczego starożytnym Grekom tak łatwo się żeglowało. Po prostu pływali od wyspy do wyspy. Wyruszając, widzieli cel lub wiedzieli, w którym jest kierunku i nie musieli zapuszczać się w „przestwór oceanu”.
Największa z widocznych wysp była o krok, a z mojego planiku wynikało, że jest to grecka Samos. Arystarch z Samos – przecież o nim uczono mnie w szkole!
Na lewo rozciągała się równina, a na jej krańcu było wielkie jezioro. Nieco bliżej meandrowała rzeka Meander i widać było ruiny Miletu. Tales z Miletu i jego twierdzenie – znowu wróciło szkolne wspomnienie.
Oto stałem na bezimiennej górze i jakbym widział starożytny świat. Tam, nad brzegami Meandra kreślił swoje kąty i trójkąty Tales, na Samos nocami patrzył w niebo Arystarch, a na mojej górze zapewne pilnował kóz jakiś pasterz, przygrywając sobie na fletni Pana. A może i sam bożek Pan przebiegał tutejsze lasy. Stałem, pasłem oczy i umysł. Było pięknie! Niestety, czas nie chciał się zatrzymać i trzeba było wracać.
Schodząc w stronę przełęczy, nagle zauważyłem podchodzącego na nią… lamparta. Mimo sporej odległości widziałem go dobrze – szedł z dołu ścieżką, którą ja przyszedłem. „Wywąchał mnie i idzie moim tropem” – pomyślałem i przykucnąłem za najbliższym kamieniem.
Wielki kot tymczasem dotarł do przełęczy, postał chwilę i ruszył w moim kierunku. Nie szedł prosto na mnie, ale kluczył, jakby szukając zdobyczy. Mimo to zbliżał się i było jasne, że wkrótce mnie zauważy. Przeraziłem się.
Kilka lat wcześniej wpadłem w poślizg na oblodzonej szosie. Auto jechało dokąd chciało, a ja nawet nie próbowałem kręcić kierownicą ani naciskać na pedały. Siedziałem bezbronny i czekałem na nieuchronne „bumm”.
Wtedy trwało to sekundy i nawet nie zdążyłem się przestraszyć. Teraz „bumm” o cętkowanej skórze nadchodziło powoli, a ja byłem równie bezradny i bardzo się bałem. Patrzyłem na zwierzę i nie byłem w stanie zebrać myśli.
Na szczęście lampart powęszył jeszcze trochę pomiędzy kamieniami i zawrócił na przełęcz. Potem zaczął wspinać się na przeciwległe zbocze i zniknął za skałami.
Zniknął, ale czy odszedł na dobre? A może siedział gdzieś tam i czekał? Lub może zszedł do lasu i wyskoczy na mnie, gdy zejdę niżej? Tak czy inaczej, schodzenie tą samą drogą było bardzo ryzykowne.
Siedząc nadal w ukryciu, zacząłem szukać jakiegoś wyjścia z sytuacji.
Pierwsze, co przyszło mi do głowy, było zadzwonienie do kogoś po pomoc. Ale do kogo? Nie znałem żadnego tureckiego numeru alarmowego, a nawet gdybym znał, to co bym powiedział? Że widziałem lamparta i boję się schodzić? Pewnie by mi nie uwierzono, bo przecież ostatniego zastrzelono tu ponad pół wieku temu. Na pewno nie przysłano by helikoptera, żeby ostrzelał górę i zabrał mnie do hotelu, bo takie akcje są tylko w amerykańskich filmach.
Wtedy też dotarło do mnie, że jestem durniem nad durniami, bo polazłem samotnie na nieuczęszczaną górę, nie wziąwszy nawet hotelowej wizytówki. Przecież gdybym złamał nogę, to nie byłbym w stanie zejść o własnych siłach i nikt by nawet nie wiedział gdzie mnie szukać. Skląłem siebie siarczyście, ale to nie zmieniło mojego położenia.
Drugim pomysłem było zejście na przełaj po przeciwnym zboczu góry, żeby jak najbardziej oddalić się od lamparta. Niestety, było to niewykonalne, bo tam nie było żadnej ścieżki, a skały były strome i las gęsty. Schodząc tamtędy, ryzykowałbym upadek i dopiero wtedy lampart i różni jego leśni kumple mieliby używanie.
Pozostało mi więc tylko schodzić tak jak wszedłem i modlić się, żeby ten turecki kot mnie nie namierzył.
Znalazłem między kamieniami kawałek drewna i tak uzbrojony ostrożnie ruszyłem w dół. W miarę schodzenia mój strach narastał. Pociłem się i zaczęło mi szumieć w głowie. Od przełęczy przyspieszyłem i zacząłem prawie biec miedzy kamieniami. Nagle potknąłem się i upadłem. Na szczęście otarłem tylko skórę na dłoniach.
Wtedy zrozumiałem, że zachowałem się jak idiota, bo biegnąc mogłem złamać nogę i wtedy już bym lampartowi nie uszedł. Ruszyłem więc wolniej i tak dotarłem do kanionu.
Nagle pomiędzy skałami coś się poruszyło i na ścieżkę wyskoczył… jakiś duży ptak. Zaskrzeczał przeraźliwie i odleciał, a ja prawie zemdlałem z przerażenia i aż musiałem usiąść.
Dalej szedłem już powoli i szczęśliwie dotarłem do szosy. Tam otrzepałem ubranie, resztką wody z butelki obmyłem poobcierane dłonie i tak wyelegantowany czekałem na autobus, który niedługo nadjechał.
Recepcjonistkę w hotelu wyraźnie ucieszył mój widok i zapytała, czy udało mi się wejść na tamtą górę.
– Udało się – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– I wszystko jest OK? Nic się panu nie stało? – dopytywała.
– Nic – odpowiedziałem, chowając za plecy podrapane dłonie.
– To dobrze – powiedziała z ulgą w głosie. – Bo zapomniałam panu powiedzieć, że tam są jadowite węże i trochę się o pana bałam.

Tagi:

szczepantrzeszcz
Komentator Miesiąca
Komentator Miesiąca
Posty: 2358
Zobacz teksty użytkownika:

Turecki kot

Post#2 » 1 sty 2019, o 18:11

Opko fajne, tak samo jak wszystkie poprzednie.

Brzeg morza też ciekawy, jednak kiedy na horyzoncie górę widać... rozumiem Cię w zupełności.

Swoją drogą miałeś chyba sporo szczęścia. Nie znam się na lampartach, ale przypuszczam, że w przeciwieństwie do wilka nie zszedłby z drogi.

Awatar użytkownika
Marian
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 615
Zobacz teksty użytkownika:

Turecki kot

Post#3 » 2 sty 2019, o 11:33

szczepantrzeszcz pisze:Opko fajne, tak samo jak wszystkie poprzednie.

Brzeg morza też ciekawy, jednak kiedy na horyzoncie górę widać... rozumiem Cię w zupełności.

Swoją drogą miałeś chyba sporo szczęścia. Nie znam się na lampartach, ale przypuszczam, że w przeciwieństwie do wilka nie zszedłby z drogi.


Dzięki Szczepan za odwiedziny.
Też się nie znam na lampartach, a szczególnie na tych "panthera pardus ...". Trudno mi powiedzieć, czy by się cofnął. Teoretycznie powinien, bo przecież jego od lat już tam nie było.
Pozdrawiam z Nowym Rokiem.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1207
Zobacz teksty użytkownika:

Turecki kot

Post#4 » 2 sty 2019, o 13:45

Na szczęście lampart powęszył jeszcze trochę pomiędzy kamieniami i zawrócił na przełęcz. Potem zaczął wspinać się na przeciwległe zbocze i zniknął za skałami.

Widocznie byłeś nieapetyczny. :-D
Arystarch z Samos – przecież o nim uczono mnie w szkole!

Dobrą szkołę miałeś, mnie takich rzeczy nie uczyli. Potem jakoś sam nadrobiłem.

Awatar użytkownika
Marian
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 615
Zobacz teksty użytkownika:

Turecki kot

Post#5 » 2 sty 2019, o 14:28

Dziękuję Ci za odwiedziny.

Gorgiasz pisze:
Widocznie byłeś nieapetyczny. :-D

A kto lubi stare kości. :-D

Dobrą szkołę miałeś, mnie takich rzeczy nie uczyli.

Szkoła była jak każda, ale pan od historii był gość.

Awatar użytkownika
nebbia
Wydany pisarz
Posty: 289
Zobacz teksty użytkownika:

Turecki kot

Post#6 » 8 sty 2019, o 20:00

Dawno mnie nie było, a tu takie smakowite kąski. Aż się za nimi stęskniłam.
Można także to opowiadanie odczytać w sensie metaforycznym... spotkanie z nieznanym, tajemnicą, a może nawet ze wspomnieniami, czy - nie daj Boże - traumą. Ładne, i przywiodło mi na myśl moje przypadkowe i niespodziewane spotkanie, niegdyś wiosną w Gorcach, z dużym ptakiem - cietrzewiem, głuszcem, nie jestem pewna. Duży był i raczej agresywny, może wlazłam na jego terytorium, a on właśnie był w zalotach?
A i Twoje "Gwizdanie" palce lizać!

Marianie, przyjmij serdeczności od
n

Kawka
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 718
Zobacz teksty użytkownika:

Turecki kot

Post#7 » 8 sty 2019, o 20:40

Cześć! Piękne opowiadanie. Przygoda też niecodzienna.
"poszperała Internecie" - zgubiłeś w
Pozdrawiam z Nowym Rokiem

Awatar użytkownika
Marian
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 615
Zobacz teksty użytkownika:

Turecki kot

Post#8 » 11 sty 2019, o 20:37

nebbia pisze:Dawno mnie nie było, a tu takie smakowite kąski. Aż się za nimi stęskniłam.
Można także to opowiadanie odczytać w sensie metaforycznym... spotkanie z nieznanym, tajemnicą, a może nawet ze wspomnieniami, czy - nie daj Boże - traumą. Ładne, i przywiodło mi na myśl moje przypadkowe i niespodziewane spotkanie, niegdyś wiosną w Gorcach, z dużym ptakiem - cietrzewiem, głuszcem, nie jestem pewna. Duży był i raczej agresywny, może wlazłam na jego terytorium, a on właśnie był w zalotach?
A i Twoje "Gwizdanie" palce lizać!

Marianie, przyjmij serdeczności od
n


Witaj.
Nudnawo było bez Ciebie.
Dziękuję za odwiedziny i miły komentarz.
Pozdrawiam serdecznie.

Dodano po 1 minucie 55 sekundach:
Kawka pisze:Cześć! Piękne opowiadanie. Przygoda też niecodzienna.
"poszperała Internecie" - zgubiłeś w
Pozdrawiam z Nowym Rokiem


Witaj.
Dziękuję, że poszperałaś w moim opowiadanu i znalazłaś błąd.
Wszystkiego dobrego w tym 2019.
Pozdrawiam.

Wróć do „Miniatury i drabble”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości