Strona 1 z 1

Stan błogosławiony

: 4 kwie 2019, o 21:33
autor: winfreda_d
Nagły grzmot sprawił, że zamknęła oczy i mocniej zacisnęła dłonie na kolanach. Nie widziała, ale wyczuła uderzenie pioruna w ziemię. Chwilę później usłyszała krople deszczu, obijające pobliskie skały. Kolejny trzask sprawił, że podniosła powieki – bardziej przerażająca niż burza była dla niej niewiedza tego, co dzieje się na około. Ognisko już przygasało, ale wciąż dokładnie widziała nieruchome sylwetki towarzyszy – wszyscy spali, nie przejmując się ani nawałnicą, ani przeciągającą się nieobecnością łowców. Silny podmuch wiatru, dostawszy się do jaskini przez wejście, zgasił ogień – jedyne źródło światła. Podeszła do niewielkiego otworu w skale i mimo strachu spojrzała na polanę, znajdującą się kilkanaście kroków niżej. Za dnia, kiedy świeciło słońce, a powietrze było spokojne, mogłaby spokojnie dojrzeć wracającą grupę, nawet z dalekiej odległości. Teraz jednak widziała tylko to, na co pozwalały jej pojawiające się co jakiś czas błyskawice: sylwetkę ogromnego drzewa i kilka skał, na których często spędzała długie dnie.
Położyła dłonie na wyrośniętym brzuchu. Był to główny powód, dla którego tak niecierpliwie wyczekiwała powrotu łowców; nie dbała ani o jedzenie, ani o bezpieczeństwo – chciała tylko, aby mężczyzna, który wprowadził ją w ten stan, był przy niej, kiedy dziecko pojawi się na świecie. Wzięła głęboki oddech i po chwili wróciła na swoje miejsce. Jutro, pomyślała, kładąc się obok starszej kobiety, której nie obudziłby nawet najgłośniejszy trzask. Na pewno wrócą jutro.

Wrócili, kiedy ona jeszcze spała. Wyszła z jaskini na świeże powietrze; po nocnej burzy nie było już śladu – wszystko dookoła było zielone, a niebo miało błękitny odcień i ciągnęło się w nieskończoność.
Zobaczyła go pod drzewem, które kojarzyło jej się z jedną tylko czynnością. Otoczony był grupą towarzyszy, którym wyraźnie dopisywał humor. Popisywał się, wymachując włócznią, najwyraźniej odgrywając scenę z ostatniego polowania. Zrobiła kilka kroków do przodu, ale zatrzymała się, gdy jedna z kobiet wskoczyła mu na plecy i wskazała na drugą stronę olbrzymiego pnia; on nie zastanawiał się długo i po chwili obydwoje zniknęli za drzewem. Wtedy zrozumiała, że nie będzie już jedyną oczekującą na jego powrót.

***

Karczma była tego wieczoru wyjątkowo zatłoczona. Prawie wszyscy mieszkańcy wioski zebrali się, aby wspólnie i przy kuflu piwa omówić publiczną egzekucję, która nieco wcześniej została wykonana na miejscowym złodziejaszku. Podobno tym razem zadarł z niewłaściwą osobą (podsłuchała jak stara Maggie mówiła jeszcze starszej i dużo bardziej głuchej Jo – przez co Maggie musiała krzyczeć, więc chcąc nie chcąc słyszało ją pół karczmy – że syn hrabiego, który skazał biednego Toma na szubienicę, sypiał z małą Alice, a to właśnie ona została okradziona). Zastanawiała się, czy młody szlachcic przyznałby się do bycia ojcem, gdyby Alice zaszła teraz w ciążę. Podejrzewała, że nie, ale znała również tę dziewczynę i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wyciągnęłaby ona od tej przeklętej rodziny przynajmniej parę złotych monet. Przez chwilę wyobrażała sobie, że to ona jest panią na zamku, którą traktowano by jak księżniczkę, bez względu na stan, w jakim by była. Nagły skurcz wyrwał ją jednak z marzeń, zmuszając do powrotu do rzeczywistości. Kufel, do którego nalewała właśnie piwa, wypadł jej z ręki i upadł na podłogę. Kilka głów odwróciło się w jej stronę, ale nikt nie zadał sobie trudu podejścia do niej i udzielenia pomocy. Ciężko łapiąc oddech, podeszła do ściany i zawołała swoją córkę.
– Dokończ… dokończ obsługiwać – powiedziała przez zaciśnięte zęby.
– Mamo, co się dzieje? – Dwunastoletnia Rose spojrzała z niepokojem na swoją matkę. Zdawała sobie sprawę z tego, że praca w karczmie w tak zaawansowanej ciąży musi stanowić nie lada wysiłek dla cokolwiek starszej już kobiety.
– Chyba już czas… Idź do roboty, szybko, ludzie czekają! – Odeszła od córki tak szybko jak tylko mogła.
Pierwszy raz ucieszyła się z tego, że mieszka tuż obok karczmy. Podpierając się pobliskich murków doszła do swojego domu. Okolica była cicha i spokojna, jak nigdy wcześniej. Powoli, ale zbliżała się zima; trzeba zacząć robić zapasy i może zaoszczędzić trochę grosza. Na początku ciąży martwiła się, że przez dziecko nie będzie mogła pracować, ale na szczęście Rose udowodniła, że potrafi się do czegoś przydać. Dziewczyna szybko nauczyła się pracy w karczmie. Po porodzie, pomyślała, Rose zajmie się dzieckiem, a ona wróci do nalewania piwa.
– Tom! Tom, jesteś tu? – upadła, gdy tylko przestąpiła przez próg chaty. Miała tylko nadzieję, że jej syn był w pobliżu.
– Anna, to ty? – przeklęty chłopak, pomyślała. Nigdy nie nazwał jej matką. – Chryste! Czy ty…? Poczekaj, sprowadzę pomoc! – Nie widziała jego twarzy, ale z brzmienia głosu mogła wywnioskować jak wystraszony jest.
– Nie ma czasu, Tom, po prostu je… po prostu je wyciągnij.

Nie była w stanie określić, kiedy straciła przytomność, ale gdy się obudziła w domu panowała cisza. Widziała tylko Toma, klęczącego przed nią. Otworzyła usta, żeby zapytać go co z dzieckiem, jednak chłopak odezwał się pierwszy.
– Dlaczego nie płacze? Rose płakała…

***

O ile poranny spacer do pracy mijał w miarę spokojnie, to droga powrotna była dla niej niczym przejście przez czyściec. Zarówno kobiety, z którymi pracowała, jak i te mieszkające w pobliskich kamienicach obserwowały każdy jej krok bez cienia skrępowania. Zdawała sobie sprawę z tego, że wywołuje w ludziach cokolwiek skrajne emocje, ale minęło już prawie sześć miesięcy – czas najwyższy przyzwyczaić się do sytuacji; zwłaszcza takiej, której nie da się zmienić.
Zostało jej do przebycie jeszcze kilka metrów, zanim znajdzie się pomiędzy względnie bezpiecznymi ścianami swojego pokoju, który wynajmowała w kamienicy należącej do właściciela sąsiedniej fabryki. Podniosła głowę i natychmiast napotkała spojrzenie kobiety, która była główną prowodyrką nagonki na jej osobę. Starsza już pani wychylała się ze swojego okna na piętrze i uważnie obserwowała to, co działo się na ulicy. Mimo że nie działo się wiele, matrona cierpliwie siedziała przy parapecie i tylko czekała, aż coś przykuje jej uwagę. Głupie babsko, pomyślała dziewczyna, wchodząc do budynku naprzeciw. Znała jej synów; cała siódemka pracowała razem z nią w tej samej fabryce i każdy kolejny brat był głupszy od poprzedniego.
Mieszkanie było puste, ale nawet gdyby było inaczej, ona i tak udałaby się prosto do swojego pokoju. Mimo że jej współlokatorzy byli w miarę znośni, nie zamierzała się z nimi zaprzyjaźniać. Byli to jednak jedyni ludzie w – jak jej się czasami wydawało – całym mieście, którzy ją tolerowali. Podejrzewała, że widzieli już gorsze rzeczy niż samotna ciężarna dziewczyna.
Będąc w pokoju, zdjęła bluzkę i stanęła przed lustrem. Jasne włosy były brudne i przetłuszczone, twarz czarna od kurzu, piersi były praktycznie niewidoczne, a ze spódnicy wystawały dwa suche patyki zamiast nóg. Ona jednak nie zwracała na to wszystko uwagi; skupiała swoje spojrzenie na coraz większym brzuchu, w którym rozwijało się dziecko. Już teraz nie żyło jej się dobrze i miała problemy z zapłatą za wynajem, wiedziała jednak, że po porodzie czeka ją oraz niemowlę życie w skrajnym ubóstwie. A przecież miała zostać panią baronową. Obiecał jej tytuł, pieniądze, obracanie się w najlepszym towarzystwie. Zacisnęła dłonie, myśląc o ludziach, których nigdy nie będzie dane jej poznać. Tak bardzo chciała od wewnątrz poznać środowisko intelektualistów, na tym właśnie zależało jej najbardziej; chciała prowadzić zaciekłe dyskusje na interesujące tematy, przedstawiać własne teorie i punkty widzenia, zmieniać sposoby myślenia innych ludzi i swoje własne. A teraz zostało jej po nim jedynie dziecko, którego nie chciała i którego nie byłaby w stanie utrzymać. Rozumiała już uśmiech, który przybierał, gdy opowiadała mu o swoich marzeniach – nie był ani wyrozumiały, ani czuły – był to raczej prześmiewczy grymas. Och, jak bardzo musiał się z niej śmiać. Jaką idiotkę z siebie zrobiła, ona, która tak bardzo starała się pokazać jako inteligentna i sprytna młoda kobieta. Patrząc teraz na swoje żałosne odbicie w lustrze było jej żal jedynie nienarodzonego jeszcze dziecka.

Mieszkała na czwartym piętrze. Okno w jej pokoju było niewielkie, ale wystarczająco duże, aby dorosła osoba z niego wypadła. Stara kobieta, która uparcie obserwowała ulicę, wreszcie wymodliła sobie jakieś poruszenie.

***
Nawet kiedy była jeszcze dzieckiem, wiedziała już czego chce od życia i jak to osiągnąć – zawsze miała plan na najbliższe dziesięć lat i realizowała go krok po kroku. Niektórzy chwalili ją, mówiąc, że jest profesjonalistką; inni, krytykowali jej cokolwiek kalkulacyjne podejście do życia, sugerując, że działa jak robot. Nie zawracała sobie głowy ani jednym, ani drugim komentarzem – nigdy nie przejmowała się opinią innych ludzi, bez względu na to czy była to pochwała, czy też wręcz przeciwnie. Starała się na wszystkie aspekty życia patrzeć z każdej możliwej perspektywy – na nic nie zgadzać się bez przeanalizowania wszelkich za i przeciw, niczego nigdy z góry nie skreślać, przynajmniej wtedy, gdy nie miała ku temu konkretnych podstaw. Była otwarta – tak o sobie myślała, tak wszystkim o sobie mówiła.
Była jednak jedna rzecz, której nie mogła znieść. Jedna rzecz, która wywoływała u niej dreszcze – ograniczenia. Zwłaszcza te nakreślane przez drugą osobę, bez względu na to jak bliską. Dlatego, kiedy oznajmiła grupie ludzi, których od biedy mogłaby nazwać przyjaciółmi, że jest w ciąży, wywołało to w nich falę szoku.
– Jak to w ciąży? Przecież ty nawet nigdy nie miałaś faceta – pierwszy odezwał się jedyny de facto mężczyzna w jej najbliższym otoczeniu.
– No i co z tego? Dzisiaj nie potrzeba już penisa, żeby zrobić sobie dziecko – Zamiast pochwał, których oczekiwała, wywołała tym stwierdzeniem jedynie chwilę ciszy. Twarze jej znajomych ukazywały albo zażenowanie, albo niedowierzanie. Uważali ją za zimną młodą kobietę, która po trupach dąży do celu. Nie raz zastanawiali się nad motywami, którymi się kieruje. Dyskutowali także o powodach, dla których wciąż się z nimi trzyma i sama aranżuje systematyczne spotkania. Czasami mieli wrażenie, że nie pamięta nawet ich imion. Nie sprawiała również wrażenia osoby, którą interesują sprawy prywatne czy problemy innych ludzi.
– Ale ty nie lubisz dzieci – odezwał się głos z końca stolika, przy którym siedzieli. Znajdowali się w miarę ustronnym miejscu, z dala od innych gości. Była to jedna z nowo otwartych knajp w mieście; nigdy nie chodzili do tego samego lokalu więcej niż dwa razy, sama wprowadziła tę zasadę.
– To jedno polubię – odpowiedziała prosto. Wcześniej przygotowała sobie odpowiedzi na wszystkie możliwe komentarze i pytania, jakie mogliby jej zadać. Jak zwykle, była dobrze przygotowana na każdą ewentualność. Zapomniała jednak, albo nigdy nie wiedziała, że bycie wygadanym nie zawsze szło w parze z posiadaniem czegoś wartościowego do powiedzenia.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie jest zabawa, prawda? Ani żart?
– Oczywiście, że tak. Wszystko już mam zaplanowane. Do piątego miesiąca będę pracować, a później wyjadę.
– Jak to wyjedziesz? Dokąd?
– Nad morze – odpowiedziała rzeczowym tonem, który wskazywał, że jest to najoczywistsza oczywistość – do rodziców. Obiecali, że na początku mi pomogą.
– To oni wiedzą? Jak zareagowali na… – w głosie koleżanki wyraźnie zabrzmiało zawahanie – na tę wiadomość?
– Jak to, jak zareagowali? Byli wniebowzięci! Zawsze chcieli zostać dziadkami.
– Wiesz co? – dopiero po raz drugi odezwał się jedyny przedstawiciel płci męskiej w jej towarzystwie – ja mam jeszcze zebranie w robocie. Muszę już lecieć, ale… no naprawdę bardzo się cieszę. To znaczy, gratulacje! – Przytulił ją i szybkim krokiem opuścił restaurację, nie oglądając się za siebie ani razu. Przy stoliku zapanowała cisza, niezręczna dla wszystkich, oprócz przyszłej matki.
– No tak właściwie to my też musimy już powoli uciekać – Dokoła zapanował nagły chaos, spowodowany kolekcjonowaniem płaszczy i czapek.

W mgnieniu oka została sama, ale wcale się tym nie przejęła. Spokojnie dokończyła swój obiad i dopiła kawę. Nie zawracała sobie nimi głowy, czuła się jednak w obowiązku poinformować znajomych, że za niecałe dziewięć miesięcy do ich grona dołączy nowy członek. Czy im się to podoba, czy nie.

Stan błogosławiony

: 9 kwie 2019, o 09:31
autor: Camenne
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony masz pomysł, pokazujesz historie kobiet żyjących w różnych czasach, ale będących w tym samym stanie, których, właściwie, wspólnym mianownikiem jest też bycie samotną matką. Z drugiej strony mam wrażenie, że żadna z nich nie jest opowiedziana tak, jak powinna być, i żadna z postaci nie jest tak przedstawiona, by dała się odczuć jak osoba. Nie jest łatwo przedstawić żyć tylu postaci w tak krótkim tekście i tu niestety to widać.
Dodatkowo właściwie szczędzisz komentarza w narracji, co bywa dobrą opcją, bo czytelnik może, oczywiście, sam ocenić sytuację, sam wyciągnąć wnioski, ale mam wrażenie, że ty tylko "zrelacjonowałaś" te historie, nie opowiedziałaś. Żadna z nich nie jest zakończona w bardziej dosadny sposób (może poza tą, która skoczyła z okna, i tą ostatnią - ta pierwsza ma wyraźną puentę i jest zamknięta, ta druga sama komentuje swoją sytuację bardzo wyraźnie i odczuwalnie i tego zabrakło mi w poprzednich).

Ten tekst potrzebuje więcej miejsca, bohaterki większego nakreślenia, ich historie większego "podsumowania". Bez tego można pogubić się w tekście, gdy przychodzi do pierwszej zmiany czasów i postaci, o czym napiszę troszkę niżej, i mimo że potem to jest oczywiste, że każdy oddzielony fragment opisuje sytuację innej dziewczyny, jakoś czuć brak struktury. Forma tekstu nie jest oczywista, tekst nie prowadzi czytelnika tak, jak powinien, i tego też brakuje.

Ale poza tym ciekawy zamysł. Zawsze warto próbować cięższych tematów i form, bo nawet jeżeli nie wyjdzie, zawsze daje to dużo na przyszłość. Tutaj warto by dopracować to pod względem samej treści, ale też warsztatu, bo jest trochę powtórzeń, trochę kulejących miejsc, błędów w zapisie i innych drobiazgów.

Nagły grzmot sprawił, że zamknęła oczy i mocniej zacisnęła dłonie na kolanach. Nie widziała, ale wyczuła uderzenie pioruna w ziemię. Chwilę później usłyszała krople deszczu, obijające pobliskie skały. Kolejny trzask sprawił, że podniosła powieki – bardziej przerażająca niż burza była dla niej niewiedza tego, co dzieje się na około. Ognisko już przygasało, ale wciąż dokładnie widziała nieruchome sylwetki towarzyszy – wszyscy spali, nie przejmując się ani nawałnicą, ani przeciągającą się nieobecnością łowców. Silny podmuch wiatru, dostawszy się do jaskini przez wejście, zgasił ogień – jedyne źródło światła. Podeszła do niewielkiego otworu w skale i mimo strachu spojrzała na polanę, znajdującą się kilkanaście kroków niżej. Za dnia, kiedy świeciło słońce, a powietrze było spokojne, mogłaby spokojnie dojrzeć wracającą grupę, nawet z dalekiej odległości. Teraz jednak widziała tylko to, na co pozwalały jej pojawiające się co jakiś czas błyskawice: sylwetkę ogromnego drzewa i kilka skał, na których często spędzała długie dnie.

Mam wrażenie dużego bałaganu w tym akapicie. Raz, że konstrukcja zdań jest bardzo monotonna - podmiot + czasownik + reszta zdania - co daje wrażenie "nadczynności", bo akapit opiera się na "ona zrobiła", dwa, że zdarzają ci się powtórzenia.

Wrócili, kiedy ona jeszcze spała. Wyszła z jaskini na świeże powietrze; po nocnej burzy nie było już śladu – wszystko dookoła było zielone, a niebo miało błękitny odcień i ciągnęło się w nieskończoność.
Tutaj masz duży przeskok narracyjny między jednym a drugim zdaniem. Wystarczyłaby mała zmiana: "Gdy wyszła z jaskini na świeże powietrze, po nocnej burzy nie było już śladu".

Zobaczyła go pod drzewem, które kojarzyło jej się z jedną tylko czynnością. Otoczony był grupą towarzyszy, którym wyraźnie dopisywał humor.


Karczma była tego wieczoru wyjątkowo zatłoczona. Prawie wszyscy mieszkańcy wioski zebrali się, aby wspólnie i przy kuflu piwa omówić publiczną egzekucję, która nieco wcześniej została wykonana na miejscowym złodziejaszku.
To mnie mocno skonfundowało. Czytając poprzedni akapit, od razu przychodzą na myśl czasy prehistoryczne - jaskinia, ognisko jedynym źródłem światła, nocne polowania mężczyzn i kobieta oczekująca na jednego z nich etc. Tutaj masz ogromny przeskok czasowy i właściwie też ostatnie zdanie poprzedniego fragmentu wcale nie wskazuje na to, że to może być podsumowanie historii tej dziewczyny. Przydałaby się większa klarowność.

Pierwszy raz ucieszyła się z tego, że mieszka tuż obok karczmy. Podpierając się pobliskich murków doszła do swojego domu. Okolica była cicha i spokojna, jak nigdy wcześniej. Powoli, ale zbliżała się zima; trzeba zacząć robić zapasy i może zaoszczędzić trochę grosza. Na początku ciąży martwiła się, że przez dziecko nie będzie mogła pracować, ale na szczęście Rose udowodniła, że potrafi się do czegoś przydać. Dziewczyna szybko nauczyła się pracy w karczmie. Po porodzie, pomyślała, Rose zajmie się dzieckiem, a ona wróci do nalewania piwa.
Zamieszanie z podmiotami, prawie cały czas bazujesz na podmiocie domyślnym, który w dodatku jest cały czas w rodzaju żeńskim, a przeskakujesz od początku od: bohaterki, okolicy, znów bohaterki, nagle do Rose, potem do bohaterki. Nie zaznaczasz tego.

[quote]Mieszkanie było puste, ale nawet gdyby było inaczej, ona i tak udałaby się prosto do swojego pokoju. Mimo że jej współlokatorzy byli w miarę znośni, nie zamierzała się z nimi zaprzyjaźniać. Byli to jednak jedyni ludzie w – jak jej się czasami wydawało – całym mieście, którzy ją tolerowali. Podejrzewała, że widzieli już gorsze rzeczy niż samotna ciężarna dziewczyna. [quote]
Powtórzenia.