Dla nas czas się zatrzymał

Wszelkie utwory literackie niepasujące do powyższych działów.
Awatar użytkownika
Lew Północy
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 10

Dla nas czas się zatrzymał

Post#1 » 5 gru 2018, o 12:48

Kiedy pod koniec lat 80tych przeprowadziliśmy się rodziną do nowego mieszkania w bloku na osiedlu Baranówka, która nota bene w późniejszych latach okryła się złą sławą i miała w mieście opinię osiedla, na którym lepiej się nie pokazywać osoba spoza B4, wszystko miało swojski powiew świeżości. Mieszkania w dziesięciopiętrowych blokach, jak inkubatory nie straszyły nas tak bardzo, wtedy jeszcze dzieci, które z humorem typu „cukierek, albo psikus” bawiły się guzikami w windzie i jak szalone biegały po schodach klatek w górę i w dół, by w końcu z wyrazem zwycięstwa na twarzy zdobywać szczyty poradzieckich „drapaczy chmur”.
Wtedy też powstawały pierwsze osiedlowe kumpelskie znajomości, przyjaźnie i sympatie. Pamiętam jak trochę starszy ode mnie sąsiad chwalił się na podwórku swoją wystrzałową kurtką bejsbolówką prosto z darów od Polonii z USA.
No i sprawa, na którą wszyscy czekaliśmy z niecierpliwością, a mianowicie rozpoczęcie nauki w szkole. A sprawa to była pierwszej próby. Choć skłamałbym nie wspominając o wcześniejszej rocznej „zerówce”. Już jako sześciolatek musiałem mieć chyba talent pedagogiczny, bo dawałem się wyręczyć wychowawczyni i czytałem rówieśnikom bajki i baśnie. Bo czas na plotki i ploteczki w gronie pedagogicznym też miał mieć swoje miejsce i czas. Każdy z nas dostawał wtedy od rodziców klastery z literkami alfabetu, co było wówczas obowiązkowe. I tak, jako mały filatelista z fascynacją układałem z nich pierwsze słowa, wyrazy i zdania.
Zerówka to jednak tylko rok, więc tuż za chwilę miałem wraz z rówieśnikami rozpocząć naukę w pełnym ośmioletnim trybie szkoły podstawowej. Pierwsze apele i odnajdywanie swoich klas i zajęć. Było w tym coś z dzikiej przygody, jak zdobywanie nowego miejsca dowodzenia wraz ze szwadronem rozwrzeszczanych dzieciaków. Pamiętam hol i korytarze, które były dla nas torem wyścigowym, polem do rugby i matą dżudoków w jednym. Pełne ekscytacji i niecierpliwości oczekiwanie na pierwsze zajęcia miały w sobie coś z rozpoczęcia nauki na amerykańskim Harvardzie, gdzie już na starcie Bogu ducha winnego nauczyciela od historii od pierwszej litery imienia dzieci ochrzciły niechlubnie mordercą.
Dzieci w wieku wczesnoszkolnym potrafią być okrutne. Szczególnie drugo i trzecioklasiści, którzy zaczepiali starszaków przepychankami, wyzwiskami i pluciem (sic!). Sam niechlubnie zostałem wychwycony przez takiego ósmoklasistę i zabrany na dywanik do dyrektora, gdzie cudem znalazła się także starsza ode mnie koleżanka sąsiadka, która wstawiła się za mną u dyrektora, i której byłem wdzięczny, jak to powiedziałem wtedy, za uratowanie mi życia.
W sumie najciekawsze w tych latach wczesnoszkolnych były nie lekcje, a przerwy i powroty po zajęciach na osiedle. Lekcje jak lekcje, zalatywały oczywistością i banałem. I nieważne czy to była matematyka czy geografia. Myślę, że nikt wtedy ze średniokumatych uczniów nie marnotrawił czasu na naukę w domu, gdyż wszystko było tak oczywiste i proste do pojęcia w czasie tych 45 minut. Szczytem sadomasochizmu była nauka wszystkich krajów i stolic na pamięć i pokazywanie ich na mapie z nazywaniem na czas. Czechy – Praga, Hiszpania – Madryt, Indie – Delhi. Co sprawniejsi uczniowie wypluwali sobie na nich gardło, punktując całą Eurazję jak karabin maszynowy. Zabójcze wyścigi dookoła świata.
Zostawmy więc lekcje nauczycielom. Niech się produkują dla własnej dzikiej satysfakcji i pracują na własne wypalenie zawodowe. Bo na przerwach królowali uczniowie. Tutaj dochodziło do może nie tyle maratonów, bo budynek narzucał swoje ograniczenia, co do szalonych biegów na połamanie nóg, a czasem i na zbity pysk. Największą popularnością cieszyła się tzw. czołówka na barana. Ci więksi i bardziej wyrośnięci uczniowie brali tych słabszych na siebie i jak to w szachach, dochodziło do zbijania wieży przez wieżę. A że te żywe szachy składały się z samych właśnie wież, bez udziału pionków, króla i królówki, były to iście aleksandryjskie zawody. Słoń przeciw słoniowi. Wieża przeciw wieży.
Teraz krótka chwila refleksji dla autora tego tekstu, który zastanawia się czy opisywać inne bardziej brutalne zabawy, które akurat mogły wołać o pomstę do nieba. Niestety, ale wiek wczesnonastoletni napiętnowany jest wyjątkowym okrucieństwem. Bo czy jest normalne chwytanie przez kilku wyrostków słabszego kolegi za ręce i nogi, i robienie tzw. pajączka, gdzie jest on brutalnie rozciągany na cztery strony świata? Albo czy jest normalne innego słabszego i niższego wzrostem delikwenta branie na tzw. słupa, zwane też „zgniataniem jaj”? Dzieci potrafią być okrutne. I zawsze zastanawiała mnie geneza tego typu zachowań. I tu czekam na opinię pedagogów, którzy zamiast zamykać się w pokoju nauczycielskim, powinni reagować w takich sytuacjach.
Nie zapomnę też pełnych emocji powrotów do domu, a także pewnego miejsca, które, można powiedzieć, okryło się dziecięcą legendą. Otóż tuż zaraz za mostem na rzece Przyrwa znajdował się mały zagajnik, a w nim niechlubne drzewo wojny. Kto sprytniejszy i bardziej zręczny, wdrapywał się na to biedne drzewo i czatował na kolejną nadchodzącą grupkę uczniów. Niczego nie spodziewające się dzieci były atakowane przez zeskakujących jak małpy małych napastników. Żeby tego było mało, w zagajniku ukrywały się kolejne komanda. Tym razem ich bronią były popularne wtedy trójkątne worki na obuwie, które uwiązane na długim i mocnym sznurku stanowiły nader niebezpieczną broń, coś jakby nunczaku. Nic dodać, nic ująć – dzieci wojny.
Teraz, gdy wracam z miasta i wysiadam na przystanku tuż przy owym zagajniku, drzewa wojny już nie ma. Za to zagajnik wyładniał, zadbano o drzewa i krzewy, które posadzono i poprzycinano wedle zasad feng-shui.
Trudno też zauważyć bawiące się na osiedlu dzieci. Owszem, powstał plac zabaw, ale tylko dla maluchów. Starsze dzieci albo poukrywały się w Internetach, albo wyginęły. Jedno tylko mogę przyznać, że dzieciństwo miałem ciekawe i bardzo udane. Wspomnieć mogę jeszcze tylko grę w oczywistą piłkę nożną i amerykańskiego bejsbola, do którego wystarczyła nam prosta deska. Kiedy jeden z kolegów przyniósł któregoś dnia oryginalny kij, to był dopiero szał. Później, w latach licealnych spotykaliśmy się na sąsiednim boisku i graliśmy w siatkę, która była tylko pretekstem do tego, żeby się spotkać, pośmiać i pożartować.
Nie sposób opisać tu wszystkiego, bo zabaw i sposobów spędzania czasu na świeżym powietrzu było sporo. Pewnego zimowego dnia gęsto posypał śnieg. Pamiętam, jak całą klasą wracaliśmy ze szkoły na nasze osiedle. Rzeka Przyrwa była tego dnia skuta lodem, gdzieniegdzie podziurawiona przeręblami. Nie pamiętam, kto wpadł na ten pomysł, ale całą klasą ruszyliśmy zboczem wprost na posypany śniegiem lód. Całe szczęście, lodowa powierzchnia była gruba i mocna, więc nikomu nic się nie stało. A mogło się stać, bo spora grupa dzieci ruszyła zamarzniętym szlakiem po rzece, omijając skrzętnie przeręble. W pamięci utkwił mi obraz najbardziej wyrośniętego kolegi, który chwyciwszy za ramiona jednego z nas, podniósł go do góry i jak młotem uderzył w lodową pokrywę, rozbijając ją na kawałki. Ale już na granicy ryzyka było przechodzenie pod mostem tunelem, gdzie łatwo było o groźny wypadek.
Mniej więcej w tym samym czasie, czyli około piątej klasy szkoły podstawowej pojawiły się pierwsze komputery. Dla nas, wtedy dzieci, komputer oznaczał jedno, a mianowicie gry. Takie tytuły jak Warcraft, Prehistoryk czy Lotus na zawsze zostaną w pamięci. Wtedy też zdobywaliśmy pierwszą wiedzę informatyczną, instalując system, programy oraz zapoznając się się z elektronicznym hardwarem.

Alijar
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 20

Dla nas czas się zatrzymał

Post#2 » 10 gru 2018, o 10:08

Zadumałam się nad dzieciństwami w różnych okresach, w różnych społecznych układach, przeżywanymi przez dziewczynki i chłopców. Ach, tyle jeszcze aspektów tego tematu!

Wróć do „Inne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości