Hśdk - O hipodromie, urodzie i duszy kobiecej

Wasz punkt widzenia. Wszelkie felietony, eseje, reportaże, wywiady i inne. Zachęcamy do publikacji wszelkich form publicystycznych, również recenzji książek!
szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 3065
Zobacz teksty użytkownika:

Hśdk - O hipodromie, urodzie i duszy kobiecej

Post#1 » 31 gru 2015, o 09:34

Pisząc o trudnych początkach państw germańskich, które wyrosły z połączenia tego, co przybyło do Europy z tym, co pozostawił po sobie Rzym klasyczny, nie sposób pominąć postaci cesarza wschodu Justyniana Pierwszego. Więcej, nie warto zaczynać tematu, bez omówienia postaci barwnej, jak Kaczor Donald i monumentalnej, jak Pałac Kultury i Nauki w Warszawie imienia Józefa Stalina. Postaci budzącej równie wielką niechęć, co sympatię. 

 

W pierwszym merytorycznym artykule z cyklu "Historia Średniowiecza dla księgowych" poruszam tematy bizantyjskie. Nawet jeżeli ktoś odczuwa taką wewnętrzną potrzebę i okres pomiędzy Starożytnością a Renesansem wyobraża sobie jako "wieki ciemne", warto, by miał świadomość, że gdzieś na obrzeżach mrocznej, enigmatycznej i tajemnic pełnej Europy istniało to, co z dawnych wieków imperialnej chwały pozostało. Istniało inaczej, wbrew wyobrażeniom ludów które pomiędzy morzami północy a Morzem Śródziemnym próbowały przetrwać kolejną dekadę, kolejne stulecie.  

 

Ale istniało! 

 

Słowo "cesarz" dla mieszkańców niżu środkowoeuropejskiego oznaczało jedną i tę samą osobę. Niby szczegół mało istotny, ale... Nie raz i nie dwa szukałem jakiegoś wspólnego elementu dla jakże różnych czasów. Dla czasów wyznaczonych przez królestwa merowingów, przez wikińskie inwazje czy wojnę stuletnią. Znalazłem. Zakodowana w umysłach ludzkich oczywistość, że jest cesarz (kimkolwiek by nie był), że cesarz jest jeden dla wszystkich, że jest to "nasz cesarz", była tym, co łączy epoki, które nasi przodkowie nazwali później Średniowieczem. 

 

Kiedy świadomość imperialnej wspólnoty znikła z ludzkich umysłów, wieki średnie przeszły w Renesans. 

 

No dobrze, już się nie wymądrzam. Dalej będzie bardziej przyziemnie. Pozwalam sobie zaczepić o temat cesarskiej małżonki — Teodory, konkretnie o jej ciernistą drogę do cesarskiej purpury. Justynian stanowił osobowość nader niezależną, o dużej inteligencji i usposobieniu melancholika. Jego lepszą połowę takoż niezależną, inteligentną, ale dla odmiany choleryczkę, postrzegam jako niezbyt często spotykane przeciwieństwo, które w połączeniu dało efekt synergii. Relacje pomiędzy cesarską parą wymykają się historycznej ocenie i nie sposób ich zaszufladkować. Uzupełniali się wzajemnie. Cóż więcej można powiedzieć? Chyba niewiele. Zostawmy tę kwestię artystom i moralizatorom. 

 

Panowanie Justyniana odcisnęło się dramatycznie na historii ludów zamieszkujących basen Morza Śródziemnego. Cesarz poświęcił całe swoje życie odrodzeniu Imperium. Morze Śródziemne miało się ponownie stać wewnętrznym rzymskim morzem, a miejsce germańskich królów mieli zająć cesarscy egzarchowie. Sen o potędze okazał się w dużej mierze tylko snem... krótkim i fatalnym w skutkach, w którym Teodora odegrała niebagatelną rolę.  

 

Część poprzednia 

 

O hipodromie, urodzie i duszy kobiecej 

 

Była trzecią córką człowieka, który pracował na zapleczu konstantynopolitańskiego hipodromu i zajmował się tresowaniem niedźwiedzi. Zawód niedźwiednika stanowił jedno z najniższych miejsc w hierarchii kilku tysięcy ludzi pracujących dla największego show-biznesu wszech czasów, ale pozwalał i to całkiem nieźle, wiązać koniec z końcem. Ojca straciła w wieku siedmiu lat i głód zajrzał w jej piękne duże oczy.  

 

Tak mniej więcej zaczyna się biografia najpotężniejszej kobiety szóstego wieku, niewykluczone, że również najpotężniejszej kobiety całego Średniowiecza.  

 

Pierwsza połowa czterdziestokilkuletniego żywota Teodory, bo tak nazywała się przyszła cesarzowa, upłynęła w cieniu instytucji zwanej hipodromem. Już od ponad stu lat makabryczne widowiska na imperialnych arenach zostały zastąpione przedstawieniami o charakterze mniej krwawym. Nie oznaczało to bynajmniej, że budziły one mniejsze emocje. Gigantyczna, czterokilometrowej długości budowla zapełniona przez wyjący tłum, o wiele liczniejszy niż słynne dwieście tysięcy widzów na Maracanie w roku 1950-tym, robiłaby wrażenie na człowieku z każdej epoki. Namiętności jakie dzisiaj towarzyszą futbolowym rozgrywkom włoskiej Serie A również bledną w zestawieniu z rywalizacją woźniców na Bizantyńskim hipodromie półtora tysiąca lat temu. No cóż, piłka nożna w Italii sprowadza się do walki o charakterze mniej lub bardziej sportowym natomiast Bizantyjskie wyścigi i stronnictwa kibicujące poszczególnym zespołom miały w sobie znacznie więcej z polityki niż ze sportu. Również dzisiejsze lokalne burdy między pseudokibicami zdają się być niewinną igraszką w porównaniu ze skalą konfliktów sprzed półtora tysiąca lat. Starcia pomiędzy średniowiecznymi pseudokibicami w piątym i szóstym wieku naszej ery były bardziej regułą niż wyjątkiem. Nie raz i nie dwa w wyniku takich konfliktów ginęło po kilka tysięcy osób. 

 

Mieszkańcy Konstantynopola zwykli byli powiadać: "Kościół Świętej Zofii należy do Boga, pałac cesarski do Cesarza, a hipodrom do nas". Nie było w tym stwierdzeniu cienia przesady. 

 

Powożący rydwanami, nosili stroje określonego koloru i od tego koloru, brały nazwy poszczególne stronnictwa. Tak więc istniało stronnictwo zielonych, błękitnych, białych i czerwonych. Najpotężniejsze były dwa pierwsze. W ich przypadku kibicowanie wyścigom schodziło na dalszy plan. Generalnie, zieloni reprezentowali interesy rzemieślników i kupców, podczas gdy błękitni — wielką własność ziemską. Instytucje, w jakie zorganizowane były owe stronnictwa nazywano demami. Demy odgrywały bardzo znaczącą rolę w życiu politycznym Bizancjum. Wystarczy powiedzieć, że panujący dwie "kadencje" wcześniej cesarz Anastazjusz został cesarzem z woli demów. 

 

W dzisiejszych czasach z hipodromem najlepiej porównać instytucję nazywaną Hollywood. Nie do końca sprecyzowana, łącząca ludzkie podłości i namiętności, miejsce konfrontacji motłochu, kombinatorów węszących za mamoną i nielicznych idealistów poszukujących prawdy i piękna. Paralele aż nadto wyraźne. 

 

Pomimo, że wyścigi stanowiły sens życia dla większości Konstantynopolitańczyków, trzeba stwierdzić, że nie samymi wyścigami żył hipodrom. Duża rola przypadała różnej maści popisom o charakterze mniej lub bardziej cyrkowym. Drugą po wyścigach dziedziną, wzbudzającą ogromne emocje tłumu, były przedstawienia teatralne. Nie był to nasz współczesny, nobliwy teatr, gdzie aktorzy otoczeni nimbem boskości uprawiają sztukę uważaną w opinii wielu za kwintesencję sztuk. W Konstantynopolu bycie aktorem oznaczało z jednej strony wielkie zainteresowanie gawiedzi, ale z drugiej całkowitą pogardę ze strony arystokracji. Przepis o zakazie małżeństw pomiędzy ludźmi owego teatru, a ludźmi dobrze urodzonymi nie był jedynie mniej lub bardziej respektowanym zwyczajem. Był prawem. Jak widać pilnowano, ażeby mezaliansami nie zanieczyszczać błękitnej krwi wyższych sfer. 

 

W takim środowisku wyrastała Teodora. Z punktu widzenia przeciętnej, młodej panienki, jedyną możliwą karierą było znalezienie sobie możnego protektora, im bogatszy tym lepiej, i świadczenie w urozmaiconej formie, usług mniej lub bardziej seksualnych. Pierwsza "załapała się" siostra Teodory. Starsza o parę lat, obdarzona dużą urodą, wylądowała w łożu jakiegoś notabla. Jej pozycja wzrosła na tyle, że była w stanie utrzymywać niewielki fraucymer. Tam też Teodora zrozumiała potęgę pieniądza. Dorastała, patrzyła uważnie i uczyła się.  

 

Oglądam freski i mozaiki, jakie pozostawili po sobie artyści, próbując uwiecznić boskość cesarzowej, czytam opisy Prokopiusza, który nienawidził i bał się Teodory, ale któremu kolana same zginały się przed majestatem... Nabieram przekonania, że nie była to piękność absolutna. Wielkie oczy i szczupła zgrabna sylwetka — tyle ponad wszelką wątpliwość wiadomo. Resztę należy przenieść w sferę wyobraźni i marzeń o kobiecie, dla której uczynić można więcej niż wszystko... Ona musiała mieć w sobie to coś. Coś, czego się nie daje opisać. Coś, co nie każdy potrafi dostrzec. Coś, co sprawia, że faceci robią i mówią rzeczy inne, niż pierwotnie zamierzali, albo nie robią tego, co robić powinni.  

 

Wielki rozgłos zdobyła Teodora, kiedy zaczęła pojawiać się na scenie. Zwiewna suknia opadała z ramion w wyuzdanym tańcu, podnosząc temperaturę emocji. Myślę, że atmosfera musiała być nie mniej gorąca niż podczas wyścigów rydwanów. Czy wtedy Justynian zobaczył swoją przyszłą żonę? Wątpliwe. Jeżeli nawet, to nie sądzę, aby zrobiła na nim wrażenie większe niż dziesiątki innych tancerek walczących o lepsze miejsca w sypialniach notabli. Przyszły imperator mógł mieć wszystko... no, prawie wszystko, jednak marzenia mają to do siebie, że lubią kierować się ku sprawom odległym, często nieuchwytnym, czasami nienazwanym. Nawet bardzo urodziwa kobieta w tłumie innych urodziwych kobiet jest tylko jedną z wielu, kiedy uroda rozmazuje się jak plama oliwy na marmurowej posadzce... Wyrafinowany umysł tego inteligentnego młodego człowieka potrzebował zdecydowanie innej podniety. 

 

Teodora tańczyła i tańczyła aż w końcu wtańczyła się w życie niejakiego Hecebolosa — wysokiego cesarskiego urzędnika. Była u szczytu sławy. Pieniądze szerokim strumieniem płynęły jej do rąk, a ona przepuszczała wszystko z wdziękiem, dowodząc, że jest prawdziwą kobietą, kobietą w każdym calu. Gdzieś na początku lat dwudziestych szóstego stulecia zaczyna się dość tajemniczy okres życia Teodory. Porzuca hipodrom, rozstaje się ze swoim protektorem i wyjeżdża do Aleksandrii. Dlaczego? Można się jedynie domyślać. Zapewne osiągnęła już wiek, który stanowił o zakończeniu kariery. Dwadzieścia lat w owym czasie odpowiadało czterdziestce dzisiaj. Urodzenie dwójki potomstwa również nie sprzyjało występom na estradzie. Faktem jest, że w Aleksandrii wylądowała bez środków do życia, za to z jednym albo z dwójką głodnych dzieci przy boku. Próby powrotu na scenę spaliły na panewce. Teodora była po prostu za stara. 

 

Kto wie, jaką koleją potoczyłyby się jej losy, gdyby nie spotkała na swej drodze mnichów. W owym czasie kościół, znacznie mocniej wrośnięty w ludzką świadomość, uważano za immanentną część rzeczywistości. Klasztor w równym stopniu pełnił funkcje religijne, jak i te, które z praktykowaniem wiary niewiele miały wspólnego. Klasztor umożliwiał przetrwanie. Czy Teodora przeszła za murem przemianę wewnętrzną? Wydaje mi się, że tak, chociaż charakter owej przemiany również trzeba pozostawić fantazji. Mogę sobie jedynie wyobrażać jak od nowa zaczęła uczyć się świata, zaczęła uczyć się pracy, zaczęła uczyć się Boga. Umysł miała chłonny, uczyła się szybko.  

 

Egipt był prowincją, która znacznie różniła się od miejsca, gdzie córka niedźwiednika spędziła dzieciństwo i młodość. Prawie sto lat upłynęło od czasu, kiedy Eutyches zanegował człowieczeństwo Jezusa. Aleksandria przez owe sto lat była nieprzerwanie silnym ośrodkiem ruchu monofizyckiego. Ruch ten stanowił nie tylko formę sprzeciwu wobec władzy. Skłaniał do przemyśleń i refleksji. Teodora posiadła znajomość problemów, których w swej mądrości nie dostrzegał nawet Justynian. Wiedza owa, połączona z bezwzględnością, zdecydowaniem i pragmatyzmem okazała się w późniejszym czasie niezwykle przydatna. Na razie jednak, korzystając ze wsparcia, jakiego udzielili jej mnisi, powróciła do Konstantynopola. Żywot wiodła skromny, w niczym nie przypominający tego sprzed lat kilku. Wtedy to los zetknął nic nie znaczącą plebejuszkę z drugą osobą w najpotężniejszym państwie świata, z przyszłym cesarzem Justynianem. 

 

Flavius Petrus Sabbatius Justinianus, syn Sabbatiusa, czyli mówiąc krócej Justynian, urodził się w 483 roku gdzieś na obrzeżach Tracji — nazwijmy rzecz po imieniu — na głębokiej prowincji cesarstwa. Zapewne pasał by krowy przez całe swoje długie życie, gdyby nie fakt, że pewnego pięknego dnia, legiony obwołały cesarzem brata Sabbatiusa, niejakiego Justyna. Justyn, prosty ale sprytny żołnierz, nie posiadający potomstwa, od samego początku widział w swoim uzdolnionym siostrzeńcu następcę. Otoczył się ludźmi wykształconymi i w tym to środowisku Justynian wdrażał się do sprawowania władzy. Na początku lat dwudziestych ujrzał Teodorę, zamienił z nią kilka słów i jak mawiają Sycylijczycy, został rażony piorunem. Blisko czterdziestoletni mężczyzna, trochę idealista, trochę marzyciel, zakochał się pierwszy raz. Prawdziwie i na całe życie. Miłością jakiej nie przewidują żadne kodeksy i żadne zasady regulujące żywot następcy tronu.  

 

Całe to zajście ani trochę nie poruszyło cesarza Justyna. Mam wrażenie, że on również uległ urokowi Teodory. Jednakże Eufemia, ciotka Justyniana za żadne skarby nie chciała dopuścić do tego związku. Miała przecież za sobą nie tylko władzę cesarską. Miała za sobą prawo. Istniały przepisy, które jasno i wyraźnie zabraniały mariaży pomiędzy przedstawicielami arystokracji i hipodromu. O małżeństwie nie było mowy.  

 

Zgiełk wokół tych wydarzeń okraszony jest dodatkowym smaczkiem. Otóż Eufemia rozpoczynała swoją błyskotliwą karierę w Justynowej łożnicy jako niewolnica czyli mówiąc wprost — własność Justyna, pozbawiona większości praw przysługujących obywatelom. Nazywała się wtedy zupełnie inaczej i zapewne nie myślała o problemach, jakie staną się jej udziałem, kiedy zostanie cesarzową. Awans właściciela Eufemii odmienił jej życie diametralnie. Szybko zapomniała kim była i skąd przyszła. No cóż, jest to postawa charakterystyczna dla wszystkich środowisk we wszystkich epokach. Tak czy inaczej nieprzejednane stanowisko Cesarzowej w kwestii małżeństwa Justyniana i Teodory jest zrozumiałe, chociaż chwały nie przynosi. 

 

Pomijając uczucia, które targały w owym czasie Eufemią, należy sobie również zdawać sprawę z faktu, że w Bizancjum pozycja kobiety była znacznie wyższa niż na zachodzie Europy. Uboczną konsekwencją takiego stanu rzeczy jawił się fakt, że cesarzową nie mogła zostać pierwsza lepsza. Mam wrażenie, że Konstantynopolitański estabilishment łatwiej by przełknął osadzenie na tronie jakiegoś Germana czy nawet Huna niż dopuszczanie do udziału w rządach podstarzałej striptizerki, za jaką powszechnie uważano Teodorę. Jednakże Justynian był konsekwentny, uparty, a przede wszystkim zakochany. Kiedy ciotka zmarła w roku 523, Imperator Justyn natychmiast odwołał edykt o zakazie małżeństw, nijak nie przystający do aktualnego stanu emocjonalnego swojego siostrzeńca. Justynian i Teodora stanęli na ślubnym kobiercu. 

 

Łatwo się domyśleć, że kobieta, która ze strony możnych doznała wielu upokorzeń, przez resztę życia brała na nich srogi odwet. Nie była malowaną cesarzową u boku swego męża. Silna osobowość sprawiła, że bardzo szybko zyskała potężną władzę. Trzeba przyznać jednak, że w jej postępowaniu było dużo rozsądku i kiedy należało powściągnąć emocje, czyniła to w stylu wytrawnego polityka dużego formatu. Była i okrutna i wspaniałomyślna. Nie cofała się przed makiawelliczną intrygą, kiedy niszczyła karierę pierwszego ministra czy innego wysokiego dostojnika, ale z drugiej strony konsekwentnie otaczała opieką kobiety "upadłe", pamiętając skąd wyrosła, zwracając w ten sposób dług, jaki zaciągnęła u aleksandryjskich mnichów i uspokajając swoje sumienie, na którym, jak można przypuszczać, zaciążyło niejedno ludzkie życie. O licznych perypetiach cesarskiej pary napiszę więcej w którymś z kolejnych artykułów. 

 

Teodora zmarła prawdopodobnie na raka, nie dożywszy pięćdziesiątki, w roku 548. Nie wiadomo, czy mieli z Justynianem jakieś potomstwo. Zapewne nie mieli. Cesarz nigdy nie pogodził się ze śmiercią żony. Należał do tych, którzy potrafią pokochać tylko raz w życiu. 

 

 

Część poprzednia Część następna


Awatar użytkownika
Gorgiasz
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1481
Zobacz teksty użytkownika:

Hśdk - O hipodromie, urodzie i duszy kobiecej

Post#2 » 1 sty 2016, o 19:26

Przeczytałem, ciekawe, ale zbyt słabo znam historię, aby sensownie się wypowiadać. W każdym razie z zainteresowaniem oczekuje na ciąg dalszy.  

 

że cesarz jest jeden dla wszystkich, że jest to "nasz cesarz", była tym, co łączy epoki,
 

To zjawisko przetrwało do czasów nowożytnych. Przypomnijmy Franciszka Józefa, który przez kilkadziesiąt lat autentycznie spajał wielonarodościową monarchię austro – węgierską (a poza polowaniami i reprezentacją ponoć nie robił nic); podobną rolę, choć w mniejszym i słabszym zakresie pełnił batiuszka – car' Mikołaj II. 

 

Gdzieś na początku lat dwudziestych szóstego stulecia zaczyna się dość tajemniczy okres życia Teodory.
 

Stulecia?


szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 3065
Zobacz teksty użytkownika:

Hśdk - O hipodromie, urodzie i duszy kobiecej

Post#3 » 1 sty 2016, o 20:19

Gorgiasz pisze:Przeczytałem, ciekawe, ale zbyt słabo znam historię, aby sensownie się wypowiadać.
Ja też :)) 

 

Gorgiasz pisze:W każdym razie z zainteresowaniem oczekuje na ciąg dalszy.
Kolejny artykuł będzie dotyczyć kryzysu Cesarstwa w trzecim wieku. 

 

Gorgiasz pisze:
że cesarz jest jeden dla wszystkich, że jest to "nasz cesarz", była tym, co łączy epoki,
 

To zjawisko przetrwało do czasów nowożytnych.

Jest rzeczą znamienną, że ten fragment chyba najbardziej skłania do komentarzy. Artefakty nie są pierwsze. Istotą moich sformułowań jest teza, że osoba rzymskiego cesarza (nie ważne, czy władał z Konstantynopola, czy z Rzymu) i świadomość, że dla Cesarstwa nie istnieje alternatywa, wyznaczają czasowe i duchowe granice Średniowiecza. Rozważania na temat późniejszych cesarzy i ich imperiów mogą być rzecz jasna owocne, paralele zauważyć nietrudno, jednak okres nazywany przez nas mianem wieków średnich widział w owym sposobie sprawowania władzy zupełnie inną jakość niż czasy Renesansu czy Oświecenia. 

 

Gorgiasz pisze:Przypomnijmy Franciszka Józefa, który przez kilkadziesiąt lat autentycznie spajał wielonarodościową monarchię austro – węgierską (a poza polowaniami i reprezentacją ponoć nie robił nic); podobną rolę, choć w mniejszym i słabszym zakresie pełnił batiuszka – car' Mikołaj II.
To prawda, jednak zauważ, że dla przeciętnego mieszkańca Austro-Węgier, ewentualnie Rosji, istnienie dwóch pomazańców było tak samo oczywiste, jak to, że "cesarz jest jeden" stanowiło aksjomat dla ludzi żyjących w Średniowieczu. Swoją drogą kto wie, jak potoczyłyby się losy uniwersalizmu proponowanego przez Matuszkę Rassiję, gdyby nie Śmierć Piotra Arkadijewicza Stołypina... 

 

Gorgiasz pisze:Stulecia?
Określenia "stulecie" i "wiek" używam wymiennie. Czy gdzieś popełniam błąd? 

 

Dzięki wielkie za komentarz... myślałem, że nikt tego czytać nie zechce. ;))


Awatar użytkownika
Gorgiasz
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1481
Zobacz teksty użytkownika:

Hśdk - O hipodromie, urodzie i duszy kobiecej

Post#4 » 1 sty 2016, o 21:38

Określenia "stulecie" i "wiek" używam wymiennie. Czy gdzieś popełniam błąd?
 

Nie. Mój błąd; mea culpa. Przeczytałem "na początku lat dwudziestego szóstego stulecia". Nie mam pojęcia dlaczego. Pewnie noworoczny szampan jeszcze mi nie wywietrzał. :]


szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 3065
Zobacz teksty użytkownika:

Hśdk - O hipodromie, urodzie i duszy kobiecej

Post#5 » 1 sty 2016, o 21:59

Gorgiasz pisze:Pewnie noworoczny szampan jeszcze mi nie wywietrzał. :]
Gorgiaszu, trzeba zażyć uzupełniającą, posylwestrową dawkę szampana. Kiedy zawartość krwi w alkoholu gwałtownie wzrasta, wówczas... ;))

Wróć do „Publicystyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości