Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

Proust i inna rzeczywistość

Inny punkt widzenia. Felietony, eseje, recenzje, reportaże, wywiady i pokrewne formy.
Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Proust i inna rzeczywistość

Post#1 » 21 cze 2016, o 09:46

Tytuł cyklu powieściowego Marcela Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu” zna każdy miłośnik literatury. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, jak bardzo jest on zwodniczy, metaforyczny i nieodpowiadający temu, co twórca mógł i chciał przekazać. Jednak musiał być takim. Niewyobrażalny wręcz przepych i bogactwo tego dzieła, niemieszczące się w żadnych konwencjach i stereotypach – nie tylko literackich, ale przede wszystkim przekraczające ramy percepcji i przyjęte normy pojmowania otaczającego świata – pozwalało jedynie na przybliżone jego określenie, potrzebne jako drogowskaz wskazujący najważniejszy kierunek, najważniejszą „stronę”. A drogowskazy – jak to drogowskazy, kłamią najczęściej, ukazując tylko zewnętrzną, pozorną i umowną szatę rzeczywistości. Nie ich wina; nie potrafią inaczej, niosąc tylko litery i słowa zapisane na ograniczonej, dwuwymiarowej płaszczyźnie, niemające wiele wspólnego ani ze wskazywanym obiektem, ani z wyobrażeniami o nim, wyobrażeniami, mogącymi i winnymi powstać w umyśle odbiorcy. I ten „czas”, poniekąd dumnie umieszczony w tytułowej frazie, jest właśnie takim zwodniczym „czymś”, niekiedy ufnie i naiwnie pojmowanym jak coś, co minęło w życiu człowieka i pozostało przetworzone w jego pamięci. I niewątpliwie jest to jakaś prawda, tak jak prawdą jest stwierdzenie, iż dana książka stanowi zbiór papierowych kartek obustronnie pokrytych farbą drukarską.
Fakt, że pojęcie czasu, rozumiane w tradycyjny, choć nie do końca określony sposób, znajduje w tym dziele nowy wymiar, zauważono już dawno. „'Czas stracony' nie jest u Prousta, jak chce tego bardzo rozpowszechniony błąd, czasem minionym, przeszłością, lecz czasem w stanie czystym, w istocie więc, dzięki połączeniu chwili obecnej z chwilą minioną, przeciwieństwem czasu mijającego – poza czasowością, wiecznością.”* Określenie „czas w stanie czystym” jest równie poetyckie, jak enigmatyczne i niewiele mówiące, natomiast „poza czasowość” oraz „wieczność” może już wyznaczać pewien kierunek. W każdym razie wychodzimy poza przyjęty przez naszą kulturę schemat obejmujący przeszłość – teraźniejszość – przyszłość. To sztuczny podział i sztuczne, tendencyjne podejście, założenia kulturowo – językowe, na których oparł się Newton, a za nim klasyczna fizyka i ogólny, królujący dziś światopogląd. Istnieją jednak inne i to nie tylko będące konsekwencją współczesnej myśli i nauk ścisłych. Na przykład w Torze nie ma takiego rozróżnienia, nie istnieje nasze ujęcie czasu, jest forma dokonana i niedokonana czasownika i bez całościowego kontekstu, nie sposób określić momentu wystąpienia danego wydarzenia. Przeszłość i przyszłość, a także wieczność – tak, jak je dzisiaj rozumiemy – są określane tym samym słowem. Proust, będąc ze strony matki synem Narodu Wybranego, musiał o tym wiedzieć, musiał zdawać sobie sprawę z względności obiegowego i przyjętego w jego epoce traktowania czasu. A skoro są co najmniej dwa takie ujęcia, to może być ich i więcej, nie stanowią aksjomatu, dogmatu czy jednoznacznego aspektu obiektywnej rzeczywistości i konsekwentnie dalej – pojęcie „obiektywizmu” także ulega zachwianiu, a właściwie unicestwieniu i to u samych podstaw. W zamian, na pewno skłaniają do poszukiwań. Twórczych poszukiwań, które nie przychodzą od razu; w „Janie Santeuil” praktycznie nie ma o tym wzmianki. Przyjęte, a może raczej osiągnięte przez Prousta ujęcie, przychyla się bardziej do tamtego, dawnego, praktycznie dziś zapomnianego podejścia, do nakładających się, przenikających obrazów, zawieszonych na ekranie wieczności, gdzie nasze trzy aspekty czasu mieszają się, przeplatają, nikną jako nieistotne i bezsilne, zatracając sztywne granice, a samo jego pojęcie jest pustą ramą bez obrazu, subiektywnie postrzeganego przez Narratora, a co za tym idzie, przez czytelnika. Klasycznie pojmowany czas, zamyka On w swym dziele w krąg, w kolejne istnienia, nawiązując do teorii metempsychozy (dziś zwanej raczej reinkarnacją), do której odwołuje się już na pierwszej z tysięcy stron. Koniec powieści zostaje skierowany do jej początku, będącego wspomnieniem, nieodróżnialnym zresztą od realności, reminiscencją następującej przyszłości, rozwiniętej w kolejnych tomach, w których raz pamięć, raz bieżąca rzeczywistość, budują kolejne sceny, wciąż żywe, wciąż aktualne, dla Niego, dla Narratora i dla czytelnika, bo świat nie został stworzony dla każdego z nas raz na zawsze**, a nasza przeszłość i przyszłość to tylko kolejne przejawy mentalnego charakteru rzeczywistości, jedna z granic która uniemożliwia kontakt absolutny między rzeczywistością a umysłem. Takie podejście do stworzenia i zaistnienia świata koresponduje z zapisem w pierwszym rozdziale pierwszej księgi Biblii, gdzie – wbrew prawie wszystkim tłumaczeniom na języki nowożytne – użyta została forma imperfectum. Można podejrzewać, że wiedział i o tym.
Tradycyjny obraz świata, uznawany w jego epoce jest podważany i kwestionowany w wielu aspektach. Dostrzega, wprawdzie w formie domniemania, że continuum czasoprzestrzenne może przedstawiać się inaczej, niż wpojony społeczeństwu światopogląd, tak jakby istniały rozmaite i równoległe serie czasu czy że istnieje może wszechświat, w którym 2 a 2 czynią 5 i gdzie linia prosta nie jest najkrótszą drogą łączącą dwa punkty. Nie oznacza to jednak, że takie światy stanowią ostateczną prawdę. W końcu jesteśmy w stanie je sobie wyobrazić i określić niektóre cechy, pozostają bowiem pochodną pojęć kształtowanych przez umysł. Lecz gdyby przypadkowo zjawiła się przed nami istotna rzeczywistość, byłaby czymś tak poza wszelkimi możliwościami, że padlibyśmy na wznak oszołomieni, uderzając głową o wyrastającą ścianę. Inne, równoległe światy to jedno – istotna rzeczywistość (Rzeczywistość), platońskie Jedno z „Parmenidesa”, to drugie. Nie należy mylić tych pojęć, zwłaszcza że nigdy nie widzimy więcej, niż jedną stronę rzeczy, tylko jeden świat. Jeden z wielu.
Jednak w tym naszym świecie, bywają słowa, które podsuwają inną rzeczywistość na miejsce tej, co nas otacza, i oszałamiają nas nie mniej niż zawrót głowy. Tutaj rzeczywistość jest przez duże „R”. I związane z tym pytanie: Ale może istnieją inne światy, realniejsze niż świat jawy? Pomimo tego, że istnieje również podobna granica percepcji, która uniemożliwia kontakt absolutny między rzeczywistością a umysłem, to jednak istnieje pewna szansa, możliwość zerknięcia za zasłonę.
Czasem, choćby w jakiejś ułomnej nawet formie, możemy Ją także dostrzec, będąc w pozornie zwyczajnej, codziennej sytuacji, na przykład jadąc powozem i niespodziewanie być uderzonym zwyczajnym pozornie widokiem, który pojawi się nieoczekiwanie, nasuwając myśl o nierealności naszego życia, a nawet naszego „ja” i przeobrażając całość wrażeń w fikcję, bądź cały nasz świat w wytwór czyjejś wyobraźni lub reminiscencję innego bytu, który kiedyś utraciliśmy. Patrzyłem na trzy drzewa, widziałem je dobrze, ale duch mój czuł, że pokrywają coś, co się umyka jego władzy, niby zbyt daleko pomieszczone przedmioty, których nasze wyciągnięte palce ledwo chwilami dotykają, niezdolne ich pochwycić. Takie wrażenia nie są czymś wyjątkowym, choć na pewno nie trafiają się często, ale są ważne, najważniejsze, godne podkreślenia i zapamiętania. Charakterystyczne, że pojawiają się one podczas jazdy, podczas której przemieszczają się elementy naszej rzeczywistości, drzewa, wieże, a wówczas stwierdzając i notując kształt ich iglic, przesuwanie się ich konturów, osłonecznienie ścian, czułem, że nie dochodzę do krańca swoich wrażeń, że jest coś poza tym ruchem, poza tą jasnością, coś, co niejako zawierają i kryją zarazem. Być może w taki sam sposób oglądamy mijane światy, nie zdając sobie tylko z tego sprawy, nie potrafiąc ich określić, wyodrębnić z innych wrażeń i nazwać, czyli powołać do istnienia.
Lecz czym jest granica oddzielająca nas od Tamtego, gdzie jest jej źródło? Dlaczego – tak gloryfikowany dziś umysł – okazuje się prawie niezdatnym do jej ujrzenia, percepcji? Co stoi na przeszkodzie realizacji, jeśli nie powszechnego, to przynajmniej relatywnie często spotykanego odczucia i dostrzeżenia innej rzeczywistości? To nasze myśli, będące cechą, funkcją umysłu. I czyż myśl moja nie była również niby kołyska, w której czułem się zagłębiony, nawet wówczas gdym patrzał na to, co się dzieje zewnątrz? Kiedy widziałem jakoś przedmiot, świadomość, że go widzę, pozostawała między mną a nim, otulając go wąską obwódką duchową, która nie pozwalała mi nigdy bezpośrednio dotknąć jego materii. Ta koncepcja jest dobrze znana już w starożytnych, w szczególności dalekowschodnich, systemach filozoficznych.
Dlaczego jednak nie możemy wykorzystać czegoś innego niż myśl, a może właśnie ją wykorzystujemy niewłaściwie i stąd pochodzi problem? I na to znajdziemy odpowiedź: Nawyk myślenia utrudnia niekiedy przeżywanie rzeczywistości, uodparnia przeciwko niej, czyni ją przedłużeniem myśli. To przyzwyczajenie, nawyk, będący w pewnym sensie pochodną lenistwa i bezwładności będących funkcją naszej psychiki, aby myśl swoją kierować w utarte szlaki, pozbawiając ją wszelkiej poznawczej i odkrywczej roli, scalając niejako ze światem, który wówczas istnieje dla nas wyłącznie jako szereg bezkształtnych, fragmentarycznych wyobrażeń, które sobie uzupełniamy całkowicie dowolnymi skojarzeniami myśli, tworzącymi niebezpieczne sugestie.
Oprócz tego pisząc: kiedy sporządzałem konspekt rozczarowań mojego życia jako życia przeżytego, rozczarowań, które kazały mi mniemać, wiedział, iż jego rzeczywistość mieści się widać nie w czynach, a gdzie indziej. Czyli ani myśl, ani czyn, nie odzwierciedlają, ani nie stanowią owej prawdziwej rzeczywistości. Możemy określić jedynie to, co uznajemy za naszą, a wiedzieć, czym coś nie jest, również można traktować jako pewien punkt wyjścia (przypomina to hinduską zasadę „neti”). Obraz podsunięty przez życie przynosił nam w rzeczywistości, w owej chwili, wrażenia złożone i różnorakie. Widok, na przykład, okładek książki już przeczytanej rozsnuł wśród liter tytułu promienie księżyca minionej dawno letniej nocy. Smak białej porannej kawy przynosi nam nieokreśloną nadzieję na ładną pogodę, która ongi tak często, kiedy pijaliśmy kawę z białego kubka (porcelana mastka i leciutko pomarszczona – niby zsiadłe mleko), a dzień był jeszcze w całej swojej pełni nietknięty, poczynała się do nas uśmiechać w jasnej niepewności ówczesnego ranka. Godzina nie tylko jest godzina, to naczynie wypełnione zapachami, dźwiękami, zamierzeniami, zmiennością aury. To, co zwiemy rzeczywistością, stanowi pewną więź między tymi wrażeniami i tymi wspomnieniami, które otaczają nas równocześnie. Ten pogląd nie jest nowym, spotykamy go już w „Fajdrosie” Platona: „A jak mi się zdaje, że ktoś inny umie widzieć całość i jej części organicznie związane, to za nim chodzę krok w krok, jakbym ślad boga napotkał”. Co stanowi potwierdzenie jego zasadności.
„Rola artysty polega na odnalezieniu 'zmysłowego wrażenia, nie kontrolowanego przez rozum'”*** - i to artysta, pisarz, winien odnaleźć i wskazać tę drogę. A ściślej, na głębszym poziomie zrozumienia – stworzyć. Bo ten „nasz świat” jest tylko pochodną rozumu i Prousta nie trzeba przekonywać o czysto mentalnym charakterze rzeczywistości; to on chciał przekonać o tym czytelników, to jego rola, którą być może nazwałby powołaniem i którą z tak rozpaczliwym poświęceniem spieszył wypełnić. Zadaniem pisarza jest tworzyć, jak tworzy się świat, nie odkładając na bok owych tajemnic, które kto wie, mają wytłumaczenie tylko w innych światach, światach, których przeczucie najbardziej nas porusza w sztuce i w życiu. On, jako artysta, należy do swoistego kręgu wtajemniczonych, wiedzących i widzących – w metafizycznym znaczeniu. Jednak wiedzieć i mieć przekonanie, że istnieją inne światy, realniejsze niż świat jawy to jedno, a drugie - ich realne odkrycie i wniknięcie w tamte królestwa. Znalazłszy się w domu, myślałem o czym innym i w ten sposób gromadziły się w mojej duszy (tak jak w moim pokoju kwiaty zerwane na przechadzce lub przedmiot otrzymane od kogoś) kamień, na którym igrało światło, dach, dźwięk dzwonu, zapach liści, wiele rozmaitych obrazów, kryjących dawno już umarłą przeczuwaną rzeczywistość, na której odkrycie nie starczyło mi woli. To ostatnie zostało na szczęście – szczególnie dla nas – przezwyciężone.
Bo czymże jest literatura, będąca swoistym zbiorem nazw i określeń niesionych przez słowa, co może nam ofiarować, co ukazać? Bez wątpienia, nazwiska, nazwy to są fantazyjni rysownicy, kreślący nam szkice ludzi i krajów tak mało podobne, że często jesteśmy zdumieni, kiedy ujrzymy przed sobą zamiast świata wyrojonego świat widzialny (który zresztą nie jest światem rzeczywistym, bo zmysły nasze posiadają nie o wiele więcej daru chwytania podobieństw niż wyobraźnia, tak iż rysunki możliwie zbliżone do rzeczywistości są co najmniej równie odmienne od widzianego świata, ile ten był odległy od świata urojonego). „Nasz Świat”, to tylko zewnętrzna szata, przykrycie, opakowanie czegoś, co jakże ciężko podlega złudnej werbalizacji. Parę razy odczułem przez chwilę myśl, że świat, w którym znajduje się ten pokój i te szafki i w którym Albertyna gra tak małą rolę, jest może światem intelektualnym, będącym jedyną realnością, a moja zgryzota jest czymś podobnym do zgryzoty zrodzonej z lektury romansu, z której jedynie wariat mógłby uczynić zgryzotę trwałą i ciągłą, i promieniującą w jego życie; że wystarczyłoby może małego wysiłku woli, aby dosięgnąć ten rzeczywisty świat, wejść w niego przeskakując boleść niby papierową obręcz, którą się przebija, i nie troszczyć się już o to, co robi Albertyna, tak jak skończywszy czytać powieść nie troszczymy się o czyny urojonej bohaterki.
Można jeszcze nieco inaczej spojrzeć na ten nasz świat, na jego rolę i konstrukcję. Czy hotel w Balbec nie wyglądał jak jedyna dekoracja w prowincjonalnych teatrach, która od lat służy do najrozmaitszych sztuk. Świat intelektualny – nie jest światem rzeczywistym w powszechnym mniemaniu, nie jest Rzeczywistością, realnością, prawdą... Otaczają nas dekoracje, a my na sztucznej, teatralnej scenie odgrywamy przypisane nam role, nadając im zazwyczaj przesadne znaczenie. Lecz nie jest to istotne; winniśmy wypełniać je perfekcyjnie, jak ów hotelowy boy, który wykonywał tylko jedną, właściwie zbyteczną czynność – zdejmował czapkę na powitanie gości, ale czynił to bardzo dobrze, przez co zyskał uznanie i szacunek.
Wówczas, całkiem poza tymi zainteresowaniami i nie wiązać się z niczym, nagle jakiś dach, blask słońca na kamieniu, zapach przydrożny kazały mi się zatrzymać dla osobliwej przyjemności, jaką mi dawały; zdawało mi się zarazem, iż poza tym, co widzę, kryją one coś do czego mnie zapraszają i czego mimo wysiłków nie mogę odkryć. Ponieważ czułem, że to znajduje się w nich, stałem w miejscu, nieruchomy, patrząc, oddychając, starając się wyjść myślą poza obraz lub zapach. I jeżeli mi trzeba było dogonić dziadka, iść dalej, starałem się odnaleźć je zamykając oczy, siliłem się przypomnieć sobie dokładnie linie dachu, barwę kamienia, które – nie umiałem powiedzieć czemu – zdawały mi się przez chwilę pełne, gotowe się rozchylić, wydać mi to, czego były jedynie pokrywą.
Z pewnością zmysły nasze błądzą w wielu innych wypadkach – wykazały mi to naocznie rozmaite epizody niniejszej opowieści – fałszując dla nas rzeczywisty wygląd tego świata. Ale za tym wszystkim, ukrywa się również przekonanie, iż może istnieją inne światy, realniejsze niż świat jawy? Przekonanie, poparte praktyczną radą, której jednak nie znajdujemy w głównym dziele: „Pracuj. Jeżeli życie przynosi same rozczarowania, pocieszamy się, prawdziwe życie jest bowiem gdzie indziej, ani w samym życiu, ani w tym, co później nastąpi, ale na zewnątrz, jeśli termin związany z pojęciem przestrzeni ma znaczenie w świecie, który się od niej wyzwolił...”****
A skoro wyzwolił się z jarzma przestrzeni, to i czasu, gdyż są to pojęcia ściśle sprzężone. I prawdziwe życie – mogące być synonimem Prawdy, czegoś tak bardzo skrywanego przed wzrokiem i umysłem człowieka – gdzieś jednak istnieje, lecz nie tylko nie w tym świecie należącym do żywych, ale również nie w świecie zagrobowym, bo oba należą jedynie do kategorii umysłu. Prawdziwa Rzeczywistość, realniejsza niż świat jawy, została utracona, rozmieniona na drobne, na chaos myśli, pragnień, rzeczy i wydarzeń. I jej poszukiwanie jest czymś najważniejszym, czymś, czemu należy wszystko poświęcić, bo to, co zostało stracone, było kiedyś naszym. Gdyby tak nie było – nie moglibyśmy tego utracić.
Jeżeli Proust dowiódł, „że można napisać pasjonująca powieść. w której nic się nie dzieje”*****, to co stanowi istotę tego monumentalnego dzieła, co nadaje mu wręcz tak niebotyczną rangę? Dla mnie brzmi ono jak wołanie Jana Chrzciciela: „metaneite”, czyli „zmieniajcie myślenie”, fraza, będąca fałszywie tłumaczoną prawie we wszystkich przekładach drugiego wersu trzeciego rozdziału Ewangelii Mateusza. Bo tylko tak można dostrzec to, co z mniej lub bardziej świadomą premedytacją zostało ukryte przez minione wieki, które ukształtowały quasi obiektywny i pseudo realistyczny światopogląd. Lecz ten nasz pojedynczy, samotny, ograniczony świat nie jest jedynym możliwym, a to, co uznajemy za rzeczywistość, jest tylko jedną z wielu możliwości istnienia, zarówno nas samych, jak i wszystkiego, co nas otacza. Klasyczna akcja, przyjęte i uznawane normy, tradycyjne oczekiwania wobec literatury przestają byś istotne, powieść staje się immanentnym teleskopem, umożliwiającym dostrzeżenie tego, co jest poza nami, poza naszą ograniczoną mentalną rzeczywistością.

*Gerard Genette „Proust jako palimpsest” w „Proust w oczach krytyki światowej” red. Jan Błoński PIW Warszawa 1970.
** Wszystkie cytaty kursywą za: Marcel Proust „W poszukiwaniu straconego czasu” t.1-7. PIW Warszawa 1974.
*** Andre Mauris „W poszukiwaniu Marcela Prousta” PIW Warszawa 1961
**** List Marcela Prousta do Jerzego de Lauris w: Andre Maurois „W poszukiwaniu Marcela Prousta” PIW Warszawa 1961
***** Tadeusz Żeleński (Boy) „Proust i jego świat” PIW b.d.


Aleksander Litto Strumieński

kresowa pani
Wydany pisarz
Posty: 218

Proust i inna rzeczywistość

Post#2 » 21 cze 2016, o 21:20

Proust, czyli cała epoka :) Jak kiedyś - bardzo zresztą mądrze - napisał Paweł Hertz, ów "czas stracony" nie był wcale aż tak "straconym". Czas Marcela Prousta jest "czasem minionym", którego upływowi - chcąc nie chcąc - poddawać się musi każdy z nas :)

szczepantrzeszcz
Autor miesiąca
Posty: 1737

Proust i inna rzeczywistość

Post#3 » 22 cze 2016, o 11:51

Mechanizmy szybkiego czytania są mi obce, ale i bez owych mechanizmów czytam dość szybko, na pewno szybciej niż większość osób, z którymi stykam się na co dzień. Wiesz, co mnie urzekło, kiedy czytałem pierwszą część Proustowego cyklu? To, że zmuszał, aby czytać powoli. Dopiero wtedy dostrzegałem urok słowa, dopiero wtedy rodziło się pragnienie, aby poszukiwać wraz z Autorem.

Gorgiaszu, jesteś przesiąknięty prozą Mistrza Marcela. Widać to w każdym zdaniu i jest to konstatacja z gatunku tych dobrych, tych które każą twierdzić, że tekst, choć niełatwy, przeczytać było warto.

Poniżej kilka uwag, niektóre techniczne, niektóre merytoryczne. Przekazuję pod rozwagę.

niekiedy ufnie i naiwnie pojmowanym jako to, co minęło w życiu człowieka
Gubi się Proustowa melodia tekstu. Napisałbym: "jak coś, co minęło w życiu człowieka".

To sztuczny podział i sztuczne, tendencyjne podejście, założenia kulturowo – językowe, na których oparł się Newton, a za nim klasyczna fizyka i ogólny, królujący dziś światopogląd.
To zdanie wprowadziło lekki zamęt w trudnym procesie percepcji. Nie wiem, co zaproponować... a może niczego nie trzeba zmieniać?

Ale za tym wszystkim, ukrywa się również przekonanie, iż może istnieją inne światy, realniejsze niż świat jawy?
...dobry sposób na dobre życie, wbrew przeciwnościom. Problem jaki z owej postawy wypływa, polega na tym, że wielu, wierząc w ową inną realność, w świecie szarości, która dana naszym zmysłom, przestaje dostrzegać drugiego człowieka. Poszukiwanie miłości czy przyjaźni w innej realności zawsze prowadzi na manowce.

Jeżeli Proust dowiódł, „że można napisać pasjonująca powieść. w której nic się nie dzieje”
Wydaje mi się, że Boy-Żeleński przesadził ze swoim sformułowaniem. Piszę tak w oparciu wyłącznie o lekturę "W stronę Swanna", jednak twierdzę, że tam się dzieje bardzo wiele, tylko sposób przekazu odbiega od tradycyjnego.

fraza, będąca fałszywie tłumaczoną prawie we wszystkich prawie przekładach drugiego wersu trzeciego rozdziału
Powtórzone słowo "prawie"

Dziękuję. Lektura miła, zamętu ni w głowie, ni w sercu nie czyni, choć przypomina o żalu za tym, co minęło, za chwilą; i myśl, słowo, westchnienie, są ulotne, niestety, jak lata. ;))

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Proust i inna rzeczywistość

Post#4 » 22 cze 2016, o 20:49

Dzięki Szczepanie za komentarz.

Gubi się Proustowa melodia tekstu. Napisałbym: "jak coś, co minęło w życiu człowieka".

Masz rację. Poprawiłem.

Nie wiem, co zaproponować... a może niczego nie trzeba zmieniać?

Może i trzeba, ale też nie bardzo wiem jak.

Problem jaki z owej postawy wypływa, polega na tym, że wielu, wierząc w ową inną realność, w świecie szarości, która dana naszym zmysłom, przestaje dostrzegać drugiego człowieka.

Nie przyszło mi to jakoś do głowy; w każdym razie - jak sądzę – u mnie tego nie ma.

Wydaje mi się, że Boy-Żeleński przesadził ze swoim sformułowaniem. Piszę tak w oparciu wyłącznie o lekturę "W stronę Swanna", jednak twierdzę, że tam się dzieje bardzo wiele, tylko sposób przekazu odbiega od tradycyjnego.

Można powiedzieć, że przesadził, że nic. Ale porównując do innych powieści, to jednak – w pewnym uproszczeniu oczywiście – miał jednak rację. Choć można podejrzewać, iż wypowiadając tę kwestię (trochę efekciarską), liczył na wzbudzenie zainteresowania u potencjalnych czytelników (taki trochę chwyt marketingowy) i trudno go o to winić.

Powtórzone słowo "prawie"

Oczywisty błąd.

choć przypomina o żalu za tym, co minęło, za chwilą; i myśl, słowo, westchnienie, są ulotne, niestety, jak lata.

Tak właśnie jest, całe nasze ówczesne życie pozostaje jedynie cienką warstwą wspomnień.

Awatar użytkownika
Anna Nazabi
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 852

Proust i inna rzeczywistość

Post#5 » 25 cze 2016, o 16:14

Pamiętam, że często leżałam czy na trawie czy na piasku nad morzem i patrzyłam w niebo, zmieniając swoją percepcję i uznając że niebo jest czeluścią, jest czarną dziurą, która mnie pochłonie, że wpadnę w nią, gdy tylko się odkleję.Taka prosta zmiana percepcji wpędzała mnie w strach i kotłowały mi się myśli.To samo jest z medytacją i gdy zapatrzę się w jakiś punkt.Wówczas widzę dziwne rzeczy i odbieram wówczas bardzo silny przekaz, że wszystko co widzimy jest zakłamane np. kolory, których nie ma. Wszystko co widzimy równie dobrze może być złudzeniem, a my dryfującymi w głębokim śnie.Rzeczywistość? Czy w ogóle jest coś takiego?Nie wiem.Dawno temu i ja i siostra widziałyśmy samolot przez szybę w mieszkaniu, pasażerski, co nie jest możliwe.Widziałyśmy i pilota i ludzi.Trwało to dosyć długo.Nie mogło być czymś realnym.Po latach opowiadałam zdarzenie jak anegdotę i siostra powiedziała, że też to pamięta. Obie byłyśmy w szoku, bo dawno każda z nas zrzuciła to na karb dziecięcej fantazji.
W ogóle uwielbiam jak poruszasz takie tematy.Wiele rzeczy mi się przypomina z dzieciństwa. I plany przeczytania Prousta przez wakacje mam. Trochę się tego jednak boję...

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Proust i inna rzeczywistość

Post#6 » 25 cze 2016, o 20:18

Miałaś interesujące przeżycia.
I plany przeczytania Prousta przez wakacje mam. Trochę się tego jednak boję...

Naprawdę, nie ma się czego bać. Obrazek

Borsuk
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 5

Proust i inna rzeczywistość

Post#7 » 26 cze 2016, o 15:38

Podobało mi się, jak zacząłeś. Przeinterpretowanie czasu minionego na stracony pozwala utrzeć nosa czytelnikom sentymentalnym, dla których ta książka jest po prostu gloryfikacją przeszłości i wspominania. Czas stracony już zawczasu, jeszcze, niejako, przed czasem - ok, łykam to, będę takich znaczeń szukał przy powracaniu do Prousta... jako przemyśleń ściśle literackich. Prowadzących do swoistego, głębszego rodzaju nostalgii i ewentualnie lekkiego fatalizmu (może właśnie w postaci paradoksu, rzeczywistości straconej, która nigdy tak naprawdę naszą nie była - odrobinę inaczej, niż u Ciebie, ale z tego samego worka).

Jednak Ty chyba nie traktujesz tego jako fajnej zabawy literackiej, lecz jako zerwanie kurtyny przysłaniającej prawdziwą, nieopartą na racjonalności, niedostępną dla świadomego umysłu rzeczywistość. Mam nadzieję, że to tylko moja nadinterpretacja, w końcu nikt inny się do tego nie odnosi, ale z drugiej strony chyba nie atakowałbyś fizyki newtonowskiej (przy okazji rada: ocenzuruj to zdanie, wywal oskarżenie o tendencyjność i ostrożniej szafuj przypisywaniem ludziom błędów, żeby nie być posądzonym o dogmatyzm), racjonalnego umysłu, nie pisałbyś o rzeczywistości i prawdzie rozpoczynających się wielką literą, gdyby nie chodziło Ci o coś więcej, prawda? I to coś więcej, to - jak rozumiem - właśnie istotniejsza, prawdziwsza rzeczywistość metafizyczna, wyzwolona od praw fizyki, matematyki, od wszelkiej racjonalności. Tezy o zupełnie innej niż powszechnie przyjęta naturze rzeczywistości dowodzisz podpierając się... interpretacją Prousta.

Tego niestety zupełnie nie kupuję. Myślę, że odkrywanie ukrytej, prawdziwszej rzeczywistości jest jednym z najczęściej nadużywanych motywów w ludzkiej kulturze (jeszcze częściej chyba praktykowane w tradycji ustnej niż pisanej). Dobrze się sprzedaje, bo świetnie rezonuje z narcyzmem zarówno autora jak i czytelnika. Powstają z tego teorie spiskowe i sekty/religie. Poważniejsze towarzystwa z reguły muszą się zgodzić na zwykłą, jałową i racjonalną rzeczywistość pisaną małą literą.

Proust pozostaje dla mnie ważnym pisarzem w ewolucji pojęcia prawdy, ale dla mnie pchnął ten proces w przeciwnym kierunku niż twierdzisz; nie odkrywał wielkiej Prawdy, pomógł zadać pytania o jakąkolwiek prawdę i zdekonstruować to pojęcie.
Zapewne po prostu nie zrozumiałem i dokonałem wobec Twojego tekstu jakiejś mocnej nadinterpretacji, w takim wypadku wyprowadź mnie z błędu i będziemy żyli długo i szczęśliwie.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Proust i inna rzeczywistość

Post#8 » 26 cze 2016, o 18:34

Podobało mi się, jak zacząłeś.

Bardzo mi miło.

Przeinterpretowanie czasu minionego na stracony pozwala utrzeć nosa czytelnikom sentymentalnym,

Nie bardzo wiem skąd zaczerpnąłeś te interpretację (aczkolwiek wspominała o tym kresowa pani); w każdym razie ja o tym nie pisałem.

Jednak Ty chyba nie traktujesz tego jako fajnej zabawy literackiej, lecz jako zerwanie kurtyny przysłaniającej prawdziwą, nieopartą na racjonalności, niedostępną dla świadomego umysłu rzeczywistość.

Bez przesady z tym zrywaniem i niedostępnością. Fakt, iż to, co przyjmujemy jako rzeczywistość, nie jest dostępne dla świadomego umysłu, dobrze wiadomo co najmniej od czasów Platona.

ale z drugiej strony chyba nie atakowałbyś fizyki newtonowskiej

Ależ nie atakuję; przypominam tylko czym jest w określonej kulturze i światopoglądzie.

(przy okazji rada: ocenzuruj to zdanie,

Dlaczego?

wywal oskarżenie o tendencyjność i ostrożniej szafuj przypisywaniem ludziom błędów, żeby nie być posądzonym o dogmatyzm

Tendencyjność jest oczywista, cała nauka historia nauki roi się od błędów (które rzecz jasna w żadnej mierze jej nie dyskwalifikują i często pełnią pozytywną i użyteczną rolę), a co tu ma do rzeczy dogmatyzm – to nie rozumiem. Chyba, że Ty traktujesz fizykę Newtona jako dogmat. Ale to nienaukowe podejście.

nie pisałbyś o rzeczywistości i prawdzie rozpoczynających się wielką literą, gdyby nie chodziło Ci o coś więcej, prawda?

Prawda.

I to coś więcej, to - jak rozumiem - właśnie istotniejsza, prawdziwsza rzeczywistość metafizyczna, wyzwolona od praw fizyki, matematyki, od wszelkiej racjonalności.

Nie. Pojęcie „metafizyczny” ma dziś głównie historyczny (w tym filozoficzny) wydźwięk. To o czym piszę, jest ściśle oparte na współczesnej fizyce (konkretnie teorii Deutscha-Everetta i po części mechanice kwantowej) i ich konsekwencjach i w całej rozciągłości jest racjonalne (czyli logiczne /według logiki arystotelejskiej czyli dwuwartościowej/, przemyślane i posiadające rozumowe podstawy). I choć tutaj ta kwestia nie jest poruszana, to Rzeczywistość jest ściśle oparta o matematykę, która być może jako jedyna, „wykracza poza ludzkie konstrukcje” /Roger Penrose/

Tezy o zupełnie innej niż powszechnie przyjęta naturze rzeczywistości dowodzisz podpierając się... interpretacją Prousta.

Nie. Teoria różnych rzeczywistości czy Wieloświata jest powszechnie znana, przyjmowana i wykorzystywana we współczesnej nauce. Ja tylko poszukuję jej i odkrywam ją u Prousta, wskazując istniejące paralele.

Myślę, że odkrywanie ukrytej, prawdziwszej rzeczywistości jest jednym z najczęściej nadużywanych motywów w ludzkiej kulturze (jeszcze częściej chyba praktykowane w tradycji ustnej niż pisanej).

Nic mi o tym wszystkim nie wiadomo.

Dobrze się sprzedaje, bo świetnie rezonuje z narcyzmem zarówno autora jak i czytelnika. Powstają z tego teorie spiskowe i sekty/religie.

Również nic o tym nie wiem.

Poważniejsze towarzystwa z reguły muszą się zgodzić na zwykłą, jałową i racjonalną rzeczywistość pisaną małą literą.

Jakie towarzystwa? Ignorantów? Tych, którzy nie chcą, nie potrafią lub boją się wyjść poza własną „zwykłą, jałową i racjonalną rzeczywistość pisaną małą literą”? A czym jest owa „racjonalna rzeczywistość”?

Proust pozostaje dla mnie ważnym pisarzem w ewolucji pojęcia prawdy, ale dla mnie pchnął ten proces w przeciwnym kierunku niż twierdzisz; nie odkrywał wielkiej Prawdy, pomógł zadać pytania o jakąkolwiek prawdę i zdekonstruować to pojęcie.

Rozumiem. Wydaje mi się jednak, że właśnie zadawanie takich pytań i praca nad dekonstrukcją pojęcia jest właśnie szukaniem Wielkiej Prawdy (jakkolwiek rozumianej) i wszelkie rozważania na ten temat, są właśnie tego realizacją.

Dziękuję za obszerny komentarz.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Proust i inna rzeczywistość

Post#9 » 25 wrz 2016, o 02:07

Gorgiaszu, przeczytałem z wielkim zainteresowaniem i zanotowałem kilka mniej lub bardziej słusznych spostrzeżeń.

Gorgiasz pisze:Przyjęte, a może raczej osiągnięte przez Prousta ujęcie, przychyla się bardziej do tamtego, dawnego, praktycznie dziś zapomnianego podejścia, do nakładających się, przenikających obrazów, zawieszonych na ekranie wieczności, gdzie nasze trzy aspekty czasu mieszają się, przeplatają, nikną jako nieistotne i bezsilne, zatracając sztywne granice, a samo jego pojęcie jest pustą ramą bez obrazu, subiektywnie postrzeganego przez Narratora, a co za tym idzie, przez czytelnika.

Trochę zastanawiała mnie ta myśl, trudno było mi ją sobie wyobrazić ponieważ mój umysł jest już tak bardzo przyzwyczajony do myślenia w trzech kategoriach czasu, że gdybym pomyślał o przeszłości lub o przyszłości, czy o tym, co dla mnie dzieje się teraz, od razu orientuję się na tę myśl, to znaczy nabiera ona dla mnie kształtu dopiero po tym, kiedy ocenię w jakim z tych trzech trybach czasu ona istnieje. Jeśli założymy, że istnieje, lub może zaistnieć jeden powszechny tryb, który zawiera w sobie wszystkie trzy, staniemy przed tym „ekranem wieczności”. I co wtedy tam zobaczymy? Nieprzerwanie płynący krąg zdarzeń. Oczywiście nie jesteśmy tego w stanie zobaczyć. Obraz takiego kręgu sam w sobie jest nieuchwytny. Może z tego powstać tylko abstrakcyjny obraz ze znaczeniem symbolicznym w tle. Ale jakże on będzie piękny i tragiczny zarazem, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to, czego nie możemy sobie w nim wyobrazić, jest na zawsze utracone.

Gorgiasz pisze:Jednak w tym naszym świecie, bywają słowa, które podsuwają inną rzeczywistość na miejsce tej, co nas otacza, i oszałamiają nas nie mniej niż zawrót głowy. Tutaj rzeczywistość jest przez duże „R”. I związane z tym pytanie: Ale może istnieją inne światy, realniejsze niż świat jawy? Pomimo tego, że istnieje również podobna granica percepcji, która uniemożliwia kontakt absolutny między rzeczywistością a umysłem, to jednak istnieje pewna szansa, możliwość zerknięcia za zasłonę.


Zawsze, kiedy nasza subiektywna rzeczywistość odczuwa potrzebę rozszerzenia granic postrzegania musi zerknąć za zasłonę, która jakby nie było uniemożliwia widzenie, i tylko taka jest jej funkcja. „Tamte światy” są nierzeczywiste ponieważ tkwią za zasłoną, w wielu przypadkach tkwią tam całą wieczność. Kiedy mężczyzna dotyka kobiety po raz pierwszy czuje się oszołomiony. Oszołomienie jest więc pierwszym naturalnym stanem na doświadczanie rzeczy absolutnie nowych i pięknych. Kiedy mija pierwsze oszołomienie, wracają zmysły, a umysł odzyskuje równowagę i widzi lepiej.

Gorgiasz pisze:Lecz czym jest granica oddzielająca nas od Tamtego, gdzie jest jej źródło?

Nie wiem, czy w ogóle istnieje taka granica, czy nie jest ona wytworem umysłu, który aby zaistnieć musi czerpać swą wiedzę z dwóch światów: immanentnego i transcendentnego.
Gorgiasz pisze:Dlaczego – tak gloryfikowany dziś umysł – okazuje się prawie niezdatnym do jej ujrzenia, percepcji?

Ponieważ nasz umysł zachowuje się jak gąbka – wchłania wszystko na swojej drodze, a potem przetwarza te informacje i je ocenia. A ocena jest wypadkową wielu zmiennych, tak wielu, że nie starczy nam kłębka, by dotrzeć do źródła.
Gorgiasz pisze:Nawyk myślenia utrudnia niekiedy przeżywanie rzeczywistości, uodparnia przeciwko niej, czyni ją przedłużeniem myśli.

Ten nawyk odpowiada też za funkcję przetrwania, jest zupełnie naturalnym procesem zaczerpniętym z kultury, gdyby nasze myśli były zbyt rozchwiane, wielotorowe, nieprzewidywalne, trudno byłoby żyć nam ze sobą we wspólnocie, tworzyć cywilizacje. Jednak ten nawyk myśli można i nawet trzeba w sobie przezwyciężyć, w końcu nie żyjemy tylko we wspólnocie, choć niektórzy bardzo by tego chcieli. Indywidualne myślenie, a nie powtarzanie ogólnych banałów, nawet jeśli banałami nie są, przychodzi po wyjściu myśli z więzienia nawyków.

Gorgiasz pisze:„Nasz Świat”, to tylko zewnętrzna szata, przykrycie, opakowanie czegoś, co jakże ciężko podlega złudnej werbalizacji. Parę razy odczułem przez chwilę myśl, że świat, w którym znajduje się ten pokój i te szafki i w którym Albertyna gra tak małą rolę, jest może światem intelektualnym, będącym jedyną realnością, a moja zgryzota jest czymś podobnym do zgryzoty zrodzonej z lektury romansu, z której jedynie wariat mógłby uczynić zgryzotę trwałą i ciągłą, i promieniującą w jego życie; że wystarczyłoby może małego wysiłku woli, aby dosięgnąć ten rzeczywisty świat, wejść w niego przeskakując boleść niby papierową obręcz, którą się przebija, i nie troszczyć się już o to, co robi Albertyna, tak jak skończywszy czytać powieść nie troszczymy się o czyny urojonej bohaterki.

Czasem nie można się oprzeć chwilowemu wrażeniu, że świat jest tylko fikcją, projekcją umysłu, tak jak trzy kategorie czasu mogą płynąć w jednym kręgu zdarzeń. Postacie realne zmieniają się z fikcyjnymi. Na scenę wchodzą aktorzy, którzy odgrywają role tak dobrze, że zapominają o grze i stają się odgrywanymi postaciami. Jakże smutne.
Gorgiasz pisze:Prawdziwa Rzeczywistość, realniejsza niż świat jawy, została utracona, rozmieniona na drobne, na chaos myśli, pragnień, rzeczy i wydarzeń. I jej poszukiwanie jest czymś najważniejszym, czymś, czemu należy wszystko poświęcić, bo to, co zostało stracone, było kiedyś naszym. Gdyby tak nie było – nie moglibyśmy tego utracić.

Prawdziwa rzeczywistość istnieje tylko z nazwy. Jest rozmytym w horyzoncie wyobraźni celem, wyśmienitą atrapą, za którą można podążać w nieskończoność. Przecież ten czas również jest fikcyjny, a mimo to ekran wyobraźni wychodzi daleko po za możliwe do uchwycenia światy. Z tego powodu ten czas jest utracony.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Proust i inna rzeczywistość

Post#10 » 25 wrz 2016, o 19:01

Gorgiaszu, przeczytałem z wielkim zainteresowaniem

Z podziękowaniem.

Ale jakże on będzie piękny i tragiczny zarazem, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to, czego nie możemy sobie w nim wyobrazić, jest na zawsze utracone.

Zgadzam się z takim ujęciem. Nie jesteśmy przygotowani do innego ujęcia czasu, chociażby z przyczyn kulturowych. Ale takie podejścia istnieję i to blisko nas. Na przykład Stary Testament (nie istnieją czasy w naszym rozumieniu), czy światopogląd niektórych plemion indiańskich (Hopi; opisane szczegółowo przez Whorfa).

„Tamte światy” są nierzeczywiste ponieważ tkwią za zasłoną, w wielu przypadkach tkwią tam całą wieczność.

Tak, ale istnienie tej zasłony jest spowodowane przez niedoskonałość naszych zmysłów, tudzież wspomniany, przyjęty (czyli założony a' priori) światopogląd.

Kiedy mężczyzna dotyka kobiety po raz pierwszy czuje się oszołomiony. Oszołomienie jest więc pierwszym naturalnym stanem na doświadczanie rzeczy absolutnie nowych i pięknych. Kiedy mija pierwsze oszołomienie, wracają zmysły, a umysł odzyskuje równowagę i widzi lepiej.

Bardzo ładne porównanie. I bardzo celne. Ale zgodzisz się chyba, że ta pierwsza chwila, to oszołomienie, jest niepowtarzalne, magiczne w pełnym znaczeniu tego słowa, a wspomniana równowaga i "lepsiejsze" widzenie - to już racjonalizm, chłodny osąd - fundamenty tzw "prozy życia".

Nie wiem, czy w ogóle istnieje taka granica, czy nie jest ona wytworem umysłu, który aby zaistnieć musi czerpać swą wiedzę z dwóch światów: immanentnego i transcendentnego.

Sądzę, że pochodzi ona z umysłu, istnieje w jakiś sposób na danym etapie poznania czy rozwoju. Nie jest jednak czymś absolutnym.

Ponieważ nasz umysł zachowuje się jak gąbka – wchłania wszystko na swojej drodze, a potem przetwarza te informacje i je ocenia. A ocena jest wypadkową wielu zmiennych, tak wielu, że nie starczy nam kłębka, by dotrzeć do źródła.

Można i tak powiedzieć. Dodałbym tylko, że nie zawsze szukamy tego źródła.

Ten nawyk odpowiada też za funkcję przetrwania, jest zupełnie naturalnym procesem zaczerpniętym z kultury, gdyby nasze myśli były zbyt rozchwiane, wielotorowe, nieprzewidywalne, trudno byłoby żyć nam ze sobą we wspólnocie, tworzyć cywilizacje.

Owszem. Mówiąc inaczej, wszystko ma swoją cenę i coś zyskując - coś innego utraciliśmy. Na przykład istnieje nieźle udokumentowana naukowo hipoteza, że ongiś, straciliśmy zdolność telepatii i na tym zasadza się nasz rozwój, bo gdyby było inaczej, nie wykształcilibyśmy mowy, a co za tym idzie, społeczeństwa, pisma, kultury i cywilizacji. Przynajmniej w znanej nam postaci.

Czasem nie można się oprzeć chwilowemu wrażeniu, że świat jest tylko fikcją, projekcją umysłu,

O tym wiadomo od czasów najdawniejszych.

Jakże smutne.

Eee... niekoniecznie.

Prawdziwa rzeczywistość istnieje tylko z nazwy. Jest rozmytym w horyzoncie wyobraźni celem, wyśmienitą atrapą, za którą można podążać w nieskończoność.

Nie zgodzę się. Z zastrzeżeniem, że nie wiem dokładnie co znaczy zarówno "prawdziwa", jak i "rzeczywistość". Ale przyjmując roboczo i intuicyjnie domniemane znaczenie tych określeń, wydaje mi się celem dosyć wyraźnym, a to że nie wiemy czym jest, wcale tego nie niweluje. I nie dysponujemy nieskończonym czasem, więc trzeba się ograniczyć w poszukiwaniach do praktycznych realiów i możliwości. Przyjmując z pokorą i stoickim spokojem, że można niczego nie osiągnąć, ale samo poszukiwanie i droga, ma już pewną, namacalną nawet, wartość.

Przecież ten czas również jest fikcyjny, a mimo to ekran wyobraźni wychodzi daleko po za możliwe do uchwycenia światy. Z tego powodu ten czas jest utracony.

Też ładne ujęcie.

Wróć do „Publicystyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość