Orły, czyli koniec świata w Piongczangowicach.

Inny punkt widzenia. Felietony, eseje, recenzje, reportaże, wywiady i pokrewne formy.
szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1808

Orły, czyli koniec świata w Piongczangowicach.

Post#1 » 11 lut 2018, o 13:57

Czasami człowiek musi, inaczej się udusi — jak głosi słynna piosenka. Po wczorajszych zawodach, kiedy żaden z naszych żelaznych kandydatów do medalu nie stanął na podium, potrzeba wylania z siebie przemyśleń (bynajmniej nie w formie żalów czy pretensji) rosła z każdą godziną. W końcu urosła i trzeba ten pęcherzyk przekłuć, bo swędzi.


Orły, czyli koniec świata w Piongczangowicach.

O skokach narciarskich rozmawiałem kiedyś z przyjacielem — zapalonym żeglarzem. Mój przyjaciel dopatrzył się pewnego istotnego podobieństwa pomiędzy skoczkami i zawodnikami startującymi w konkurencjach… żaglowych.

— W obu przypadkach występuje element losowy, coś, na co wpływu nie mamy — mówił, nalewając do kieliszków Primitivo di Manduria.

Trudno się nie zgodzić. W obu przypadkach mamy do czynienia ze sportem wiatru. Pojawia się czynnik niezależny od zawodnika, niezależny od sędziów i (strach napisać) niezależny od sponsorów. Czasami drobne, czasami mocniejsze ruchy powietrza zdają się przypominać, że istnieje coś takiego jak natura, a człowiek i był, i jest daleki od tego, aby dostosować prawa przyrody do swojego widzimisię.

Z dawnych czasów pamiętam transmitowany na żywo kosmiczny skok Piotra Fijasa. Sto dziewięćdziesiąt cztery metry robiło wrażenie, dodam wrażenie jak najbardziej uzasadnione. Ostatecznie przez siedem lat nikt tego rekordu nie pobił.

— Jak on to robi?! — wołał szalony zachwytem komentator, kiedy rok później, w Calgarowie, Matti Nykänen wbrew wszystkiemu, jak natchniony odlatywał konkurencji.

Czy można zapomnieć Eddiego Edwardsa, który wbrew ludzkim słabościom… czy można zapomnieć gest Apoloniusza Tajnera z Trondheim, kiedy Adam Małysz, za nic mając prawa aerodynamiki przyziemił za sto trzydziestym ósmym metrem… i jeszcze ten charakterystyczny wyrzut ręki Svena Hannawalda, wybuch nieokiełznanej czystej radości, której nie potrzeba uśmiechu.

Skoki mają to coś, czego nazywać nie warto. To coś przynosi, zarówno tym, którzy skaczą, jak i tym, którzy oglądają, satysfakcję… tej satysfakcji również nie sposób nazwać. Ułuda nieograniczoności? Poczucie wolności? A może zwyczajna, jakże powszechna, ludzka pogoń za niedoścignionym, za wiatrem własnych marzeń?

Wczoraj w pierwszej serii mieliśmy kapryśne wiatry, mieliśmy i radość, i smutek. Radość, bo dwóch naszych prowadziło w tej rywalizacji, smutek, bo Mustafa (dla niewtajemniczonych dodam, że chodzi o Dawida Kubackiego) wypuścili w fatalnych warunkach i natura po raz kolejny okazała się mocniejsza. Wracając do tych, którym się powiodło. W pierwszej próbie Stefan Hula dostał piękny wiatr pod narty. Nie wszyscy tak dobrze mieli, ale też Stefan wykorzystał ów dar od losu z mistrzostwem najwyższych (i najdalszych) lotów. Kamil, jak to Kamil, tradycyjnie, warunki, w jakich musiał oddać skok, nie budziły entuzjazmu, ale też złe nie były. Po pięknym locie na drugie miejsce (egzekwo z Janem Andrzejem Forfangiem) wystarczyło.

W drugiej serii zaczęło kręcić jeszcze bardziej. Walter Hofer uwijał się na progu, otulał skoczków kocami, żeby nie przymarzali do schodów, ale niska temperatura i wiatr robiły swoje. Chwała dla Szymona Ammana, którego pięć razy zdejmowano z belki, zanim dostał zielone światło. Przez chwilę myślałem, że facet nawiąże walkę o podium, ale po raz kolejny mamusia przyroda pokazała figę. Następnym zawodnikom dmuchało potężnie pod narty i o podium mogli marzyć tylko ci, którym udawało się lądować w okolicach rekordu skoczni. O nieco mniejszym pechu może mówić Rysiek Piątek… opsss przepraszam, Richard Freitag, któremu w drugim skoku dobre warunki skończyły się gdzieś przed setnym metrem i zamiast płynąć w przestworzach, spadł na sto drugim metrze niczym worek cementu, a w przeciwieństwie do pierwszej serii wysokich not nie otrzymał.

Tym razem na pierwszy plan wysunął się mistrz drugiego miejsca, niejaki Andrzej Wellinger. Sympatię do człowieka poczułem kilka lat temu, zaraz po tym, jak kamerzysta w rezultacie udanego skoku pokazał panią Klaudię Hummel — matkę skoczka. Nie mam pojęcia, jaka jest pani Hummel, niemniej sądząc tylko po wyglądzie, może się przyśnić w najlepszych snach. Skoki Wellingera odziedziczyły urodę po mamusi. Facet bardziej płynie nad zeskokiem niż utytułowany i co tu dużo gadać, lepszy w te klocki Rysiek Piątek.

W drugiej serii radość zamieniłem na nadzieję. Nadzieja była uzasadniona, tym bardziej, że zarówno Kamil, jak Stefan trafili na nienajgorsze warunki i obaj skakali bardzo dobrze. Dupki różnej maści, chcąc się wykazać życiową mądrością, powiadają: nadzieja jest matką głupich. Ludzie doświadczenie przez życie dodają: …i jak każda matka, swoje dzieci kocha.

Miejsca czwarte i piąte nie były tym, o czym cała Polska marzyła dwie godziny wcześniej. Można oczywiście narzekać, można podniesionym głosem pytać: dlaczego Kamil za swój skok otrzymał niższe noty, skoro skok był świetny. Można się zastanawiać, dlaczego tak dużo punktów odjęto Stefanowi (ten akurat miał noty wysokie, takie na jakie zasłużył). Na własny użytek przyjąłem wyjaśnienie podobne do tego, którego po zawodach w pchnięciu kulą udzielił zdobywca czwartego miejsca, Tomasz Majewski. Nasz słynny i utytułowany kulomiot był murowanym faworytem do złotego medalu, ale nie wyszło.

— Dlaczego dopiero czwarte? — mentorskim tonem zapytał dziennikarz.

Okazało się, że odpowiedź jest prosta, prosta do bólu.

— Zająłem czwarte miejsce, bo trzech rzuciło lepiej ode mnie.


Lublin, luty 2018

Tagi:

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1696

Orły, czyli koniec świata w Piongczangowicach.

Post#2 » 11 lut 2018, o 17:38

szczepantrzeszcz pisze:Czasami człowiek musi, inaczej się udusi — jak głosi słynna piosenka. Po wczorajszych zawodach, kiedy żaden z naszych żelaznych kandydatów do medalu nie stanął na podium, potrzeba wylania z siebie przemyśleń (bynajmniej nie w formie żalów czy pretensji) rosła z każdą godziną. W końcu urosła i trzeba ten pęcherzyk przekłuć, bo swędzi.


Wspaniały wstęp, całą frustrację rozumiem, choć nie miałem czasu oglądać rzeczonych zawodów w ramach igrzysk olimpijskich.

szczepantrzeszcz pisze:— Dlaczego dopiero czwarte? — mentorskim tonem zapytał dziennikarz.

Okazało się, że odpowiedź jest prosta, prosta do bólu.

— Zająłem czwarte miejsce, bo trzech rzuciło lepiej ode mnie.

Wspaniały cytat, prawdziwego mistrza, zarówno rzutu młotem, jak i riposty.

Jak zwykle, z każdym twoim tekstem: świetne, pisz więcej. Świetnie ująłeś polską mentalność.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1808

Orły, czyli koniec świata w Piongczangowicach.

Post#3 » 11 lut 2018, o 20:37

DuralT pisze:Świetnie ująłeś polską mentalność.
Dural, wydaje mi się, że polska mentalność niewiele sie różni od czeskiej, niemieckiej i od kilkudziesięciu innych mentalności. W skokach jest to bardziej widoczne, bo tam solidarność między rywalami jest znacznie większa niż na przyklad w piłce kopanej, czy w sportach walki. Solidarność między zawodnikami przekłada się w znacznej mierze na solidarność między kibicami, a narzekania i pretensje... gdzie ich nie ma?

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1696

Orły, czyli koniec świata w Piongczangowicach.

Post#4 » 11 lut 2018, o 21:22

szczepantrzeszcz pisze:
DuralT pisze:Świetnie ująłeś polską mentalność.
Dural, wydaje mi się, że polska mentalność niewiele sie różni od czeskiej, niemieckiej i od kilkudziesięciu innych mentalności. W skokach jest to bardziej widoczne, bo tam solidarność między rywalami jest znacznie większa niż na przyklad w piłce kopanej, czy w sportach walki. Solidarność między zawodnikami przekłada się w znacznej mierze na solidarność między kibicami, a narzekania i pretensje... gdzie ich nie ma?

Może to jest widoczne dla mnie, ponieważ swoje podwórko jest najbliższe. ;-) Po prostu pierwszą piosenką, która mi przyszła na myśl, jeśli chodzi o ten temat, to arcydzieło imć posła Rzeczypospolitej Polskiej:
https://www.youtube.com/watch?v=LQ9J-VYIl2c
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1808

Orły, czyli koniec świata w Piongczangowicach.

Post#5 » 12 lut 2018, o 09:27

Posłuchałem piosenki (Kukiz niegłupi gość jest) i natychmiast przyszło mi do głowy, co niemcy wypisywali o Hannawaldzie, kiedy przyszedł dramatyczny kryzys. Nasze pismaki, to był przy tym Wersal :) Wcale się nie dziwię, że facet dał sobie spokój. Teraz pracuje jako komentator i wydaje mi się że w tym fachu jest równie dobry.

Szerszym aspektem sprawy, jest umiejętność cieszenia się z tego, co się ma. Nie zawsze wychodzi, ale przecież przodkowie mawiali: pauper enim non est, cui rerum suppetit usus.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Orły, czyli koniec świata w Piongczangowicach.

Post#6 » 12 lut 2018, o 11:19

Bardzo dobry tekst o naszych narodowych (nie zawsze dobrych) ambicjach.

szczepantrzeszcz pisze:Szerszym aspektem sprawy, jest umiejętność cieszenia się z tego, co się ma. Nie zawsze wychodzi, ale przecież przodkowie mawiali: pauper enim non est, cui rerum suppetit usus.


I na tym poprzestałbym.
Pozdrawiam. :smile:

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Orły, czyli koniec świata w Piongczangowicach.

Post#7 » 12 lut 2018, o 13:05

Mój kolega, wielki amator wszelkich dyscyplin sportowych, wielki hazardzista, samouk, prognostyk i jasnowidz w jednym, zapytany kiedyś dlaczego obstawia jakąś szóstą ligę duńskich hokeistów, a nie rodzimych skoczków, odpowiedział prosto, acz dosadnie - Wiaterek zawieje, kuponik wywieje. Zdanie, które chyba w ogóle dość dobrze definiuje dyscyplinę skoków.
Świetny tytuł, świetny wstęp, cały artykuł godny pozazdroszczenia. Publicystyka w Szczepanowym wydaniu zawsze na najwyższym poziomie. Takie felietony powinny być publikowane w gazecie codziennej, by zaszczepić nieco humoru i dystansu do świata.

szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1808

Orły, czyli koniec świata w Piongczangowicach.

Post#8 » 12 lut 2018, o 21:10

Jasnowidz powinien przewidywać rozmaite wiaterki, deszcze oraz inne nieprzewidziane wypadki i wypadki :))

Panowie, serdeczne dzięki za wizytę.

Wróć do „Publicystyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość